
Rozdział 12/15
*
Z tym, że niekoniecznie.
Co gorsza, im szybciej pornograficzno-alkoholowe emocje ustępowały zdrowemu rozsądkowi, tym wyraźniej docierało do mnie, co właściwie narobiłam. I nie były to zbyt przyjemne przemyślenia. Jakby nie patrzeć, byłam bardziej szczęśliwą żoną, spełnioną matką oraz opłacaną znacznie powyżej średniej krajowej pracownicą renomowanej korporacji niż koronowaną w katedrze pod wezwaniem Analii Nierządnicy przez samego bisdupa Perwecjusza LXIX Twardego królową seksu i biznesu. Okej, od czasu do czasu miewałam nieuczesane myśli, pisywałam też równie rozczochrane opowiadania, tylko co z tego? Czy mi się to podobało, czy nie, moja „kariera” pozostała na zawsze w sferze owych marzeń – a mówiąc bardziej wprost, zanim w ogóle zdążyła się rozpędzić, to się wzięła, wypierdoliła i sobie ten głupi ryj rozwaliła.
Pozostawało pytanie: czy tak naprawdę kiedykolwiek wiązałam z nią wielkie nadzieje? Nieco mniejsze nadzieje? Jakiekolwiek nadzieje? Cóż, niespecjalnie. Owszem, docenienie w szerszym gronie, zwłaszcza dające się przeliczyć nie tylko na lajki, ale przede wszystkim zera i jedynki na koncie, byłoby mile widziane, niemniej od początku wydawało się jakieś takie mało realne. Ze względu na poruszaną, dość niszową tematykę, stroniącą od przeruchanych po tysiąckroć romansów mafijnych, biurowego uwodzenia, nastoletniego love-hate i innych podobnych klisz. Przez formę jej przedstawiania, daleką od skrojonych pod najmniej wymagającego czytelnika – czy raczej czytelniczki, bo to one stanowiły lwią część grupy docelowej – co najwyżej trzysylabowych wyrazów, składających się na możliwie proste do przyswojenia zdania pojedynczo złożone, jak również niechęć do ujawniania jakichkolwiek szczegółów i oddzielanie grubą kreską wyimaginowanej Yvaine od realnej Iwony, niemającej najmniejszego zamiaru umizgiwać się do kogokolwiek ani w social mediach, ani prawdziwym życiu. Aż wreszcie po niemożność dogadania się w tych oraz 2137 innych różnic zdań pomiędzy mną z wydawcami.
I tak dalej, i tak dalej…
Wracając jednak do tematu, nie dało się ukryć, że w moje poukładane życie wjechała nie na białym koniu, a rozpędzonym buldożerem niedowidząca – czy raczej na wpół niewidoma, bo to było bardziej adekwatne określenie – dziewczyna, mająca nadto wyraźną ochotę na wprowadzenie w życie paru scenariuszy wprost z moich opowiadań. Ze mną w roli głównej na dodatek. I tego sobie już nie wymyśliłam. To naprawdę się działo. I jak ta ostatnia kretynka, zamiast w porę wyznaczyć granicę naszej relacji (i na wszelki wypadek rozciągnąć wzdłuż niej drut kolczasty pod napięciem), dałam się wciągnąć w jakiś jawnie dwuznaczny, homoseksualny flirt.
Tak, dałam, jasne! Może jeszcze Wika przystawiła mi panzerfausta do piczki i zmusiła do czegokolwiek wbrew mojej woli? Sratatata! Przecież to nie ona mnie, a ja ją mało co nie przelizałam na ławeczce w parku i nawet jeśli zostałam co nieco sprowokowana, powinnam czym prędzej zakończyć te końskie zaloty. Jako mądrzejsza, dojrzalsza, bardziej doświadczona oraz świadoma ewentualnych konsekwencji. Tymczasem bardziej niż prawdopodobne, że gdybym w porę się nie opamiętała, na obślinianiu by się nie skończyło. O tym, co zrobiłam po powrocie do domu, nie musiałam wspominać – wystarczyło, że mocniej pociągnęłam nosem.
