Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 5)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 5)***

Rozdział 5/15

*

   W pierwszym odruchu chciałam zwyzywać mojego głupiego chłopa z góry na dół i jeszcze w poprzek. Nie tego pornosa ostatnio oglądał, czy co? Jakąś dziwką dla niego byłam, u której zamówił szybkiego loda z połykiem? Jak zaraz wstanę, jak mu pizgnę straponem w ten durny łeb, to się oklapłą fujarą nakryje!  
   I wtedy poczułam pocałunek na policzku. Dłoń, gładzącą mnie po włosach. Kolejny całus, tym razem na piersiach. Usłyszałam cichutkie „dziękuję”, wyszeptane wprost do ucha. Kilka kroków, brzęknięcie szkła, znów kroki.  
   Chłód kieliszka dotknął mych warg. Ostrożnie przełknęłam parę łyków tego samego prosecco, które wcześniej schłodziłam, a o którym zdążyłam w międzyczasie zapomnieć, mając na głowie ważniejsze sprawy. Przyjemnie musujące orzeźwienie spłukało słoność z języka.  
   –  Byłaś cudowna i chciałbym… jeśli nie masz nic przeciwko, bardzo bym chciał ci się odwdzięczyć.  
   Byłam cudowna? A owszem, byłam! I tak samo, o ile nie jeszcze bardziej zmęczona. Skoro jednak zaczęłam całą tę wybitnie niegrzeczną zabawę, czemu miałabym kończyć ją w połowie? Albo i nawet nie?
   – Teraz też zrób ze mną, co chcesz! – rzuciłam odważnie.  
   – Tak od razu? – dopytał niepewnie.
   – A na co mamy czekać?  
   Spodziewałam się raczej, że gmeranie przy kostkach zakończy się raczej skróceniem łańcuszków, tymczasem zostały one zupełnie odpięte, a swobodne już nogi uniesione i przytrzymane. Czułe całuski najpierw obsypały mi stopy, po czym powolutku podążały coraz niżej i niżej.  
   Nie było to może specjalnie oryginalne, ale co z tego? Oboje potrzebowaliśmy chwili wytchnienia i relaksu. Relaksu? Dobre sobie! Każdy kolejny pocałunek, złożony na wzgórku, wnętrzu ud, pośladkach i oczywiście kobiecości pobudzał, zamiast uspokajać. A gdy język wniknął we mnie tak głęboko, jak tylko było to fizycznie możliwe, wiedziałam już, co stanie się za chwilę.
   Czy aby na pewno? Iwo najwyraźniej nigdzie się nie spieszył, smakując mnie niczym najpyszniejszy łakoć. No i oczywiście nie ustając w prawieniu komplementów – może i niespecjalnie wymyślnych, lecz jego ustach całkowicie szczerych. Aczkolwiek może i dobrze, bo z dwojga złego wolałam już usłyszeć piąty raz z rzędu najoczywistsze z oczywistych „tak słodko smakujesz, pięknie pachniesz, wspaniale… i tak dalej” czy nawet „masz taką cudowną cipkę” (a jaką niby?), niż silące się na oryginalność maszkarony w rodzaju „otwórz przede mną swą magiczną małżę miłości, a oczaruję ją mą roziskrzoną różdżką rozkoszy!”. Otwierała to mi się dzida laserowa w kieszeni, jak czytałam takie brednie…  
   Co się natomiast tyczyło spraw bieżących w postaci wspomnianych ust, to gdy wycałowały, wylizały i wycmokały mi calutką cipkę – a tak, cipkę, cipkę i jeszcze raz cipkę! – wyraźnie zawahały się, co dalej.
   – Kochanie… jesteś calutka mokra i byłoby mi bardzo miło, gdybyś pozwoliła na… wiesz…
   – No co za osioł dardanelski, no! – fuknęłam, co w moim bieżącym położeniu było bardziej zabawne niż groźne. – Przecież mówiłam, żebyś robił, na co tylko masz ochotę! Bo się zeźlę!
