Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 14)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 14)***

Rozdział 14/15

*

   Najpierw miałam zamiar załatwić to jeszcze tego samego dnia, lecz nie byłam w stanie. A przynajmniej nie od razu. Ogarnęłam się więc, przysiadłam do wspólnej kolacji, pogadałam, pośmiałam się, poszłam pod prysznic i na koniec wskoczyłam do łóżka. Próbowałam jeszcze jakiś czas udawać, że mam ochotę na czytanie, później przeglądanie telefonu, aż wreszcie na spanie, tyle że to z założenia nie miało sensu. I oboje o tym wiedzieliśmy.
   – Nie pytam, czy wszystko dobrze, bo widzę. Za to przypominam, że jestem przy tobie – powiedział miękko Iwo, przytulając twarz do odsłoniętego ramienia.
   – Nie, nie pytaj. Bo nie jest. Chyba. Nie wiem – odpowiedziałam bez specjalnego przekonania. – Chociaż w sumie może być, jak się nad tym zastanowię. Albo lepiej jak się razem zastanowimy.
   – Ja mam czas. Jak będzie trzeba, to i całą noc.
   Nie musiał dwa razy powtarzać. Poprosiłam jeszcze tylko, by nalał mi czegoś zimnego z procentami, poprawiłam poduszkę i zaczęłam. Od początku. Nie pomijając niczego, co miałoby jakiekolwiek znaczenie i nie ukrywając nawet najbardziej wstydliwych uczuć, które mną targały. A Iwo słuchał, pytał, znowu pytał, znowu słuchał. I odpowiadał na każdą moją wątpliwość tak, jak czuł. Bez politycznej poprawności, owijania w bawełnę, słodkiego pierdzenia. Nawet jeśli nie był zachwycony niedającą się ukryć korelacją skutkowo-przyczynową, iż problemy mojej dupy sprowadziły zmartwienia na jego głowę. I to nie takie, z których by się ucieszył, wycałował je, wymiętosił i jeszcze poklepał na dobranoc.
   – No dobrze… – zaczął – a kim ja mam być w tej waszej układance? Może tak na początek zacząłbym od poznania tej laskę, która pcha ci się do łóżka? Przypominam, że nie tylko ty w nim leżysz.
   – To nie jest żadna „laska” – fuknęłam – tylko dziewczyna, która została wbrew swojej woli postawiona w sytuacji, z której nie ma dobrego wyjścia.  
   – Na pewno? Czyli to nie ona do ciebie napisała, nie ona umawiała się z tobą na pogadanki i nie na cię podrywa, tak? Coś przegapiłem? – odpłacił pięknym za nadobne. – Naprawdę nie widzisz, jak to wygląda? Mówisz mi, że masz zamiar się przespać z dziewczyną, która w czasie, w jakim zaczęliśmy być ze sobą, przechodziła na stojąco pod dywanem, po czym twierdzisz, że to w porządku?  
   – Nie mam zamiaru się z nią przespać!
   – To co, w państwa-miasta sobie zagracie?  
   – No dobra, dobra, może i mam zamiar! – odpuściłam, nie chcąc dalej przerzucać się gorącym wibratorem. – I dlatego właśnie bardzo by mi zależało, żebyś mi wreszcie pomógł podjąć jakąś decyzję!
   – No przecież cały czas o tym mówię, tylko nie słuchasz!  
   – Od teraz zacznę!  
   Iwo podniósł się, pocałował w policzek i obrócił tak, by leżeć naprzeciwko mnie. Spojrzał mi w oczy i powiedział spokojnie:
   – W takim razie ponawiam propozycję: chciałbym wziąć w tym udział.
   – W jakim sensie? – Aż mną wstrząsło.
