Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 3)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 3)Zapraszam na dalszy ciąg opowieści i jednocześnie informuję, że załączona korespondencja zdecydowanie nie jest tylko i wyłącznie moją literacką fantazją.

***

Rozdział 3/15

   Wiedziałam, że nawet gdybym bardzo chciała, nie mogłam już dłużej czekać. A nie chciałam. Podbudowana przeżyciami poprzedniego wieczoru i następującymi po nich pościelowymi przemyśleniami, zebrałam się wreszcie w sobie. Nim jednak odpisałam na maila, postanowiłam go ponownie przeczytać. Tym razem znacznie uważniej niż za pierwszym razem. No i całkowicie na trzeźwo.

Kochana Pani Yvaine!
Wstępem mojego listu przepraszam za nadtą poufałość... Piszę do Pani z powodu takiego oto, iż jestem stałym czytelnikiem portalu Namietne i właśnie przeczytałam Pani ostatnie opowiadanie. Piszę do Pani, bo niegodzę się z tym, iż nie będzie na portalu wspaniałej, nieocenionej, ważnej dla mnie i wielu, wielu fanów Pani twórczości, kolejnych pięknych Pani póblikacji.
Czytając adnotację o Pani przejściach z pisaniem i publikowaniem na faceboku i grupach i innych miejscach po prostu... ręce mi opadły >:O, dlatego, że nie rozumiem jak można potraktować tak utalentowanego, mądrego i oczytanego człowieka jak Pani! >:( ponieważ zadziało się bardzo źle!
Nie mam słów by opisać, jaką radością witałam Pani publikacje. W tym miejscu muszę coś wyznać, jestem Pani wielką fanką więc i wiele jeszcze muszę nadrobić, a mojim ukochanym opowiadaniem jest „Wyznanie dziewczyny z marzeń”. Nie wiem czemu, ale bardzo zaintrygowały mnie postacie Anety, którą dość upiornie sobie wizualizowałam oraz Renaty.  No i rozpisanie głównej bohaterki! Mistrzostwo! W Odecie z opowiadania ''Takie same a takie różne'' odkryłam swoje niepewne i rozchwiane ego, którego brak. Przy ''Przyrodniej siostrze'' chciałam płakać, kiedy czytałam. ''Słodkie walentynki'' i kreacje Amelii i Aleksandry też były wspaniałe. Jak mówiłam, wiele, baardzo wiele przede mną! Bardzo dziękuję za Pani twórczość.

   Tak, było to miłe. Bardzo miłe. Znacznie bardziej niż odebrałam to za pierwszym razem. Co więcej, napisanie czegoś takiego musiało wymagać wcześniejszej walki z samym sobą. Z samą sobą. I tak, walki! Z przekonaniem, że po co w ogóle coś takiego robić, że przecież to nie moja sprawa, że jak to tak pisać z jakimiś anonimowymi pornopisarzynami z internetów, że pewnie zrobię z siebie idiotę. Idiotkę. Na jedno wychodzi.  
   O nie, wcale nie na jedno! Wymienione wcześniej przeszkody to mogłam sobie sama pokonywać w wolnych chwilach, natomiast autorka listu miała przed sobą jeszcze jedną. Bez porównania poważniejszą. Odetchnęłam więc głębiej i na wszelki wypadek poprawiłam najpierw krzesło, a później własny zadek, by w przypływie emocji nie spowodować katastrofy budowlanej.

Pani pisanie przemawia do mnie, ponieważ jestem osobą niepełnosprawną (prawie zupełnie nie widomą). Pani publikacje, pozwalają widzieć mi świat erotyki. Erotyka w kontekście osób niepełnosprawnych jest tematem tabu, a mało kto zdaje sobie sprawę, że u takich osób libido to tragedia i że często na zawsze pozostają dziewicami i prawiczkami.
Przepraszam za tak wielkie uzewnętrznienie swojej osoby, prawdopodobnie a raczej napewno list do Pani jest jednym z najszczerszych tekstów, z jakim przyszło mnie się zmierzyć i doskonale zdaję sobie sprawę, iż w każdej chwili może przestać Pani czytać mój list, co będzie całkiem uzasadnione, ponieważ nie używam ortografii a moje błędy wołają o pomstę i styl przeraża, nie mniej czułam, że musiałam do Pani napisać.
Pozdrawiam. Wika (nie Wiktoria)

   Strzeliłam spiętymi palcami i póki jeszcze miałam w sobie dość sił i odwagi – oraz zupełnie się nie rozkleiłam, co lada chwila mi groziło – czym prędzej zabrałam się za odpisywanie.

