Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 11)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 11)Od tego momentu wracamy do głównej linii fabularnej, czyli historii Iwony, jej męża oraz pewnej młodej dziewczyny.

***

Rozdział 11/15

*

   Nie mogłam powiedzieć, by wybór Wiki mnie nie zaskoczył. Myślałam, że będzie się skłaniała raczej ku jakiejś kameralnej kawiarence lub innym podobnym miejscu, w którym będziemy mogły w odpowiedniej atmosferze zaspokoić potrzeby zarówno ducha, jak i ciała, ale nie. Odrzuciła także subtelną propozycję spotkania w zaciszu domowym – czy raczej mieszkaniowym w jej przypadku. Zdecydowała się za to na ławeczkę w publicznym parku. Konkretną ławeczkę w konkretnym parku. Na drugim końcu miasta. Średnio mi się to podobało, jednak czy miałam inne wyjście? Poza tym bez przesady, nie wybierałam się zaraz autostopem do Ułan Bator.
   Dojechałam na miejsce sporo przed czasem. Celowo. Przez dobry kwadrans kręciłam się po alejkach, wyglądając Wiktorii. A gdy już dojrzałam, poobserwowałam ją jeszcze cichaczem zza krzaczka (tego nieopodal rzeczki), aż wreszcie zarzuciłam na ramiona jaskrawoczerwone bolerko, mające być znakiem rozpoznawczym i ruszyłam ku nieznanemu. Szłam bardzo wolno, chcąc przekonać się, w którym momencie rozglądająca się dość chaotycznie dziewczyna sama mnie zauważy. Dopiero w odległości ledwie kilkunastu kroków przestała nerwowo kręcić głową, a gdy dystans zmniejszył się do najdalej kilku, uśmiechnęła się na powitanie.  
   Chcąc od razu mieć część oficjalną za sobą oraz już na początku ustalić pewne zasady grzecznościowe, wyciągnęłam rękę na powitanie i przedstawiłam się:
   – Iwona. Jak chcesz, możesz nadal nazywać mnie Yvaine. Nie przeszkadza mi to.  
   – Wiktoria. Ale lubię, kiedy mówią mi Wika – odpowiedziała Wikto… Wika znacznie mniej nadętym tonem.  
   Uścisnęłam szczupłą dłoń, przysiadłam obok i… mimo najlepszych chęci nieszczególnie wiedziałam, co dalej. Powinnam od razu nawiązać do naszej wcześniejszej rozmowy? Zapytać o jej zdrowie, czego wcześniej starałam się unikać? Zaczekać, aż ma rozmówczyni sama przejmie…
   – Nie wiesz, jak się cieszę, że przyszłaś! Naprawdę! Nawet sobie nie myślałam, że się zgodzisz, bo ja bym chyba nie była atak odważna, jakby ktoś obcy mnie tak zaprosił, a ty się zgodziłaś! Bo ja tyle razy marzyłam, żeby zobaczyć kogoś, kogo znałam tylko tak wirtualnie, ale zwykle jak mówiłam, co mi jest, to potem nikt nie chciał… Naprawdę ci to nie przeszkadza? Bo jak tak, to powiedz, ja wtedy sobie pójdę i…
   – Wika, proszę cię! – przerwałam nieopanowany słowotok. – Jakbym miała jakiekolwiek obiekcje wobec ciebie, to bym ci odmówiła dużo wcześniej. Poza tym, co niby miałoby mi przeszkadzać? Że jesteś właśnie taka? No weź mnie nie obrażaj! – zakończyłam z przesadną przekorą.
   – No bo wiesz, ja nie mam wielu takich znajomych… znaczy chciałam ci powiedzieć, że jak inni się dowiadują, to…
   – Przestań, mówię! Ja nie jestem żadni „inni” i nie mam zamiaru tego tłumaczyć nie wiadomo, ile razy!  
