
Rozdział 4/14
*
Perwersja perwersją, lecz jak to zwykle bywało, po sobocie nadchodziła niedziela. Konkretnie ta, na którą umówiłam się z Wiktorią. Jednak nie w kawiarni, parku czy innej agencji „Czarny lotos”, a na razie za pośrednictwem nowoczesnych technologii. Uprzedziłam więc domowników, by mi nie przeszkadzali, zaparzyłam dużą kawę z jeszcze większą mleczną pianką i rozsiadłam się wygodnie przy laptopie. Nałożyłam (pożyczone od córki) oczojebnie różowiaste słuchawki oraz (tym razem już moje, choć od dawien dawna nieużywane) okulary w grubych plastikowych oprawkach, zmieniające mój codzienny wygląd na tyle, ile było to możliwe. Po czym zainicjowałam połączenie.
Oczywiście z początku a to dźwięku nie było, a to obraz się zacinał, a to na połączenie zostało zupełnie zerwane, lecz w końcu udało nam się pokonać trudności. A skoro tak, postanowiłam zacząć:
– Halo? Wiktoria, słyszysz mnie teraz i widzisz? Możemy zaczynać?
– Tak! Jesteś! Super! – odpowiedział mi dość wysoki, wyraźnie nerwowy głos.
– Bardzo mi miło! Może być Wiktoria, czy wolisz Wika, tak jak w mailu?
– Może być Wika. Mogłabyś tylko… chciałam poprosić, ale nie wiem…
– Przecież napisałam, że nie będę miała z tym problemu, jakbyś czegoś ode mnie chciała! – fuknęłam żartobliwie. – Mam się jakoś przesunąć, wstać czy coś? Mów śmiało!
– Nie. Znaczy tak. Jak możesz, to kamerę daj w lewo. Trochę bardziej. Dziękuję.
Wika, nie zwracając kompletnie uwagi na fakt, jak osobliwie musiało to wyglądać z mojej perspektywy, praktycznie przykleiła nos do swojego ekranu. Milczała tak długo, aż poczułam się nieco nieswojo.
– Ale… nie wiem, jak to powiedzieć…
– Najlepiej wprost – znów prychnęłam pół żartem, pół serio.
– Ale ty ładna jesteś! – odezwała się wreszcie.
– I kto to mówi – odpowiedziałam nieironicznie.
Nieironicznie może tak, lecz jednocześnie dość grzecznościowo. I nie było to jedynie wynikiem zaskoczenia, gdyż Wiktoria poskąpiła mi wcześniej informacji na temat własnego wyglądu. A był on… oryginalny na pewno. I tyle na razie mogłam z całą pewnością stwierdzić, celowo wstrzymując się z dalszymi wnioskami. Albowiem gdyż ponieważ, jako uczyła przekazywana przez pokolenia jedynie słuszna mądrość ludowa, nie powinno się oceniać książki po okładce! Z drugiej strony dokładnie ten sam zbiór przysłów z dupy na każdą okazję twierdził, że jak cię widzą, tak cię piszą, więc… Nie to było jednak najważniejsze. Znacznie bardziej ucieszyło mnie, że wreszcie miałam i wstępne oględziny, i związane z nimi wątpliwości, w jaki sposób powinnam się zachować (a w jaki nie do końca) już za sobą.
Mimo najlepszych chęci obie wciąż byłyśmy mocno spięte i nieszczególnie wiedziałyśmy, w jaki sposób powinnyśmy się wobec siebie odnosić oraz na co właściwie możemy sobie pozwolić, sama rozmowa przebiegała w nadspodziewanie miłej i przede wszystkim swobodnej atmosferze. Nawet gdy zaczęłyśmy coraz śmielej przechodzić od raczej ogólnikowego opowiadania o codziennym życiu, jakie przecież prowadziłyśmy, do tematów powiązanych bezpośrednio z tym, co nas ze sobą zetknęło. I to nie tylko tych w rodzaju „czemu w zaczęłam pisać / czemu zaczęłaś czytać opowiadanka o gołych cyckach” (wybrać właściwą opcję), przerywanych dowcipasami na poziomie licealnej toalety, lecz także znacznie bardziej szczegółowych typu „w jakim stopniu bohaterka, odkrywająca w sobie skłonności bikseksualne, jest inspirowana moimi prywatnymi przeżyciami”. I choć w paru momentach zdecydowanie nie było mi do śmiechu, a w kilku innych musiałam poważnie zastanowić się nad udzieleniem jakiejkolwiek odpowiedzi, w zasadzie ani razu nie rozważałam przerwania dyskusji.
