Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 2)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 2)Zapraszam na właściwy początek historii całkiem zwyczajnego małżeństwa, na którego drodze staje zupełnie niezwyczajna... ale nie uprzedzajmy faktów!

***

Rozdział 2/15

*

   Bywają czasami dni, których mamy serdecznie dość, nim jeszcze na dobre się zaczną. A gdy już wreszcie dobrną do końca, chcielibyśmy raz na zawsze wymazać je z pamięci. I ten właśnie dzień stanowił idealny przykład… tyle że nie. Wyspałam się – jak zwykła mawiać moja matka – na miętko, naszykowane zawczasu śniadanie godne eko-bio-fitness-trendy-spa-cateringu za miliony monet popiłam jeszcze pyszniejszą kawą z lokalnej palarni, pachnący świeżo wymienionym obiciem siedzeń autobus przyjechał idealnie o czasie, a większość z ośmiu jakże pracowitych godzin minęła mi raczej na pogaduszkach, podśmiechujkach i ewentualnie podlizywkach niż faktycznemu nakurwianiu targetu. Po powrocie natomiast czekał mnie suto zastawiony stół i siedząca za nim uśmiechnięta od ucha do ucha rodzina.
   A mnie i tak wszystko dookoła wkurzało. Irytowało. Żebym nie powiedziała tego samego, co przy targecie. Do tego stopnia, że zamiast pochwalić:
   – po pierwsze – syna za wyróżnienie w konkursie plastycznym – i to takim międzyszkolnym, zwieńczonym pisemnymi gratulacjami od dyrektora osobiście, a nie tylko krzywym uśmiechem nauczycielki w wieku przedpogrzebowym,  
   – po kolejne – córkę za strzelenie dwóch bramek w turnieju o puchar burmistrza dzielnicy, dzięki czemu cała drużyna otrzymała nie tylko gratulacyjne uściski dłoni, ale i torby z całkiem konkretnymi fantami,
   – and last, but not least – męża za przygotowanie zarówno najpyszniejszej z pysznych kaczki-dziwaczki w buraczkach (w towarzystwie ręcznie kulanych kluseczek z dziurką ma się rozumieć), jak i wspomnianego wcześniej śniadania, milcząco wrzuciłam w siebie zawartość talerza i czym prędzej oddaliłam się do swojego pokoju. Ostentacyjnie zamykając za sobą drzwi. Dlaczego? A żebym to ja wiedziała…  
   Wiodłam przecież poukładane, całkiem dostatnie życie bez większych trosk i zmartwień, o którym wiele koleżanek i wcale nie mniej kolegów mogło co najwyżej pomarzyć. Tak spokojne, aż momentami nudne. I może to właśnie stanowiło główny problem? Wiedziałam, co stanie się za godzinę, jutro, za pół roku. Praca, dom, zakupy, szkoła, w sezonie weekendy spędzane na działce, jakiś dłuższy wyjazd nad morze, w góry czy do innej równie przereklamowanej wakacyjnej miejscówki. Jedne i drugie święta, urodziny, imieniny. Sylwester, andrzejki, walentynki, dzień dziecka. Jeśli akurat trafił się wolny wieczór, to minetka, lodzik, gdzieś pomiędzy nimi parę minut miętoszenia cycków, klepania po tyłku, względnie obu tych czynności naraz. Dwie pozycje na krzyż i koniecznie nie nazbyt hałaśliwy finał, bo dzieci śpią. Prysznic, mycie zębów, spać.  
   I tak bez końca.
   Czy chciałam to zmienić, przyprawiając tę raczej mdławą codzienność szczyptą spontaniczności? Szaleństwa? Pikanterii? A bo to raz! Czy próbowałam? Owszem, zdarzyło się. Czy osiągnęłam efekt? Raczej daleki od oczekiwanego, o ile w ogóle. Mało tego: nie dość, że marzenia dość brutalnie zderzyły się wówczas z realiami, to jeszcze poza zawodem sprowadziły i na mnie, i przede wszystkich na moich bliskich dość przykrości, bym w końcu przestała się oszukiwać. Smutne to było, lecz nadto prawdziwe.
   Dlatego też postanowiłam spędzić najbliższe godziny w towarzystwie wanny. I muzyki. I kieliszka. I miałam w głębokiej nieprzyzwoitości, jak stereotypowe by to nie było.
Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Bez zbędnego przedłużania zanurzyłam się w jednej słodkiej pianie, popiłam drugą, założyłam słuchawki i po chwili zawahania włączyłam Tęczę. I to tę z późniejszego, bardziej komercyjnego okresu twórczości. Nie był to może idealny wybór, lecz gdybym odpaliła na ten przykład Księdza Judasza, Megaśmierć albo tym bardziej Zabójcę, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością skończyłoby się na poważnych stratach w sprzęcie, wystroju wnętrza oraz instalacji wod-kan. W ludziach zresztą też.  
   Gdzieś tak w połowie albumu – względnie pod koniec drugiej dolewki, zależnie jaką jednostkę czasu przyjąć – doszłam do wniosku, że wystarczy tego dobrego. Jeszcze poczuję się zbyt zrelaksowana i co wtedy? Sięgnęłam więc na powrót po telefon, by uzupełnić codzienną dawkę cyfrowego barachła. Mniej więcej po kolejnym kwadransie, gdzieś pomiędzy filmikiem z klepiącą się po tkance foczej japońską kuleczką w kropeczki a zaproszeniem na przepłacony festiwal kuchni udającej egzotyczną, zabrałam się za porządki w skrzynkach mailowych. Także tej, która za czasów swej świetności grzała się bardziej niż pasek na pompie szambiarki, dziś natomiast była jedynie przywołującym mało przyjemne wspomnienia artefaktem. Świadectwem dawno zawiedzionych nadziei, naiwności i najzwyklejszej głupoty. Podeptanych marzeń o byciu sławną i jeszcze bogatszą autorką bestsellerowych powieści z listy Top 10 Empiku. Co się będę ograniczała, od razu z podium!
   Owszem, nie usunęłam swej pożal się Boże twórczości (HA, TFU!rczości) z różnych portali, grup dla podobnych mnie niespełnionych pseudoliteratów i innych tego typu miejsc, lecz nie spodziewałam się, by po takim czasie ktokolwiek się nią jeszcze interesował. A już na pewno nie wysłał do mnie prywatnej wiadomości.  
   Jej początek był całkowicie zwyczajny, choć napisany bardziej emocjami niż rozumem. Zawierał podziękowanie za wspomnianą twórczość, wymienienie kilku ulubionych tytułów, odniesienie się do pewnych sytuacji, które swego czasu wypisałam publicznie jako główne powody, zniechęcające mnie do dalszego pisania. No i życzenie, bym koniecznie do niego powróciła, bo przecież mam taki wielki talent i jeszcze większa szkoda, bym go zmarnowała! Było to oczywiście miłe, lecz po prawdzie niewiele ponadto.  
   Różnicę robił dosłownie jeden akapit, po przeczytaniu którego aż musiałam mocniej złapać za krawędź wanny, osuwającej mi się spod nóg. Znaczy tyłka. Gdy to nie pomogło, opróżniłam kieliszek do dna. A później i resztę butelki.

   Przez resztę popołudnia biłam się z myślami. Czy powinnam odpowiedzieć? Nie? Tak? W jaki sposób? Z jakimi konsekwencjami będę musiała się liczyć, jeśli zdecyduję się odpisać, a czego mogę się spodziewać, gdybym postanowiła zmilczeć? I przede wszystkim: czego tak naprawdę chcę? Czego oczekuję? Czego pragnę?  
   Ostatecznie doszłam do jakże oczywistego wniosku, że i tak nie wymyślę niczego lepszego ponad równie banalne zajęcie się sprawami bieżącymi, a rozwiązanie przyjdzie samo do głowy. Albo i nie, bo taką opcję także brałam pod uwagę. Tak czy inaczej, wylewnie aż do przesady pogratulowałam dzieciakom zasłużonych sukcesów, podpytałam czy poza tym wszystko dobrze w szkole i poza nią, podziękowałam też mężowi za starania nie tylko kulinarne. Niestety, o ile latorośle najwyraźniej niczego podejrzanego nie zauważyły, a wręcz były ukontentowane takim obrotem spraw, o tyle moja druga połówka nie dała się zwieść i gdy tylko zostaliśmy sami, bez ogródek zadała najbardziej banalne z banalnych pytań:
   – Co się dzieje, kochanie?
   Ot tak. Bez podejrzliwości czy tym bardziej czepialstwa, a raczej z jakże uzasadnioną troską w głosie.  
   Mogłam opowiedzieć wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Mogłam rzucić parę ogólników w rodzaju „napisała do mnie jakaś laska z tamtej strony, na której kiedyś publikowałam, nie przejmuj się”. Mogłam, ale wybrałam najbardziej prymitywne kłamstwo.