Coś pominęłam? Chyba nie. Ewentualnie później sobie przypomnę i dopowiem.
Jakby nie dość było jeszcze wstydu, gdy wreszcie zwlekłam się z barłogu godnego taniej ladacznicy i ogarnęłam na tyle, by pokazać się cywilizowanym ludziom, z miejsca nakrzyczałam na córkę, zrugałam syna i jeszcze zaczęłam się dochodzić z mężem o jakieś pierdoły. Oczywiście bez absolutnie żadnego powodu i używając przy tym argumentów z dupy. Więcej niż raz. Szczęście w nieszczęściu, że odpowiednio szybko – w czym wydatnie pomógł mi solidny opierdziel od rzeczonego współmałżonka – się opamiętałam i czym prędzej postanowiłam zadośćuczynić winom. I nie, nie tym z etykietą „Château de Yaboll”.
Przeprosiłam więc wszystkich obecnych, zaprosiłam na wspólny spacer z goframi, lodami i posypkami we wszelkich kolorach LGBTQWERTY+ w zestawie, a gdy wróciliśmy, wygoniłam dzieciaki do pokojów i przysiadłam z mężem sam na sam. I powiedziałam, co się właściwie stało. Opowiedziałam ogólnie, jak się poznałyśmy, jaki miałam stosunek do Wiktorii na samym początku, jak się on zmieniał oraz jaki wpływ miał na mnie obecnie. No i jaki mógł mieć w przyszłości. Z wiadomych względów nie wchodziłam z zbyt szczegółowe szczegóły, niemniej w żadnym momencie nie naginałam faktów pod z góry ustaloną tezę.
Iwo siedział i słuchał, z rzadka tylko dopytując o to oraz owo. W końcu jednak przerwał i zapytał wprost:
– I co ja mam ci powiedzieć?
– Najlepiej prawdę – zażądałam.
– A jeśli ci się nie spodoba?
– Trudno – szłam w zaparte.
– Ech… – westchnął ciężko. – Mam ochotę powtórzyć, że podejrzewałem od początku, że coś się święci, ale wolałem nie drążyć. A chyba trzeba było.
– No trzeba, trzeba! – rzuciłam z przekąsem.
– Tylko co by to dało? I tak miałabyś do mnie pretensje, tylko o co innego. Wypominałabyś, że cię nie rozumiem, że potrzebujesz się realizować, że to tylko jakieś niewinny flircik i tak dalej. A przecież poprzednim razem było to samo, pamiętasz? Bo ja tak. Aż za dobrze – westchnął. – Pamiętam, jak nie mogłaś się na niczym skupić, bo ciągle myślałaś o pisaniu i jak się wkur… denerwowałaś, bo komuś się nie spodobały te twoje wiekopomne dzieła – dodał nieco złośliwie, ale wybaczyłam mu to z oczywistych względów. – I jak miałaś do mnie pretensje w łóżku, bo naczytałaś się jakichś opowieści z mchu i paproci i pomyliłaś życie z pornosem.
– Jesteś niesprawiedliwy! – fuknęłam.
– Ja? Chciałaś szczerość, to ją masz – odpowiedział, lecz tym razem raczej z troską niż satysfakcją w głosie. – Czy ty myślisz, że ja się tym nie martwię? Że nie przeżywałem tego razem z tobą? Oczywiście wspierałem cię, jak tylko umiałem, ale tak po prawdzie, to nawet mnie ucieszyło, jak wreszcie z tym skończyłaś. Przestałaś się irytować na wszystko i chodzić po domu jak jakieś zombie.
– To naprawdę aż tak było widać? – dopytałam zawstydzona.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo... no chodź, gdzie uciekasz!
Przytulił mnie mocno i pocałował w policzek. Próbowałam się wyrywać, ale wtedy przyssał się do dekoltu i nie puszczał, póki nie zostawił na nim malinki.