Zaczęło mnie natomiast dręczyć coś innego. Mianowicie mój stosunek do Wiktorii jako takiej. Nie do postaci z drugiej strony najpierw klawiatury, a teraz także ekranu, a realnej osoby z krwi i kości. Raz milczącej wstydliwie, a raz trajkoczącej trzy po trzy okularnicy o włosach we wszystkich kolorach tęczy i równie ostentacyjnych kolczykach, która pojawiła się w moim życiu znikąd, z którą wymieniłam raptem kilkanaście wiadomości i rozmawiałam od jakiejś godziny, a już niespodziewanie dla siebie samej traktowałam niczym długoletnią przyjaciółkę. Czemu? Tego akurat nie potrafiłam logicznie wytłumaczyć. Nielogicznie zresztą też niespecjalnie. Być może dlatego, że to ona pierwsza otworzyła się przede mną i zaczęła zwierzać z najbardziej prywatnych sekretów? Albo zobaczyłam w niej trochę siebie z czasów, w których najpierw zdążyłam coś palnąć, potwierdzić to przy świadkach i jeszcze się pod tym podpisać, nim w ogóle pomyślałam, żeby pomyśleć? A może… o nie, to już byłaby nadinterpretacja, nad którą wolałam się zbytnio nie zastanawiać.
Zastanawiać nie, jednak pozyskiwać zawczasu pewne informacje, mogące być całkiem przydatne w przyszłości, już tak. Na tyle delikatnie, by Wika zbyt szybko nie zaczęła czegoś podejrzewać, zaczęłam podpytywać ją o sprawy bardziej intymne. Konkretnie stosunki z płcią zarówno przeciwną, jak i własną. I nie, nie przyklejałam jej od razu łatki w kolorze włosów, bo to byłoby najzwyczajniej krzywdzące, niemniej wolałam nie zostać zaskoczona jakimś wstydliwym sekretem w najmniej odpowiednim momencie. Sama Wiktoria także wydawała się nie zauważać w moim zainteresowaniu drugiego dna, odpowiadając na kolejne pytania całkowicie zwyczajnie. Mówiła o rodzinie, o koleżankach i kolegach ze szkoły dla podobnych jej osób, a także o tych mniej pokrzywdzonych przez los, z którymi też przecież utrzymywała kontakt.
Ale nie tylko. Wspomniała też parokrotnie o zdecydowanie niewłaściwie ulokowanych i w efekcie boleśnie zawiedzionych uczuciach. O poszukiwaniu własnej tożsamości, problemach z nawiązywaniem głębszych relacji, wreszcie o jakże typowych dla młodości – starości zresztą też, patrząc po moim przykładzie – fascynacjach i podnietach. I im dłużej jej słuchałam, tym zaczynałam wyraźniej zdawać sobie sprawę, że (cytując maila) „erotyka w kontekście osób niepełnosprawnych jest tematem tabu, a (…) libido to tragedia”. I nie była to żadna przesada. Przecież Wiktoria nie była ani głupia, ani brzydka, ani jakaś antypatyczna, wredna czy choćby niemiła, nic z tych rzeczy! Nawet wspomniana krzykliwa stylówka bardziej przyciągała wzrok, niż nakazywała zachowanie bezpiecznego dystansu w trosce o własne bezpieczeństwo.
Czy w takim razie najważniejszym, a być może i jedynym powodem, przez który Wiktoria wciąż pozostawała samotna, była jej niepełnosprawność? Oczywiście przejrzałam wcześniej całkiem spory kawałek internetów celem poszerzenia wiedzy, o parę kwestii otwarcie dopytałam, kilku innych się domyśliłam – rozwiewając dzięki temu wiele wątpliwości, pozbywając się niejednego uprzedzenia i burząc parę mitów skuteczniej niż profesjonalni telewizyjni pogromcy – niemniej wciąż była to dla mnie czarna magia, pomieszana z wybitnie nieśmiesznym teatrzykiem absurdu. Przecież nawet samo skontaktowanie się ze mną musiało nie być dla Wiki wcale takie proste, a i teraz, gdy w trakcie rozmowy pojawił się jakiś problem techniczny, jego rozwiązanie zajmowało jej o wiele więcej czasu niż mnie. A to był tylko wierzchołek góry niewidocznych – i dosłownie, i w przenośni – dla każdego normalnego człowieka przeszkód, które musiała codziennie pokonywać.
