Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 9)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 9)Tym razem będą seksy. Dużo seksów. Bardzo dużo bardzo dosłownie opisanych seksów. Zapraszam więc!

***

Rozdział 9/15

*

   I to już koniec? Akurat w miejscu, w którym wreszcie zaczęło się coś dziać? Byłam tak wkurzona na siebie, aż rzuciłam w powietrze kobietą lekkich obyczajów. Więcej niż jedną. I tym razem nie był to wynik jedynie kilku kolejnych łyków ulubionej substancji.  
Tylko dlaczego właściwie przerwałam w tym konkretnym miejscu? Dobre pytanie!  
   Cierpiałam wówczas na poważny przerost ambicji, przejawiający się – zupełnie nieuzasadnionymi oczywiście – nadziejami na napisanie czegoś więcej niż tylko nieskomplikowanego cimcirimci, w związku z czym poświęcałam niewiele uwagi „zwyczajnym” historiom z równie „zwyczajnymi” bohaterami. Na swoje nieszczęście, jak miało się wkrótce okazać. Czy jednak był to jedyny powód? A może to problemy z całkiem realnym, a nie tylko wymyślonym pożyciem odbiły się na tym, co miałam ochotę pisać, a co nie? Tym bardziej że kojarzyłam, co będzie dalej. A było tego aż za dużo.

*

EPIZOD 4: ELLA

Jakkolwiek nie było mi dobrze z Daniką – a jej ze mną – oboje byliśmy świadomi, że musimy przemodelować naszą relację, zanim będzie za późno. Dlatego też, choć mieliśmy jeszcze parokrotnie okazję do zaliczenia „seksu na pożegnanie”, postanowiliśmy pozostać jedynie na stopie przyjacielskiej. Ona skupiła się na prowadzeniu gospodarstwa, ja natomiast, cóż za zaskoczenie, znów rzuciłem się w wir pracy. Czy raczej ostrego zajoba, godnego najbardziej hardkorowych, wciągających pervitin dupą korposzczurów. I to nie dlatego, że musiałem – choć oczywiście wykazanie się na nowej posadzie u równie nowego pracodawcy było mile widziane – ale przede wszystkim chciałem. Owszem, taki kierat był wykańczający zarówno fizycznie, jak i psychicznie, lecz poza oczywistymi plusami w postaci poklepywania po ramieniu przez senior akołnt dajrektora (czy innego równie pretensjonalnie nazwanego naczelnego nadzorcy tabelek w excelu) zajmowało tyle czasu, że nie miałem czasu nawet na głębsze rozmyślanie o życiu prywatnym, a co dopiero na wprowadzanie tych myśli w życie.  
Harowałem po dwanaście-czternaście godzin od poniedziałku do soboty, przez co w niedzielę nie miałem ani chęci, ani tym bardziej siły na choćby najzwyklejsze odreagowanie na jakiejś imprezie. Szczytem ekstrawagancji było wyjście (jak nietrudno się domyślić, samotne) do jakiejś restauracji w okolicy, zeżarcie najdroższej pozycji z karty (bo w końcu było mnie na to stać, a co!), poprawienie dwoma deserami, trzema czy czterema piwami (względnie jedną, ale za to opróżnioną do dna, butelką wina) i powrót do domu tylko po to, by znów paść na ryj. Ta, do domu… wynajmowanej dosłownie kilka minut piechotą od pracy kawalerki, w której poza szafą, łóżkiem, prysznicem i mikrofalówką do odgrzewania dań z cateringu właściwie niczego nie używałem.  
Najgorsze jedna było to, że wcale nie czułem się z tym wszystkim źle. Nie widziałem – albo nie chciałem widzieć, wszystko jedno – że życie przecieka mi przez palce i już nigdy nie będę miał ani zdrowia, ani energii, ani wyglądu, ani możliwości, ani… no po prostu trzydziestu lat. Nie dostrzegałem, że staję się wrakiem człowieka, który tak naprawdę żyje bez celu z dnia na dzień. Od kontraktu do kontraktu, od mityngu do mityngu, od targetu do targetu, od szkolenia…
A właśnie, szkolenia. Jako że starałem się bardziej niż inni – trudno zresztą, by było inaczej, skoro nie byłem obciążony żoną, mężem, dziećmi, kotami, psami oraz innymi szkodnikami – to i piąłem się coraz wyżej w korporacyjnej hierarchii. A to wymagało kwalifikacji nie tylko w podpierdalaniu współpracowników lub zdolności magicznych w rozciąganiu doby do co najmniej czterdziestu godzin, ale czasami też oficjalnego papierka, potwierdzającego równie oficjalne umiejętności. A skoro tak, to raz za razem firma wysyłała mnie na owe zajęcia pozalekcyjne – najpierw wewnętrzne, później organizowane w większych grupach na terenie kraju, a później, gdy i te przestały wystarczać, także za granicę.
W ten właśnie sposób poleciałem kiedyś aż do kraju kwitnącej konopii. Owszem, nie tylko pozwalałem znajomym na docinki, ale i sam nie raz żartowałem, że wrócę stamtąd z praktyką w co najwyżej nabijaniu sziszy, ale tak naprawdę nieszczególnie miałem ochotę na jakiekolwiek wyskoki. Nie tylko ze względu na niezaprzeczalny fakt, że przynajmniej część zdobytej wiedzy będzie mi naprawdę potrzebna w pracy, ale także na obawę przed tym, że takie właśnie zbytnie rozluźnienie przypomni mi, kim byłem naprawdę.  
A byłem młodym, cokolwiek nie mówić całkiem atrakcyjnym, zarabiającym parokrotność już nie tylko krajowej, ale i europejskiej średniej mężczyzną. Czytaj: obiektem, który chciałaby posiąść niejedna kobieta. A co jak co, ale nie miałem najmniejszej ochoty pchać się z znowu w jakieś gówniane relacje. Ani w pracy, ani poza pracą, ani nigdzie. I z nikim. Choć gdzieś w głębi czułem, że prędzej czy później i tak się to stanie, starałem się odwlekać ten moment jak najdłużej. Tylko cóż z tego, skoro co najmniej jedna osoba na świecie miała najwyraźniej inne plany?