   Tak, zareagowałam nieco zbyt szorstko, ale naprawdę zirytowało mnie kolejne rozgrzebywanie tematu, który uważałam za dawno wyjaśniony. Spojrzałam na Wikę, przyglądającą mi się badawczo zza grubych szkieł. Przechylała mocno głowę to w prawo, to w lewo, wyraźnie próbując dostrzec więcej niż była w stanie. W końcu, chcąc przerwać coraz bardziej krępującą ciszę, postanowiłam sama zaproponować coś, o co Wiktoria wstydziła się zapytać. A przynajmniej tak mi się wydawało.  
   – Możesz przysunąć się bliżej. A jeżeli ci to pomoże, to… – przełknęłam ślinę – możesz mnie dotknąć.  
   Dobrze się wydawało. Przy czym realizacja owej propozycji okazała się wcale tak łatwa, jak się spodziewałam. Niby przygotowałem się psychicznie, że dla Wiktorii (i jej podobnych osób) takie postępowanie było dużo bardziej naturalne niż dla mnie (i mnie podobnych), jednak i tak musiałam się cały czas powstrzymywać, by odruchowo znów nie zwiększyć dystansu. A gdy poczułam chłodne palce na policzku, aż zadrżałam. Na tyle mocno, by Wika też to zauważyła i pospiesznie sama się wycofała.
   Na szczęście dla nas obu, ten gest najwyraźniej przełamał lody i wreszcie zaczęłyśmy rozmawiać bez czajenia się jak psy do jeży czy tam inne szpaki na jebanie. Głównie o sobie i sytuacji, która nas połączyła, choć teoretycznie wszystko powiedziałyśmy już wcześniej online. Jednak tym razem atmosfera była odczuwalnie swobodniejsza, poruszane tematy bardziej osobiste a szczegóły… bardzie szczegółowe. Zwłaszcza te intymne. Co było o tyle dziwne, że zazwyczaj nie ujawniałam ich nawet w bardziej prywatnych rozmowach z dalece bardziej zaufanymi znajomymi. Przynajmniej z pozoru, bo Wiktoria nijak nie dała się zaszufladkować.  
   Mimo że przecież na podobne rozważania było jeszcze o wiele za wcześnie, zaczęłam się coraz poważniej zastanawiać nad odpowiedzią na jakże banalne, a jednocześnie tak przecież trudne pytanie: czyżbym właśnie odnalazła prawdziwą przyjaciółkę? Powierniczkę, której mogłam zwierzyć się z najgłębszych i najbardziej intymnych sekretów? Kogoś jeszcze bliższego, komu mogłabym przyznać się do pragnień skrywanych nawet przed mężem. Powiedzieć otwarcie absolutnie wszystko, na co tylko miałabym ochotę. W razie potrzeby wypłakać się w ramię. Przytulić. A kto wie, być może i więcej?  
   Spojrzałam na Wiktorię możliwie obiektywnie. Było to niespecjalnie grzeczne, niemniej w bieżącej sytuacji bardziej niż konieczne. I szybko doszłam do tego samego wniosku, co poprzednio: daleko było jej do posągowej piękności. Figurą przypominała raczej nastoletnich synów moich psiapsiółek z roboty czy wywiadówek, a jeśli nawet miała jakieś co okazalsze kobiece walory, skutecznie ukrywała je pod bluzą kroju worka na ziemniaki. Kartofle, pyry, grule, bulwy, co kto uważał. Na dodatek burzyła całą swą młodzieńczą naturalność – z której właśnie teraz powinna korzystać pełnymi garściami, bo ani się obejrzy, dołączy do klubu wspomnianych wypacykowanych lampucer – krzykliwym makijażem i fryzurą wyjętą żywcem z katalogu „Aktywiszcze klimatyczno-progresywno-inkluzywne 2025”.  
   Tylko co z tego? Była tym typem, obok którego dziewięćdziesiąt dziewięć na sto osób przeszłoby obojętnie albo nawet z niechęcią, natomiast ta jedna na sto… I to właśnie ja byłam „tą jedną”. Niestety? Na szczęście? Nawet gdybym bardzo chciała, nie potrafiłam zaprzeczyć, że Wika miała w sobie coś nieodparcie fascynującego. Coś, co mnie do niej przyciągało. Także fizycznie. I nijak nie potrafiłam sobie z tym poradzić, nie mówiąc już o próbie racjonalnego wytłumaczenia.
