
***
Rozdział 10/15
*
Madko bosko pornograficzno… co to w ogóle było? O ile historia Moni była co najwyżej lekkim erotykiem, a motyw Daniki zakończyłam już na etapie bielizny, o tyle Ella przeginała pałkę. Wielokrotnie. Niby pamiętałam, że miałam swego czasu baaardzo niegrzeczne pomysły, którym dawałam upust w równie dosłownych opisach, ale żeby aż tak? Tym bardziej że osobiście niewiele z takich rzeczy naprawdę mnie kręciło. I nawet jeśli czasami wyobrażałam sobie akcje, jakie się scenarzystom wspomnianego pomarańczowego jutuba nie śniły, nawet w najśmielszych snach nie planowałam wprowadzać ich w życie. Ani wtedy, ani teraz, ani nigdy.
W tym momencie zdałam sobie sprawę z czegoś, czego wcześniej nie dostrzegałam – względnie dostrzegać nie chciałam – a co przecież od samego początku było nadto oczywiste. Konkretnie podobieństwo Elli do… mnie samej. Czy raczej takiej mnie, jaką nigdy nie byłam, choć czasami skrycie marzyłam, by się stać. Choć na chwilę. Wyzwoloną, bezpruderyjną, żeby nie powiedzieć: zboczoną laską, która pieprzy się z facetem tylko i wyłącznie dlatego, że ma na to ochotę. I ma w dupie, co kto sobie pomyśli. W wielkiej, wyuzdanej, mającej w swej dupiastej nieprzyzwoitości kompleksy dupie, pragnącej miętoszenia, lizania, pieprzenia. A może i pierdolenia. Szarpania za włosy, drapania nie tylko cycków, odbijania śladów dłoni nie tylko na tyłku, wsadzania w niego nie tylko palców. No i wyzywania. W obie strony.
Uff, aż musiałam sobie odetchnąć! I czym prędzej zrobić przerwę, bo stężenie golizny, alkoholu oraz frustracji na jednostkę czasu zaczynało mnie przerastać. Wyszłam na balkon, odetchnęłam pełną piersią – w odróżnieniu od bohaterek moich opowiadań zdecydowanie ubraną – i… pomyślałam ponownie o Wiktorii. Mimo że wciąż miałam nadto wątpliwości, kim ta dziewczyna właściwie dla mnie była, a przede wszystkim kim będzie, już teraz byłam jej winna nie tylko podziękowania.
Dolać też sobie musiałam. Jeszcze więcej niż poprzednio.
*
EPIZOD 5: LUZIA
I tak mijał tydzień za tygodniem i kwartał za kwartałem, aż pewnego razu niespodziewanie zadzwoniła do mnie… Ella. Ta sama. Po czym po krótkiej gadce-szmatce zapytała prosto z mostu, czy wciąż jestem samotny. A jeśli tak, to czy nie chciałbym kogoś poznać.
Szczerze nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć. Czy brakowało mi kogoś? Bardzo. Czy chciałem znów pakować się w jakieś niepewne relacje, które tylko narobiłyby mi niepotrzebnych nadziei, a z których potem musiałbym się leczyć całymi miesiącami. No i najzwyczajniej trochę się bałem, z kim właściwie Ella mogłaby mnie poznać. Niby zapewniała, że owszem, znała ją dość krótko, ale to bardzo porządna dziewczyna (jak stwierdziła: „nie to, co ona”), której brakuje kogoś podobnego do mnie u boku. I jeżeli tylko będę miał ochotę, to umówi nas przez jakiś komunikator – nawet pierwszy raz w trójkę, żebyśmy nie czuli się zbytnio skrępowani.
Przyznaję, że choć wciąż miałem obawy co do tego pomysłu, to ostatecznie się zgodziłem. Pamiętając, że pierwsze złe wrażenie można zrobić tylko raz, ogoliłem się, uczesałem, założyłem koszulę, zaparzyłem herbaty i czekałem. I czekałem, i czekałem, aż wreszcie po upływie studenckiego kwadransa miałem napisać, co myślę o takiej „punktualności”, gdy na ekranie zamigotało przychodzące połączenie. Kliknąłem więc i…
Fakt, że Luzia – bo tak się owa znajoma Ella zwała – przesłała mi wcześniej zdjęcia, jednak traktowałem je z dużym dystansem. Wiadomo: najlepsze pozy, filtry upiększające już na etapie cykania fotki, z potem jeszcze ekstra fotoszop i nagle robiło się dziesięć kilolat mniej. Jednak w czasie rozmowy na żywo, nawet jeżeli była prowadzona online, wielu rzeczy nie dawało się ukryć mimo najlepszych chęci. A tymczasem zobaczyłem przed sobą naprawdę ładną kobietę. Bardzo ładną. Wręcz zbyt ładną jak na to, by była samotna i interesowała się tak zwyczajnym w gruncie rzeczy facetem jak ja. Mimo tych podejrzeń starałem się zachowywać w miarę swobodnie, co w zasadzie mi się udało – poznaliśmy się nieco bliżej, pogadaliśmy i o pierdołach, i sprawach cokolwiek ważniejszych, i nie wiedzieć nawet kiedy minęły prawie trzy godziny. A po paru dniach kolejne dwie, później cztery, aż wreszcie zdecydowałem: idę załatwić sobie kolejny wylot do krainy ciepłego, wygazowanego piwa.