Przyznam, że z początku nie zwróciłem uwagi tak właściwie na nikogo z towarzyszącej mi grupy, a co dopiero na niezbyt kształtną blondynkę o urodzie rodem ze mało wybrednych dowcipów o córach Albionu, do których zresztą należała. W drugą stronę to jednak najwyraźniej nie działało. Nie dość, że jeszcze przed kolacją przykleiła się do mnie jak Karyna do zasiłku z mopsu, to po niej… cóż, ale nie zdążyliśmy dojść nawet do trzeciego smalltalkowego drinka w hotelowym barze, a już zaczęła mi składać propozycje. Wybitnie nieprzyzwoite zresztą. Owszem, nasłuchałem się co nieco o większej otwartości mieszkanek jukeja na sprawy łóżkowe, jednak mimo wszystko nie spodziewałem się aż takiej… bezczelności. Tymczasem Ella zaproponowała mi nie mniej i nie więcej – o ile dobrze zrozumiałem jej niewyraźny słowotok, mający jeszcze mniej wspólnego z Received Pronunciation niż mój latami szlifowany wery łel maderfakier ponglisz – wizytę w jej pokoju. Konkretnie w łóżku. Z nią. A najlepiej to na niej. Najdziwniejsze w tym wszystkim było jednak to, że nie dość, że nie tylko od razu nie zakończyłem dyskusji jakimś grzecznościowym „STFU>FO”, to zacząłem coraz poważniej rozważać skorzystanie z zaproszenia. Na serio. Mimo że właściwie nie miałem żadnego argumentu „za”, natomiast jakże wiele „przeciw”.  
Po pierwsze dlatego, że choć trudno było mi się przyznać przed samym sobą, a już tym bardziej innymi, to od czasu Daniki nie byłem z kobietą ani razu. Na serio. Fakt, miałem ku temu parę okazji, jednak zawsze odmawiałem. Choć przyznam, nieraz ciężko mi było się opanować, gdy nagrzany do białości lachon machał mi półnagimi cyckami przed nosem.  
Po drugie natomiast… cóż, ale jak już wspomniałem, Elli daleko było do kanonów urody. I to bardzo delikatnie mówiąc. Miała ciężkie biodra, wyraźnie opadający mimo dość młodego wieku biust i odstający brzuch. Grzywka koloru brudnego siana osuwała się na szeroko rozstawione oczy, nosowi daleko było do symetrii, a całości obrazu dopełniały wystające zza nierównego uśmiechu zbyt duże jedynki. Tyle że równocześnie było w niej coś, co przyciągało. I to tak czysto fizycznie. I im dłużej się jej przyglądałem, kiedy ewidentnie mnie kokietowała odsłoniętym udem czy coraz odważniej rozsuniętym dekoltem – że nie wspomnę o rzucanych w międzyczasie dwuznacznościach – tym większą miałem na nią ochotę.  
Walczyłem ze sobą do mniej więcej północy, gdy wreszcie się poddałem. Nie tylko dlatego, że nie chciałem już dłużej siedzieć przy niej na widoku w praktycznie pustym już barze, ale najzwyczajniej byłem już zmęczony. Wszystkim. Dlatego też zamówiłem jeszcze po jednym drinku – tym razem na wynos – i zaprosiłem Ellę do siebie. Wszedłem, usiadłem na krawędzi łóżka, zaproponowałem jej krzesełko i bez dalszych wstępów zacząłem mówić. Zorientowałem się szybko po jej minie, że zdecydowanie nie tego oczekiwała, jednak niezrażony tym postanowiłem dokończyć myśl. Wreszcie, jak już powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia, spytałem, co ona na to.
Owszem, spodziewałem się raczej cierpkich słów, niemniej stek wyzwisk, jakim mnie obdarzyła, był według mnie sporo przesadzony. Najgorsze było jednak to, że oberwało mi się za postawienie sprawy uczciwie. Za szczerze wytłumaczenie, że seks w ledwie kilkanaście godzin po poznaniu, i do tego na wyjeździe służbowym, nie był najlepszym pomysłem. Przynajmniej na razie. Skoro jednak spotkało się to nie ze zrozumieniem, a obrażeniem matki, ojca oraz połowy kraju, to po prostu wyprosiłem Ellę z pokoju, podumałem jeszcze chwilę w samotności, po czym umyłem to i owo, i poszedłem spać.