   – Nic, nic. Jakoś tak źle się czuję – westchnęłam teatralnie i dla jeszcze większej pretensjonalności przewróciłam oczami. – Nie martw się, już mi powoli przechodzi.
   Tak, jakby siejące właśnie spustoszenie w mym umyśle (i nie tylko w nim) tornado (o skali co najmniej F4) nie było godne choćby krótkiej wzmianki. Co jeszcze gorsze, o ile jakoś dawałam sobie radę z uspokojeniem rzeczonej głowy, o tyle z resztą ciała już tak dobrze nie było. Owszem, znałam przynoszące błyskawiczną ulgę lekarstwo na domagającą się atencji piczkę, tylko czy naprawdę chciałam go użyć właśnie w takiej chwili?
   Przemyślałam szybko wszystkie za, przeciw oraz być może, po czym stwierdziłam, że faktycznie to będzie najlepsze wyjście. Chyba. Miałam nadzieję. A jeśli nawet nie tak idealne, jak mi się wydawało, to przynajmniej najprzyjemniejsze.
   – Wiesz co… tak sobie myślę… że przejdzie mi jeszcze szybciej, jak zrobisz mi masaż. Na przykład gołego biustu. Najlepiej ustami – szepnęłam wciąż zerkającemu na mnie podejrzanie mężowi.  
   Fakt, wyglądał na zaskoczonego, lecz niespecjalnie wdał się w dalsze dyskusje. A już na pewno nie protestował. Zamiast jednak wziąć się od razu do dzieła, na co po cichu – i absolutnie wbrew zdrowemu rozsądkowi – liczyłam, zaproponował spacer, by wybiegana młodzież wczesnoszkolna tym chętniej zakopała się wieczorem w pościeli. I oczywiście przyobiecał, że skoro tak zacna persona, jak ja, składa równie jednoznaczne propozycje, grubiaństwem byłoby odmówić!

   Jak powiedział, tak zrobił. Gdy nadeszła odpowiednia pora (nie, nie ta na Telesfora), świeżutko ogolony, wypachniony i już na pierwszy rzut oka jakże chętny do spełnienia mego życzenia, wkroczył do sypialni. Postawił jeszcze tylko na stoliku płaską misę, zapalił unoszące się na warstwie wody trzy nieduże świeczki i wygodnie ułożył za mną. Nago. Objął ramieniem, poprawił jeszcze raz, po czym zaczął obsypywać drobniutkimi całuskami szyję oraz ramionach. I na razie nic ponadto. No dobrze, miział mnie jeszcze dłonią tu i ówdzie, ale to naprawdę tyle. Wiedział doskonale, czego w takiej chwili najbardziej potrzebuję i czekał cierpliwie, aż sama zdecyduję się na więcej. A nawet gdybym tego nie zrobiła, postanawiając ograniczyć się jedynie do przytulania, też nie powiedziałby złego słowa. I to nie dlatego, by nie zrobić mi przykrości. Nie raz i nie dziesięć oficjalne deklaracje co najmniej gargantuicznego analnego rykowiska skończyły się nie podróżą w poprzek galaktyki rozkoszy, a niczym innym jak wspólną drzemką. Po której ani ja, ani on nie mieliśmy do siebie żadnych pretensji. Mało tego: dziękowaliśmy sobie za tak właśnie spędzony wspólnie czas, przyjemniejszy od najprzyjemniejszych fantazji.
   Nie tym razem jednak, o nie! Falujące płomyczki nie zdążyły jeszcze porządnie rozbłysnąć, a obróciłam się w stronę partnera i podłożyłam poduszkę pod bok, podsuwając biust ku samym wargom. Już nie spokojnie szumiący gdzieś w tle, a wyraźnie wzburzony strumień pocałunków zalał mnie od szyi aż po brzuch, ze szczególnym uwzględnieniem nabrzmiewających pod coraz energiczniejszymi pieszczotami sutków. Odchyliłam głowę, pozwalając na coraz więcej i więcej. Celowo ścisnęłam piersi ramionami, by tym bezczelniej zachęcały adoratora do okazywania im uwielbienia. Skutecznie! Wylizane, wyssane, wymiętoszone oraz wykomplementowane, oddały wreszcie pola reszcie niecierpliwiącego się coraz wyraźniej ciała, ze szczególnym uwzględnieniem jego dolnych rejonów.  