   Skupiłam się na własnych myślach tak mocno, że nie zwróciłam uwagi ani na to, co Wiktoria do mnie właśnie mówiła. Ani co robiła. A robiła całkiem sporo. Zwłaszcza dłonią, błądzącą po moim kolanie. Tym razem już raczej nie tylko ze zwyczajnej ciekawości i chęci poznania tego, czego jej posiadaczka nie dostrzegała dość wyraźnie. Było w tym coś więcej. Zdecydowanie więcej. Na tyle dużo, bym mogła to po prostu zignorować czy obrócić w nieco zbyt odważny żart, nie mówiąc już o udzieleniu pozwolenia na kontynuowanie.
   Otrząsnęłam się gwałtownie. Wyobraźnia wyobraźnią, emocje emocjami a niespełnione pragnienia pragnieniami, ale bez przesady! To, że jeszcze od czasów szkolnych miałam słabość do dziewczyn, w szczególności tych o bardziej alternatywnej urodzie, nie oznaczało od razu przechodzenia od marzeń do słów, a od nich do czynów. Może się wstydziłam, może brakowało mi odwagi, a może wreszcie w gruncie rzeczy zdawałam sobie sprawę, że byłaby to droga donikąd? Efekt tak czy inaczej był ten sam. Czyli żaden.
   Poza tym odwaga odwagą, ale dość się naoglądałam, nasłuchałam i naczytałam tych wszystkich historii, jak to owe wszystkie silne, niezależne i wyzwolone kobiety „realizowały swoje marzenia”, „były wreszcie sobą” i podobnych dyrdymał. Jak jedną nieprzemyślaną decyzją niszczyły to, co z takim trudem latami budowały. I oczywiście zawsze była to wina patriarchatu, ciemnogrodu, niewłaściwego wychowania przez zaborcze matki i/lub tyranizujących ojców, zaniedbywania przez męża i ogólnie wszystkiego i wszystkich, tylko nie ich samych. Zwłaszcza myślenia przez nie dupą, piczką i cyckami, a nie głową. Co jak co, ale tak durna nie byłam. Wiedziałam, że mogę stracić zdecydowanie zbyt wiele niż potencjalnie zyskać. Chyba że…
   Odetchnęłam głęboko i ponownie zbliżyłam się do Wiktorii. Bez słów wzięłam za tę samą dłoń i położyłam na tej samej nodze. Tym razem jednak sporo wyżej. I przytrzymałam tak, by Wika nie mogła jej cofnąć.
   – Przepraszam… Ja nie chciałam… – Spuściła głowę.
   – Zostaw. To było bardzo miłe, a nawet bym powiedziała, że… całkiem przyjemne. Tylko mocno mnie zaskoczyłaś i nie wiedziałam, jak zareagować – próbowałam zachowywać się możliwie swobodnie. – Ale następnym razem chociaż uprzedź.
   Gdy podniosła wzrok, uśmiechnęłam się szeroko. Po czym, nie mając już zamiaru nikomu z niczego się tłumaczyć, postanowiłam pójść za ciosem.  
   Rozejrzałam się dookoła, nie zauważając nikogo postronnego. Odetchnęłam głęboko. Byłam świadoma, iż nie jest to najmądrzejszy pomysł, na jaki mogłam wpaść, lecz emocje zwyciężyły. Powolutku podniosłam dłoń Wiktorii do ust i pocałowałam ją w palec.  
   Jeden, drugi, trzeci…  
   Położyłam ją sobie na uniesionym w perwersyjnej radości policzku, po czym nakryłam własną. Powolutku zbliżyłam twarz do twarzy coraz wyraźniej zdezorientowanej dziewczyny, która z tej odległości musiała widzieć już wszystko aż nazbyt dokładnie. Przechyliłam się nieznacznie, by nie zawadzić nosem o okulary. Poczułam zapach niespecjalnie ekskluzywnych perfum. Pudru, różu, podkładu… farby? Lakieru do włosów? W każdym razie czegoś chemicznego. Zwietrzałej gumy do żucia.  