   Jako że doskonale wiedziałam, o co chciał zapytać, postanowiłam uprzedzić wypadki. Nie było to specjalnie łatwe, gdyż podciągnięcie bioder bez udziału wciąż przypiętych do wezgłowia rąk (za to z jeszcze bardziej dającym się w tej pozycji we znaki brzuszkiem) wymagało odrobiny gimnastyki, niemniej jak najbardziej możliwe. Zwłaszcza gdy zachęcony takim obrotem – czy raczej zrolowaniem – wypadków mąż przytrzymał mnie w tej pozycji i najwyraźniej nie zamierzał puścić. I bardzo, kurtyzana, dobrze!
   Czy sprawiało mi to przyjemność? Jak najbardziej tak, choć po prawdzie nie zawsze tak było. Gdy na początku naszej erotycznej przygody Iwo raz czy drugi zawędrował językiem nieco dalej niż zwykle, peszyłam się. Mało tego: kompletnie nie rozumiałam, co może być podniecającego w wylizywaniu kobiecego tyłeczka. Zresztą każdego innego też, no ale skoro mnie lizano, a nie ja lizałam, rozumiało się to samo przez się. Tak czy inaczej, wzbraniałam się przez tą pieszczotą naprawdę długo i możliwe, że robiłabym to do dziś, gdyby nie jedno wydarzenie, które zmieniło moje podejście nie tylko do seksu i nie tylko do związku, ale wręcz całego życia. I na którego wspomnienie do tej pory nie potrafiłam powstrzymać emocji. Tak silnych, że mogłyby zburzyć jakże długo i pieczołowicie budowany nastrój.
   Dlatego też czym prędzej darowałam sobie rozgrzebywanie dawno minionej przeszłości i skupiłam się na bieżącej przyjemności. I własnej, i ukochanego. Przede wszystkim jego, gdyż zasługiwał na nią jak nikt inny. I skwapliwie z tej okazji korzystał. Wbił palce w moje pośladki i zaczął je ugniatać, równocześnie rozchylając mnie coraz szerzej. Czułam, jak się przed nim otwieram i choć pierwszą, naturalną przecież reakcją, było mimowolne spięcie mięśni, tym razem nie zamierzałam się jej poddać. Czemu zresztą bym miała? Tyle razy zadawałam jakże durne pytania: „czy naprawdę ci się podobam” albo: „czy na pewno mnie taką chcesz” i za każdym razem otrzymywałam te same odpowiedzi. Zazwyczaj podparte dokładnym opisem, jaki to mam cudowny brzuszek, tyłeczek, cycuszki, cipeczkę, uśmiech, włosy i wszystko inne. No i czynem oczywiście też.  
   Dziś był to język, zlizujący namiętność z… a co tam, nazwijmy to wreszcie wprost: nieogolonej, lśniącej lepką namiętnością piczy. I tak samo zarośniętej, wypiętej lubieżnie dupy. I miałam tak naprawdę w wybitnie głębokim poważaniu – na tyle głębokim, na ile tylko ów język mógł się we mnie wcisnąć – że dla kogokolwiek taki widok byłby nieatrakcyjny, odrzucający, być może nawet obrzydliwy. Ja czułam się ze sobą dobrze, a Iwo wręcz otwarcie zachęcał mnie, bym nie nadużywała trymera, nie mówiąc już o depilatorze. Bo tak. Bo mu się to podobało. Bo taką uwielbiał mnie oglądać, dotykać, pieścić. Całować i lizać. Absolutnie wszędzie.  
   I nigdzie się przy tym nie spieszył. Leżał wygodnie, podtrzymując rozwarte uda. Smakował, komplementował, pomrukiwał z zachwytu. Co jakiś czas nieco poprawiał siebie lub mnie, podziwiał własne dzieło, opisując je tak sugestywnie, aż drżałam z zachwytu i zawstydzenia jednocześnie, po czym powracał do pieszczot. A kiedy już się nasmakował, nakomplementował i namruczał, postanowił sięgnąć po ostatni, niewykorzystany do tej pory gadżet.