Dzień dobry, Kochana Wiko!
Niezmiernie dziękuję za Twój list, którego nie mogłam się spodziewać nawet w najśmielszych snach! Jest mi niezwykle miło, że do mnie napisałaś i postaram się chociaż trochę podziękować za Twoje słowa, które sprawiły mi ogromną przyjemność. No i nie jestem żadną „panią” i ani mi się waż dalej tak do mnie mówić! 😊
Zacznę może od tego, że moja twórczość wcale nie jest taka dobra, jak próbujesz ją przedstawiać. Zresztą było to widać po raczej przeciętnym powodzeniu wśród czytelników oraz absolutnym braku zainteresowania ze strony wydawców. Nie masz się też czym martwić na przyszłość, bo kiedy skończą Ci się moje opowiadania do czytania, to przecież na Namiętnych, Wybitnej Erotyce albo choćby HEHE24 jest tak wiele tak wspaniałych autorek i autorów, że na pewno znajdziesz coś dla siebie. I gwarantuję Ci, że nie jedno i nie dziesięć opowiadań będzie tam znacznie lepsze niż moje. Poza tym, kto wie, być może kiedyś jeszcze coś napiszę i wtedy będę miała nadzieję, że nie zawiodę Twoich oczekiwań!
Chciałabym też…

   Zawahałam się. Oczywiście zżerała mnie ciekawość, by poruszyć wiadomy temat, lecz nauczona doświadczeniem postanowiłam nie dopytywać o szczegóły. Dlatego też postanowiłam do niego nawiązać w taki sposób, by Wika nie poczuła się zignorowana, lecz i bez zbędnego narzucania się.

Chciałabym też pogratulować Ci niezwykłej odwagi i powiedzieć, że bardzo poruszyło mnie to, o czym do mnie napisałaś. Oczywiście mogę sobie tylko wyobrazić, jak to jest, kiedy musisz zmagać się z takimi przeciwnościami w codziennym życiu, ale widzę, że wspaniale dajesz sobie radę i powinnaś być z siebie dumna! I jest mi też niezmiernie miło, jeżeli chociaż trochę pomogłam Ci w poznawaniu siebie. A gdybyś tylko miała jakieś dodatkowe pytania czy wątpliwości, postaram się w miarę swoich skromnych możliwości Ci pomóc.
Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszego odkrywania krainy namiętności!
Twoja Yvaine

   Kliknęłam, wysłałam, zamknęłam pocztę. I tyle.
   Nie byłam aż tak naiwna, by uznać rozmowę za zakończoną, niemniej nie spodziewałam się po przyszłej korespondencji już zbyt wiele. Oczekiwałam raczej przejścia do ogólnikowego pitu-pitu o lekkim zabarwieniu erotycznym, przerywanego co najwyżej anegdotkami na poziomie „ciotka koleżanki kota mojej sąsiadki powiedziała, że gorsze są tańsze, a lepsze są droższe”. O jakże się pomyliłam! Mało tego: już druga wiadomość, jaką dostałam dosłownie godzinę po wysłaniu odpowiedzi, mocno zachwiała poczuciem mego wewnętrznego spokoju. Tego, co uważałam za sukces, porażkę, szczęście, pech, dobro, zło i wszystko pomiędzy.  