   I wtedy jakby mnie piorun strzelił, tramwaj przejechał i listonosz z pismem ze skarbówki dopadł. W sekundzie zrozumiałam, że pogaduszki pogaduszkami, marzenia marzeniami, lecz w gruncie rzeczy sama siebie doprowadziłam na skraj przepaści. Przepaści, nad którą kiedyś już nie tylko stałam, ale i do której zdążyłam wpaść. Na szczęście moje i mojej rodziny nie na samo dno. A przynajmniej nie wtedy, bo co działoby się teraz, to jedna bozia, diaboł osobiście i święte krokodyle na dnie tejże czeluści raczyły wiedzieć.
   Na tyle, ile byłam jeszcze w stanie naturalnie – i kulturalnie – się zachować, odsunęłam się od Wiktorii.  
   – Przepraszam. Nie powinnam tego robić. Ja nie chciałam… to znaczy chciałam, ale… Jeszcze raz przepraszam. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz.
   Nie czekając na odpowiedź, wstałam i odeszłam. Bez słowa i bez spojrzenia wstecz. Tak po prostu. Nie zastanawiając się, co zrobiłam, a czego nie. Byle uciec. Byle szybciej. Byle dalej.
   Ledwie skręciłam za najbliższą altankę, tak by Wika nie mogła już widzieć już nawet mojej sylwetki, a puściłam się biegiem. Zadyszana wskoczyłam do samochodu i ignorując przepisy ruchu drogowego w terenie zabudowanym, wypadłam na jezdnię z piskiem opon.

*

   Na szczęście mąż bawił się z dzieciakami w ogrodzie i mogłam wejść do domu niezauważona. Nawet nie próbowałam szukać kieliszka, tylko podniosłam butelkę wódki wprost do ust i nie opuszczałam, póki się nie zakrztusiłam. I jeszcze raz. Opamiętałam się, dopiero gdy pokazała dno. Jak bardzo była pełna na początku? W jednej trzeciej? Połowie? Jeszcze bardziej? Tak czy inaczej wystarczyło, bym otrzeźwiała. Od ilości alkoholu, jakiej zazwyczaj nie wypijałam przez tydzień, jak nie dłużej. Dobry plan! Taki, kurwa, sprytny!
   Nie będąc w stanie wymyślić niczego lepszego, schowałam się w swoim pokoju i zakopałam pod pledem, próbując zebrać myśli. Jakby tylko było to takie proste! Niemniej zaczęłam coraz wyraźniej dostrzegać, że największym moim problemem był nikt inny, jak ja sama. A w szczególności niedające się w żaden sposób pogodzić sprzeczności, rządzące moim życiem, od kiedy tylko pamiętałam. Chociaż nie, przepraszam! Określenie „rządzące” sugerowałoby przynajmniej pozorny porządek, gdy tymczasem miałam do czynienia z jedną wielką anarchią. Pełzającą kontrrewolucją, czyhającą tylko, by wprowadzić własne (nie)porządki.  
   Z jednej strony dobrze się uczyłam, ładnie wyglądałam i zawsze, gdy sytuacja tego wymagała, byłam grzeczniutka, milutka, słodziutka. Do porzygu. Czy była to szkolna akademia, czy wyjście do filharmonii, czy spotkanie z dawno niewidzianą ciotuchną, której trzeba było się przypodobać, zazwyczaj stałam – względnie siedziałam – w pierwszym rzędzie, wystrojona w świeżo wyprasowane fatałaszki, gładko uczesana oraz uśmiechnięta od ucha do ucha. Chyba że trzeba było zachować powagę, to wtedy nie. Byłam, jakkolwiek to nie brzmiało, taką dyżurną laleczką do chwalenia się i głaskania po główce. Ku satysfakcji wszystkich poza mną samą.