   – W jedynym słusznym. Spotkajmy się we troje. Może gdzieś na neutralnym gruncie, na przykład w tym hotelu z restauracją, co się w nim zatrzymaliśmy w poprzednie wakacje. Posiedzimy sobie, porozmawiamy, poznamy się trochę. A jeżeli będziecie chciały, to w dowolnym momencie zostawiłbym was same.  
   – Zrobiłbyś to? Przecież wiesz, co może być dalej!
   – Tak, wiem. I zrobiłbym – potwierdził. – Wolałbym być niedaleko w razie potrzeby, niż udawać, że nie mam z tym nic wspólnego.  
   – A co, jeśli… – zawahałam się, wiedząc doskonale, co właściwie proponuję. – Jakbym chciała, żebyś został? Jak obie będziemy tego chciały?
   – To wtedy się będę martwił, co dalej – odpowiedział Iwo, choć już nie tak pewnie, jak jeszcze kilka chwil wcześniej. – Nie znam Wiktorii, nie widziałem jej, nie rozmawiałem z nią i nie wiem, kim jest. I nie chce ci niczego obiecywać ani się deklarować w którąkolwiek ze stron. Zrobię to, co będę uważał za słuszne i dla twojego dobra, i mojego. I Wiktorii też. Może tak być?
   Spojrzałam w bliżej nieokreślony punkt na ścianie. I po to były te wszystkie nerwy, stresy, czarnowidztwo i rwanie włosów z piczy, żeby na koniec Iwo zgodził się na wszystko, co zrobię? Albo i czego nie zrobię? Ot tak? A co, jeśli naprawdę po kolacji, paru drinkach i spacerku w świetle księżyca będę chciała wciągnąć pod kołdrę nie tylko kochaneczkę, ale i męża? Czego jak czego, ale tego jeszcze między nami nie było…  
   – Chociaż miałbym jedną prośbę – zaczął niespodziewanie Iwo. – O ile można to prośbą nazwać…
   – Skoro ja powiedziałam, to ty też powiedz.
   – Pamiętaj proszę, że jesteś jedyną kobietą, z jaką kiedykolwiek byłem i że to dla mnie bardzo ważne.
   – Przecież wiem! – Obruszyłam się.
   – Wiem, że wiesz – westchnął. – Ale nawet jeśli będzie mi się dobrze rozmawiało z Wiktorią, jak okaże się super dziewczyną i obie będziecie tego chciały, to… – zawahał się chwilę – to chyba mimo wszystko wolałbym, żeby tak pozostało. Nie jestem teraz gotowy na aż takie zmiany i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Nawet jak spotkacie się tylko raz i nigdy później już nie będę miał takiej szansy. Mam nadzieję, że to zrozumiesz.
   Spojrzałam mu w oczy. Uśmiechnęłam się. Przysunęłam i pocałowałam. W usta. Długo. Namiętnie.
   – Rozumiem. I dziękuję. Za to, że jesteś. Właśnie taki – wyszeptałam miękko, choć serce waliło mi jak oszalałe. – I nie zmieniaj się, kochanie, a już na pewno nie wbrew temu, co czujesz. A o żadne namawianie i podobne naciski nie musisz się martwić. Wcześniej powiem tylko Wiktorii, że z tobą rozmawiałam i przedstawię jej twoje zdanie. Może tak być?
   – Może.
   – To dla odmiany ja mam prośbę. A w sumie dwie. Pierwsza to taka, że chciałabym się spotkać u nas. Jasne: hotel ma swój klimat, jest się anonimowym, można sobie poszaleć bez późniejszego sprzątania i tak dalej, ale dla mnie to też będzie coś wyjątkowego. I to nawet wtedy, jak skończy się tylko na kolacji. A jakbyśmy chciały coś więcej, to najlepiej będę się czuła u siebie. We własnym domu. Mamy kuchnię, łazienkę, jest przecież garderoba z dużym łóżkiem, czego jeszcze potrzeba?
   – A to nie chcesz w sypialni?