Dzień dobry więc kochana Yvainne!
Raz jeszcze przepraszam za swą wylewność ale naprawdę bardzo się cieszę że potraktowałaś moją wiadomośc w taką serdecznością. Oczywiście nie wymagam, ażebyś zaraz próbowała sobie wyobrażać, jak to jest być taką osobą jak ja, ale i tak jest mi niezwykle miło, bo tak bardzo się starasz zrozumieć mnie i mój punkt widzenia. Taka akceptacja jest bardzo ważna dla mnie i dla nas wszystkich, bo często ludzie współczują nam ale potem i tak traktują nas tak jakbyśmy niczego nie potrzebowali od życia a przecież my jesteśmy normalnymi ludźmi! Mamy swoje potrzeby, tez te fizyczne tylko jest nam je trudno zrealizować, chociaż często tak bardzo się staramy.
Niewiem czy napisałam to wtedy wystarczająco jasno, ale, to dzięki między innymi Twoim tekstom zaczęłam się zastanawiać nad tym jaka naprawdę jestem i czego potrzebuję i co bym chciała. A mam marzenia, mam pragnienia i nie raz bardzo odważne fantazje, co chciałabym zrealizować w prawdziwym życiu tylko nie mam jak ani z kim. A zdarzyło mi się kilka razy, że poznałam bardzo miłego chłopaka, na przykład na czacie albo forum dla osób niewidomych i niedowidzących, i niestety potem nic z tego nie wyszło bo zawsze kończyło się tylko na słowach. Albo jak czasami jakiś chłopak zbliży się do mnie tak bardzo blisko aż jestem w stanie go wyraźniej zobaczyć i się okazuje, że jest bardzo przystojny i wtedy robi mi się tak dziwnie… bo czuję, jak moje ciało bardzo by chciało więcej, ale wiem przecież, że nigdy to się tak dobrze nie kończy.
Dlatego też takie opowiadania albo audio buki są mi bardzo pomocne, bo dzięki wyobraźni mogę poznawać swoje potrzeby i swoje ciało. Te wszystkie takie niezwykle podniecające opisy, te sceny miłosne między bohaterami, te namiętności jakich doświadczają to jest coś naprawdę niesamowitego! I pomiędzy nimi tylko ja, moja wyobraźnia, moje ciało, i moje dłonie, jak się pieszczę w samotności i myślę jakby to było, jakbym to ja była z nimi razem i przeżywała to wszystko co oni! To jest cudowne i jeszcze raz tak niesamowicie bardzo Ci Yvain za to dziękuję i dziękuję bo bez Ciebie nie poznałabym siebie tak dobrze! Nie odkryła swojej namiętności i pożądania które na codzień muszę chować przed innymi i całym światem. I to jest strasznie przykre jak nas ludzie z boku postrzegają i jak jest nam trudno uzewnętrznić nasze uczucia oraz pragnienia. A już zwłaszcza te erotyczne.
Jeżeli napisałam za dużo to przepraszam i mam nadzieję, że mi to wybaczysz i taką moją otwartość wobec Ciebie. Tak w ogóle to muszę Ci powiedzieć, że jestem niezwykle ciekawa jaka naprawdę jesteś, jak wyglądasz i jaki masz głos na żywo i jak dokładnie sobie Ciebie wyobrażałam przez ten cały czas jak czytałam wszystkie Twoje opowiadania. A na pewno jesteś jeszcze wspanialsza i jeszcze cudowniejsza niż w moich marzeniach! Bo to jak mi napisałaś świadczy właśnie o tym i Twojej cudowności i wielkim sercu i serdeczności jakie masz do ludzi.
Przesyłam ci pełne radości całuski i do mam nadzieję zobaczenia kiedyś.
Wika