O ile rano Ella ewidentnie mnie ignorowała, a później, w trakcie szkolenia, bąknęła w moją stronę ledwie parę słów – i to głównie dlatego, że wykładowca kazał nam przećwiczyć scenki z technik dymania klienta w kakało za jego własne pieniądze (znaczy negocjacji) – to przy lunchu miałem wrażenie, że tylko czeka, aż część oficjalna wreszcie się skończy. I faktycznie, kiedy tylko zszedłem wieczorem do tego samego baru, co poprzedniego dnia, od razu się do mnie dosiadła.  
Tym razem jednak była nie tylko ubrana znacznie skromniej, ale też nawet nie próbowała mnie podrywać. W zamian spokojnym tonem przyznała, że owszem, podobam jej się i miała nadzieję na coś więcej, jednak nie powinna być tak bezczelna. A już na pewno nie zaraz pierwszego dnia. Gdybym jednak chciał, to…
…ku jej nieukrywanej radości, odpowiedziałem, że w zasadzie to mógłbym przychylić się do jej propozycji. I nie, ani nie zapomniałem o wieczornych wątpliwościach, ani po prawdzie nie oczekiwałem od razu przeżyć rodem z pomarańczowego jutuba premium, natomiast miałem już dość oszukiwania samego siebie. Życia w tak naprawdę nikomu niepotrzebnym celibacie i udawania, że jako dorosły facet nie mogę przespać się z równie dorosłą kobietą tylko dlatego, że mam na to ochotę. Nie mniej i nie więcej. A skoro tak, pozostawało nam tylko ustalić miejsce i czas bardziej intymnej schadzki.