   – Nie! – odparłam śmiertelnie poważnie. – Sypialnia jest tylko dla nas dwojga i zawsze tak pozostanie!
   – Wiesz co… Ja cię chyba kocham!
   Odwdzięczyłam się kolejnym pocałunkiem. Naprawdę nie musiałam już nic dodawać. Ani tym bardziej nie chciałam.

*

   Powiedzieć było łatwo, zrobić już co nieco trudniej. Zgrać obowiązki zawodowo-domowo-rodzinno-jakiekolwiek całej trójki, uzgodnić przechowanie dzieci nie tylko na dzień, ale i noc, a najlepiej co najmniej połowę następnego dnia. Ba, nawet termin okresu musiałam wziąć pod uwagę. Ostatecznie jednak w końcu się udało i w pewne sobotnie południe wsiadłam do auta. Sama. Tak, byśmy spędziły ze sobą choć trochę czasu jedynie we dwie. Usiadły, pomyślały, pogadały. A może nie tylko.
   Zgarnęłam Wiktorię z zatoczki autobusowej, a nie bezpośrednio spod bloku, bo tak chciała. Szybko wyskoczyłam na niedaleką obwodnicę i korzystając z wciąż niedużego ruchu, zaczęłam rozmowę. Zwyczajnie, bo jak inaczej?
   – Jak tam, wszystko dobrze? Lepiej się już czujesz?
   – Tak. Chyba… chyba tak.  
   – Pamiętaj, że gdyby cokolwiek ci nie opowiadało, miałabyś zrobić cokolwiek wbrew swojej woli albo cokolwiek, to zaraz powiedz, dobrze? A jak uznasz, że chcesz wrócić do siebie, to też mów. Od razu cię odwiozę i nie będę miała o to żadnych pretensji, rozumiesz?
   – Tak. I dziękuję. Nie wiem, co powiedzieć – wymamrotała. – Ja naprawdę nie myślałam, że to tak się wszystko uda i…
   – Dobra, dobra, cwaniaro! Jakbym nie wiedziała, co… JAK JEŹDZISZ, BARANIE… co się czai za tą niewinną miną, to bym może uwierzyła! – zażartowałam, próbując nie rzucić lewarkiem w kierunku kandydata na bohatera tygodnia w „Stop cham”.
   O dziwo, skutecznie. Aż Wika się uśmiechnęła. Nieśmiało, by nie rzec: wstydliwie, ale zawsze. A skoro tak, należało gryźć cyce, póki gorące. Oczywiście na miejscu, bo zerkanie na niedopiętą bluzeczkę i odsłonięte łydki w czasie jazdy groziło zbytnim rozproszeniem uwagi. Gdy już jednak dotarłam do celu, zaparkowałam na podjeździe i oczywiście zgasiłam silnik, nie byłam w stanie dłużej się powstrzymywać. No dobrze, nie chciałam…
   Nachyliłam się ku Wiktorii.  
   – Bardzo seksownie dzisiaj pachniesz – szepnęłam.
   Czego jak czego, ale próby wyrwania pasów bezpieczeństwa to się nie spodziewałam. Położyłam więc dłoń na dłoni, próbując choć trochę ją uspokoić. Siebie zresztą też, bo ledwie powstrzymałam się przed sięgnięciem pod podwiniętą spódniczkę. Że o pocałunku nie…
   Tym razem to jednak nie była moja wina. Inwencja. Chęć. Jak zwał, tak zwał. To Wika obróciła ku mnie głowę, przymknęła oczy i rozchyliła usta. Skutecznie.