O, przepraszam bardzo, żadnego „normalnego”! To, że siedząca naprzeciwko mnie dziewczyna nie była w pełni zdrowa, nie zabierało jej absolutnie niczego ze znaczącej równie dobrze wszystko i nic z jakże nadużywanej „normalności”! Było to tak oczywiste, aż na samą myśl o tym poczułam się jak skończona ignorantka. I jeszcze większa kretynka.
– Hej… heeej, słyszysz mnie? Bo chyba coś znowu się dzieje z połączeniem!
Dopiero te słowa Wiktorii wyrwały mnie z zamyślenia. Spoglądałam to na nią, najwyraźniej próbującą zrozumieć, dlaczego przestałam reagować na naszą rozmowę, to na wiszącą nad biurkiem antyramę ze zdjęciami z rodzinnych wycieczek. Byłam na nich ja, był mąż, były dzieci, znowu ja, znowu dzieci. W tle morze, góry, palmy, wierzby płaczące, porośnięty winobluszczem skansen, nowiutki biurowiec ze stali i szkła. Pachnący luksusem hotel, omszała agroturystyka w samym środku niczego, wystawa egzotycznych motyli z najdalszych zakątków świata, wylegujące się na bałtyckiej plaży foki z certyfikatem „Teraz Polska”. Do wyboru, do koloru!
Mało nie wybuchłam płaczem. Mój ty Boże, Allahu, Jehowo, Cthulhu i Latający Potworze Spaghetti, jaka była ze mnie durna pała…
Na szczęście udało mi się ogarnąć na tyle szybko i skutecznie, by dalsze tłumaczenia nie były potrzebne. I bardzo dobrze, gdyż kłamać nie chciałam, a powiedzieć prawdy nie mogłam. Przynajmniej na razie, gdyż w głowie kiełkowała mi już pewna idea, na której jednak zrealizowanie potrzebowałam czasu. Dużo czasu i jeszcze większej odwagi, by przyznać się otwarcie przed sobą, rodziną i przede wszystkim Wiktorią z tego, co od lat leżało mi na sercu. Na to było jednak w tym momencie za wcześnie.
Na jeszcze większe szczęście sama Wika po kolejnych kilku minutach powiedziała, że będzie musiała się zbierać. Pożegnałyśmy się więc w jak najlepszej atmosferze i z już wstępnie umówionym kolejnym spotkaniem. Tym razem już definitywnie i jednoznacznie „na żywo”.
*
Pomna własnej obietnicy, postanowiłam nie tylko przemyśleć własne życie, lecz także – a może przede wszystkim – uczynić je… lepszym? O ile można było tak nazwać to, co miałam zamiar zrobić. A było tego całkiem sporo.
Zaczęłam od spraw tak banalnych, aż wydawało się dziwne, że je zaniedbałam. I nie, nie miałam na myśli kursu w prywatnej szkole gotowania jajek w koszulkach (bez nich zresztą też), wkucia na pamięć poradnika perfekcyjnej pani domu czy podobnych bredni z internetowych poradników samorozwoju. O, nie, nie! Całą energię poświęciłam w pierwszej kolejności dzieciom, w zaś drugiej mężowi. Najlepiej jednocześnie. Siebie postawiłam, przynajmniej na razie, na miejscu trzecim.
Oczywiście starałam się jak najlepiej wychować swoje pociechy, zależało mi na ich ocenach, rozwijaniu zainteresowań i tak dalej, próbując jednocześnie zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek i z jednej strony zachęcać do wzmożonego wysiłku oraz pracy nad sobą, a z drugiej nie narzucać własnej wizji świata jako jedynie słusznej. Czyli robiłam to, co w zasadzie robić powinna każda ogarnięta i zdrowo myśląca matka – nie mylić w żadnym razie z maDką! Nie zawsze dobrym skutkiem. Zdecydowanie zbyt często stawiałam im może nie tyle nierealistyczne, ile niepotrzebne nikomu do niczego wymagania, sprowadzające się do „ja byłam dobra z wierszyków, tatuś był dobry z wierszyków, córka sąsiadki jest dobra z wierszyków, więc ty też masz być dobry/a z wierszyków! I będziesz, choćbym stała nad tobą cały wieczór i napierdalała cię żelazkiem od kabla!”.