– Puszczaj, mówię! Głupi, dzieci zobaczą!
– Jakby wcześniej nie widziały – prychnął. – A właśnie, skoro już o tym mówimy… nie będę cię oszukiwał, jest mi z tobą cudownie i przyznam, że dawno nie miałem takiego cimcirimci – uśmiechnął się zgodnie z poziomem żarciku – ale naprawdę nie wiem, czy mam się cieszyć, czy raczej martwić.
– Nie ufasz mi? Myślisz, że ja bym mogła z Wiktorią… no wiesz…
– Nie, nie wiem – Iwo spoważniał. – Znaczy wiem, ale nic takiego nie myślę i twierdzę. Ty za to wiesz, że przecież nie mam problemu z tym, żebyś spotkała się z jedną czy drugą znajomą i pogadała o babskich sprawach. Jak chcecie, to nawet i o męskich możecie, co mi do tego? Chciałbym tylko, żebyś była wobec mnie uczciwa. Nawet wtedy… – zawahał się, lecz po chwili namysłu kontynuował już pewniej – nawet jak będzie z tej przyjaźni coś więcej. Po prostu bądź uczciwa – powtórzył. – Nie ukrywaj się, nie udawaj, że tego nie ma, nie kłam. Tylko o to cię proszę.
Zatkało mnie. Czyżbym dobrze rozumiała, że w razie czego mogłabym…
– Czyżbym dobrze rozumiała, że w razie czego mogłabym… – zapytałam najbardziej wprost, jak tylko potrafiłam.
– A znowu mam być szczery?
– Tylko i wyłącznie!
Próbowałam zachować spokój, ale serce waliło mi jak młotem. Nie tylko ono zresztą.
– No to znowu powiem to samo, co wcześniej. Ufam ci, kochanie. Ufam, że nie zrobisz niczego, czego potem będziesz żałowała. I tylko tyle. Przecież wiem, że masz czasami ochotę na rzeczy, których ja ci nie mogę dać. Zwłaszcza w łóżku. Prawda?
Miałam ochotę znów odpyskować, ale tak, taka była prawda. To, że nigdy nie przeszłam od słów do czynów, nie oznaczało wypowiadania tychże słów na głos. Zwłaszcza w chwilach uniesień. Nie raz i nie dziesięć zdarzało mi się wyjęczeć, wysapać czy nawet wykrzyczeć rzeczy wyjęte wprost z wiadomych dzieł literackich. Nie tylko moich, bo czasami znajdywałam inspiracje także w cudzej twórczości, od której przecież nie stroniłam. Ba, żeby tylko inspiracje! Niejednokrotnie całe sceny, które najchętniej odtworzyłabym jeden do jednego we własnej alkowie.
Choćby taką, w której kochamy się oboje na jeźdźca, a druga kobieta przytula się do mnie od tyłu, kołysząc dwoma ciałami we wspólnym rytmie. Jedną dłonią miętosi falujące swobodnie piersi, drugą zaś wędruje ku udom. Wnika pomiędzy nie i zaczyna mnie pieścić. Całuje w szyję. Uszy. Szepcze, jaka jestem namiętna, jakie mam seksowne kształty, jak bardzo jej się podobam i jak mi zazdrości. Jak bardzo zazdrości nabrzmiałego rozklapiszcza, galopującego ku przekuciapionej degrengoladzie na żylastym bydlaku…
Ledwie udaje mi się powstrzymać parsknięcie.
– Prawda, prawda – potwierdziłam.
– Dlatego oczywiście mogę powiedzieć, że jako twój mąż się z tym absolutnie nie zgadzam, że to byłaby zdrada i tak dalej. Mogę, ale nie chcę. I jeśli postawisz sprawę uczciwie, powiesz mi o tym i wytłumaczysz, czemu chcesz tak zrobić, to nie będę ci ani niczego zabraniał, ani ci rozkazywał, ani w żaden sposób oceniał. Rozumiesz?