   Nie miałam jednak zamiaru jedynie bezwolnie poddawać się przyjemności, o nie! Gdy więc usta, wyraźnie ukontentowane smakiem wspomnianych piersi, brzucha oraz ud, zaczęły coraz odważniej defasonować także tyle, co wyczesaną fryzurkę, postanowiłam jednoznacznie przejąć inicjatywę. Nie pierwszy raz zresztą i zapewne nie ostatni owego wieczoru.
   Podniosłam się, przeciągnęłam zachęcająco i bez dalszego ociągania usiadłam na mężu, leżącym teraz na plecach. Nim jednak zabrałam się do dzieła, przez parę dłuższych chwil kontemplowałam to własne odbicie w lustrzanych drzwiach szafy, to cokolwiek niepewnego mych dalszych poczynań partnera, to nas oboje. Brzuszek, który po drugim dziecku jednoznacznie, definitywnie i ostatecznie postanowił, że w głębokim (a może szerokim? Zależy, jak leży) poważaniu ma standardy tik-tokowych fitnesek. Fałdeczki na tych samych, gładzonych ledwie parę minut wcześniej biodrach oraz boczkach. Piersi, które, choć niewiele miały już wspólnego z licealno-studenckim rozmiarem 70B, ewidentnie nie nadążyły za resztą krągłości, przez co zamiast idealnej klepsydry przypomniałam raczej co nieco rozklapcaniałą gruszkę. Asymetrycznego boba, będącego może i krzykiem najnowszej mody wśród psiapsiółek z wywiadówek, lecz równocześnie co najwyżej marnym cieniem obiektu zazdrości szkolnych koleżanek w postaci kasztanowych loków do połowy pleców.  
   A także może już nie tak wyrzeźbione, jak za czasów regularnych wizyt w osiedlowej siłowni, lecz wciąż imponujące jędrnością mięśnie, jakich nie powstydziliby się młodsi o dekadę koledzy, prześcigający się w hodowaniu piwnych bebzonów na home office. Sporo krótsze niż kiedyś i z każdym dniem coraz bardziej srebrne, niemniej wciąż gęste włosy. Uśmiech, działający na mnie tak samo, jak wtedy, gdy…
   I pomyśleć, że kiedy się poznaliśmy, moją początkową reakcją było bardziej „no dobra, miły jesteś i w sumie to całkiem apetyczne z ciebie ciacho, ale zasługuję na kogoś lepszego, więc zostaw tego kwiatka i zwolnij miejsce bardziej odpowiednim kandydatom” niż „ściągaj majty, będziemy się całować”. Naprawdę. Mało tego: nawet gdy już oficjalnie ze sobą chodziliśmy, podsycany czytanymi hurtowo romansidłami – z im wyraźniejszym zabarwieniem erotycznym, tym lepiej, ma się rozumieć – diabełek regularnie podszeptywał, że przecież jedna koleżanka ma bogatszego, druga przystojniejszego, trzecia bardziej „męskiego” (cokolwiek by to miało znaczyć), dziesiąta ich wszystkich naraz, a ja jakiegoś takiego… zwyczajnego? Pospolitego? Niewartego nawet mego zainteresowania, a co dopiero mnie samej?
   Tyle że wcale nie. Przeciwnie: był on na wskroś niezwykły, tylko ja, zamiast docenić jego naturalne przymioty, wolałam w swych nierealistycznych wymaganiach z dupy i równie bezdennej durnocie traktować je jako dyskwalifikujące wady, a nie niewątpliwe zalety. I to pomimo wielokrotnie powtarzanych gratulacji ze strony tych samych koleżanek, mniej lub bardziej otwarcie zazdroszczących mi właśnie takiego adoratora. Nie nabitego teściem po czubek łysej pały blokowego pakera, nie samozwańczego króla podmiejskich dansingów, nie lalusia w śmierdzącej leasingiem na rodzinny Januszex beemce, tylko właśnie takiego z pozoru niepozornego, złotego chłopaka. I to dosłownie. Złotego chłopaka ze złotymi, związanymi w kitkę włosami. Złotobrązowymi, szczerymi niczym u wiernej psiny oczami, których nie mógł ode mnie oderwać. Szczerozłotym sercem i takoż samą duszą, podanymi mi na otwartej dłoni.
