
I choć mogę na zawsze schować owe fragmenty – by użyć słów Yvaine – na samym dnie najgłębszej z szuflad, wolę mimo wszystko podzielić się nimi z szerszą publicznością. Nawet jeśli są to wersje robocze, niejednokrotnie wyrwane z kontekstu, bez początku, końca, środka, a nieraz i najzwyklejszego sensu. Że o braku redakcji i korekty nie wspomnę.
Niemniej życzę seksownej lektury!
***
Rozdział 6/15
*
Choć planowałam jedynie pobieżnie przejrzeć tekst, już szybki rzut oka na pierwsze akapity spowodował zmianę koncepcji. Na antykoncepcję. Hyhyhy, ale śmnieszne, no boki zrywać! Brakowało jeszcze tylko chłopa przebranego za babę i żenadometr wyjebałoby poza skalę. O czym to ja…
Chcąc nie chcąc, musiałam naprawdę skupić się na lekturze, traktując ten tekst bardziej jak inspirację do stworzenia na jego podstawie czegoś nowego niż prawie gotowe opowiadanie, w którym wystarczyło uzupełnić co większe dziury fabularne, poprawić parę przecinków i voilà! Niby w miejscu brakujących fragmentów odnajdywałam własne notatki, jednak były one zazwyczaj bardzo skąpe. Na tyle, że jakichkolwiek dokładnych wskazówek, nie mówiąc już o szczegółowych instrukcjach, dotyczących na przykład przebiegu fabuły, mogłam się po tak długiej przerwie co najwyżej domyślać. Niemniej z każdym przeczytanym zdaniem dochodziłam do wniosku, że oceniałam siebie zbyt krytycznie. Nie było to może moje najwybitniejsze dzieło, lecz czy w takim razie najgorsze? Też nie. A gdybym we właściwym czasie porządnie nad nim przysiadła, dokończyła i poddała solidnej redakcji oraz korekcie, na pewno znalazłoby amatorów.
Skoro więc tak, na co czekałam? Miałam nie tylko czas, ale przede wszystkim chęci, by wreszcie zamknąć tę historię i podzielić się nią z czytelnikami. I to wszystko dzięki nikomu innemu jak Wiktorii.
*
EPIZOD 1: IZABELA
Przed mniej więcej dziesięcioma laty nawet bym tego nie odczuła i mimo wszelkich przeciwności dotarła do domu pełna siły, ochoty oraz przede wszystkim punktualnie co do minuty. Sześć, może nawet pięć lat wstecz zapewne spięłabym poślady i zagęściła ruchy tak, by być przynajmniej mniej więcej o czasie, a ewentualne braki energii nadrobiła szybką kawą. Z kolei przed dwoma czy trzema pewnie bym pomarudziła pod nosem, poprawiła cokolwiek zdefasonowaną koronę i postarała na poczekaniu wymyślić, jakby się tu wytłumaczyć ze spóźnienia. Dziś natomiast… miałam serdecznie dość.
Byłam tak wykończona, że już teraz ledwie trzymałam się na nogach, a musiałam jeszcze przecież wrócić, przygotować obiad – czy o tej porze raczej obiadokolację – sprzątnąć, naszykować dzieciaki do wyjścia na urodziny, omówić bieżące sprawy z mężem, i tak dalej, i tak dalej. I dopiero po tym wszystkim może (ale to bardzo, baaardzo „może”) znalazłabym dla siebie chociaż z pół godzinki. Oczywiście pod warunkiem, że gdzieś po drodze nie padłabym nieprzytomna na cyce.
Najgorsze jednak było to, iż wiedziałam doskonale, że to ja sama byłam temu winna. Ja i tylko i wyłącznie ja, nieprzymuszana przez nikogo, zaprzęgłam się lata wstecz w kierat bycia nieszczęśliwą żoną, wykończoną matką i jeszcze bardziej niedocenioną kobietą pracującą. I nijak nie potrafiłam się z wydostać z tej matni frustracji, niespełnionych oczekiwań i dawno zdezaktualizowanych marzeń.