Okazja nadarzyła się już kolejnego popołudnia, gdy nagłe zdechnięcie systemu multimedialnego w sali wykładowej skróciło zajęcia o dobre dwie godziny. Umówiliśmy się znów – cóż za zaskoczenie – w barze, gdzie postanowiliśmy rozluźnić atmosferę, po czym ustaliliśmy, że każde wraca do siebie, ogarnia się i… wiadomo, co.
Po upływie dwóch kwadransów wyszorowany, ogolony i wypachniony zapukałem do drzwi Elli. O dziwo, jej pokój okazał się nie typową jedynką jak mój, a dwójką z dużym małżeńskim łóżkiem. Nie czekając więc na dalsze zaproszenie, zdjąłem buty i przysiadłem na kołdrze. Przez może kwadrans rozmawialiśmy dalej, lecz skoro oboje wiedzieliśmy, dokąd to zmierza, nie było sensu dłużej udawać. Przynajmniej w teorii, bo praktyka coraz bardziej mnie przytłaczała.
Owszem, byłem wyposzczony do granic, a Ella starała się jak mogła, by rozluźnić atmosferę – no i oboje byliśmy pod sporo więcej niż jedynie lekkim wpływem substancji rozweselających – jednak mimo wszystko wciąż nie mogłem się do końca przemóc. Może dlatego, że byłaby ona dopiero trzecią moją partnerką seksualną, i to na dodatek pierwszą, z którą poszedłem na całość tak spontanicznie. Owszem, z Daniką też przecież nie łączyła mnie wieloletnia znajomość, ale tamta sytuacja była… po prostu inna. Oparta o potrzebę wzajemnego zrozumienia, akceptacji, pomocy na życiowym zakręcie oraz – nie ukrywajmy – umożliwiająca spełnienie jednej z najgłębszych fantazji w postaci intymnej relacji młodszego mężczyzn ze sporo dojrzalszą kobietą. W przypadku Elli natomiast chodziło od początku jedynie o przygodny seks dla samego przygodnego seksu.  
Jakby tego było mało, wciąż nie mogłem w pełni przekonać się do fizyczności mej wciąż niedoszłej partnerki. O ile bowiem Danika była ewidentnie zbyt zaniedbaną, umęczoną trudami życia gospodynią domową w mocno średnim wieku, to gdy już przyszło co do czego, przeistoczyła się w kobietę przepełnioną zmysłową, by nie rzec elegancką namiętnością. Z kolei w Elli nie było ani krzty romantyzmu – po prostu zrzuciła bluzkę i spodnie, pchnęła mnie na łóżko i zaczęła się dobierać. Ot tak. A jak już rozpięła najpierw biustonosz, a później majtki… zgłupiałem do reszty.  
Przyglądałem się falującemu po najlżejszym nawet klepnięciu tyłkowi, fałdom na brzuchu i opadającym nisko ciężkim cyckom o dużych, płaskich sutkach, nie wiedząc, czy bardziej mnie ten widok odpycha, czy podnieca. A gdy do tego wszystkiego Ella ze mnie zeszła, położyła się na plecach i rozkraczyła – bo inaczej nie dało się tego nazwać – uda, pokazując wszem i wobec niewydepilowaną cipę, mało nie rozerwałem majtek.
Ostatkiem sił powstrzymywałem atawistyczne pragnienie, by się na nią nie rzucić. Chwycić dłońmi cycki i mocno je ugnieść. Pochylić się nad nimi, possać i zsunąć niżej. Obcałować brzuch i nogi. Palce zarówno u dłoni, którymi te nogi podtrzymywała, ja i te u stóp. A później… nawet z odległości i przy słabym świetle nocnej lampki widziałem aż nazbyt wyraźnie, że Ella była cała mokra. Ale nie jak moja już eks narzeczona, którą nie tylko w czasie gry wstępnej, ale potem w trakcie samych uniesień musiałem zwykle dodatkowo nawilżać własną śliną. Nie jak następująca po niej dojrzała kochanica, której wilgoć lśniła subtelnie na wygolonej do gładka skórze. Z Elli po prostu się lało. Cały jej wzgórek, wargi, wnętrze ud i tyłek pokryty był posklejanym zarostem. Kuszącym mnie swym naturalizmem i odpychającym jednocześnie. Zapraszającym, by wcisnąć weń całą twarz i lizać aż do orgazmu. Nas obojga, bo byłem bardziej niż pewien, że nie powstrzymam się przed wytryskiem.
I pewnie zastanawiałbym się nad tym do rana, gdyby Ella z wyraźnie zniecierpliwioną miną nie uniosła się, nie złapała za krawędź slipek i nie wciągnęła na siebie. A wtedy całkowicie się jej poddałem. Nim się zorientowałem, obciągała mi kutasa, wydając z siebie repertuar odgłosów godnych opery narodowej, po czym nałożyła wyciągniętą nawet nie zauważyłem skąd prezerwatywę i bez dalszych ceregieli wskoczyła na mnie, przyciskając do łóżka całym swoim ciężarem. Jęknęła ona, jęknąłem ja, jęknął materac.  
Próbowałem się powstrzymywać z całych sił, ale byłem najzwyczajniej zbyt podniecony. Nie minęły dosłownie dwie, może trzy minuty takiego ujeżdżania, a zdążyłem jeszcze tylko w ostatniej chwili wybełkotać mętne przeprosiny, że nie dam rady dłużej. I doszedłem.  
Widziałem nie tylko aż nadto wyraźny zawód w oczach Elli, lecz także… czyżby złośliwy uśmieszek na ustach, kwestionujący mą męskość? Co to, to nie! Nie było nawet mowy, bym tak szybko odpuścił! Co prawda potrzebowałem tych przynajmniej kilku minut na ponowne dojście do siebie, jednak wcale nie zamierzałem leżeć i czekać. Dlatego podniosłem się, nonszalancko odrzuciłem zużytego kondoma, po czym lekko pchnąłem Ellę na plecy i włożyłem rękę między jej nogi. I zacząłem miętosić wszędzie, gdzie tylko mogłem sięgnąć, w międzyczasie obcałowując jej biust, szyję i w końcu usta. I nie przerywałem, póki i ona nie spięła się i głośnymi westchnieniami nie oznajmiła o szczytowaniu.  
To jednak nie był koniec. Powiedziałbym raczej, że bardziej początek tego, co mieliśmy zamiar razem tego wieczoru wyczyniać. Z Moniką uprawiałem – o ile oczywiście dała mi ku temu okazję – bardzo zachowawczy, wręcz nudny seks. Z Daniką namiętnie się kochałem. Natomiast z Ellą to było nic innego jak zwyczajne pierdolenie. Ja nad nią. Ona znów nade mną. Ja za nią. Ona… Pieprzyłem ją z przodu, z tyłu, z boku i każdej innej strony, a kiedy już nie mogłem nadążyć, znów robiłem palcówkę. Mało tego, kiedy myślałem, że po zajechaniu trzeciej prezerwatywy naprawdę będzie miała już dość – bo ja zdecydowanie miałem – ona podłożyła pod nogi zwiniętą poduszkę, wypięła się w moją stronę i powiedziała otwartym tekstem, żebym wreszcie wylizał ją tam, gdzie powinienem na samym początku.  
Nie, nie kłamię. W czasie pierwszego seksu z tyle co poznaną kobietą, nie zważając ani na całkiem niedawne przecież obiekcje odnośnie jej urody, ani na raczej mało podniecającą mieszankę jej wilgoci, naszego potu i na dokładkę jeszcze lateksu, ani na jakże przecież uzasadnione obawy odnośnie złapania jakiegoś świństwa, rozchyliłem jej uda i wsadziłem język tak głęboko w piczę, jak tylko byłem w stanie sięgnąć. I ssałem do momentu, w którym najpierw ona przeżyła orgazm, a potem i ja. I fakt, że musieliśmy oboje pomóc sobie dłońmi, świadczył nie o naszych słabościach, a bardziej wciąż niezaspokojonej żądzy na więcej.