   Poczułam nieoczekiwanie przyjemne łaskotanie. Krążenie zamszu dookoła sutków. Ślizganie się po szyi. Policzkach. Ustach. Znów piersiach. I niżej. Muskanie wciąż odsłoniętej w pełnej krasie kobiecości. Mokrych płatków. Nabrzmiałej perły w mej koronie, czekającej tylko na dalsze wyrazy uznania. I nie tylko wyrazy.
   Główka najwyraźniej gotowego do ponownego użytku penisa wniknęła pomiędzy wilgotne wargi. Wpierw powoli i ostrożnie, bardziej by zaanonsować swą obecność niż z faktycznej potrzeby. Byłam tak napalona, że nie tylko małżeński członek, ale i mużyński kutang rozmiaru mega-giga-turbo-200%-gratis-XXXL wszedłby we mnie za jednym pchnięciem. Co nie oznaczało oczywiście, że (wydawałoby się niezbyt pokaźna, a przynajmniej w porównaniu do organów rodem z filmów przyrodniczych) męskość nie robiła mi wystarczająco dobrze. Robiła! I to jak! Penetrowała to wolniej, to szybciej, co jakiś czas nieco zmieniając kąt, tak by nie zaniedbać nawet tych mniej oczywistych zakamarków. Jakby tego było mało, coraz bardziej rozochocone dłonie ugniatały co bardziej wystające krągłości, a usta znów zajęły się palcami stóp.
   Ani się zorientowałam, a delikatne z początku kochanie przemieniło się w to, czego oczekiwałam od początku. W pieprzenie. Odarte z jakiejkolwiek pruderii dzikie jebanie, pełne męskich sapnięć, kobiecych pojękiwań, ordynarnie plaskających ud i jeszcze głośniejszego skrzypienia (przypominającego o sobie po raz kolejny) łóżka, do którego wciąż miałam przypięte ręce.  
   – Szybciej! Mocniej! Jeszcze! Ruchaj mnie tym swoim wielkim kutasem! – pokrzykiwałam, mając w poważaniu, że przypominałam wówczas bardziej aktorkę budżetowego pornosa z pisanym nawet nie na kolanie, a gołej dupie scenariuszem, niż stateczną panią domu.  
   W równie głębokim poważaniu, co i owa dupa. I taka właśnie chciałam być! Poddająca się całkowicie niedającej się opanować rozkoszy, nie najmłodszą i tym bardziej nie najszczuplejszą kobietą, czerpiącą z pełnego nieraz bardzo nieoczywistych doświadczeń życia pełnymi garściami. Przeżywającą orgazm dokładnie w taki sposób, w jaki pragnęły tego moje ciało i umysł. Aż do ostatecznego zatracenia.
   Zaraz! Teraz! Już!
   Pulsująca męskość to wysuwała się, to na powrót wnikała do drżącej kobiecości. Czułam, jak ociekam wspólnym szczytowaniem. Czułam kleiste ciepło. Czułam jedyny i niepowtarzalny, ostry zapach pożądania. Czułam, jak napięcie schodzi powolutku z nas obojga. Wreszcie poczułam pocałunek. Czy raczej dwa: jeden na jednych wargach, drugi na drugich.  

   Uwolnione z opaski oczy potrzebowały dłuższej chwili, by na powrót przywyknąć do światła. Tylko po to, bym zaraz znów je zamknęła i oddała się jakże potrzebnemu wyciszeniu. A że powinnam raczej czym prędzej zanurzyć się w wannie i zmyć z siebie świadectwa wybitnie nieprzyzwoitych ostatnich godzin? Mało mnie to obchodziło! Będę jeszcze miała nadto czasu na kąpiel, drinka i co tam jeszcze mi się zachce. Choćby na przemyślenie pewnych spraw z przeszłości, które wciąż nie pozwalały o sobie zapomnieć.