O ile do Elli zawsze musiałem dojechać, o tyle Luzia czekała na mnie już na lotnisku. Byłem tym tak zaskoczony, że praktycznie ją minąłem i dopiero zawołanie mnie po imieniu spowodowało, że się rozejrzałem. I ujrzałem… boginię. Dosłownie. Fotki fotkami, skype skypem, ale dopiero na żywo dotarło do mnie w pełni, jaka ona jest piękna. I to bez absolutnie żadnej przesady.
Gdybym miał nazwać Luzię jednym tylko określeniem, byłoby to chyba „sto dziesięć procent kobiety w kobiecie”. Więcej niż średniego wzrostu – choć swoje na pewno robiły tutaj buty na obcasie i burza czarnych loków – z wyraźnie śródziemnomorską cerą, wielkimi ciemnymi oczami i idealnym uśmiechem od ucha do ucha. Biodrami, które mogły gnieść orzechy samym swoim cieniem oraz takim dekoltem, że nie wiedziałem, gdzie oczy podziać. Serio. Na szczęście posiadaczka owych cudowności wyręczyła mnie i sama zaproponowała, byśmy wsiedli do czekającej już taksówki i pojechali do niej. Znaczy najpierw do hotelu, w którym musiałem się zameldować, a dopiero później, gdybyśmy oboje zdecydowali, do bardziej domowej lokalizacji.
Na razie jednak nie zdecydowaliśmy. Owszem, spędziliśmy razem cały wieczór, zjedliśmy wspólną kolację i nawet przeszliśmy się chwilę po niedalekim pasażu handlowym, gdzie nawet kupiłem Luzii pasującą pod kolor szminki bransoletkę z rzemyków, lecz ostatecznie doszliśmy do wniosku, że na razie wystarczy. Widziałem przecież, że mimo całej otwartości i południowego temperamentu jest nadto skrępowana, a i ja nie czułem się dość swobodnie. Co nie znaczyło, że od razu nie umówiliśmy się na następne spotkanie. A po nim na kolejne i jeszcze jedno…
Związek z Moniką był niczym innym jak pomyłką od samego początku. Z Daniką poszedłem do łóżka w przypływie emocji, których nawet nie byłem do końca świadomy, że nie wspomnę o ich kontrolowaniu. Ella wzięła mnie z zaskoczenia, wykorzystując nadarzającą się sytuację. Natomiast w przypadku Luzii postanowiłem, że wreszcie spokojnie usiądę i przemyślę, czego właściwie oczekuję od siebie, od niej, od życia. Rozważę wszystkie za, przeciw, nad, pod, obok… Ta, jakbym był w stanie! Z każdą chwilą nabierałem nawet nie ulotnego poczucia, ale szczerego przekonania, że po prostu pragnę z nią być. Z będącą dosłownie na wyciągnięcie ręki, jakże prawdziwą kobietą, która oferowała sobą więcej, niż kiedykolwiek mógłbym wymarzyć. Zwłaszcza w kwestii pociągu seksualnego, który z każdym dniem stawał się coraz trudniejszy do opanowania.
Kiedy Luzia weszła do pokoju, oniemiałem. Znowu. To już nie było wspomniane sto dziesięć, a co najmniej dwieście procent czystego erotyzmu. Ubranego w zjawiskową, lśniącą czernią bieliznę, z mocno podmalowanymi oczami, ustami pociągniętymi bordową szminką i – co zauważyłem od razu, bo koronkowe majteczki nie przysłaniały zbyt wiele – wydepilowanym łonem. Wstałem niepewnie, podszedłem do niej i… przytuliłem. Tak po prostu. Obejmowałem cudownie apetyczne ciało, gładząc dłońmi ciepłą skórę, lekko szorstką bieliznę, jedwabiste włosy. Obcałowywałem szyję, uszy i oczywiście usta. Ledwo mieszczący się w staniku biust. Uroczo miękki brzuszek i takie same biodra. Miałem już podążyć dalej, gdy Luzia powstrzymała mnie gestem dłoni. Jednej, bo drugą lekko pchnęła na łóżko. Bez pytania rozpięła haftki na plecach i nadstawiła mi piersi wprost pod twarz. Ta, piersi… o ile i Danica, i Ella miały czym oddychać, o tyle Luzia była posiadaczką ni mniej i ni więcej, a ogromnych, ciężkich cycków o równie dużych, ciemnych aureolach. Byłem tak oszołomiony ich widokiem dosłownie o centymetry od oczu, że nie wiedziałem, co zrobić. Dotknąć? Pocałować? Jeszcze coś innego?