No więc stałam. Bez sprzętów gospodarstwa domowego na podorędziu co prawda, ale jednak. Po co? Nikt nie wiedział, a najmniej ja sama. Jakby cztery plus (a już tym bardziej minus) w dzienniku miało robić jakąkolwiek różnicę względem piątki (a najlepiej szóstki!) i sprawiało, że dziecko było przez to „gorsze”. No, na pewno… Aż za dobrze pamiętałam, jak jedna czy druga koleżanka, katowane w dzieciństwie takimi właśnie wierszykami, baletem, tenisem, korepetycjami z matematyki, fizyki, chemii, całego przeglądu języków rodziny indoeuropejskiej, makramy oraz brydża sportowego, doszły ostatecznie nie do dyplomu ekskluzywnej uczelni i podobnie prestiżowego stanowiska, a załamania nerwowego. Z narastającymi uzależnieniami – i to nie tylko od browarka czy trawki – z coraz poważniejszymi konfliktami z prawem, no i oczywiście z dupczeniem się z byle kim i byle gdzie, mającym najwyraźniej być formą odreagowania. Buntu? Protestu? Próbą zwrócenia na siebie uwagi? Wszystkim naraz?
Że nie wspomnę o wynikających z tegoż nieodpowiedzialnego seksienia albo skrobankami, albo wręcz porzuconymi dziećmi, bo i taką historię znałam. Nie ze słyszenia, a widzenia. Własnoocznie. Podobnie jak jeszcze bardziej przykry przypadek kolegi z sąsiedniej klasy, który postanowił zakończyć bycie workiem do bicia zaborczego ojca i wiadrem do wylewania frustracji zakompleksionej matki bliskim spotkaniem z rozpędzonym pociągiem. Wystarczało mi coroczne zapalanie mu znicza i towarzyszące temu ocierane ukradkiem łzy. Tak gorzkie, aż musiałam płukać po nich usta wysokoprocentowym alkoholem.
Nie oznaczało to oczywiście, że nie miałam zamiaru tu i ówdzie podpowiadać dzieciom, co według mnie jest słuszne, co nie, a czasami nawet ich w tym słuszniejszym kierunku nieco popchnąć, jednak tylko do pewnych granic. A już na pewno nie używając do tego jakiegokolwiek argumentu siłowego. Zresztą, jak powiedziała mi kiedyś pewna mądra osoba: lepiej być spełnionym kamieniarzem niż nieszczęśliwym prawnikiem. Skoro więc to córka wolała kopać piłkę, a syn malować obrazki, zamierzałam im na to pozwolić, bo dlaczego niby nie? Mało tego: ją zapisałam na treningi w lokalnym klubie, jego natomiast zaopatrywałam we wszelkie niezbędne materiały do rozwijania pasji. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie jeden drobny szczegół: kupując im kolejne pędzle czy buty tak naprawdę kupowałam sobie iluzję czasu, jaki powinnam im poświęcić. A nie poświęcałam. Z własnej i tylko własnej winy.
Dlatego też postanowiłam przy nich być. Tak po prostu. Zjeść więcej niż tylko jeden wspólny posiłek dziennie, obejrzeć razem coś bardziej wartościowego niż parę podrzucanych przez algorytm shortsów, pograć w gry – i miałam tu na myśli bardziej scrabble niż przygody pewnej skąpo ubranej cycatki z parą H&K USP w dłoniach – czy przejść się na spacer. Obejrzeć z trybun mecz córki, popodziwiać prace syna na szkolnym korytarzu i publicznie obojgu pogratulować. I tak dalej, i tak dalej. No i rozmawiać oczywiście.