   Przeżywałam wówczas ciężki okres i na niewiele rzeczy miałam ochotę, a już na pewno nie na seks. A skoro ja postanowiłam żyć w celibacie, to i Iwo też. Bo tak. Czy krzywdziłam go tym? Oczywiście! Czy mnie to obchodziło? No niespecjalnie. Zupełnie, kompletnie i absolutnie trzy razy nie! Ba, miałam jeszcze pretensje, że próbuje mnie namawiać, zachęcać, a jak raz czy drugi zbyt namiętnie – a przynajmniej tak uważałam – zostałam przytulona czy co gorsza pocałowana, ziałam ogniem. Z dupy. W końcu jednak dotarło do tego mojego pustego łba, że krzywdzę jedyną osobę, która przy mnie trwa i stara się mi pomóc. A ja nie potrafię się zdobyć nawet na głupie „dziękuję”, nie mówiąc o czymś więcej.
   Powiedziałam, że – cytat – „przeżywałam ciężki okres”? Ciężki okres to może mieć nastolatka, jak jej hormony wywali w kosmos i się przy okazji napruje tanim winiaczem. Ja natomiast, zamiast przyznać się przed sobą samą do niczego innego jak regularnej depresji poporodowej i czym prędzej umówić się na terapię… z miejsca zapierdalać do lekarza, póki jeszcze było co i kogo ratować, postanowiłam „przeczekać zły nastrój” przy pomocy kawy i tabletek. Dużej ilości kawy i jeszcze większej liczby tabletek, popijanych tym wszystkim, czym kategorycznie nie wolno ich popijać. Z takim skutkiem, iż zamiast być rozpromienioną szczęściem matką, pozującą z równie dumnym mężem oraz przede wszystkim pierworodną córką do pamiątkowego zdjęcia, zaczęłam przypominać raczej bohaterki patostreamów. I to tych dla najmniej wybrednej widowni.  
   Wychudzona, z zapadniętymi oczami, obrażona na mydło, szampon, depilator oraz rozum i godność człowieka, rozdrapywałam każdą ranę, do jakiej tylko zdołałam sięgnąć pamięcią. A gdy tych zabrakło, tworzyłam nowe. Już nie tylko na duszy. W końcu doprowadziłam się do takiego stanu, aż zasłabłam. Szczęście w nieszczęściu, że w kuchni i pod obecność ukochanego w sąsiednim pokoju, a nie w wannie w samotności, bo wtedy zamiast na sofie leżałabym raczej na noszach. I nie z workiem lodu na czole, a workiem przykryta. Takim czarnym.  
   Co prawda odruchowo najpierw próbowałam udawać, że nic poważnego się nie stało, a później uparcie utrudniałam próby jakiejkolwiek pomocy, lecz w końcu musiałam skapitulować. Nareszcie! Finalnie wyszorowana, napojona przygotowanym w międzyczasie wzmacniającym rosołkiem, zostałam zawinięta w pachnącą kołdrę. I myślałam. Nad sobą, córką, mężem. Tą samą córką, która była przecież nie moim nieszczęściem, a błogosławieństwem. Tym samym mężem, któremu powinnam na kolanach podziękować za wszystko, na czele z doprowadzeniem mnie do stanu przynajmniej prowizorycznej używalności, a tymczasem zrobiłam z niego prywatne pomiotło i worek do wyżywania się za własne frustracje, potknięcia, złe decyzje i całą resztę życiowych niepowodzeń.  
   Dobrze powiedziane: na kolanach. Niezależnie bowiem od bieżącego stanu zdawałam sobie sprawę z niemożności dalszego odkładania pewnych spraw. Poprosiłam więc ukochanego, by w miarę możliwości przy mnie był. Usiadł, położył się, cokolwiek. Fakt, wyglądał na zaskoczonego, niemniej czym prędzej ogarnął dom, siebie i wreszcie objął mnie czule. W milczeniu. Choć wiedziałam doskonale, że nie tylko mógł, a wręcz powinien opierdolić mnie z góry na dół jak burą sukę. I najlepiej jeszcze potrząsnąć, bym zrozumiała, co najlepszego narobiłam. I co zrobić mogłam, bo to było nawet gorsze…
   Nie chciałam jednak o tym rozmawiać. Nie byłam w stanie. Niespodziewanie zaczęło mi za to chodzić po głowie coś zupełnie innego. Odwróciłam się, spojrzałam na Iwa i palnęłam jak ostatnia idiotka:  
   – Czy ty… czy ty mnie jeszcze kochasz?