I pewnie bym tak siedział – czy raczej leżał – jak ostatni oszołom do rana, gdyby ich właścicielka mnie nimi nie przycisnęła. Czy raczej wbiła w poduszkę. I jednocześnie nie zaczęła ugniatać ręką przez bokserki. Co prawda ledwo ogarniałem, co się dzieje, jednak byłem mimo wszystko na tyle świadomy, by czym prędzej zacząć się powstrzymywać. Owszem, przy Elli pewnie bym tego nie zrobił, tylko po prostu wyciągnął pytonga i spuścił się w jej dłoniach – albo coś równie subtelnego – jednak z Luzią wolałem nie zaczynać od przedwczesnego wytrysku. Dlatego uniosłem się tak, by chwilowo skupić się wyłącznie na niej. Podążałem ustami coraz niżej i niżej, aż wreszcie doszedłem do krawędzi fig. Wsunąłem palce pod gumkę i powolutku, centymetr za centymetrem, zacząłem je ściągać, czekając tylko na sygnał „stop”.
Ten jednak nie nastąpił, a Luzia półleżała przede mną, jak ją Matka Boska Lizbońska – o ile taka istniała – stworzyła. Niby próbowała stwarzać pozory zawstydzonej, przysłaniając nieśmiały uśmiech dłonią, lecz jednocześnie unosiła uda coraz szerzej aż do momentu, gdy wyprostowała je niemal do pionu. A ja tylko wpatrywałem się w jej pi… intymność. Gładziutką, lekko lśniącą jakby od niedawno wtartego olejku. O rozchylonych zachęcająco, jeszcze ciemniejszych niż sutki płatkach.
W tym momencie stwierdziłem, że niech się dzieje, co chce! Po prawdzie nie popisałem się pierwszymi razami z żadną poprzednią partnerką, więc przynajmniej dla Luzii postanowiłem się postarać nie na sto, a co najmniej mocne trzydzieści procent! Dlatego też, nie namyślając się zbytnio ani nie rozważając żadnych za, przeciw oraz obok, zacząłem ją całować. Bardzo czule i ostrożnie, próbując od razu wybadać, co najbardziej jej podoba. A najwyraźniej podobało wszystko, co robiłem: i rozchylanie językiem falbanek, i ssanie perełki, i całuski składane wszędzie dokoła, i cokolwiek bym sobie jeszcze nie wymyślił i jak poetycko – lub pretensjonalnie – tego nie nazwał. Przez chwilę miałem nawet ochotę, by podnieść jej pośladki i dostać się pomiędzy nie, lecz zostawiłem to sobie na inną okazję. Za to skupiłem się tylko i wyłącznie na dawaniu przyjemności bez wątpienia najcudowniejszej kobiecie, z jaką kiedykolwiek byłem. Aż do finału.
Ten zaś był… zwyczajny? Bez egzaltowanych pokrzykiwań rodem z tandetnych filmów czy wzywania wszystkich świętych nadaremno, bez rzucania się, wierzgania, drapania, niczego takiego. Po prostu spięcie mięśni, kilka cichych westchnień i na koniec rozmarzony uśmiech na ustach zaspokojonej kobiety. I tyle. Nie powiem, bym nie spodziewał się po niej bardziej temperamentnej reakcji, jednak czy byłem zawiedziony? Ależ skąd! Widocznie tak samo, jak Ella potrafiła roznieść orgazmem łóżko, Luzia przeżywała go znacznie spokojniej. Dzięki temu jednak mogłem znów skorzystać z okazji i ponownie ją utulić. Nie od razu podstawiać kutasa pod usta lub dobierać się paluchami do piczy jak we wspomnianym biedapornosie, ale położyć się za nią. Objąć w talii, pogładzić włosy, ucałować odsłoniętą szyję. I czekać, aż odzyska siły i chęci na dalsze harce.
Fakt, ledwo się kontrolowałem, lecz wbrew pozorom nie liczyłem na nie wiadomo jaką wdzięczność. Postanowiłem, że skoro ja dałem jej to, co potrafiłem najlepiej – przynajmniej według mnie samego – w identyczny sposób oddam się w jej ręce. Dłużej, krócej, bardziej lub mniej energicznie, nieistotne. Decyzja należała tylko i wyłącznie do Luzii. I nawet jeśli okaże się, że zostanę obdarowany na przykład jedynie dotykiem jej dłoni, to też nie będę miał o to pretensji, bo niby o co?