Mimo wciągnięcia na śniadanie ze trzech dokładek jajecznicy, połowy talerza parówek, tostów, dżemu, miski płatków i niezliczonych dolewek kawy, wciąż nie mogłem dojść do siebie. Zresztą Ella też wyglądała na cokolwiek wymiętą, co jednak nie przeszkadzało jej w puszczaniu mi nieprzyzwoitych uśmiechów przy każdej nadarzającej się okazji. Oraz bez względu na to, czy ktoś mógł te gesty widzieć. A widział na pewno i już przy okazji obiadu dotarło do mnie parę cokolwiek interesujących komentarzy. Przyznam, że na początku trochę się tym martwiłem – ostatecznie byliśmy przecież współpracownikami (nawet jeśli nie bezpośrednimi, to jednak), a wszystko odbywało się podczas firmowego, niemal tygodniowego szkolenia w równie firmowo wynajętym hotelu.  
I co w związku z tym?
Ano to, że jeszcze tego samego wieczoru znów spotkaliśmy się u Elli w pokoju. Różnica była jednak taka, że byliśmy zbyt zmęczeni na zaliczanie każdej możliwej i niemożliwej pozycji kamasutry do białego rana, więc ograniczyliśmy się tylko do oralu. Długiego, mokrego i znacznie bardziej satysfakcjonującego niż poprzednim razem. I tak jak Ella sprawiła mi rozkosz używając do tego bardzo intensywnie własnych ust, tak ja odwdzięczyłem się wyjątkowo dogłębnym wylizaniem jej już nie tylko cipy, ale także i – nazywając rzeczy po imieniu – dupy, podczas gdy ona robiła sobie dobrze palcami. Też więcej niż raz.  
Niezależnie jednak, jak przyjemnie było nam ze sobą w łóżku i okolicach, pozostawało fundamentalne pytanie: co dalej? Szkolenie dobiegało końca i choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo się starali, mieliśmy zaraz rozjechać się do swoich krajów. Na tyle oddalonych, że jakiekolwiek okazjonalne widywanie się nijak nie wchodziło w grę. Poza tym… czy naprawdę seks był tego wart? Nawet tak rewelacyjny – bo czy mi się to podobało, czy nie, musiałem przyznać, że Ella była wprost niesamowita w łóżku – był przecież jedynie seksem, właściwie pozbawionym podbudowy w postaci jakichś głębszych uczuć.  
I wówczas, kiedy na ledwie kilka godzin przed odjazdem robiłem Elli pożegnalną minetkę, przyszła mi do głowy jakże przecież oczywista myśl. Mianowicie skoro poznaliśmy się na firmowym szkoleniu, to może udałoby mi się załatwić przynajmniej czasowe przeniesienie do jakiegoś bliższego krajowi Guinessa i miętowych czekoladek oddziału?  

Nie mogłem powiedzieć, by cała procedura przebiegła szybko, gładko i bez paru spięć z zazdrosnymi o wyjazd współpracownikami po drodze, jednak ostatecznie udało mi się załatwić trzymiesięczny kontrakt nawet nie obok, a bezpośrednio na Wyspach. Oczywiście, by nie być mimo wszystko zbyt blisko Elli, poprosiłem o oddelegowanie do innego pionu, niemniej czas przed i po pracy miałem spędzać już tylko z nią. A przynajmniej takie miałem plany.
O ile lotnisko powitało mnie jakże stereotypowym, zacinającym lodowato deszczem, o tyle gdy dotarłem pod wskazany adres na przedmieściach Londka, oczekująca mnie Ella była gorąca jak nigdy wcześniej. Już drzwi otworzyła nie w podomce czy innym dresie, a komplecie białej, koronkowej bielizny. I mimo protestów, że jestem kompletnie zjechany wielogodzinną podróżą, z miejsca pchnęła mnie na fotel i dobrała się do spodni. A skoro tak, zrobiłem wszystko, by nie pozostać dłużnym. Ona mi obciągnęła, ja ją wylizałem, potem ona na mnie wskoczyła, ja ją obróciłem… i tak dalej. I podobnie działo się i następnego wieczoru, i jeszcze kolejnego… Oczywiście w pracy musiałem skupiać się na obowiązkach, pilnować nowych podwładnych, robić codzienne raporty i tak dalej, niemniej, gdy tylko mijałem portiera, zaczynałem myśleć o czymś zgoła innym. Czy raczej kimś.
Nie to było jednak najważniejsze, a coś, na co po prawdzie miałem nieco nadziei, lecz mimo wszystko spodziewałem się, że pozostanie właśnie tylko nadzieją. Konkretnie zorientowałem się, że uwielbiam nie tylko pieprzyć się z tą może i niezbyt urodziwą, nieokrzesaną i jakże odmienną kulturowo ode mnie dziewczyną, ale także – a może przede wszystkim – z nią być. Obejmować uciekające spod przykrótkiego szlafroczka krągłości, gdy oglądaliśmy serial. Przygotowywać wspólną kolację, śniadanie lub jakikolwiek inny posiłek, za który odwdzięczała się równie nierównym, co szczerym uśmiechem od ucha do ucha. Myć jej pod prysznicem plecy, pomagać wycierać włosy, zapinać niesforny suwak sukienki…  
Co równie istotne, Ella wydawała się odczuwać to samo. Cieszyła się z każdego spędzonego we dwoje weekendu, spacerów, wyjść do kina czy pubu. Ona poznawała mnie, ja ją – a także jej znajomych – i już-już zaczynałem się zastanawiać nad tym, czy naprawdę się nie związać z nią na stałe, gdy pewnego poranka dostałem telefon, który ściął mnie z nóg.