Starając się dłużej o tym nie myśleć, zerknęłam dla pewności na listę zakończonych właśnie zakupów i po jej sprawdzeniu skierowałam się ku wyjściu z Centrum Handlowego „Promenada”. I wówczas, stojąc już właściwie w drzwiach, kątem oka zauważyłam znajomą twarz. Przystanęłam więc i zrobiłam nawet parę kroków w stronę jej posiadacza, lecz po chwili znów się zatrzymałam, nie wierząc własnym oczom. Owszem, byłam absolutnie pewna, że ów fizys należał do kolegi z liceum, kumpla ze studiów oraz niedoszłego partnera w jednym, lecz z drugiej strony nie mogłam pojąć, w jaki sposób stał się on… właśnie tym, co widziałam. Jakimże to zupełnie niezrozumiałym dla mnie cudem z raczej średnio urodziwego, chodzącego w podłych ciuchach z wyprzedaży chłopaka ze zdecydowanie zbyt wyraźnymi skłonnościami do nadwagi, przeistoczył się w faceta, na którego widok aż zmiękły mi kolana. Ubranego w sportową, podkreślającą szerokie ramiona i wąską talię marynarkę. Ze starannie ogoloną głową i dla odmiany dwu–, może trzydniowym, równie wypielęgnowanym zarostem na twarzy. Że nie wspomnę o równiutkich, błyskających nieskazitelną bielą rodem z reklam pasty zębach, które nieoczekiwanie wyszczerzyły się na w moim kierunku.
– Iza? – Bardziej stwierdził oczywisty fakt, niż zapytał.
– Eee… ja… cześć, Fifi… – Odruchowo palnęłam ksywką jeszcze z nastoletnich czasów. – Tak się zastanawiałam, czy to ty, czy…
– No weź, chyba aż tak się nie zestarzałem, żebyś mnie nie poznała! Ale, jak widzę, też się nic nie zmieniłaś, wiedźmo ty jedna ty!
Nie miałam pewności, czy owo określenie było bardziej komplementem, czy złośliwostką. Natomiast nawet jeśli tą drugą, to i tak wyjątkowo delikatną.
– Słuchaj, super, że się spotkaliśmy i chętnie bym pogadała dłużej, ale trochę się spieszę i…
– Dobra, szybka piłka – przerwał mi w pół słowa – gdzie cię podrzucić? Do domu? Mieszkasz tam, gdzie kiedyś?
– Nie, nie trzeba, naprawdę, mam tu zaraz obok przystanek i…
Mimo upływu ponad piętnastu lat jego mina, mówiąca ni mniej i ni więcej, tylko pełne politowania „a weź nie pierdol”, ani trochę się nie zmieniła.
– Tak, w tym samym miejscu. I będę ci naprawdę wdzięczna, jak mi jeszcze pomożesz, bo się obkupiłam jak głupia.
Choć jeszcze kilka chwil wcześniej w głowie kotłowała mi się co najmniej setka pytań, po wyjściu na parking deptałam w milczeniu. A przynajmniej do chwili, gdy stojący obok jaskrawoczerwony, sportowy Mercedes na warszawskiej rejestracji – i w zasadzie tylko na takie stwierdzenie pozwalała mi moja (nie)znajomość motoryzacji – sam nie otworzył bagażnika na nasze powitanie. Wtedy mruknęłam coś nieskładnie, że nie będę przecież ładowała do takiego auta brudnych siatek, ale kolejne spojrzenie sprawiło, że postanowiłam po prostu usiąść. Jak miało się okazać, na najwygodniejszym fotelu, z jakim miałam kiedykolwiek do czynienia, a który niespodziewanie…
– Och! – pisnęłam zaskoczona drżeniem w okolicy lędźwi.
– O, przepraszam. Wiesz, to w sumie nie moje auto i nie zauważyłem, że masaż pasażera był włączony. Jak chcesz mogę znaleźć… tylko zaraz, gdzie to jest…
– Nie, zostaw! Całkiem to miłe! – przerwałam czym prędzej, chcąc się nacieszyć naprawdę przyjemnym uczuciem. – A skoro już o tym mowa, to mnie też jest miło. I z powodu spotkania, i podwózki, i tak w ogóle. Przy okazji mogę zapytać, co cię tu sprowadza? Bo z tego, co kojarzę, mieszkałeś chyba za granicą.
– A owszem, z przerwami dobre dziesięć lat. Ale wróciłem jakiś czas temu i raczej już zostanę. Aczkolwiek tutaj jestem tylko przejazdem przez weekend, bo muszę pozałatwiać parę spraw. Chociaż kto wie, może znów się zainstaluję na starych śmieciach? A właśnie… Słuchaj, sorka że zapytam tak wprost, ale co robisz jutro po południu? Albo w niedzielę przed? Miałabyś ze dwie czy trzy godzinki wolnego? Bo jak tak, może byśmy usiedli, powspominali, obgadali starych znajomych?