   Tym razem to mną aż rzuciło o fotel. Niezależnie od tego, jak bardzo kochałam Iwa, jak go pragnęłam, jak chciałam spędzić z nim resztę życia i jak wiele bym nie dała, by był szczęśliwy – nawet jeśli zazwyczaj to on był tym dającym, a ja tą biorącą i to pełnymi garściami – w tym momencie byłam o krok od porzucenia wszelkich zasad. Przyzwoitości, odpowiedzialności, zdrowego rozsądku, do wyboru. Odpięcia pasów, rzucenia Wiktorii na tylne siedzenie, ściągnięcia jej majtek przez głowę i wymacania wszystkiego, do czego tylko byłabym w stanie sięgnąć. Wymiętoszenia, wypalcowania, wylizania. Aż by zawieszenie skrzypiało, sąsiadki odwracały głowę, a sąsiedzi sięgali po telefony.
   Ostatecznie jednak udało mi się opanować. Z płonącymi policzkami i słodkim smakiem zakazanego owocu na języku wysiadłam i poprosiłam Wiktorię o to samo. Powoli, pilnując się, by z wrażenia nie zaliczyć potrójnego salto mortale, otworzyłam drzwi i zaprosiłam ją do środka.
   Iwo już nas oczekiwał. Z raczej średnio ukrywanym zaciekawieniem przywitał się Wiktorią, rozsadził nas przy zastawionym już stole i zapytał:
   – Co sobie panie dziś życzą? Ze swojej strony proponuję pasztecik ze szpinakiem jako amouse bouche, na danie główne spaghetti alla puttanesca, do tego Chianti, natomiast na deser tarteletki z mascarpone i owocami. Co prawda wątróbki natrętnego rachmistrza z fasolką nie oferujemy, za to możemy przygotować na przykład ekskluzywną pitce z Biedry z coca-colą, względnie zamówić Maka.  
   Podejrzewałam, że Wika zaśmiała się raczej z drugiej części prezentacji, mnie natomiast ubawił zwłaszcza dobór makaronu. No dobrze, fasolka też. Niemniej obie zgodziłyśmy się na jedynie słuszne menu, już po kilku chwilach racząc się pierwszą pozycją, popijaną przyjemnie odświeżającym winem. Nalewanym z przesadnym wręcz umiarem, ma się rozumieć, bo o ile swoje możliwości znałam i wiedziałam, kiedy przestać, w przypadku mej gości… gościny… gościa honorowego wolałam być ostrożna.
Mimo początkowej nieśmiałości nie tylko Iwo, ale i Wika całkiem szybko się rozkręciła. Nie z powodu wspomnianego trunku, a raczej swobodnej, pełnej domowej przytulności atmosfery, jaką staraliśmy się stworzyć. Ja nie wypytywałam o nic, o czym i tak wcześniej bym nie wiedziała, mój mąż też zachowywał daleko posuniętą dyplomację w wyborze tematów. Nie namawialiśmy do niczego, w żadnym wypadku nie sugerowaliśmy jakiejś kolacji ze śniadaniem, nic z tych rzeczy. Nawet gdyby Wiktoria po ostatnim okruszku deseru oświadczyła, że się zasiedziała, spełniłabym jej życzenie bez mrugnięcia okiem. Zgrzytania piczą zresztą też.
   Stało się jednak inaczej. To ona sama podjęła temat – typowo dla siebie dość niezgrabnie, lecz i tym razem doceniłam szczerość.
   – Dziękuję wam za wspaniałe przyjęcie – zaczęła, popijając zaparzoną w międzyczasie (Włochom na złość oczywiście) kapuczinę – i nie wiem, co mam powiedzieć, bo jesteście dla mnie tacy mili i w ogóle… I nie chcę, żebyście pomyśleli, że zgodziłam się na to… zgodziłam się, bo…
   – …zgodziłaś się, bo chciałaś – dokończyłam. Powiedziałam ci, że decyzja należy tylko do ciebie i swoje zdanie podtrzymuję. Jak uznasz, że wolisz wrócić, odwiozę cię. Będziesz chciała obejrzeć jakiś dobry film, pójść na spacer czy cokolwiek, nie ma sprawy, zaraz się ogarnie. A jeżeli… – tu sama musiałam chwilę odetchnąć – wciąż chciałabyś zostać dłużej, będzie mi bardzo miło. Pokażę ci pokój, łazienkę, dam tyle czasu, ile będziesz chciała.