   Ale nie, ja musiałam szukać kwadratowych jaj i złośliwie wypominać wszystko, co tylko uznałam za nie dość doskonałe! Bo na przykład jak to tak, że facet nie tylko nie ma co najmniej metra osiemdziesięciu, ale wręcz jest niższy od dziewczyny? Niższy i młodszy na dodatek! Nieważne, że o ledwie dwa palce i niewiele ponad pół roku – niższy to niższy a młodszy to młodszy i tak być nie będzie, bo to wstyd, hańba i niegodne niewieściej czci kalumnie! Poza tym, nawet gdyby był wyższy i starszy, to i tak musiał się odpowiednio postarać, by zasłużyć na me względy! Nie ma to-tamto, mnie zdobyć trzeba! Ja nie jestem jakaś pierwsza lepsza i muszę się odpowiednio cenić!  
   Dlatego nie zdążyłam się jeszcze porządnie rozsiąść przy kawiarnianym stoliku i ponarzekać na lurowatą kawę i przesłodzone ciasto – mimo że przecież nie ja płaciłam, bo równość równością, ale pralka się sama nie wniesie, kran nie naprawi a rachunek tym bardziej nie ureguluje – a już zażądałam restauracji.  
   Gdy poszliśmy do restauracji – jeszcze bardziej przehajpowanej w social mediach, przeładowanej „stylowymi” durnostojkami z Temu oraz przetatuowanej na rękach, nogach i przede wszystkim dekoltach obsługi niż kawiarnia – całą kolację marudziłam o kinie.  
   Kiedy zaprosił mnie do kina – na film, który sama wybrałam w ramach naszej wspólnej jednomyślnej decyzji, ma się rozumieć – obraziłam się, bo przecież w piątkowy wieczór to się do modnego klubu idzie!  
   No co za niedomyślna sierota, no…  
   No i na koniec, jakby nie dość już zebrało się powodów do natychmiastowego zerwania, to kto daje własnemu dziecku na imię Iwo? Iwo! Tak to można było nazwać postać – i to drugoplanową – rodem z jakiejś dawno zdezaktualizowanej lektury z podstawówki, wciąż zajmującej miejsce w podstaaawie programooowej (czytał: Krzysztof M. Maj) tylko i wyłącznie dzięki równie durnej nostalgii tak samo przeterminowanych belferek, a nie sigma macho gangsta latino buchającego testosteronem buhaja, ściągającego laskom majtki przez głowę powłóczystym spojrzeniem pożądliwego wzroku!
   O czym to ja…  

   A, właśnie! Dopiero po długim – zbyt długim, bym mogła zrzucać to jedynie na młodzieńczą naiwność, a bardziej jawną głupotę – czasie dotarła do mnie jakże ważna i równie oczywista prawda, że pierdolę. Jak potłuczona. Pierdolę jak potłuczona bohaterka najbardziej tandetnej powieści posuwisto-zwrotnej, nie próbującej się nawet silić na wyjście choćby pół kroku (czy raczej poklepania pipki) poza najbardziej przeruchane stereotypy dla najbardziej stereotypowych, dla odmiany ewidentnie nieprzeruchanych czytelniczek. No i że są rzeczy ważne i ważniejsze. Jakie konkretnie?  
   Ano takie, że nachyliłam się i pocałowałam Iwa w usta tak mocno, aż mało się nie zakrztusił. Następnie w policzki. Szyję. Ramiona. Piersi, będące chyba najbardziej niedocenianą męską strefą erogenną. Brzuch. Znów sutki. Wodziłam językiem dokoła nich, chwytałam ustami, ostrożnie przygryzałam, znów lizałam. I nie bez satysfakcji wysłuchiwałam świadczących jednoznacznie o przeżywanej przyjemności westchnień.  
   Uśmiechnęłam się do siebie. Do męża zresztą też. Oboje wiedzieliśmy, że wystarczyłoby ledwie parę ruchów dłonią w okolicy podbrzusza – a być może i to nie, bo parokrotnie zdarzyło mi się… znaczy jemu… znaczy mnie doprowadzić do poplamienia pościeli jedynie dzięki stymulacji rzeczonych sutków – by doprowadzić do finału już teraz. Nie takie jednak były moje plany.
   Czy miałam ochotę na więcej? Bez dwóch zdań tak! Czy mogłam sobie na to pozwolić? Zważając na chrapiącą dokładnie pod nami dwójkę małoletnich szpionów, mających aparat rentgenowski w oczach i sonar najnowszej generacji zaimplementowany przez ściśle tajne rządowe agencje do uszu, niekoniecznie. Co nie oznaczało, że nie miałam zamiaru w pełni wykorzystać nadarzającej się okazji.  