   A to i tak był dopiero początek. Później nadszedł trzeci mail, czwarty, piąty… Dopiero koło północy skrzynka odbiorcza wreszcie zamilkła, pozostawiając mnie samą na sam z kotłowaniną sprzecznych emocji, z którymi nijak nie potrafiłam sobie poradzić. Dlaczego? Ano dlatego, że – o ile oczywiście wszystko, co Wiktoria do mnie napisała, było w stu procentach prawdziwe, gdyż mimo wszystko zawsze istniało ryzyko podkolorowywania lub wręcz otwartej konfabulacji – korespondowałam z młodszą o ponad dekadę, zmagającą się z niewyobrażalnymi dla mnie problemami psychicznymi i zwłaszcza fizycznymi dziewczyną, która w mej nie najwyższych przecież lotów pisaninie odnalazła sposób na wyrażanie siebie.  
   Bardzo erotyczne wyrażanie. Żeby nie powiedzieć: pornograficzne, bo taki przecież był charakter całej mojej twórczości: od mniej lub bardziej sprośnych wierszydeł, przez one-shoty, opowiadania czy też formy będące w zasadzie regularnymi nowelami, stanowiące lwią część mego pożal się kurtyzano dorobku, po zalążek powieści, któremu niestety – a może na szczęście? – nie dałam nigdy w pełni się rozwinąć. Wszystkie one były szczodrze wypełnione tyleż dosłownymi, co momentami aż do przesady szczegółowymi opisami organów płciowych i tego, co można (a nieraz i czego zdecydowanie się nie powinno) przy ich pomocy robić. A że wyobraźnię miałam bujną, to i wzajemnych erotycznych konstelacji nawymyślałam na całe uniwersum. Tak w tej, jak i paru innych, odległych galaktykach.  
   I o ile naczytałam się podówczas bardzo wielu bardzo różnych komentarzy, dotyczących nie tylko zawartości tekstów, ale także (a miejscami przede wszystkim) siebie samej – bo wiadome było, że jeśli autorka opisuje BDSM, to biega po domu z pejczem, a gdy bohaterka jest lesbijką, wówczas jej pierwowzór na pewno będzie miał jedną kochankę w łóżku, drugą pod i piątą w szafie – o tyle nigdy nie przybrały one choćby zbliżonego do wywodów Wiktorii charakteru. Owszem, czasami zahaczały o sprawy nie tyle nawet osobiste, co intymne, lecz nigdy nie wymagały ode mnie wzięcia tak wielkiej odpowiedzialności za obcą przecież osobę. Okej, byłam świadoma, w jaki sposób czytelnicy traktują moje „dzieła” i co przy nich robią, jednak wciąż nijak miało się to do tej konkretnej sytuacji z udziałem tej konkretnej osoby.
   Jakby tego było mało, okazało się, że mieszkałyśmy z Wiką w tej samej stolicy tego samego środkowoeuropejskiego kraju, co w swej naiwnej prawdomówności postanowiłam potwierdzić. Jakbym była – nomen omen – ślepa zarówno na te wszystkie niespecjalnie zawoalowane sugestie Wiktorii, jakby to było superaśnie kiedyś się zobaczyć, jak i na własne doświadczenia związane z takimi spotkaniami „na żywo”. Nie przez komunikator, nawet nie za pośrednictwem kamery, a twarzą twarz. I mimo że nie byłoby to pierwsze moje wyjście z nory komfortu, skutkujące pokazaniem światu własnej twarzy, a nie tylko wydekoltowanego avatara, to wszystkie poprzednie próby kończyły się co najmniej niezręcznie dla obu stron. Taaa, żeby tylko „niezręcznie”…
   Nie, nie uważałam siebie zaraz za jakąś paskudę, którą wespół z Babą Jagą, żabą Moniką i jej wyglądającym jak podstarzały zbok-alkoholik przydupasem Kulfonem straszy się niegrzeczne dzieci, lecz w nieuzasadniony samozachwyt też wolałam nie wpadać. Nie wspominając o wspomnianych wcześniej wyidealizowanych wyobrażeniach, odbiegających zazwyczaj baaardzo daleko od w gruncie rzeczy dość przeciętnej rzeczywistości. Nie tylko tej seksualnej.
   Tak, uważałam się za osobę w gruncie rzeczy na wskroś przeciętną. Zgadza się, miałam wspaniałego męża, zdolne dzieciaki czy choćby stabilną pracę, pozwalającą wieść spokojnie życie w całkiem przyjemnej okolicy. No i ani ja, ani nikt z mych ukochanych nigdy nie zachorował na nic groźniejszego niż pospolite jesienno-zimowo-wiosenne pocenie się pod kołdrą z gilem po pas – i oby tak zostało! A że o sprawach łóżkowych już się wypowiedziałam, to powtarzać nie będę. Tymczasem wielu czytelników – i to płci obojga – spodziewało się co najmniej byłej (a może i obecnej) modelki, przechadzającej się z wysadzanym diamentami pejczem po prywatnym jachcie. No nie. Nie, nie i po stokroć NIE.
   Dlatego też wolałam od razu podzielić się wszystkimi wątpliwościami i przedstawić własny pogląd na co bardziej drażliwe kwestie. Parokrotnie kasowałam wiadomość przed jej ostatecznym wysłaniem, próbując znaleźć może nie od razu złoty, lecz choćby tombakowy środek pomiędzy obawami, uprzedzeniami, ciekawością a zwyczajną grzecznością, aż wreszcie uznałam, że wystarczy tego kombinowania. Jeżeli propozycja Wiktorii nie była jedynie chwilowym kaprysem, zadośćuczynię jej życzeniu. A w jaki sposób, to się ustali na bieżąco.  
   Na razie postanowiłam zaczekać. Tylko i aż.