   – Pytanie nie trzyma poziomu – westchnął.
   – Odpowiedz, proszę – nalegałam.
   – Wiesz przecież, że tak – odparł bez śladu zawahania.
   – A czy… czy mnie pragniesz? Tak chociaż trochę? Bo zrozumiem, jak nie będziesz mnie już takiej chciał i…
   – Możesz przestać!? – przerwał ów całkowicie zbędny wywód. – Ty naprawdę w to wątpisz? We mnie? W moją miłość do ciebie? Tego, że cię chcę taką, jaką jesteś?
   – Tak… znaczy nie… ja już nie wiem… – mruknęłam. – Pewnie się mną teraz brzydzisz, ale czy mogę cię poprosić, żebyś… żebyś mnie pocałował?  
   Pocałował. W usta. Raz, drugi, piąty. Po czym bez uprzedzenia przestał i odsunął się.
   – Przepraszam, ale boję się, że nie będę w stanie się powstrzymywać dłużej. Odpocznij, nabierz sił. Dam ci tyle czasu, ile będziesz potrzebowała i wtedy… ale co ty robisz, przecież ja…
   Usiadłam na łóżku i bez słowa zdjęłam przez głowę tę samą koszulkę nocną, jaką niedawno sam na mnie zakładał. I po co? Żeby pokazać całemu światu opadłe piersi? Wychudzone żebra? Poszarzałą skórę? Nieogoloną cipkę i pachy? Jakby rozczochranych włosów, zaniedbanych paznokci i innych podobnych atrakcji było nie dość.
   Widziałam, jak Iwo ze sobą walczy. Czy raczej próbuje walczyć. Jak ewidentnie chciałby się na mnie rzucić i wytarmosić, aż pierze z poduszek wyfrunęłoby balkonem, ale obawia się mojej reakcji. Swojej zapewne zresztą też, bo od wielu – zdecydowanie zbyt wielu – miesięcy kochaliśmy się może bardzo rzadko, za to krótko i byle jak. I była to ni mniej, ni więcej, a właściwie tylko wyłącznie moja wina. I nawet gdybym bardzo chciała, nie mogłam zrzucić całej winy na obiektywne problemy zdrowotne. O, nie! Ja po prostu nie miałam na to ochoty. Mniejszej, większej, żadnej.
   Nie miałam wtedy, ale teraz już tak. Pragnęłam, by partner wypieprzył mnie ze wszystkich możliwych i niemożliwych stron. I żebym ja wypieprzyła jego. Na łóżku, podłodze, fotelu, stole, gdziekolwiek. Byle szybciej, byle mocniej, byle…
   – Weź mnie! – zażądałam tak zdecydowanie, aż sama siebie zaskoczyłam.
   Po takiej deklaracji nie było już odwrotu.  

   To właśnie wtedy dotarło do tej mojej pustej, zapatrzonej w siebie pałki, jak bardzo mój mąż mnie kocha. Naprawdę, szczerze, mocno, całym sobą, długo mogłabym wyliczać epitety. Bez względu na to, jaka byłam i co robiłam, a przecież nie raz i nie sto razy sprawiałam mu przykrość. Traktowałam jak gorszego. Wykorzystywałam do własnego widzimisia. Odpychałam od siebie, mimo że z własnej, nieprzymuszonej niczym woli pragnął sprawiać mi przyjemność. Radość. Szczęście. A on i tak kochał mnie ze wszystkimi moimi wadami, przywarami, problemami, różnicami w charakterach, pragnieniach oraz fantazjach, miejscami mocno daleką od ideału cielesnością i czego tam jeszcze bym nie wymyśliła. Cóż za genialne odkrycie, zasługujące co najmniej na nagrodę Szwedzkiej Akademii Ssąco-ciupciającej…
   Oczywiście to nie tak, że w trakcie tamtego dupczenia doznałam jakiegoś boskiego objawienia i wraz z przenikającym ciało i ducha światłem spłynęła na mnie cała mądrość wszechświata, bez przesady! Jednak to właśnie ten, zupełnie nieplanowany przecież seks okazał się kamyczkiem, mającym poruszyć lawinę.  