Cóż, myliłem się. Bardzo. W pewnym momencie bez ostrzeżenia się nie tylko obróciła, ale i zaczęła do mnie dobierać. Pomogła zdjąć bokserki, które przecież wciąż na sobie miałem, założyła mi prezerwatywę i dosiadła. Choć uwielbiałem, gdy Ella ujeżdżała mnie w taki sposób, to zwykle od razu szła na całość i szybko dostawała zadyszki. Luzia natomiast tylko się kołysała. Powolutku, bardziej kiwając jedynie biodrami w przód i w tył niż podskakując. Opadała na mnie całym ciężarem, podstawiając piersi pod same usta, to znów się podnosiła, opierając na wyprostowanych rękach.
Mimo że wciąż pamiętałem o złożonej sobie samemu obietnicy, by dać z siebie jak najwięcej i udowodnić, że jestem najlepszym z najlepszych kochanków, to widząc, w jakim nastroju znalazła się Luzia, darowałem sobie jakiekolwiek dalsze dywagacje. Po prostu to, co i jak razem robiliśmy, sprawiało jej nieopisaną przyjemność. Uśmiechała się do mnie zmysłowo, mrużyła rozmarzone oczy i szeptała, bym nie przestawał, bo jest jej cudownie. Nie mniej i nie więcej. A skoro tak, zwykłym brakiem wychowania byłoby naciskanie nawet na zmianę pozycji.
No, prawie, bo wciąż onieśmielony poprosiłem Luzię, czy także ja mógłbym usiąść. I przeżyć tak przyjemność, bo coraz trudniej było mi się postrzymywać. Odpowiedziała mi jeszcze szerszym uśmiechem, pomogła się wyprostować i dodatkowo otoczyła udami w pozycji lotosu. I wtedy wystarczyło kilka mocniejszych pchnięć, a doszedłem. W objęciach najcudownie… miałem serdecznie gdzieś, że znów się powtarzałem i uciekałem do porównań, lecz nieważne, jak przyjemnie było mi z Daniką oraz Ellą, Luzia wydawała się być poza zasięgiem obu.
Może i brzmiało to pretensjonalnie, ale naprawdę przeżywałem z Luzią nawet nie drugą, a w zasadzie to pierwszą prawdziwą młodość. Z kobietą, którą nie tylko prawdziwie pożądałem, ale też szczerze kochałem i dla której starałem się jak dla żadnej innej wcześniej. Bogatszy o doświadczenia z przeszłości wiedziałem bowiem, że nawet najcudowniejszy seks nie zastąpi zaangażowania w innych aspektach życia. I odwrotnie: nieważne, jak bardzo starałbym się na co dzień, to bez udanego pożycia każda relacja prędzej czy później musi się rozsypać. A jeśli tak, to w dzień dawałem z siebie wszystko, natomiast nocami jeszcze więcej. Choć wiedziałem, że momentami pewne zachowania ocierały się o nic innego jak czystej wody „to była nasza wspólna decyzja” pantofelstwo, nieszczególnie mnie to interesowało. Być może naiwnie, jednak całkowicie szczerze wierzyłem, że los wreszcie się dla mnie odmienił.
No, na pewno…
*
No, na pewno miałoby to jakiś większy sens! Zwłaszcza po przejrzeniu ostatnich już notatek, wedle których Fifi miał przypadkiem odkryć, że Luzia zostawiła u siebie – znaczy w Portugalii – narzeczonego. Odnajduje go więc w social mediach, kontaktuje się z nim i potwierdza, że to wszystko prawda. Po tym spotyka się ostatni raz z Luzią, mówi, że była dla niego tą jedyną, że czuje się oszukany i odchodzi. I co dalej? Ano niewiele pora paroma ogólnikami, że później wpada w depresję, że znajduje kolejną kobietę, że jego los się odmienia, że pitu-pitu.
Dopiłam drinka, raz jeszcze spojrzałam na ekran i zmarszczyłam brwi. Choćbym bardzo chciała, nie byłam w stanie na ten moment wymyślić niczego, co pozwoliłoby choćby na prowizoryczne załatanie co większych dziur logicznych, nie mówiąc o prawdziwym dokończeniu opowiadania. Jednocześnie wiedziałam aż za dobrze, czym skończy się kolejna przerwa.
Mając do wyboru rozwiązanie złe i jeszcze gorsze, zdecydowałam się na trzecie. Owszem, mocno ryzykowne, niemniej najbardziej sensowne. A przynajmniej taką miałam nadzieję. Oby tym razem nie okazała się ona matką głupich…
***
Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels
Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!
Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!
Wersja robocza materiału.