   Z drugiej natomiast… cóż, jeszcze pod koniec podstawówki zaczęła wychodzić ze mnie ta mniej grzeczna natura. W liceum wyewoluowałam – chociaż bardziej obrazowe byłoby określenie „przepoczwarzyłam się” – w bezczelną kokietkę, która na studiach stała się pierwszej wody flirciarą, kusicielką, prowokatorką i długo mogłam wymieniać, kim jeszcze. Tylko co naprawdę z tego wynikało? Ano nic. Okręcałam sobie kolegów – a bywało, że i koleżanki – wokół palców, lecz gdy przychodziło co do czego, porzucałam ich – i je – bez mrugnięcia okiem. Ze złośliwości, chęci odegrania się, zazdrości, potrzeby zwalczenia chandry, stu innych powodów. A przede wszystkim nieumiejętności zbudowania jakiejkolwiek trwałej relacji, podszytej najzwyklejszym strachem.  
   W efekcie wszystkie osoby, z którymi kiedykolwiek się całowałam, mogłam policzyć dosłownie na rzeczonych palcach dwóch rąk. Te, którym pozwoliłam na bardziej niegrzeczne macanki, na jednej. Nago widziały mnie dwie.  
   Pierwszą była koleżanka, co do której miałam nadto uzasadnione podejrzenia, iż nie darzyła mnie jedynie przyjaźnią, drugim natomiast… O, nie, nie! Ma pierwsza i – jak miało się okazać – jedyna kobieta w życiu zasługiwała na dalece więcej niż tylko wspomnienie. Nawet jeśli byłyśmy ze sobą w zasadzie tylko raz, a samo określenie „byłyśmy” niekoniecznie musiało oznaczać dokładnie to, co amatorzy literatury posuwisto-zwrotnej zazwyczaj mają na myśli.
   Tak czy inaczej, Weronika była nikim innym jak właśnie kumpelą ze studiów. A przynajmniej tak ją zawsze odbierałam. Owszem, od czasu do czasu zdarzało mi się przyuważyć nieco zbyt długie spojrzenia czy obruszyć pytaniem przekraczającym granicę zwyczajnej ciekawości, jednak nie dorabiałam do tego podejrzanych teorii. Tym bardziej że w tej samej grupie ćwiczeniowej miałyśmy regularną parę jednopłciową, otwarcie okazującą sobie uczucia. I co? I jajco. Skoro się kochali, to chu… Tymczasem to ja, ku własnej naiwnej niewiedzy, stałam się obiektem sekretnych uczuć kogoś, kogo nijak bym o to nie podejrzewała. I to do niemalże samego końca.  
   Konkretnie do chwili, gdy Weronika pod jakimś typowo studenckim pretekstem zaprosiła mnie do siebie na stancję. Owszem, nie spodziewałam się jedynie siedzenia z nosami w książkach przez cały wieczór, jednak czegokolwiek ponad obgadywanie kolegów, koleżanek, doktorów, profesorów i całej tej uczelnianej hałastry także nie. Tymczasem… no właśnie. Przy pierwszym kieliszku dyskontowego sikacza miałam jeszcze pewne wątpliwości co do zamiarów mej gospodyni, jednak już w połowie drugiego zaczęłam się poważnie obawiać o cnotę niewieścią. Własną, bo niby czyją?
   Mogłam powiedzieć, że zostałam podstępnie upita, uwiedziona i zbałamucona, jednak to byłoby kłamstwo. Bezczelne nawet jak na mnie. Nie byłam ani ślepa, by nie dostrzegać całkowicie już otwartych zamiarów Weroniki wobec mnie, ani tym bardziej głupia, by nie rozumieć, dokąd mogą doprowadzić, o ile czym prędzej nie postawię tamy na drodze niegrzecznych myśli. Czy raczej gęstego, lepkiego i gorącego niczym zawartość majtek pożądania.  
   Mimo oczywistego ryzyka podjęłam tę grę. Bardzo śliską grę, będącą w zasadzie niczym innym niż regularną „prawdą czy wyzwaniem”, przeniesioną żywcem z komedyjek o zabarwieniu erotycznym. Z każdym kolejnym pytaniem i każdym ujawnionym sekretem zabarwionych coraz intensywniej. Z każdym przekroczeniem granicy własnej intymności. Z każdym kieliszkiem, napełnianym po brzegi już nie tylko przez Wiktorię, ale i przeze mnie. Już nie tylko winem, lecz także tak namacalnym seksualnym napięciem, że można było je kroić na zagrychę.  