   – Ale ja chcę! Bardzo! – odpowiedziała błyskawicznie. – Tylko… tylko nie wiem, jak to powiedzieć, bo jest pan dla mnie też bardzo miły i świetnie gotuje…
   – Dziękuję – tym razem Iwo przerwał krępującą ciszę – i rozumiem twoje obawy. Dlatego tym razem to ja mam propozycję, a raczej dwie. Pierwsza: mów mi po imieniu. I druga: wiem dobrze, że moja obecność jest dla ciebie krępująca. Uwierz, że dla mnie też. A może być jeszcze bardziej, jeżeli w porę nie zostawię was samych tylko we dwie. I obiecuję nie przeszkadzać!
   Iwo uśmiechnął się nieco zmieszany – choć nie wstrząśnięty na szczęście – Wiktoria odpowiedziała tym samym, a ja… dopiero wtedy zauważyłam coś, co przecież było jakże oczywiste od samego początku. Mianowicie to, jak oboje byli do siebie podobni. Zwłaszcza gdy porównałam Wikę do Iwa w jej wieku. Oboje do bólu nieśmiali, niepewni siebie, własnych emocji, wstydzący się przyznać do tego, co czują, czego pragną i czego tak naprawdę chcą.  
   Ja za to wiedziałam. Byłam pewna jak bodaj nigdy wcześniej. Nie czekając na dalszy rozwój sytuacji wstałam, mimo protestów pozbierałam resztki uczty, zostawiając na stole jedynie przegryzki, niedopitą butelkę wina oraz kieliszki. A gdy wróciłam z kuchni, wiedziałam już, że teraz to ode mnie zależy, co się stanie. Lub nie.  
   Poprosiłam męża, by wstał, objęłam teatralnie i pocałowałam. Długo i namiętnie, niespecjalnie zważając na odwracającą wzrok Wikę.
   – To ja dziękuję tobie. Za to, że jesteś właśnie taki. I nigdy się nie zmieniaj, kochanie!
Może i takie wyznanie zalatywało tanimi romansidłami, ale mało mnie to obchodziło. Mogłam się co najwyżej domyślać, jak cała ta sytuacja była trudna dla kogoś, kto przez tyle lat miał mnie na wyłączność. A teraz musiał… nie, niczego nie „musiał”! Zaakceptował mój świadomy, niewymuszony przez nikogo wybór, bym poszła do łóżka z kimś innym. Z inną. Z Wiktorią, do której podeszłam i podałam dłoń w wiadomym geście.
   – Chodź ze mną, proszę.
   Zgodziła się, choć nie bez pewnego zawahania. Weszłyśmy do pokoju, który początkowo miał być zapasową sypialnią, później nieco z konieczności stał się garderobą (czy raczej składowiskiem wszelkiej maści bałaganu, używanego raz na ruski rok, od ozdób świątecznych po kostiumy kąpielowe), a teraz wreszcie powrócił do pierwotnej funkcji. Z przytupem.  
   – Mam nadzieję, że ci się podoba? – zapytałam, zapalając świeczkę zapachową.
   – Jest… nawet nie marzyłam, że będzie tak pięknie. Ja… nie wiem, co powiedzieć na to, co dla mnie robisz…
   – Już to mówiłaś, moja droga – przerwałam delikatnie, lecz i zdecydowanie, nie chcąc, by Wika znów się rozkleiła. – I to mnie jest miło, że trafiłam w twój gust.
Uśmiechnęłam się do siebie nie tylko w duchu. Wystarczyła tak naprawdę świeżo wyprana pościel i taka sama narzuta w kwiecisty wzór, wydobyta z czeluści szafy, jakaś lampka, parę dawno nieużywanych durnostojek, mały bukiecik z wyprzedaży. Ale to wciąż nie było wszystko.