– Ja… wiesz co… a mogę ci dać znać pod wieczór? Tylko numer sobie zapiszę i na pewno jak się w domu ogarnę, to… – zaczęłam się tłumaczyć jak ostatnia kretynka.
– Jasne, spoko!
Szczerze, nie miałam pojęcia, co właściwie sądzić o tej propozycji, zwłaszcza że Fifi zachowywał się… całkowicie zwyczajnie. Nie rzucał ani podtekstami odnośne naszej (cokolwiek skomplikowanej) wspólnej przeszłości, nie dał też po sobie specjalnie znać, że zawiodła go moja odmowa spotkania. Nie próbował też zrobić na mnie wrażenia autem wartości lekko licząc dwupokojowego mieszkania. Po prostu prowadził, starając się jednocześnie podtrzymać rozmowę. A kiedy wysiadaliśmy, sam z siebie wziął zakupy i zaniósł je aż pod drzwi.
Drzwi, których nie musiałam mu pokazywać, podobnie jak i całej trasy. Doskonale ją pamiętał. Ja natomiast starałam sobie przypomnieć, dlaczego właściwie traktowałam go od samego początku naszej znajomości jak kogoś z założenia gorszego, niewartego większej uwagi i przede wszystkim niegodnego, by dopuścić go do siebie bliżej – choć przecież tak szybko zorientowałam się, że się we mnie podkochiwał. Nie miałam jednak czasu na dalsze rozważania, bo stanęłam pod domagającymi się coraz pilniejszej wymiany drzwiami, za którymi czekało życie.
Jakże boleśnie prawdziwe.
Kilka godzin później, gdy wreszcie udało mi się jakimś cudem wszystko ogarnąć, pomyślałam wreszcie o sobie. A konkretnie o własnych pragnieniach, które miałam zamiar zaspokoić przy okazji piątkowego wieczoru. Czym prędzej wbiłam się więc w co prawda lekko już przyciasnawy, lecz wciąż nader atrakcyjny komplecik z czerwonej koronki, narzuciłam na niego kwiecisty szlafroczek i tak wystrojona wkroczyłam do salonu.
– Spójrz na mnie, kochanie, mam dla ciebie niespodziankę…
– Przecież widzisz, że jestem… no gdzie, kurwa, patałachu? Do kogo to podanie?
Siedzący na kanapie, lekko już łysiejący brunet z brzuszkiem wrzasnął w kierunku telewizora, pociągnął parę solidnych łyków z puszki i dopiero wtedy odwrócił wzrok ku mnie. I wyraźnie zdębiał.
– Coś ty na siebie włożyła? Masz tak zamiar przed dziećmi paradować? A właśnie, gdzie one znowu polazły? – rzucił szczerze zdziwiony.
– Jakbyś chociaż trochę się zainteresował… – przygryzłam się w język – się ich zapytał, to byś wiedział, że poszły na urodziny do koleżanki i wrócą najwcześniej koło dziewiątej, a pewnie jeszcze później. Więc mamy ponad dwie, a może i trzy godzinki tylko dla siebie, więc pomyślałam, że…
– No chyba żeś oszalała! Przecież wiesz, że jest mecz i… no ja pierdolę! Szybciej, kurwa, masz wolnego Lewego… no sama widzisz, co za patafiany! I jak się ma człowiek uspokoić po całym tygodniu, no jak? – Wzniósł oczy ku niebu, znów pociągnął łyka złocistej ambrozji spojrzał na mnie tak wymownie, że wskazanie paluchem naprawdę nie było już do niczego potrzebne. – A co do… tego, to wiesz co, może jutro? A nie, chwila, muszę do matki jechać… Dobra, znajdę dla ciebie chwilę jakoś po weekendzie, dobra?
Najwyraźniej uznał, że taka odpowiedź wystarczy, bo znów odwrócił wzrok ku telewizorowi. Próbowałam nie dać po sobie poznać, jak bardzo ubodło mnie takie postawienie sprawy, ale wiedziałam, że jeszcze chwila takiego stania i zaraz wypuszczę atomowego grzyba.