   Seks? To byłoby baaardzo duże i jeszcze grubsze niedopowiedzenie! Zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy chcieli za tym jednym razem nadrobić wszystkie zaległości i jeszcze odłożyć coś na zapas. Bez wstydu, bez jakiejkolwiek przyzwoitości, bez hamulców. W takich pozycjach, że nie wiedziałam, gdzie jest góra, a gdzie dół.  
   Wiedziałam za to – i to aż nazbyt dobrze – że najwyższa pora się ogarnąć, nim będzie za późno. Nie wierzyłam oczywiście w bajeczki rodem z poradników samorozwoju pt. „zrób sobie spacer, napij się yerby i poćwicz jogę, a depresja sama przejdzie”, niemniej to przede wszystkim ode mnie zależało, jak szybko wygrzebię się z tego bagna. Bo czy w ogóle to zrobię, nie podlegało żadnej dyskusji. Staczałam się po równi pochyłej i to z prędkością grożącą wypadkiem ze skutkiem…
   Co niemniej istotne, a być może nawet i ważniejsze, zrozumiałam jakże przecież banalną i jednocześnie jakże trudną do pojęcia rzecz. Mianowicie nie tylko Iwo pragnął mnie, co zresztą jednoznacznie poświadczył niedawnymi czynami, ale i ja pragnęłam jego. On kochał mnie i tak samo ja kochałam jego. Nawet jeśli tak bardzo nie potrafiłam – a może nie chciałam, wciąż mniej lub bardziej świadomie patrząc na niego z góry, oceniając, krytykując i wreszcie bez żadnego sensownego powodu uważając siebie za „lepszą” – mu tego okazać, nie mówiąc o otwartym dziękowaniu. Za wszystko.  
   Ostateczne doprowadzenie się do najlepszej możliwej wersji siebie zajęło mi ostatecznie nie tygodnie, a całe miesiące, wypełnione nieludzkim wysiłkiem, hektolitrami wylanego potu oraz niejedną uronioną ukradkiem łzą. Wyzywaniem na cały świat, traceniem motywacji, sensu i celu. Aż wreszcie coraz wyraźniej widocznymi efektami, pełnymi otuchy słowami i wcale nie mniejszą ilością przytulań, zwłaszcza gdy zamiast podejścia „ja nie dam rady? Potrzymaj mi majtki!” włączał mi się tryb „o kant dupy z taką robotą, a w ogóle to wszystko chuj”. Dałam jednak radę. Dałam!  
   Mało tego: nie tylko Iwo, ale i reszta świata najwyraźniej zauważyła moje starania i postanowiła je docenić. Zmieniłam więc pracę na znacznie lepiej płatną, na nowo odnalazłam atrakcyjność w bardziej zaokrąglonej figurze, komplementowanej zarówno przez męża, jak i znajomych, poprawiłam także dalekie od przyzwoitości relacje przyjacielsko-rodzinne. No i zajęłam się już nie tylko jedną, a dwiema cudownymi istotkami, które postanowił zesłać mi los. Radościami mojego życia, dającymi mi siłę, radość i wiarę w lepsze jutro.
   Nie tylko jutro, ale i dziś.  

   Dlatego też postanowiłam zrobić coś jeszcze. Co prawda nie przepadałam za dobijaniem się do dawno zamkniętych drzwi, lecz czy naprawdę te konkretne zostały raz na zawsze zawarte? A może tylko ledwie je przymknęłam, próbując oszukać samą siebie? Stanęłam więc przed nimi i ostrożnie pchnęłam klamkę. Włączyłam laptop, nakierowałam kursor na plik tekstowy o jakże typowym dla mnie tytule „Spotkanie po latach, czyli cała prawda, tylko prawda i gówno prawda”.  
   I kliknęłam.  

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!