   Wreszcie, po wszystkich tych przygotowaniach i podchodach, Weronika postanowiła przejść do właściwego do ataku i bez ostrzeżenia pocałowała mnie w usta. Po pierwszym naturalnym zaskoczeniu i drugiej, znacznie dłuższej chwili zawahania, postanowiłam zrewanżować się tym samym. Więcej niż raz. Nie czekając na pozwolenie, siedząca już w zasadzie na mnie okrakiem dziewczyna podążyła niżej i zaczęła majstrować przy biustonoszu. Nad wyraz skutecznie.
   Nim się zorientowałam, leżałam pośród zmiętej pościeli z wcale nie mniej wymiętoszonymi cyckami, wylizanym brzuchem (a może odwrotnie?) i absolutną sieczką w głowie. Liczyła się już tylko i wyłącznie Weronika. Dysząca ciężko, z rozczochranymi włosami, zdziczałymi kurwikami w oczach i dłonią dobierającą się do majtek. Moich, bo jej zdążyły się w międzyczasie znaleźć na podłodze.  
   Być może to przez odruchowe spięcie mięśni, wywołane bolesną próbą wtargnięcia do mej wciąż przecież dziewiczej intymności, a może dopiero nieskoordynowanego poderwania się z łóżka, ale zakręciło mi się w głowie. Na tyle gwałtownie, by niezbyt ekskluzywny trunek, wypity w zdecydowanie nadmiernych ilościach, postanowił skorzystać z okazji i przypomnieć o swej proweniencji. Najpierw poplamiłam dywan, później toaletę, a gdy wydawało się, że na tym koniec, jeszcze bluzkę, którą zdążyłam w międzyczasie założyć.  
   Czy to z tego niezbyt chwalebnego powodu, czy późniejszej konieczności doprowadzenia mnie do stanu przynajmniej pozornej używalności, czy najwyraźniej definitywnego ulecenia w pizdu magii tej jedynej i niepowtarzalnej chwili w pizdu, już nigdy do niczego między nami nie doszło. Ba, Weronika zaczęła mnie unikać tak ostentacyjnie, aż postronni obserwatorzy to zauważyli. Na szczęście ani ona, ani tym bardziej ja nie zamierzałyśmy ich wtajemniczać. Tak czy inaczej, moje przygody z płcią własną miały się w tamtym momencie definitywnie zakończyć.  

   Także dlatego, że niedługo później w mym życiu pojawiła się owa druga osoba, której ujawniłam me przyrodzone walory. A był nią, jak nietrudno się domyślić, nikt inny jak mój mąż. I to dopiero po prawie roku znajomości, gdy po wizycie w całkiem niezłej restauracji i późniejszym wspólnym seansie jeszcze lepszego filmu skończyła mi się cierpliwość. No bo ileż można było czekać, no? Owszem, mieliśmy już za sobą całkiem odważne macanki – i to we wcale nieoczywistych okolicznościach przyrody w rodzaju przebieralni na publicznym basenie – i wcale nie mniej namiętne pocałunki nie tylko w usta, lecz niewiele ponadto. Aż do tamtego pamiętnego momentu.
   Tak, to właśnie Iwo był moim pierwszym i jedynym partnerem seksualnym – oczywiście biorąc pod uwagę akt penetracji, że się tak wyrażę, a nie wspomniane, nieskonsumowane do końca damsko-damskie przygody. Partnerem zawsze stawiającym mnie na pierwszym miejscu, traktującym jak swą księżniczkę, wybrankę, damę serca i jakiego jeszcze pretensjonalnego określenia bym nie użyła. Jednocześnie związek z nim sprawił, iż jakże wiele fantazji erotycznych, rozpalających mą wyobraźnię jeszcze od czasów szkolnych, musiałam schować na samo dno najgłębszej z szuflad. A im bardziej świadoma seksualnie się stawałam, tym owa szufladka wypełniała się coraz większą ilością coraz mniej grzecznych myśli. Owszem, nie byliśmy żadnymi stereotypowymi mieszkańcami Ciemnogrodu Dolnego jeszcze od czasów Marysieńki Niepokalanej Zawsze Dziewicy, co to spełniają obowiązki małżeńskie jedynie po bożemu i przy zasłoniętych oknach, jednak istniały pewne granice, których nigdy nie przekroczyliśmy.