Moje relacje z pozostałymi członkami rodziny były właściwie od zawsze co najwyżej letnie, a po zerwaniu z Moniką ochłodziły się jeszcze bardziej, ale mimo wszystko starałem się utrzymywać z nimi kontakt nawet w trakcie coraz dłuższych pobytów za granicą. Zwłaszcza ze starszym bratem. Owszem, obaj pamiętaliśmy, jak za dzieciaka on nieraz mnie gnoił, a i ja niejednokrotnie odwdzięczałem mu się pięknym za nadobne, jednak gdzieś w okolicy, gdy ja zaczynałem liceum, a on już studiował, sytuacja się unormowała. Mało tego – od pewnego momentu mogłem powiedzieć, że stał się dla mnie pewnego rodzaju przewodnikiem: wspierał w przygotowaniach do matury i później na uczelni, a nawet pomógł w załatwieniu jednej czy drugiej roboty. Co więcej, zawsze cierpliwie wysłuchiwał wszystkich moich życzeń oraz zażaleń, będąc chyba jedyną osobą z najbliższego otoczenia, która przynajmniej próbowała spojrzeć obiektywnie na rozpad mojego niedoszłego małżeństwa.
Najpierw nie zrozumiałem, z czym właściwie matka do mnie dzwoni. Później nie chciałem przyjąć tego do wiadomości. W końcu jednak musiałem zrozumieć, że mój brat nie żyje. Tak po prostu. Fakt, że już za nastolatka pił (nie tylko piwo), palił (nie tylko papierosy) i żarł (bo inaczej nie dało się tego nazwać), skutkiem czego wyglądał bardziej jak bohater memów o piwniczakach niż trener fitnessu, ale mimo wszystko nikt nie spodziewał się – a na pewno już nie ja – że pewnego dnia po prostu zasłabnie na kanapie z takim skutkiem, że nawet pogotowie już mu nie pomoże. Mając ledwie nieco ponad trzydzieści lat.  
Szok szokiem i niedowierzanie niedowierzaniem – że o wyparciu nie wspomnę – jednak musiałem jak najszybciej się zebrać i wracać do kraju, żeby pomóc rodzicom w ogarnianiu całego tego okołopogrzebowego pierdolnika. A skoro już i tak byłem na miejscu, to niejako przy okazji (nawet jeśli była wyjątkowo przykra) postanowiłem pozałatwiać kilka rzeczy w urzędach, przez co raz i drugi musiałem przedłużyć pobyt. W końcu jednak wypłakałem swoje żale nad nagrobkiem, w międzyczasie porozmawiałem – wreszcie! – z rodzicami i chcąc nie chcąc musiałem wracać do jukeja. Z nadzieją, że obecność ukochanej choć trochę pomoże mi w pogodzeniu się ze stratą jednej z niewielu osób, którą nie tylko najzwyczajniej w świecie lubiłem, ale wobec której czułem prawdziwą wdzięczność za to, jaka wobec mnie była.  

Niestety, moje oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością tak dalece, jak to tylko możliwe. Jakbym nie dość jeszcze wycierpiał, nową porcję soli na wciąż niezaleczone rany miała dosypać ta, na którą najbardziej liczyłem. Ella.  
W pierwszych dniach po powrocie zrzucałem jej zdystansowanie na karb zwyczajnego podenerwowania – bo przecież także zamartwiała się moją sytuacją – lecz później zauważyłem, że celowo mnie od siebie odsuwa. Pod byle pretekstem odmawiała mi czułości, a kiedy już wreszcie znaleźliśmy się w łóżku, niespecjalnie angażowała się w cokolwiek poza szybki numerek. A ja nie miałem pojęcia, co z tym zrobić. Nie chciałem być w żaden sposób nachalny, a już na pewno nie uważałem seksu za wentyl bezpieczeństwa, pozwalający spuścić z siebie – i w przenośni, i dosłownie – nadmiar stresu. Niemniej atmosfera zrobiła się w końcu na tyle napięta i tak pełna niedopowiedzeń, że spytałem Ella otwartym tekstem, o co jej właściwie chodzi? I choć z początku nieszczególnie chciała podjąć temat, to w końcu powiedziała, co jej leżało na sercu. Cyckach zresztą też.
Aż w końcu ze spuszczonym wzrokiem powiedziała, że ona tak dłużej nie może. I niezależnie jak nie było jej ze mną dobrze i w łóżku, i poza nim, to taki monogamiczny układ zwyczajnie zaczyna ją męczyć. Miała ochotę na nowe doznania z nowymi osobami, a jednocześnie chciałaby pozostać wobec mnie możliwie uczciwa. Czyli w skrócie: najchętniej już dawno przespałaby się z innym facetem, ale nie chciała na bezczelnego przyprawiać mi rogów.