   – Jeśli pozwolisz, zostawię cię na kilka chwil samą. Tutaj – wskazałam na stosik położony na jednej z poduszek, którego Wika wcześniej nie zauważyła – masz rzeczy, które możesz sobie przejrzeć i coś z nich wybrać. Jeżeli zechcesz oczywiście, bo do niczego nie namawiam na siłę. A teraz przepraszam, sama muszę się odpowiednio przygotować.
   Uśmiechnęłam się ponownie, tym razem do wyraźnie zmieszanej mą propozycją Wiktorii, i czym prędzej czmychnęłam do łazienki. Niby nie wróciłam z bicia rekordu w biegu przełajowym „Iron Women Oborniki 2025”, ale pewne przygotowania były wskazane, a wręcz konieczne. Zrobiłam więc czym prędzej, co miałam zrobić, wyszorowałam, co powinnam wyszorować, po czym przebrałam się w przygotowany zawczasu stylowy komplecik, psiknęłam perfumami, narzuciłam szlafroczek i wróciłam do sypialni.
   – Wika? Wszystko dobrze? – palnęłam bez zastanowienia na jej widok.
   – A jak ja naprawdę jestem brzydka i… i to dlatego nikt mnie nie chciał? – wyjęczała, ocierając nadgarstkiem zaczerwienione oczy.
   Bez pytania podeszłam do niej i przytuliłam.  
   – Chodź tu, moja pięknotko i przestań wreszcie gadać te głupoty! Jesteś śliczną, seksowną dziewczyną, a ja jestem bardzo szczęśliwa, że będę mogła być z tobą w takim dniu. Bardzo szczęśliwa i bardzo dumna! I obiecuję zrobić wszystko, żebyś ty też… a co to tam chowasz?
   – Bo wybrałam sobie takie, tylko to chyba nie dla mnie…
   – Na pewno będzie ci pasowało i będziesz w tym ślicznie wyglądała! A teraz wstawaj, pokażę ci, co i jak… no chodź! Tu jest łazienka, gąbka, płyn, ręczniki, szczoteczka. Wszystko, co tylko chcesz. Tam stoją balsamy do ciała, roletki, też możesz sobie ich użyć. I nie spiesz się. Zaczekam tyle, ile trzeba.
   To, że zostawiłam Wikę samą, nie oznaczało, że miałam zamiar siedzieć i gapić się w ścianę. Zeszłam na dół, gdzie zastałam Iwa, siedzącego w fotelu. Z książką w ręku i dużymi, zamkniętymi słuchawkami na uszach. Spojrzał na mnie doskonale mi znanym, tęsknym wzrokiem. Ja na niego jak chyba nigdy wcześniej.
   Nie czekając na reakcję, usiadłam mu na kolanach i znowu pocałowałam.  
   – Wiesz, że kocham tylko ciebie!  
   – Wiem – odpowiedział, gdy tylko znów złapał oddech. – Ale nie kuś mnie teraz, kusicielko ty moja kochana, bo próbuję się skupić na doznaniach kulturalnych, a nie podsłuchiwaniu odgłosów z pięterka.
   – Skoro tak bardzo chcesz – odparłam przekornie – dzisiaj kusić nie będę. Będę jutro!  
   Ostentacyjnie zadarłam nie tylko szlafroczek, ale i to, co kryło się pod nim. I nie czekając na reakcję, porwałam ze stołu i butelkę, i kieliszki, i nawet parę ciasteczek, po czym pomknęłam na górę. Niczym rusałka. Taka trochę utyta. Fruuu!

   Może i widziałam, co Wiktoria wzięła ze sobą do łazienki, w jakim celu to założy i że zapewne poza umyciem zębów przynajmniej się uczesze, lecz na taki efekt się nie przygotowałam.  