O czym? O wszystkim, choćby nawet było to z mojego dorosłego punktu widzenia jedynie dziecięca paplanina. Zwłaszcza w przypadku młodszej latorośli, ponieważ starsza wkraczała już w wiek, w którym dobór odpowiedniej bluzki do jeszcze odpowiedniejszej spódniczki – współgrającej z równie odpowiednio ułożoną fryzurą, ma się rozumieć – stawało się problemem wagi najwyższej. A nuż widelec ten przystojniak z czwartej ławki się obejrzy, uśmiechnie i puści oczko? Albo ta klasowa modnisia doceni oraz uznaniem pokiwa głową?
A może… odwrotnie? Kto wie? Nie był to może temat do dyskusji na tutaj i teraz, niemniej prędzej czy później i tak by mnie czekał, stąd też wolałam sobie wszystko zawczasu przemyśleć. Po co? Ano choćby po to, by w odpowiednim momencie nie zachować się jak moja własna matka, która nawet dziś potrafiła spiorunować mnie wzrokiem za zbyt – jej zdaniem oczywiście – głęboki dekolt. Nie wspominając o nie tylko rozmowie, ale choćby próbie rozmowy o seksie. Bo wiecie, SEGZ! Lub, co gorsza, HAHA BENIS!
Tak czy inaczej, gdy wprowadziłam już w życie kolejne podpunkty genialnego planu bycia matką idealną, postanowiłam także stać się taką samą żoną. Niekoniecznie zaraz we wszystkich możliwych aspektach, sytuacjach oraz pomieszczeniach – bo choćbym nawet bardzo chciała, nieszczególnie potrafiłabym prześcignąć męża nie tylko w sprawnościach garażowych, lecz także i tych kuchennych – niemniej była pewna okoliczność, na jakiej w szczególności mi zależało. Musiałam się tylko do niej odpowiednio przygotować.
Zaczęłam od budowania nastroju. A to szepnęłam ukochanemu coś do ucha, a to wysłałam MMS-a ze zdjęciem wystającego spod bluzeczki biustonosza, a to pocałowałam na powitanie nieco namiętniej niż zwykle. I… na razie tyle. Iwo był oczywiście świadomy, iż coraz bezczelniej z nim flirtuję i odważnie podjął tę grę, parokrotnie otwarcie prowokując mnie do spełnienia obietnic, lecz nie posunął się ani krok dalej, niż sama bym na to nie pozwoliła. Nawet wówczas, gdy przy okazji masowania zmęczonych po pracy stóp nieoczekiwanie podążył dłonią pod same majteczki.
Wreszcie nadszedł ów dzień, po którym tak wiele sobie obiecywałam. Pozostawało już tylko pozbyć się postronnych obserwatorów. Wysyłałam więc syna na zorganizowany naprędce kinderbal u koleżanki z pracy, córkę natomiast podstępnie przekupiłam kinem i kawiarnią. I nawet jeśli spodziewałam się bardziej hamerykańskiego blockbustera o ratujących świat superduperbohaterach w tęczowych rajtkach oraz arbuzowego vapa pod kebabownią „U Osamy”, niż najnowszego dzieła cenionego reżysera Xui-Vie Koggo w koprodukcji pakistańsko-zimbabweńsko-vanuatańskiej (nagrodzonej statuetką Złotej Kapibary na festiwalu kina niezależnego w Nagykutas), liczyło się przede wszystkim, by nie wróciła zbyt wcześnie. Sama zaś zawczasu schłodziłam prosecco, przygotowałam sypialnię, wzięłam też jeszcze dokładniejszą niż zazwyczaj kąpiel.
Owszem, ktoś obserwujący mnie z boku i znający moje zamiary, mógłby stwierdzić – poniekąd słusznie – iż cała ta „przemiana” była tak naprawdę jedynie powierzchowna i miała na celu jedynie dogadzanie sobie, lecz nie miałam najmniejszego zamiaru nikomu tłumaczyć się z własnych decyzji. Poza mężem oczywiście, któremu już przy śniadaniu dałam nadto jasno do zrozumienia, by w odpowiednim momencie był zwarty oraz jeszcze gotowszy. Jak mogłam oczekiwać, zareagował on na me słowa jednoznacznie pozytywnie. Fakt, z niemałym zaskoczeniem, zwłaszcza gdy ujawniłam więcej szczegółów, niemniej po chwili zastanowienia sam zaproponował, że w takim razie postara się zadośćuczynić wszystkim mym życzeniom. Mało tego: nie wykluczył dodania czegoś od siebie w ramach prezentu. Bo co jak co, ale nie było w jego życiu cenniejszej, seksowniejszej i w ogóle wspanialszej kobiety ode mnie!