Poprosiłem jeszcze tylko o dwie rzeczy. Pierwszą taką, żebyśmy przynajmniej spróbowali utrzymać jakiś kontakt, choćby przez komunikatory. I drugą, bardziej dosłowną, którą odpuściłem w przypadku Daniki: żebyśmy ten ostatni raz poszli do łóżka. Kochali się tak, jakby jutra miało nie być. Pierdolili się do utraty sił, a kiedy będziemy mieli już dosyć, powtórzyć to wszystko od początku. I choć od początku miałem świadomość, że takie postawienie sprawy będzie co najmniej bezczelne i grozi (w najlepszym razie) przestawieniem nosa, to Ella nie wydawała się być specjalnie oburzona. Przeciwnie – miałem wrażenie, że owa propozycja ją… może nie ucieszyła, bo to byłoby zbyt wiele, ale na pewno odetchnęła po niej znacznie swobodniej. A skoro tak, to pozostało już tylko ustalić konkrety.
Nie mieliśmy zamiaru udawać nikogo, kim nie jesteśmy. Nie zapisaliśmy wizyty w nowomodnej slowfood-organic-elgiebetefriendly restauracji, prowadzonej przez lokalnego celebrytę, ale poszliśmy do ulubionego lokalnego pubu na to samo ale w towarzystwie tych samych fish&chipsów co zwykle. Powspominaliśmy, pośmialiśmy się, trochę posmuciliśmy, a kiedy już uznaliśmy, że wystarczy tej nostalgii, skorzystaliśmy z nieoczekiwanie sprzyjającej pogody i poszliśmy na długi spacer, zakończony wizytą w kinie, gdzie grali akurat najnowszą komedię z Hugh Grantem. Fakt, że równie mało oryginalną jak sto poprzednich, ale właśnie takiej, mocno niezobowiązującej rozrywki było nam trzeba. Kiedy natomiast seans dobiegł końca, stwierdziliśmy, że najwyższa pora wracać do domu, gdzie Ella rozłożyła kupiony specjalnie na tę okazję puchaty koc, ja porozstawiałem świeczki, napiliśmy się jeszcze po drinku i poszliśmy pod prysznic. Wspólnie.  
Ani brytolska na wskroś patołazienka nie zmieniła się nagle w luksusy rodem z „Pretty Woman”, ani Ella nagle nie przeistoczyła się w piękność z okładki „Vogue’a”, ani nawet nie liczyłem ukradkiem na jakiś nieoczekiwany cud, który sprawiłby, że to ostatnie spotkanie wcale nie byłoby ostatnim. Byłem jak najbardziej świadomy wszystkiego i… po prawdzie pogodziłem się z losem. Widocznie stało się, co prędzej czy później miało stać, a dalsze oszukiwanie i siebie, i przytulającej się przy mnie nagiej kobiety nie miało najmniejszego sensu. A skoro tak, nie mieliśmy już na co dłużej czekać.
Wymyłem ostrożnie wszystkie mniej i bardziej okazałe krągłości mej ostatniej-już-tej-nocy-kochanki, po czym zacząłem ją obcałowywać. W policzki, szyję, uszy. W usta. W dekolt i wciąż spływające resztkami piany piersi. W brzuch i uda. We wszystko, do czego tylko mogłem dosięgnąć w takiej pozycji, pomiędzy nimi. Ella także starała się nie pozostawać dłużna i na tyle, ile tylko pozwalał jej mikry metraż, wypinała się w moją stronę, przyciągała do siebie i nawet – choć nie mieliśmy pojęcia, jakim cudem właściwie się to udało – założyła mi obie nogi na ramiona i pozwoliła się tak wylizać. Po czym odwdzięczyła się tym samym. Znaczy bardzo długim i jeszcze bardziej namiętnym lodzikiem.
Mimo że wciąż nie dotarliśmy do łóżka, już byliśmy na tyle zmęczeni, by konieczne stało się zregenerowanie sił. Szklanką pełną lodu, energetyka i wódki. A gdy owa zabójcza mikstura wreszcie zaczęła działać, ja przewietrzyłem się chwilę na balkonie, a Ella wbiła w ten sam koronkowy komplet bielizny, którym swego czasu mnie powitała, nie mieliśmy zamiaru przystawać. Znów obcałowywałem ją we wszystkich możliwych i niemożliwych pozycjach, na sto możliwych i niemożliwych sposób komplementowałem niewymuszoną naturalność… Znaczy chlapałem minetę za minetą, przerywając je tylko po to, by zamienić wsadzanie języka w cipę na wsadzanie do go dupy. Tak samo grubej i niewydepilowanej zresztą. W tym samym czasie Ella obciągała mi po same jaja, obśliniając na równi mój brzuch, co własny dekolt. I pewnie trwałoby to do rana, gdybyśmy nie zaplanowali tego wieczoru pójścia na całość we wszystkim.

Obróciłem więc w końcu Ellę na plecy, pochyliłem nad nią i zacząłem się kochać. Czy raczej pieprzyć. Chwyciłem ją za uda i wbijałem się pomiędzy nie raz za razem do momentu, w którym naprawdę nie byłem w już w stanie złapać oddechu, a wówczas ma kochanica postanowiła przejąć inicjatywę i dosiąść mnie tak, jak oboje uwielbialiśmy. Skakała po mnie jak szalona, przyduszając cyckami, aż wreszcie ani ona, ani ja nie byliśmy się w stanie dłużej powstrzymywać.  
To jednak wciąż nie był koniec. Spoceni, zziajani i najzwyczajniej w świecie wykończeni, poszliśmy w anal. W obie strony. Najpierw Ella wypięła się w moim kierunku lśniącą od nałożonego wyjątkowo hojnie lubrykantu, z czego nie omieszkałem skorzystać, jebiąc ją w dupala tak mocno, jak chyba nigdy wcześniej. Nie wiedziałem, ile w międzyczasie przeżyła orgazmów, bo wyła praktycznie cały czas, ale gdy w końcu padła i obróciła się w moją stronę, była cała mokra. Dosłownie. Nie tylko od potu na czole czy squirtu na udach, ale i łez na policzkach.
Przez chwilę myślałem, że posunąłem się za daleko, ale Ella, zamiast rzucić się na mnie z pazurami, rzuciła się… z nieco innym zamiarem. To właśnie wtedy pierwszy raz w życiu kobieta wylizała mnie w taki sposób. I mimo że momentami bardziej czułem łaskotki niż prawdziwą przyjemność, to doceniałem jej zaangażowanie jak chyba nigdy wcześniej. Podobnie finał w gardle tak głębokim, aż wątpiłem, że w ogóle było możliwe bez udławienia się.
Szczęście, że żadne z nas nie musiało wstawać kolejnego dnia do pracy. Na zakupy zresztą też nie. Że w ogóle nie musieliśmy wstawać z łóżka, z którego po prawdzie – poza koniecznymi wyjściami do kuchni czy łazienki – nie ruszaliśmy się aż do wieczora. Mimo że oboje wiedzieliśmy doskonale, że z każdą tak wspólnie spędzoną chwilą będzie nam coraz trudniej powiedzieć wreszcie: „koniec”, to i tak przeciągaliśmy moment rozstania, ile tylko się dało. A gdy ten wreszcie nadszedł… cóż, ostatni raz wyciągnąłem marynarkę z szafy Elli, wypiłem z nią ostatnią kawę, ostatni raz przytuliłem i pocałowałem. I wyszedłem, kierując kroki do oczekującego mnie może i świeżo wysprzątanego, z tyle co wypraną pościelą i zamówionym śniadaniem, ale jakże pustego pokoju w hotelu.  