   Kolejny raz zmieniłam pozycję. Na dokładnie odwrotną. Nie, nie wzleciałam od razu pod sufit, gdyż takie wybryki przy moich gabarytach byłyby cokolwiek kłopotliwe w realizacji, dosiadłam natomiast partnera tyłem naprzód. Na tyle blisko, bym przesłoniła mu cały świat, a jednocześnie tak daleko, by nie mógł zrobić niczego poza oglądaniem właśnie. A żeby widok stał się jeszcze bardziej interesujący, wsunęłam dłoń pomiędzy uda. Rozchyliłam dwoma palcami płatki, a trzecim zaczęłam się pobudzać. To wsuwałam go powolutku w wilgotne już wnętrze, to masowałam nabrzmiewającą łechtaczkę, to powracałam do penetracji. Gdy uznałam, że wystarczy, wyprostowałam palce, licząc na domyślność.
   Nie przeliczyłam się. Iwo najpierw dokładnie wylizał dłoń, pomrukując z nieukrywanym zachwytem, a dopiero po niej przeszedł do reszty intymności. Masował mnie i ugniatał. Całował i ssał. Dokładnie tak, jak lubiłam. Jak uwielbiałam. Jak on i tylko i wyłącznie on potrafił mnie pieścić.
   W zamian objęłam wargami nadto wyraźnie oczekującego na więcej penisa. Bez zarówno pośpiechu, jak i zbędnego przedłużania. W dokładnie taki sposób, by pozwolić partnerowi na doprowadzenie mnie krok za krokiem – czy raczej cmoknięcie za cmoknięciem – ku rozkoszy. Wspólnej. Fakt faktem, nie zawsze udawało się nam idealnie zgrać, lecz tym razem byłam zdeterminowana, byśmy przeżyli spełnienie w dokładnie tym samym momencie. Gdy miałam ochotę na więcej, napinałam kręgosłup, nastawiając mój najcenniejszy klejnocik wprost pod wylizujący wszystkie me najintymniejsze zakamarki język. Kiedy czułam, że pozostawiona na parę chwil w spokoju męskość domaga się więcej uwagi, paroma szybszymi ruchami dłoni stawiałam ją do podręcznikowego pionu.
   Robiłam tak aż do chwili, w której dobrze znane drżenie zaczęło się rozchodzić od dołu brzucha po calutkim ciele. I jeszcze raz. I znowu! Równocześnie zaczęłam energiczniej potrząsać głową, a by jeszcze wzmocnić efekt, docisnęłam głowę męża pośladkami. Może nieco zbyt mocno – o czym świadczyły wbite głęboko w ową dupę palce, próbujące ją choć troszkę unieść – lecz najważniejsze, że z odpowiednim skutkiem w postaci wytrysku, wypełniającego usta aż po brzegi. Nie tylko moje, jak miało się szybko okazać, gdyż w natłoku emocji przeoczyłam, jak bardzo mokry był mój własny orgazm.  
   Czy miałam ochotę na więcej? A jakże! Marzyło mi się wskoczenie na wciąż sztywnego, ociekającego ostatnimi niezlizanymi jeszcze kroplami spermy kutasa i ujeżdżanie go, póki nie wystrzeli po raz kolejny. Pragnęłam wsadzić rękę między uda i brandzlować się aż do skutku, a gdyby i to nie pomagało, zrobić dokładnie to samo z tyłkiem. A gdy oboje znów przeżylibyśmy spełnienie, położyłabym się na plecach, rozłożyła nogi na całą szerokość jak ostatnia (a może i pierwsza? Musiałabym wyprowadzić wzór, wyznaczyć granicę całkowania i policzyć deltę) babilońska nierządnica i przyciągnęła męża, by jeszcze na deser mnie wylizał. Calutką. Od wzgórka, przez wnętrza ud, po nasadę pośladków. Bez pominięcia choćby najmniejszego, smakującego naszą wspólną rozkoszą fragmentu ciała po drodze. By spijał wyciekające ze mnie pożądanie, nie mogąc się nachwalić, jak to cudownie pachnę i smakuję.
   Niestety, musiałam się zadowolić co najwyżej przytuleniem. No, może jeszcze równie długim, co namiętnym pocałunkiem na dobranoc.

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!

Dodaj komentarz