   I tak, satynowa koszulka – mimo że obecnie nie wcisnęłabym w nią niczego poza jednym cycem i co najwyżej połową dupska – była na nią tak ze dwa rozmiary za duża, cień na powiekach tworzył wzór typu „zastanówmy się wspólnie, co artysta miał na myśli”, szminka była nakładana chyba lewą ręką i po ciemku, a fryzura nie przypominała niczego, co widywałam u szanujących się stylistów. Tylko co z tego? Wiktoria była autentycznie seksowna. Pociągająca. Piękna?
   Tak, była. W swój oryginalny, niepowtarzalny i znajdujący uznanie raczej wśród wytrawnych koneserów sposób, ale była. Zdecydowanie! I ani ja, ani nikt inny nie mógł temu zaprzeczyć. Tym bardziej że, w przeciwieństwie do mnie, weszła do pokoju jedynie w rzeczonej koszulce i majtkach. Bez czegokolwiek na wierzchu oraz – co było widać nadto wyraźnie po odznaczających się na tkaninie dwóch spiczastych punktach – bez stanika.  
   Przesunęłam się i zachęciłam gestem, by przysiadła na brzegu łóżka. Skutecznie. Po chwili zawahania, co powinna robić dalej, po prostu spojrzała na mnie zza wciąż założonych okularów.
   – Mogę przygasić światło, jeśli ci to pomoże – zaproponowałam.
   – Nie, nie trzeba. A mogę…
   – Tak, możesz. Możesz prosić, o co chcesz i się tego nie wstydzić! – przerwałam kolejną zbyt długą ciszę.
   – A możesz dać mocniej? Bo chcę cię lepiej zobaczyć.
   Tym razem to ja zadośćuczyniłam prośbie, choć nie było to wcale takie łatwe. Żyrandola mimo wszystko nie chciałam włączać, by nie burzyć nastroju, a drugiej lampki nocnej nie miałam. Takiej stojącej zresztą też nie. Dlatego wyjęłam z pudełka wszystkie tealighty, jakie jeszcze w nim zostały, porozkładałam je na stoliku, krześle, nawet podłodze. I pozapalałam.  
   Tym razem jednak nie usiadłam i nie czekałam jak ten goły na rogu stodoły. Znaczy goła. Stanęłam naprzeciwko Wiktorii i obróciłam się to w jedną, to w drugą stronę. Na tyle szybko, by luźny dół koszulki lekko załopotał.  
   – Teraz lepiej? – zapytałam uwodzicielsko.
   Odpowiedziało milczenie. Znowu. Tym razem jednak towarzyszył mu dotyk, wędrujący po moim ciele. Od ud, przez biodra, brzuch, ku ramionom.  
   – Nie wstydź się, powiedziałam. Możesz mnie dotknąć tak, jak tylko chcesz.  
   Na szczęście nie musiałam powtarzać drugi raz. Tym razem dłonie były już odważniejsze, błądząc znacznie bliżej łona i biustu, lecz wciąż nie przekraczając granic intymności. Owszem, było mi z tym niezwykle przyjemnie, lecz wciąż nie ta to czekałam. Dlatego, by ponownie nieco popchnąć Wikę we właściwym kierunku, zrobiłam coś przeciwnego – przyciągnęłam ją do siebie tak, by wstała.  
   – Chciałabym cię pocałować – szepnęłam.
   Nasze usta się zetknęły. Pierwszy raz w taki sposób, w jaki zawsze powinny to robić. Delikatnie. Subtelnie. Bez cienia pośpiechu. Przynajmniej z początku, gdyż po ledwie kilku oddechach poczułam język, wdzierający się coraz odważniej pomiędzy wargi. Palce, wbijające się w pośladki. Ciało, napierające na mnie tak mocno, aż musiałam zrobić pół kroku w tył.
   – Przepraszam… – Wika najwyraźniej źle odczytała moje wycofanie.