A spróbowałby powiedzieć coś innego…
Czy moja fantazja była jakoś wybitnie wyuzdana? W żadnym wypadku! Wręcz wydawało się dziwne, że dopiero teraz postanowiłam ją zrealizować, mając za sobą znacznie bardziej perwersyjne doświadczenia – czasami bardziej udane, czasami mniej, ale zawsze. No i, jak ponownie mawiała mądrość ludowa, lepiej późno niż wcale, nieprawdaż? Co więcej, niezbędne do jej spełnienia gadżety można było kupić nawet nie w specjalistycznych sklepach erotycznych, a tych ze „śmiesznymi” rzeczami w typie poduszki w kształcie bimbał czy kart do gry z gołymi babami.
Można było, o ile kogoś satysfakcjonowała plastikowa konfekcja, bo mnie na pewno nie. Już nie. Dlatego też przysiadłam wygodnie na przyjemnie chłodnym kocu z bladoróżowej satyny i odetchnęłam głębiej, pragnąc rozkoszować się chwilą, na którą czekałam… długo. Najpierw bardzo starannie wybrałam butikowego producenta, szczycącego się stuprocentowym ręcznym wykonaniem z najlepszych materiałów, później skonsultowałam najodpowiedniejszy dla mych wymagań model, wreszcie zamówiłam, a gdy paczka już przyszła, schowałam ją czym prędzej w sekretnej szufladce.
Rozwiązałam więc wreszcie złotą (a skromną!) wstążkę i otworzyłam gustowne, wyściełane atłasem pudełeczko. I z wrażenia aż zrobiło mi się gorąco. Nie tylko na policzkach.
Było to o tyle interesujące, że o ile lubiłam sobie pofantazjować o tego rodzaju klimatach, nigdy nie zdecydowałam się na ich urzeczywistnienie. A przynajmniej nie w tak bezpośredni sposób. Skoro jednak powiedziałam już „A”, należało rzec także „B”. A później… nie, nie „C”. Od razu „D”, „S” oraz „M”. I nawet jeśli był to jedynie niewinny anturaż dla spragnionych odrobiny pikanterii podobnych mnie waniliowych pań w średnim wieku, ekscytowałam się niczym oglądająca ukradkiem pierwszego pornoska nastolatka. Chociaż czy dziś, gdy od wszystkich perwersji świata dzieliło nas ledwie parę kliknięć w ekran telefonu, było to aż takie przeżycie jak w epoce kaset VHS oraz kanałów gdzieś na szarym (czy raczej różowym) końcu listy na satelicie?
Tak czy inaczej, zaczęłam od wyjęcia gustownego pejczyku z plecioną rączką. Przyjrzałam mu się z bliska, podziwiając detale ręcznego wykonania. Przeciągnęłam cudownie mięciutkim zamszem barwy krwistego bordo po skórze i… aż mnie ciarki przeszły. Tym większe, iż zapach skóry przywołał wspomnienia wizyt w ekskluzywnych butikach z równie drogą galanterią, o jakiej nie tak wcale dawno mogłam sobie co najwyżej pomarzyć, a dziś trzymałam w dłoniach. Tak, stać mnie było na takie zbytki, a co! I nie miałam najmniejszego zamiaru sobie odmawiać!
Z namaszczeniem założyłam więc na kostki oraz nadgarstki opaski, zaopatrzone w pozłacane kółeczka. Przypięłam nogi do dolnej ramy łóżka dołączonymi łańcuszkami, założyłam przyozdobioną kryształkami opaskę na oczy, poprawiając ja parokrotnie, by choćby niechcący nigdzie się nie przesunęła, po czym już całkowicie po omacku zapięłam ręce. Teraz pozostawało jedynie czekać na ukochanego rycerza, który – zgodnie z umówionym scenariuszem – miał w odpowiedniej chwili nadejść i bohatersko uwolnić mnie z okowów przy pomocy swego potężnego miecza.