Nie mogłem powiedzieć, żebym był z tego dumny, ale taka była prawda – mianowicie mimo złożonej obietnicy, nieszczególnie miałem ochotę utrzymywać z Ellą dalszą relację. Co prawda nie raz i nie dziesięć umówiliśmy się jeszcze na skypie czy innym messengerze, lecz tak naprawdę każda kolejna rozmowa stawała się dla mnie coraz trudniejsza do zniesienia. Wiedziałem doskonale – choć sama zainteresowana dyplomatycznie unikała tego tematu – że ma ona nowego partnera. Albo i nawet kilku, z którymi robi wszystko to, co robiła ze mną. A kto wie, może i więcej? Przecież zdarzało jej się w chwilach wyjątkowo intymnej gadatliwości przyznać, że kręciły ją układy typu „ona jedna plus dwóch facetów”, a raz czy dwa wspomniała nawet o orgietce. Czy raczej regularnym seksie grupowym bez zahamowań, w którym każdy mężczyzna mógł wsadzić każdej kobiecie co chciał i w co tylko zechciał. A i kobiety też przecież nie musiałyby pozostać wobec siebie na dystans.  
Nie to mnie jednak najbardziej bolało, a świadomość, że straciłem nie tylko „with benefits”, lecz przede wszystkim „friend”. I to możliwe, że najlepszą, jaką kiedykolwiek miałem. Taką, przy której nie musiałem wstydzić się nie tylko niedoskonałości w wyglądzie czy preferencji seksualnych, ale także – a może przede wszystkim – najbardziej prywatnych sekretów. Mogłem opowiedzieć jej i o niedoszłej żonie, i dojrzałej kochance. O trudnej relacji z rodzicami, nieudanymi próbami osiągnięcia czegokolwiek w poprzednich pracach, trudnościach z utrzymaniem wyników w obecnej. O dosłownie wszystkim. A ona spokojnie by mnie wysłuchała. Bez oceniania, krytykowania i, co najważniejsze, bez dawania złotych rad, wyjętych wiadomo skąd.  
Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że chcąc nie chcąc muszę poukładać sobie życie od nowa. Zwłaszcza seksualne. Niby to Danika otworzyła przede mną drzwi do samoakceptacji i zrozumienia własnych pragnień, o tyle dopiero właśnie Ella naprawdę pokazała, co się za tymi drzwiami znajduje i w jaki sposób powinienem z tych nieprzebranych bogactw korzystać.  
Tylko co z tego, skoro nie miałem z kim? Ani w pracy, ani poza nią nie widziałem nikogo, z kim mógłbym się poważniej związać. Owszem, wciąż miewałem okazje, by zaliczyć jedną czy drugą laskę, jednak nie chciałem się za bardzo pakować w żadne ryzykowne sytuacje. Zwłaszcza zahaczające o jakiekolwiek wspomniane zależności służbowe. Bo o ile z Ella nie miałem (i ona także) z tego powodu w zasadzie żadnych nieprzyjemności, o tyle dość się naoglądałem biurowego prania brudów przez wykorzystane sekretarki, cynicznych kierowników, zdradzonych kochanków i sam nie wiedziałem, kogo jeszcze. Dlatego wolałem trzymać się z dala od pewnych rzeczy. I osób.
Tyle że byłem – cóż za odkrywczy wniosek – młodym, nie wyglądającym wcale tak źle i jak najbardziej sprawnym seksualnie mężczyzną. Na dodatek po rozstaniu z Ellą i zakończeniu kontraktu, dysponującym sporo większą ilością wolnego czasu niż tylko kawałek weekendu. A skoro tak…
…tak, miałem z tym problem. Najprostszego rozwiązania w postaci – mówiąc wprost – spuszczenia z kija przed ekranem laptopa, unikałem, jak tylko mogłem, choć po prawdzie nie zawsze mi się udawało. Od drugiej natomiast opcji, czyli zamówienia sobie do pokoju dowolnie wybranej panienki i zapłacenia jej za równie dowolnie wybraną fantazję, trzymałem się z daleka już w stu procentach konsekwentnie. Niby wiedziałem, że to przecież tylko praca i że taki układ jest w zasadzie uczciwy dla obu zainteresowanych stron, ale mimo wszystko nie potrafiłem się przemóc. Albo najzwyczajniej w świecie nie chciałem? I to nie tylko na regularny seks, ale także zwyczajny wydawałoby się „masaż z happy endem”. No nie. Po prostu nie.




***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!