   – Nie przepraszaj. I nie przerywaj! – przerwałam jej i chwilowo przejęłam inicjatywę, odwdzięczając się tym samym.
   Teraz to ja chwyciłam ją tu, tam, a nawet i ówdzie. Zwłaszcza ówdzie. I nie miałam zamiaru na tym poprzestać, co rusz próbując dostać się pod bieliznę. Raz, drugi… za trzecim pojęłam, że jeszcze za wcześnie. A skoro tak, postanowiłam po raz kolejny wykorzystać to, czym zdecydowanie górowałam nad Wiktorią. I nie, nie miałam na myśli jedynie rozmiaru. Chociaż…
   Nie taki był plan, nie taki! Wiedząc, co może się stać, gdy wykonam choć jeden fałszywy krok, postanowiłam powolutku i z największą ostrożnością podążać do celu. Dotknąć, pocałować, znowu dotknąć, tylko tym razem nieco dalej, później...
   – Usiądź i zamknij oczy.
   Mimo widocznego nadto wyraźnie zaskoczenia, Wiktoria postąpiła zgodnie z poleceniem. Ja natomiast dopiero wtedy zrozumiałam, że jeśli naprawdę zrobię to, co właśnie zrobić zamierzałam, już nie będzie odwrotu. Co najwyżej paniczna rejterada.
   Zdjęłam koszulkę przez głowę, przy okazji napuszając palcami fryzurę. Zsunęłam najpierw jedną, później drugą pończochę. Zawahałam się ostatni raz, po czym zrobiłam to samo z majtkami. Nim jednak zwróciłam się ponownie do Wiktorii, rozlałam resztkę wina do kieliszków.  
   – Wyciągnij rękę, ale jeszcze nie patrz. Tak, przytrzymaj. Uważaj. Weź, proszę… nie bój się, nie mam zamiaru cię upić! Zaczekaj chwilę… teraz wezmę od ciebie… Już możesz.

   Nie miałam najmniejszego zamiaru winić Wiktorii za kolejny niekontrolowany wybuch emocji. Wystarczyło sobie wyobrazić, co bym czuła, jakbym jakimś cudem stanęła tak sama przed sobą. Zupełnie naga. Z pełnymi piersiami kołyszącymi się swobodnie na wysokości twarzy. Z szerokimi biodrami i wcale nie mniej krągłym łonem na wyciągnięcie ręki. Z obietnicą, że jestem gotowa na wszystko, a nawet jeszcze więcej.
   – Mam nadzieję, że taka też ci cię chociaż trochę podobam... Jeżeli tylko zechcesz, będę cała twoja.  
   Zamilkłam, zaskoczona własną bezpośredniością. Niesłusznie. Zarówno reakcja Wiktorii, jak i moja reakcja na jej reakcję, były nadto jednoznaczne. Obie pragnęłyśmy więcej. Tutaj. Teraz. Ciekawskiego wzroku, odkrywającego nieznane wcześniej krainy intymności. Dotyku już nie nieśmiałych, a podążających odważnie za oczami dłoni. Wilgoci spragnionych jakże słodkiego pożądania ust, smakujących siebie nawzajem. I nie tylko siebie.  
   Wiktoria, mimo wciąż widocznej niepewności, nachyliła się ku mnie i zaczęła całować. W dłonie, nadgarstki, przedramiona. W brzuch, od fałdki pod pępkiem aż pod sam biust. W boczki. Wszędzie tam, gdzie tylko była w stanie sięgnąć bez zmiany pozycji. No, może prawie wszędzie, gdyż uparcie omijała piersi. Także wówczas, gdy celowo ścisnęłam je ramionami i zakołysałam o ledwie centymetry od jej twarzy. W końcu, nieco już zniecierpliwiona, pochyliłam się jeszcze niżej i zachęciłam tak wprost, jak tylko się dało:
   – Pocałuj mnie, proszę. Wiem, że chcesz.  

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!