*

   Na tyle długo, bym miała czas na kolejne rozważania nad sensem wszechświata. Znaczy własną dupą. Zaczynającą znowu żyć własnym życiem i mającą za nic, co pomyśli głowa. Ze szczególnym uwzględnieniem takich sytuacji jak wspólne oglądanie filmu, wieczorny masaż stóp po ciężkim dniu, nawet krzątanie się po kuchni. Wystarczyło wówczas ledwie parę przytulasków czy nie daj Boże pocałunek, a już wyobrażałam sobie rzeczy z… no właśnie – własnych opowiadań. I pół biedy, jeżeli byłam w stanie rozchodzić emocje, ewentualnie wyczarować chociaż pół godzinki na jakiś bardzo szybki numerek, choćby nawet taki zaczynający się (i kończący też) wsadzeniem jednej dłoni w majtki, a drugiej pod bluzkę. Cała bieda była wtedy, gdy ani jedno, ani drugie się nie udawało, a napięcie wzbierało we mnie w tempie wykładniczym. Co mi wtedy pozostawało? Szybka randka z Dildosem Dareczkiem, względnie Wibratorką Wandzią?
   Otóż nie. Wystarczyło wykazać się odpowiednią dozą cierpliwości, a oczekiwana okazja prędzej czy później sama się pojawiała. A gdy już się to stało, wyciskałam z niej tyle, ile tylko się dało. I to dosłownie. Najlepiej przy pomocy męża. Nie był on oczywiście idiotą i bardzo szybko zauważył zmianę mojego zachowania, niemniej nie dopytywał o przyczyny takiego stanu rzeczy.  
   Do czasu.  
   Konkretnie do najbliższej soboty, gdy po porannej gimnastyce pod samochodem postanowił się odświeżyć przed obiadem. O ile jednak moje wtargnięcie do łazienki nie wywołało specjalnego zaskoczenia – było przecież oczywistą oczywistością, iż najlepiej pumeksuje się stopy, myje włosy czy też usuwa nadmiar szczeciny z nazbyt zaszczeciniałych rejonów, gdy ktoś inny przebywa pod prysznicem / w wannie / na kiblu (niepotrzebne skreślić) – to rozebranie się do naga spowodowało głośno wyrażone obawy o równie niespodziewaną wizytę latorośli, biegających po podwórku. Na razie, bo co strzeliłoby im do głowy za parę sekund, tego nikt nie wiedział. W szczególności one same.  
   Postanowiłam jednak zignorować zagrożenie i nie wdając się w dalsze dyskusje, weszłam pod wspomniany prysznic. Polałam się obficie pachnącym indyjsko (i miałam na myśli kwiaty, a nie tikka masala chickena) olejkiem do kąpieli i sięgnęłam ku wcale nie tak spłoszonej, jak mogłoby się wydawać męskości. Równocześnie nakierowałam palce partnera ku własnym rejonom intymnym, śliskim już nie tylko od kosmetyku. Dokładnie – poza zapachem olejku i standardem samej kabiny prysznicowej – tak samo, jak robiłam w dawnych czasach, gdy mieszkaliśmy w wynajmowanej od kuzyna ciotki szwagra sąsiada kawalerki na głębokich przedmieściach. Dlaczego? Być może dlatego, że korespondencja z Wiktorią uświadomiła mi, jak wielkie miałam w życiu szczęście i jak bardzo z nie potrafiłam tego docenić. I powinnam korzystać z takich chwil jak ta i cieszyć się nimi, bo drugiej okazji po prostu mieć nie będę. A może najzwyczajniej chciałam, by mój jedyny i najukochańszy mąż jedną dłonią pieścił mi piersi a drugą kobiecość, podczas gdy ja masowałam mu penisa?  