Ostatkiem sił zamknęłam drzwi do sypialni ręką, a nie kopniakiem. Nie namyślając się specjalnie, odpaliłam tablet, oparłam go o poduszkę, odpaliłam pierwszą z brzegu „bbc hardcore anal compilation” i wsadziłam palce w majtki. Nie siliłam się jakoś specjalnie na specjalne czułości, budowanie nastroju i inne podobne pierdoły. Pragnęłam się zaspokoić możliwie szybko i bez specjalnego roztrząsania, czemu właściwie to robię. Po co? Dla kogo?
Nie pierwszy ani zapewne i nie setny raz masturbowałam się w samotności, podczas gdy zaraz za ścianą mąż albo gapił się bezmyślnie w telewizor, albo spał. Na samym początku miałam z tego powodu po wszystkim wyrzuty sumienia – bo jak to tak, że musiałam sama ukradkiem zaspokajać swoje potrzeby? Dlaczego nie mogłam tego robić wspólnie ze wspomnianym mi poślubionym, którego przecież sama kiedyś wybrałam i któremu poświęciłam się całkowicie i bez słowa sprzeciwu? Co się między nami przez te wszystkie lata wydarzyło? Czyja to była wina, że zamiast korzystać z każdej wolnej chwili i wspólnie wychodzić na romantyczne kolacje, spacerować, przytulać się na kanapie przed jakąś komedią romantyczną czy wreszcie – zwłaszcza w takiej sytuacji, jak ta, gdy byliśmy sami – kochać się do upadłego, oddalaliśmy się od siebie? Moja? Jego? Nasza wspólna?
Nieco później wstyd i wątpliwości ustąpiły postępującemu rozczarowaniu, frustracji i przede wszystkim złości. Zrozumiałam, że nieważne, jakbym się nie starała, mój facet był leniwą, nieszczególnie dbającą o siebie, seksualna miernotą. I każdy kolejny dzień odmawiania sobie przyjemności z jego powodu był dniem straconym. A skoro tak, musiałam wziąć sprawy we własne ręce. Dosłownie.
Czasami wyobrażałam sobie, co by powiedział, gdyby wreszcie ruszył dupę z kanapy, wszedł do sypialni i zobaczył mnie taką rozkraczoną. Z cyckami na wierzchu, wibratorem w piczy oraz palcem w tyłku. Względnie odwrotnie. Albo jeszcze lepiej: wypiętą tyłkiem w jego stronę i wpychającą sobie podwójne dildo w obie dziury naraz. Chciałam widzieć nie tylko zaskoczenie, ale przede wszystkim malującą się na twarzy niepewność, że najwidoczniej nie jest mi już potrzebny jako facet. I tak naprawdę miałam gdzieś, że zamiast zrozumienia, próśb o wybaczenie i obietnic poprawy, raczej by mnie zwyzywał od najgorszych, śmiertelnie się obraził, a kto wie, może i rękę podniósł.
Tylko co z tego? Nigdy nie wykonałam tego ostatniego kroku. Przeciwnie – gdy nadchodziło spełnienie, wbijałam twarz w poduszkę, by tylko nie zdradzić się choćby najmniejszym odgłosem, a po wszystkim czym prędzej wietrzyłam pokój i zamykałam się w łazience, by jak najdokładniej zmyć z siebie wszelkie świadectwa mego jakże niegodnego postępowania.
Dokładnie tak samo, jak teraz.
Siedziałam w stygnącej wodzie, gapiąc się w telefon. Co najmniej dziesiąty raz pisałam tą sama wiadomość i zawsze pod sam koniec, zamiast wreszcie ją wysłać, kasowałam. I znowu. Niby nie robiłam niczego złego – ot, chciałam po prostu pogadać z dawno niewidzianym znajomym – ale i tak nie mogłam się przemóc. I nie chodziło nawet o to, że co najmniej kilka potencjalnych tematów zapowiadało się na wyjęte żywcem z „Rozmów w toku”, ale bardziej o obawę, że ich poruszenie obudzi jedno z najbardziej niewdzięcznych uczuć, jakie istnieją, czyli nostalgię. Że znów zacznę roztrząsać pieprzone, prowadzące donikąd „co by było, gdyby”, które z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej mnie gnębiło.