   I tak mijały lata powolnego, lecz konsekwentnego narastania erotycznej frustracji. Na tyle, ile tylko potrafiłam, starałam się ją uwalniać czy to we wspólnych zabawach łóżkowych, czy to solo – gdyż mimo możliwie regularnego pożycia nie rezygnowałam z robienia sobie dobrze za każdym razem, gdy czułam taką potrzebę, do czego zresztą namawiałam także męża, by nie czuł się zestresowany na przykład mą okresową niedyspozycją – czy wreszcie przelewając pragnienia na ekran komputera. I choć takie wirtualne dzielenie się intymnością przyniosło mi naprawdę niemałą ulgę i pozwoliło tym lepiej poznać siebie, równocześnie sprawiło, że czułam coraz większą złość. Zawiść? Poczucie zmarnowanej szansy?  
   Oczywiście nie byłam aż tak naiwna i zdawałam sobie sprawę z realiów internetu, w których każda laska uważała się za modelkę a facet za dyplomowanego jebakę, podczas gdy rzeczywistość wypełniały raczej przyklapłe cycki i wcale nie mniej zwiędłe fujarki. No ale bez przesady, no! Poznałam wystarczająco wiele kobiet, wyczyniających ze swymi partnerami takie pornoakrobacje, jakie mnie się nawet nie śniły – choć przecież wyobraźnię miałam bujną. W zdecydowanej większości ani ładniejszych, ani mądrzejszych, ani bogatszych, ani w czymkolwiek „lepszych” ode mnie. A jednak!
   I kiedy już w zasadzie pogodziłam się z faktem, iż dalsze oszukiwanie się najzwyczajniej nie ma sensu i trzeba zaakceptować siebie taką, jaką byłam, jestem i najpewniej zawsze będę, w moim życiu pojawiła się Wiktoria. I jednym kopem z półobrotu rozpieprzyła mi strefę komfortu w drzazgi. Nie miałam pojęcia, jak to się właściwie stało, ale gdybym chciała wymyślić kogoś takiego jak ona i uczynić ją bohaterką jednego ze swoich opowiadań, uznałabym, że to przesada i żaden czytelnik nie uwierzyłby w aż tak przerysowaną postać. Co to, to nie! Tymczasem rzeczywistość po raz kolejny przerosła najśmielsze wyobrażenia, każąc mi ponownie zastanowić się nad tym, czego właściwie pragnę.
   Wniosek z tegoż zastanawiania był jeden. Równie banalny, co przerastający mnie potencjalnymi konsekwencjami. Żeby nie powiedzieć: przerażający w swej prostocie. Mianowicie to ja musiałam zdecydować, co dalej. Tylko i wyłącznie ja sama. I jeśli tylko zechcę, będę mogła – przy pewnej niewielkiej pomocy Wiktorii oczywiście – zrealizować nie tylko te raczej mało oryginalne marzenia, polegające na dokończeniu tego, co lata wcześniej zaczęłam z Weroniką – ale i zdecydowanie bardziej wyuzdane perwersje.