   Tyle że nie do końca. Tak naprawdę ściskał on moje cycki, podsuwając je sobie naprzemiennie do ust. Oblizywał twarde już sutki dookoła, ssał je i puszczał z głośnymi cmoknięciami, wreszcie wciskał język pomiędzy boki piersi a ramiona, sprawiając mi jakże przyjemne łaskotki. To rozpychał mokrą cipkę dwoma palcami jednocześnie, to wyciągał je, ostentacyjnie lizał i powracał, by ugniatać nimi równie podnieconą łechtaczkę. Coraz szybciej i mocniej, nie zważając zupełnie na towarzyszące temu coraz mniej przyzwoite odgłosy. W tym samym czasie ja szarpałam fiuta z taką pasją, jakby zależały od tego losy (wszech)świata. Pocierałam odsłoniętą główkę, ściskałam nasadę, wreszcie pieściłam jądra, by tym bardziej zwiększyć doznań.
   Choć zdawałam sobie sprawę, jak gwałtownie coś takiego może się skończyć, wolałam udawać, że mam nad wszystkim kontrolę. Niedoczekanie! Zaślepiona przez namiętność nie zauważyłam nie tylko pierwszych, ale i co najmniej trzecich sygnałów nadchodzącego finału, a gdy wreszcie dotarło do mnie wystękane „przepraszam, dłużej nie dam rady”, było za późno. Zdążyłam tylko niezgrabnie kucnąć, objąć pulsującego już kutasa piersiami i ucisnąć wzgórek pomiędzy pośladkami. I z perwersyjną wręcz przyjemnością przyjmować kolejne fale wytrysku na dekolt, szyję i wreszcie twarz. Ze szczególnym uwzględnieniem wysuniętego języka.
   To jednak wciąż nie było wszystko. O ile miałam ochotę na więcej, wiedziałam aż za dobrze, w jakiej formie będzie Iwo po czymś takim. Już po „zwyczajnym” orgazmie nieraz nie był w stanie przez parę minut zwlec się z łóżka, a teraz chyba tylko ściana za plecami trzymała go w jako takim pionie. Tyle że niekoniecznie. Albowiem, wyraźnie chcąc mi się odwdzięczyć za ową niespodziewaną przyjemność, pochlapał twarz i zmierzwił włosy mokrymi rękoma, obmył się tu i ówdzie z resztek pożądania, którego nie zdążyłam zlizać, odetchnął głębiej i poprosił, bym się odwróciła.  
   Niby spodziewałam się, co zrobi, niemniej zaskoczyła mnie intensywność tychże działań. Palców, drażniących dojrzałe, kołyszące się ciężko cycki o ciemnych, wciąż pobudzonych aureolach. Ust, podgryzających uszy, kark oraz ramiona. I wreszcie drugiej dłoni, która najpierw przepchnęła się od tyłu pomiędzy pośladkami, następnie roztarła spienioną wilgoć po wnętrzu ud, by ostatecznie – jakby naturalistycznego wyuzdania nie było już dość – ponownie wsadzić dwa palce w zarośniętą picz, trzecim zaś uciskać równie nieogolony tyłek.  
   Mało tego: Iwo nigdy nie był specjalnie wylewny, a im bardziej wstydliwy temat chciał poruszyć, tym trudniej było mu zacząć, nie mówiąc o przejściu do sedna. Gdy jednak się przemógł, zazwyczaj szedł na całość, nie ograniczając się jedynie do nieśmiałego pitu-pitu. Tak, jak teraz. Pochylony nade mną, przyciskający mnie do chłodnej szyby kabiny, zaczął ni to szeptać, ni to wysapywać wprost do ucha rzeczy, jakich dawno od niego nie słyszałam:
   – Jesteś taka seksowna i namiętna! Tak bardzo cię pragnę… tak bardzo uwielbiam się z tobą kochać… tak bardzo bym chciał, żebyśmy chociaż raz na jakiś czas byli tacy bardziej odważni! Żebyśmy się nie kochali, tylko… tylko pieprzyli! – dokończył drżącym głosem. – Żebyś pozwoliła się zerżnąć i żebyś ty zerżnęła też mnie… Żebyś była ostra, perwersyjna i wulgarna! I nie powstrzymywała się przed niczym, na co tylko masz ochotę! Chciałabyś…?
   – Taaak – wystękałam.