Co by było, gdybym zamiast udawać księżniczkę z kijem w dupie, poszukującą równie odklejonego od rzeczywistości księciunia z bajki, związała się z kimś może i mniej atrakcyjnym, lecz takim, któremu naprawdę by na mnie zależało. I wcale nie musiałby to być sam Fifi, bo przecież nie od jeden się do mnie zalecał. Mało tego, paru innych potencjalnych kandydatów posunęło się znacznie dalej, docierając nawet do etapu łóżkowego. Mnie jednak ciągle coś w nich nie odpowiadało – a to jeden był nie dość przystojny, a to drugi groszem nie śmierdział, a to trzeci… długo mogłabym wymieniać. Aż wreszcie trafiłam na kogoś, kto wydał mi się może nie ideałem, bez przesady, ale przynajmniej kandydatem godnym mej jaśnie wielmożnie panieńskiej rączki.
Pracowałam wtedy jako całkiem nieźle rokująca junior sales account i na jednym ze szkoleń z business negotiation techniques (a konkretnie podczas brunchu) wpadł mi w oko przystojny, wygadany oraz ewidentnie zainteresowany mną executive manager. I tak jakoś „przypadkiem” jedno do drugiego podeszło, zaczęliśmy sobie small talkować, potem szybko przeszliśmy do znacznie bardziej zobowiązujących tematów jak choćby praktyczne wdrażanie strategii robienia kontrahenta w chuja, po czym ani się obejrzeliśmy, jak zaczęliśmy ze sobą chodzić. Zwłaszcza że, jak się okazało ku zaskoczeniu obojga, pracowaliśmy w odległości całego jednego piętra. Co prawda owo „chodzenie” oznaczało zazwyczaj przebycie drogi pomiędzy modnym lokalem a sypialnią jednego z nas w niedzielny wieczór – bo tylko wówczas mieliśmy chwilę wytchnienia w napierdalaniu targetu przez pozostałe sześć dni tygodnia od świtu do nocy – jednak obojgu ta sytuacja pasowała.
A może tylko nam się wydawało? Może kolejne nasze „wspólne i głęboko przemyślane decyzje” odnośnie ślubu, dzieci, zmiany pracy, kredytu na auto, mieszkanie w stolicy oraz psa na kolejne pisiont lat, były błędne już w swoich założeniach? Może wszystkie moje marzenia cierpiały na syndrom jakże nierealistycznych oczekiwań? Może wyobrażenia, jak to zostaję perfekcyjną panią dyrektorową, co to wakacje spędza na Majorce, na ferie jeździ w Alpy, dzieci posyła do ekskluzywnej prywatnej multikulti szkoły, od początku skazane były na jakże bolesny upadek wprost na cztery litery?
Ostatecznie w paręnaście sekund wklepałam krótkiego smsa „Hej. Jak cos jestem wolna po 15 proponuje taka fajna kawiarnie niedaleko mnie adres” i wysłałam, nie bacząc na całą resztę.
Mimo najszczerszych chęci, już od samego rana chodziłam podenerwowana. A nie, przepraszam – jeszcze od wczoraj i to ostro wkurwiona. Najpierw dzieciaki nie chciały wyjść z zabawy, potem jeszcze w aucie córce zrobiło się niedobrze, później w domu syn stwierdził, że właściwie to nie będzie gorszy, a rano do tego umierającego dueciku dołączył skacowany mąż, dla którego herbata okazała się za gorąca, twarożek za słony, chleb za… Przez dłuższą chwilę zastanawiałam się całkiem poważnie nad popełnieniem zbiorowego morderstwa patelnią, lecz ostatecznie doszłam do wniosku, że za dużo miałabym po tym sprzątania. Dlatego tylko zbyłam pojękiwania wiele mówiącym milczeniem, a potem zamknęłam się w kuchni celem ugotowania rosołu. I tylko jego. Ostatecznie, gdyby znów jednego czy drugą zebrało na modły nad kiblem, to wody z kurczakiem i marchewką mniej byłoby mi szkoda niż tradycyjnych sobotnich mielonych z ziemniaczkami i mizerią.
Co prawda do umówionej kawiarni miałam dosłownie trzy minuty piechotą, jednak wyszłam z domu ponad kwadrans wcześniej. Z nieukrywaną ulgą pozostawiłam za drzwiami konającą w męczarniach rodzinę, zamierzając spędzić nadmiar wolnego czasu na spacerze. I rozmyślaniach.
O dziwo, Fifi już na mnie czekał. Przywitałam się więc, usiadłam, zamówiłam na początek kawę, kawałek sernika i od razu małego drinka na rozluźnienie atmosfery, po czym od razu wytoczyłam trzymaną za pazuchą kolubrynę.
***
Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels
Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!
Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!
Dodaj komentarz