Zrozumiałam. I zamiast wdawać się w dalsze dyskusje rodem ze wspomnianych romansideł, tym razem to ja rzuciłam mu się na szyję. Nie dlatego, że przed oczami stanęła mi coraz bliższa perspektywa pozamałżeńskiego seksu, a właśnie przez takie postawienie sprawy. Najprostsze i najlepsze z możliwych. Bez wspomnianego oceniania, zakazów, nakazów, używania niepotrzebnie wielkich słów i udowadniania prawd oczywistych. Bo tego, co mogę stracić przez własną głupotę, byłam świadoma aż nadto.
*
Podobnie jak tego, że muszę wypić piwo, które samo nawarzyłam. Im szybciej, tym lepiej. Już od samego rana spróbowałam dodzwonić się do Wiktorii. Bez rezultatu. Raz mnie nie odebrała, drugi też, od bodajże czwartej próby zaczęła odrzucać. Na wiadomość także nie odpowiedziała. Ani pierwszą, ani żadną inną, chociaż widziałam ikonę odczytania. Nie odniosła się także do żadnego nagrania głosowego, jakie jej zostawiłam. Parokrotnie miałam zamiar dobijać się do niej do skutku, jednak to byłoby zbyt chamskie nawet jak na mnie. Najwidoczniej Wiktoria nie chciała nie tylko ze mną rozmawiać, ale w ogóle mieć cokolwiek wspólnego. A skoro tak, nie pozostało mi nic innego, tylko się z tym pogodzić.
Albo i niekoniecznie. Jeszcze tego samego popołudnia dostałam wiadomość:
„Przepraszam nie moglam rozmawiac mam problemy w domu jutro się odezwe”
Przez moment miałam ochotę, by zignorować owo „jutro” i wydzwaniać do skutku, jednak dałam sobie spokój. I bardzo dobrze. Ostatecznie sama nie znosiłam poganiania, zwłaszcza w sprawach ważnych. A jeszcze bardziej w tych ważniejszych. Postanowiłam więc zając się tymi drugimi w postaci… a tak, rodziny! Tym razem jednak nie ograniczyłam się jedynie do zaklejenia wyrzutów sumienia słodkościami, choć i to miałam w planach, lecz postawiłam na wspólne spędzanie czasu.
Pod groźbą kar cielesnych, ekskomuniki oraz użycia broni masowego rażenia w postaci przymusowego seansu powtórek kabaretonów nakazałam odłożenie wszystkiego, co chociaż trochę przypominało telefony, zagoniłam towarzystwo do kuchni i porozdzielałam role. Co prawda z początku nie wszyscy byli zachwyceni, lecz gdy pierwsze racuszki wreszcie zaskwierczały na patelni, wypełniając kuchnię aromatem jabłek, cynamonu oraz masła, wszelkie obiekcje ustały, jak ręką odjął. Czy raczej żołądkiem. A że jakiś kawałek owocu był za duży i nie zdążył się odpowiednio dosmażyć, podczas gdy druga strona tego samego placuszka wykazywała niedające się dłużej lekceważyć objawy zwęglenia trzeciego stopnia? Przecież w tym był cały ich urok! Podobnie jak w zapaćkanym jajkami, mąką i mlekiem stole, rosnącym wykładniczo stosie brudnych naczyń, wyżeranej łyżkami wprost z kubeczka śmietanie oraz pitym wprost butelki syropie klonowym. A gdy wszystkim poziom cukru podskoczył do poziomu statystycznego Amerykanina, zaprosiłam towarzystwo do pokoju, który zawczasu zdążyłam przygotować na dalszą część dnia. A właściwie wieczoru.