   Dostałam więc dokładnie to, czego chciałam. Albo przynajmniej czego mogłam się spodziewać po tak jednoznacznej deklaracji. Do dwóch palców, już teraz rozpychających mi pizdę, dołączył trzeci, kciuk wszedł w dupę aż po zgięcie stawu, a „tylko” miętosząca do tej pory piersi druga dłoń zaczęła je tarmosić aż do granicy pomiędzy ostateczną rozkoszą a regularnym bólem.  
   Naprawdę nie potrzebowałam niczego więcej, by wypełnić nie tylko łazienkę, ale i całe piętro pojękiwaniami rodem z najbardziej tandetnych pornosów. Naprawdę, jeszcze tylko „ja, ja, das ist sehr gut, schnella, SCHNELLAAA!” brakowało. Swoją drogą szkoda, że podobnych efektów specjalnych tekst pisany jeszcze nie oferował, bo skoro najwidoczniej – a właściwie to najsłyszalniej – miałam aż taki talent wokalny, żal byłoby go zmarnować. Będę wreszcie musiała pomyśleć nad zmajstrowaniem jakiegoś audiobooka, słuchowiska czy jakkolwiek inaczej bym nie nazwała festiwalu rozkosznych rechotów rozochoconych rusałek, porykiwań godowych galopującej na złamanie piczki jednorożczyni z Krainy Orgazmicji i wszelkich innych odgłosów lubieżnych, które miałam zamiar zarejestrować. Tylko gdzie znaleźć odpowiednie studio nagrań?
   Chociaż nie, przepraszam, jednak potrzebowałam! I jeszcze bardziej chciałam. Oboje chcieliśmy. Póki jeszcze mogłam się choć trochę kontrolować, wycharczałam:
   – Pierdol mnie! Pierdol mnie mocno! Pierdol mnie tak, jak nigdy wcześniej, jak… orzesz, kurwa…
   Wtedy się poddałam. Musiałam. Dopadł mnie orgazm nie baśniowy, a tak realny i przede wszystkim obezwładniający, aż nie byłam w stanie ustać na nogach. I gdyby nie ręka, wciąż tkwiąca pomiędzy udami, nie tyle nawet bym się osunęła, co bezwładnie upadła podłogę. Kolejne fale rozkoszy zaciskały i tak już spięte mięśnie, nie pozwalając na złapanie oddechu.
   Pomimo najszczerszych chęci i jeszcze mniej udolnych starań, jedynie wydatna pomoc ukochanego powstrzymywała mnie przed bliskim spotkaniem z kafelkami. W końcu jednak i on musiał się poddać i ostrożnie – co biorąc pod uwagę me wciąż śliskie od olejku gabaryty, wcale nie było takie proste – mnie posadził. Przykucnął, odgarnął włosy z czoła, pocałował i z nieukrywaną obawą (choć jak zwykle raczej mało oryginalnie i mocno poniewczasie) zapytał:
   – Kochanie, czy wszystko dobrze? Bo chyba przesadziłem i następnym razem…
   – Nic nie mów! – wydyszałam, powracając powoli do świadomości. – Nic nie mów… było mi cudownie, tylko… chyba nie jestem w formie, żeby robić takie rzeczy codziennie… – zachichotałam słabo.
   W końcu odzyskałam wigor na tyle, by poprosić Iwa o pomoc w powstaniu. A gdy już samodzielnie trzymałam pion, objęłam go ramionami i pocałowałam. W usta. Wciąż smakujące nami obojgiem. Po czym, jakby gdyby nigdy nic, wzięłam gąbkę i zachęciłam, by mnie wyszorował. Wszędzie tam, gdzie tylko był w stanie sięgnąć, a gdyby gdzieś jednak nie był, to niech da znać, a odpowiednio się wypnę.  
   Jeśli w taki sposób miały wyglądać chwile, na które tak długo i równie niecierpliwie czekałam, miałam zamiar życzyć ich sobie jak najwięcej i jak najczęściej! Bardzo głośno i jeszcze perwersyjniej! Co najwyżej następnym razem skończy się na reanimacji. Gołej dupy.

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!