Najpierw usłyszałam kroki na korytarzu, chwilę później pisknięcie zawiasów w drzwiach, wreszcie westchnienie zachwytu. I wyszeptane jakże proste, a przecież najcudowniejsze z cudownych słowa:
– Jesteś taka piękna.
– Tylko dla ciebie – podziękowałam i dla wzmocnienia efektu posłałam pocałunek w przestrzeń.
– Tak rzadko ci dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz. A przecież ja tak bardzo cię kocham. Tak bardzo cię pragnę…
– To ja dziękuję tobie, kochanie! – zrewanżowałam się. – A teraz do dzieła! Przypominam, że ja tu czekam i się niecierpliwię!
Nie musiałam powtarzać dwa razy. Po kilku kolejnych skrzypnięciach, tym razem materaca, poczułam palce na policzkach. Dekolcie, brzuchu i udach. Łaskotki na boczkach i biuście. Wreszcie mocno pachnące płynem po goleniu wargi. Ale nie byle jakim, co to, to nie! Bardzo konkretnym, którego pierwszą buteleczkę podarowałam wówczas jeszcze nawet nie narzeczonemu, a ledwie chłopakowi na urodziny. Co ciekawe, zamiast szybko go zużyć, wyrzucić opakowanie i zapomnieć, pozostał wierny zapachowi. Do dziś. Pomimo że od paru dobrych lat jedyną opcją dostania choćby malutkiego flakonika było trafienie okazji na rynku wtórnym. Równie rzadkiej, co nieprzyzwoicie przepłaconej.
I taki właśnie był Iwo – jeśli chciał zrobić dla mnie coś specjalnego, nie było siły, która by go powstrzymała. Wciąż starał się zachować jak najwięcej artefaktów, wspomnień i wszelkich świadectw wspólnych chwil. I tych wesołych, i przykrych. Tak, byśmy nigdy nie zapomnieli, dlaczego wciąż ze sobą jesteśmy. Bo tego chcemy. Bo się kochamy. We wszystkich możliwych i niemożliwych znaczeniach tego słowa.
Nieraz działo się między nami gorzej, parokrotnie wręcz na tyle źle, byśmy musieli zadać sobie te najważniejsze pytania o dalszą wspólną przyszłość – oraz oczywiście na nie odpowiedzieć – lecz nawet wtedy zarzekał się, że nie mógłby mnie zdradzić. A ja mu wierzyłam. Z początku raczej dość naiwnie, próbując przekonać samą siebie, lecz z czasem będąc już całkowicie pewną. Ba, nawet gdy akurat przechodziliśmy przez fazę coraz odważniejszych łóżkowych eksperymentów i kilkukrotnie otwarcie zaproponowałam zaproszenie pod kołdrę drugiej kobiety, to właśnie on odmawiał. Miałam mu to wtedy za złe, jednak z dzisiejszej perspektywy jak najbardziej rozumiałam obawy i decyzje z nich wynikające.
Czemu? Ano zapewne temu, gdyż ponieważ tak jak on był moim pierwszym mężczyzną, tak ja byłam jego pierwszą kobietą. I jedyną. Tylko on mnie pieścił, tylko on mnie dotykał on mnie całował!
Tymczasem owe pocałunki podążyły, zgodnie zresztą z mymi przewidywaniami, ku biustowi, dłoń natomiast wniknęła pomiędzy uda. Zbyt wcześnie… Mimowolnie złączyłam nogi. O tyle dobrze, że pozwoliły mi na to dość długie łańcuszki. O tyle źle, iż nie pozostało to niezauważone.
– Czy… czy wszystko dobrze? Masz na coś ochotę, najdroższa?
– Na to samo, co ty – odpowiedziałam szybko.
Zbyt szybko. Znowu. Nie pierwszy i zapewne nie setny raz przyrzekłam i mężowi, i przede wszystkim sobie, że oddam mu się całkowicie, a tymczasem na razie rzeczywistość skrzeczała. Znaczy poskrzypywała łóżkiem, coraz nachalniej domagającym się mocniejszego skręcenia śrub, a najlepiej wymiany na nowszy model. Najlepiej razem z materacem, prześcieradłami i zestawem poduszek. Wspólnie wybranych przeze mnie, ma się rozumieć.