Rokowania pokojowe nad repertuarem przebiegły wyjątkowo zgodnie i nie minęło pięć minut, a zaczęliśmy rozkładać na planszy kostki z literkami. Jak miało się prędko okazać, nie zawsze zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami, ale kto by się tam przejmował, że „ropócha” powinno pisać się przez „rz”, skoro pasowało? Punkty też policzyliśmy tak, aby rezultat pokrywał z oczekiwaniami, a jeśli rzeczywistość niekoniecznie się z nimi zgadzała, to tym gorzej dla niej. Ostatecznie nie po to się starałam, by na końcu musieć jeszcze walczyć z „ja pierdolę, powinno wyjść inaczej”, prawda? Tym sposobem każde z nas wygrało po partii, zapewniając sobie gwarantowaną nagrodę w postaci przywileju późniejszego posprzątania. Zarówno stołu, jak i przede wszystkim kuchni, która w międzyczasie zdążyła zmienić ustrój na regularną anarchię i już szykowała się do rozprzestrzenienia idei wywrotowych na korytarz.
Na koniec zaś, gdy już dzieciaki zakopały się pod kołdrą, położyliśmy się z Iwem na kanapie i… nic. A przynajmniej nie to, czego można by się spodziewać. Po prostu leżeliśmy przytuleni, słuchając jakże trafnie ilustrującej mój obecny nastrój „Ciemnej strony księżyca”. Otulona ramieniem ukochanego oraz klawiszowymi plamami, rozmyślałam w milczeniu nad tym wszystkim, co mnie ostatnio spotkało. Co miałam zamiar – lub nie – z tym zrobić. Co się ze mną działo i co dziać mogło, jeśli w porę się nie ogarnę.
Najważniejszym pytaniem było jednak: czy naprawdę chciałam uczynić to w taki sposób, by wrócić do poprzedniego życia? Oczywiście bałam się konsekwencji związanych z wpuszczeniem Wiktorii do własnej strefy komfortu – ze szczególnym uwzględnieniem sypialni – jednak czemu od razu musiałam zakładać najgorsze? Przecież to ode mnie zależało, w jaki sposób ją potraktuję i czy w efekcie stanie się ona jedynie na wpół wirtualną (bo przecież mogłam powrócić jedynie do spotkań online) znajomą, jak najbardziej realną kochanką, która nie ukryje przede mną nawet producenta majtek (własnych, nie moich), czy kimkolwiek pomiędzy. Wystarczyłoby jedynie jasno wytyczyć granice, przestrzegać paru zasad i…
Dobre sobie! Skoro Iwo, przy całej swej wrodzonej nieśmiałości i niechęci do zastanawiania się głośno nad sprawami intymnymi, docenił moje ostatnie łóżkowe zaangażowanie, to co będzie dalej? Bo to, że przyznałam mu rację, to jedno, ale że tak naprawdę jeszcze porządnie się nie rozkręciłam, to co innego. I to była równie prawdziwa prawda, co męska dłoń, gładząca mnie po włosach.
Jakkolwiek nie próbowałabym temu zaprzeczać, albo chociaż udawać, że „to wcale nie tak, jak mi się wydaje”, przeżywałam właśnie jeden z najwspanialszych okresów całego życia. Najwspanialszych erotycznie. Będąc z jednej strony dojrzałą, wytrawną kochanicą, która zdążyła poznać oczekiwania oraz możliwości tak własne, jak i partnera, a z drugiej wciąż mająca siły oraz chęci na dalsze eksperymenty. Ba, nawet teraz mogłabym się obrócić, ściągnąć mężowi spodnie i bez dalszych wstępów zrobić mu dobrze ustami. A później zażądać odwdzięczenia się tym samym. Tak po prostu. Bez zbędnej pruderii, podchodów i całego tego udawania, że „może bym i chciała, ale się wstydzę, ale po co, ale jak to tak można, ale dzieci, ale kot patrzy, ale cokolwiek”. Panie, idź pan w – dosłownie – chuj!
Wybrałam jednak ciszę, spokój i relaks. Zbyt wiele spraw miałam teraz na głowie. W majtkach zresztą też.
***
Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels
Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!
Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!
Wersja robocza materiału.