   Seks z najbardziej stereotypową lesbą, jaką można sobie wyobrazić? Ależ proszę bardzo, przecież sama Wika wystarczająco wyraźnie mi to zasugerowała! Skok w bok z młodziutkim chłopakiem? Dałabym jej strapona i nie musiałabym nawet za bardzo gasić światła, względnie przymykać oczu, by takowego w niej dostrzec. Trójkąt z udziałem dwóch lasek i faceta? Kobiety z dildem, kobiety bez dilda oraz mężczyzny z jego własnym przyrodzonym przyrodzeniem? Wystarczyłoby się zawczasu dogadać, kto, co i komu będzie wsadzał, a komu jednak nie. Podwójną penetrację w dowolną ze stron? Aż mi się gumowe jebadło w kieszeni otwierało! Ograniczała mnie jedynie – niemała przecież, wyćwiczona setkami godzin pisania i czytania podobnych bezeceństw – fantazja.  Tak bujna i sugestywna, że nim się zorientowałam, do kompletnego chaosu w mojej głowie postanowił dołączyć jeszcze ten w majtkach.  

   Równie pijana, co napalona, wyjrzałam jeszcze kontrolnie spod koca i nie widząc – a przede wszystkim nie czując – innego rozwiązania, ułożyłam się bokiem na brzuchu. Zgięłam jedną nogę w kolanie, wsunęłam rękę pomiędzy uda i zaczęłam robić sobie dobrze. Tak po prostu.
   Wyobraziłam sobie, że to nie mój najdroższy poślubiony, a widziana ledwie raz dziewczyna bierze mnie od tyłu. Podziwia rozpaloną podnieceniem kobiecość, nie mogąc się jej nachwalić. Komplementuje pulchny wzgórek, rozchylone w oczekiwaniu płatki, no i rzecz jasna zdziczałego zwierza futerkowego! Rozkoszuje się intensywnym zapachem, zwiastującym czekające już za rogiem (łóżka ma się rozumieć) ekscesy. W końcu rozgarnia językiem loczki i zaczyna wylizywać. Wszystko. Za każdym razem sięgając coraz głębiej i głębiej, aż dociera do ciemnoróżowego wnętrza.  
   Obejmuje mnie wargami. Całą. Calutką. Calusieńką. Nie wstydzi się spoconych ud, lepkiego od śliny i nie tylko zarostu, falujących pod najlżejszym dotykiem pośladków. Zwłaszcza nich. Przeciąga językiem od ich nasady aż po łono, nie zaniedbując niczego po drodze. Ponownie wciska się we mnie tak głęboko, jak tylko jest w stanie sięgnąć, wylizując lepką namiętność z samiutkiego środka mnie. I jeszcze raz. I tak bez końca. No, prawie… Wreszcie zasysa podnieconą do granic łechtaczkę, a ja po ledwie kilku takich baaardzo perwersyjnych pocałunkach przeżywam najwspanialszy ze wspaniałych orgazmów, zalewając usta Wiktorii tym wszystkim, co zdążyło we mnie wezbrać.
   Odwracam się i nie bez satysfakcji podziwiam mokrą twarz, zdefasonowaną fryzurę i już teraz nie do końca przytomne oczy. A co dopiero będzie za chwilę… Popycham Wikę plecy i dobieram się do malutkich piersi o sterczących sutkach. Schodzę ku dołowi i ściągam majtki. Zębami. Rozchylam uda, odsłaniając najcudowniejszy z cudownych widok, zachęcający nieśmiało do dalszych pieszczot. Obsypuję drobniutkimi całuskami jakże różną od mojej, subtelną kobiecość. Łaskoczę koniuszkiem języka. Muskam oddechem. Skubię niewinne wargi własnymi, bez porównania bardziej doświadczonymi, cichusieńko przy tym mlaskając. Rozkoszuję się Wiktorią bez pośpiechu. Aż do spełnienia. Równie delikatnego, co cała ona.  
   Ma najwyraźniej wciąż nienasycona kochaneczka, która mimo tyle co przeżytego spełnienia wciąż ma na mnie ochotę. Skoro tak, nie daję się prosić, tylko znów całuję. W usta. Długo i mokro. Tak, byśmy obie zasmakowały siebie nawzajem. A gdy już zaostrzymy apetyty, położę Wikę na plecach i usiądę na twarzy. I nie podniosę się ani o centymetr, póki kolejna rozkosz nie wypełni jakże spragnionego pieszczot ciała.  
I tego właśnie było mi trzeba!

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!