Podobnie zasłonięcie oczu było moim pomysłem i to ja miałam zamiar z towarzyszącej mu ekscytującej niepewności jak najwięcej, jednakże całą resztę planowałam pozostawić ukochanemu. Z widocznym skutkiem. A przecież czułam, jak bardzo tego pragnę! Mogłabym w zasadzie zupełnie pominąć grę wstępną, rozkraczyć się jak dyplomowana córa Koryntu w piątym pokoleniu i kazać się wyruchać.
I nie, nie przesadzałam! Naprawdę potrafiłam podniecić się tak szybko i mocno, bym mogła stawać w szranki z najbardziej niewiarygodnymi bohaterkami najbardziej absurdalnych książek posuwisto-zwrotnych i wcale nie byłabym skazana na porażkę! Przy czym, w odróżnieniu od nich, mnie nikt nie musiał wymyślać. Byłam sobą i to ja decydowałam o wszystkim. Także o tym, by w tym konkretnym momencie to ktoś inny decydował za mnie. No, prawie…
– Wypieść mnie – zażądałam – jak tylko będziesz chciał. Oddaję ci się dzisiaj cała!
Na potwierdzenie tych słów ponownie rozłożyłam nogi i zachęcająco uniosłam biodra. Tym razem byłam już w pełni przygotowana, a zręcznym palcom wystarczyło ledwie kilka chwil, by rozprowadzić wilgoć po całej mnie. Od rozczochranego wzgórka, przez nie mniej zdziczałe wnętrza ud, po rozchylone w oczekiwaniu płatki. Tymczasem druga dłoń sięgnęła… nie, nie do piersi, czego się spodziewałam. Także ślizgała się po wargach, tylko dla odmiany tych wyżej, zachęcając do otwarcia ust i wysunięcia języka, co zresztą zrobiłam.
Jakoś nigdy nie potrafiłam zrozumieć, co podniecało mężczyzn w ssaniu ich palców. Tych kobiecych zresztą też nieszczególnie. Fakt, pozwalałam mężowi, by kochając się ze mną, zajmował się mymi dłońmi czy też stopami, ale żebym jakoś specjalnie odwdzięczała się tym samym, to nie. Teraz jednak oddałam się tejże czynności z nieudawaną pasją, wyobrażając sobie, co może stać się już za chwilkę.
Nie musiałam długo czekać. Nie przerywając pieszczenia mnie palcami, Iwo podłożył mi pod głowę poduszkę. Tym razem jednak umieścił w wygodnie umoszczonych ustach nie palec, a sztywnego penisa. Oczywiście z odpowiednią dozą delikatności, lecz i jednoznacznie zdecydowanie, co niespodziewanie mi się spodobało. Na tyle, bym sama zaczęła energiczniej kiwać głową. Równocześnie podciągnęłam uda jeszcze wyżej, otwierając się w pełni na doznania.
Podnieciłam się do tego stopnia, iż ku własnemu zaskoczeniu znalazłam się nagle na krawędzi orgazmu. Musiałam czym prędzej zdecydować, co dalej. Dojść już teraz? Zasygnalizować konieczność choćby chwilowej przerwy, by pozwolić pożądaniu opaść do dającego przynajmniej trochę kontrolować poziomu? Poprosić – na tyle, ile pozwalała mi męskość, którą właśnie ssałam – o jeszcze coś innego?
Tak, miałam ochotę na więcej. Dużo, duuużo więcej! Nie, nie uważałam, by przeżyta bez większego przygotowania rozkosz miała być jakaś wybitna, skoro jednak byłam już tak intensywnie pobudzona, postanowiłam pójść za ciosem. Czy raczej za penetrowaniem, bo czułam w sobie już trzy palce, a czwarty na łechtaczce. Spięłam mięśnie, jęknęłam i odchyliłam głowę, skupiając się tylko i wyłącznie na własnej… tyle że nie.
Nieznosząca sprzeciwu dłoń złapała mnie za kark. Tryśnięcie za tryśnięciem, sperma momentalnie zalała mi gardło, po czym zaczęła wypływać kącikami ust. Wierzgnęłam, zakrztusiłam się, lecz nacisk nie ustawał. Dopiero gdy penis przestał pulsować, mogłam złapać oddech.
***
Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels
Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!
Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!
Wersja robocza materiału.