Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 15 i ostatnia)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 15 i ostatnia)Zapraszam na finał opowieści o Iwonie i Wiktorii. Będzie... namiętnie!

***

[u]Rozdział 15/15[/i]

*

   Na pytanie, czy bardziej chciała ona, czy raczej ja, wolałam nie odpowiadać. Zresztą nie musiałam. Wika uniosła mój biust dłońmi, uniosła raz i drugi, jakby chcąc się oswoić z jego miękkością oraz ciężarem, po czym podsunęła sobie do ust. Nareszcie! Chwytała w usta nabrzmiałe sutki, puszczała je z głośnym cmoknięciem, oblizywała dookoła i znów obejmowała wargami, czerpiąc z tego ewidentną przyjemność. W tym czasie jej dłonie wędrowały od boczków, przez uda, ku łonu. Tym razem już bez zatrzymywania się na ostatniej prostej.  
   Pierwszy kontakt z jej palcami był nieco zbyt agresywny. Na tyle, aż mimowolnie się spięłam.  
   – Nie tak mocno, najdroższa. Zaczekaj chwilę. Tak… teraz ostrożnie… Nie wstydź się… Zaczekaj, pomogę ci.
   Różnych rzeczy mogłam żałować, lecz teraz najbardziej brakowało mi… lustra. Dużego, stojącego zwierciadła, w którym mogłabym zobaczyć siebie. Stojącą w pozycji, w jakiej nie widział mnie nikt, włącznie z Iwem. Choć wydawać by się mogło, że przeżyłam z nim już wszystko, co dało się przeżyć z małżeństwie, Wiktoria już na samym początku udowodniła, że jednak nie.
   Stałam w rozkroku, z lekko zgiętymi nogami i pochylonymi plecami, podpierając się dodatkowo rękami o kolana. Wyglądałam, jakbym chciała podnieść coś ciężkiego, ewentualnie właśnie to opuściła i musiała odetchnąć. Czy raczej wyglądałabym, gdybym była ubrana. W obecnej sytuacji natomiast przypominałam doświadczoną damę nieobyczajnych obyczajów…  
   A tam, pieprzenie!  
   Rozkraczona w wybitnie wyuzdanej pozie, z wypiętym dupskiem, kołyszącym się brzuchem i ciężkimi cyckami, nie różniłam się niczym od mającej najlepsze lata dawno za sobą lafiryndy, mogącej zaoferować niewiele ponadto „zrobię wszystko, co będziesz chciał”. Czy raczej „chciała”. Oferowałam więc. Siebie. Calusieńką, jak już wspomniałam. Bez upiększeń, bez udawania, bez pruderii. Pozwalałam, by siedząca naprzeciwko mnie dziewczyna dotykała mojej kobiecości…
   Miało być bez pieprzenia, powiedziałam!
   Sporo młodsza, wpatrująca się we mnie zza grubych szkieł jak zaczarowana, stękająca coraz głośniej alternatywka nie dość, że wylizywała mi piersi, to jeszcze grzebała w cipce. W cipie wręcz. Miętosiła nieogolone płatki, wciskała palce do śliskiego wnętrza, wyjmowała je i znów wkładała. Ba, żeby tylko! Czy to intencjonalnie, czy raczej z niezamierzonej ciekawości, za każdym razem przeciągała mokrą dłonią po kroczu. Z takim skutkiem, aż wreszcie nie wytrzymałam. Za to wysapałam:  
   – Wejdź we mnie głębiej. I… nie bój się. Jak masz na coś ochotę, to… to zrób!
   Posłuchała. Od razu. Bez zadawania głupich – mądrych zresztą też – pytań, bez udawania, że przyszła tutaj podyskutować o Warszawskiej Jesieni, za to z zaskakującą pewnością siebie. Odwagą. Doświadczeniem? O ile w przypadku obśliniania mi biustu mogłam mieć pewne wątpliwości, to tego, co robiła dłonią, dało się wytłumaczyć ślepym trafem czy wrodzonym talentem. Wiktoria musiała albo to widzieć, i to więcej niż raz, albo – co bardziej prawdopodobne – robić. Sobie? Komuś? Przemknęło mi przez głowę, by we właściwym momencie o to zapytać, jednak kolejna fala wzbierającej nieustannie przyjemności zalała resztki zdrowego rozsądku. Nie tylko jego zresztą, zważywszy na to, co czułam pomiędzy nogami.
   A czułam tyle, że Wika penetrowała mnie już dwoma palcami i wyraźnie przymierzała się do trzeciego, równocześnie masując kciukiem wszystko, do czego tylko dała radę sięgnąć. Napierała coraz silniej i rytmiczniej, wymuszając lekkie kołysanie bioder. Równocześnie nie zaniedbywała piersi. Także wilgotnych, choć tym razem nie od…
   I wtedy uniosła głowę i pocałowała mnie w usta. Mokro, namiętnie i mocno. Przyssała się do mnie jeszcze mocniej niż wcześniej, jeszcze mocniej wcisnęła dłoń w piczę i jeszcze mocniej zaczęła pocierać łechtaczkę.
   – Mocniej! – wystękałam.  
   Przycisnęłam jej twarz do cycków, spięłam biodra i przykucnęłam na tyle nisko, na ile tylko się dało, nie mogąc już dłużej powstrzymywać bezwolnego drżenia.
   Nawet nie próbowałam się opanować. Wiktoria najwyraźniej chyba też, bo ugryzła mnie tak dotkliwie i pchnęła tak energicznie, aż zabolało. Resztkami resztek świadomości zdołałam jeszcze wierzgnąć nie w tył, a w przód, niemal przetaczając się po wciąż pieszczącej mnie dziewczynie. Ta natomiast, nie mają zresztą innego wyjścia, wreszcie odpuściła i pozwoliła mi opaść na łóżko.

   Leżałam lekko bokiem, próbując złapać oddech. Przeciągnęłam się raz i drugi, by rozluźnić spięte mięśnie, a gdy wreszcie się to stało, bezwiednie pozostałam w ostatniej pozycji. Przymknęłam oczy, ciesząc się chwilą. Czerpiąc z niej tyle przyjemności, ile tylko było możliwe. Rozmyślając o tej, która sprawiła mi jedną z najwspanialszych…
   I wtedy na powrót dotarło do mnie, co właściwie zrobiłam. Gdzie. I zwłaszcza z kim. Spojrzałam na siebie. Na Wiktorię. A ona patrzyła na mnie. Na me ciało, rozłożone przed nią jakże bezwstydnie. Na założoną za głowę rękę, odsłaniającą pachę i pozwalającą piersiom swobodnie opadać. Na zgiętą w kolanie nogę, nie próbującą nawet przysłaniać kobiecości.
   – Na co masz ochotę? – zapytałam, jakbym miała na myśli kawę i ciasto, a nie…
   – Bardzo bym chciała… byłoby mi miło, jakbyś… Chcę cię pocałować! – dokończyła równie nagle, co zdecydowanie.
   – Gdzie? – spróbowałam żarciku, chcąc nieco rozładować atmosferę i zyskać na czasie, gdyż wciąż daleko było mi do odzyskania pełni sił.
   Nie musiała odpowiadać. Położyła mi dłoń na wewnętrznej stronie uda i powoli, lecz z nadto jednoznaczną intencją zaczęła podnosić je do góry. Tak, bym mogła pokazać jej wszystko. Absolutnie wszystko. By ona to widziała. Widziała mnie. Mogłam sobie co najwyżej wyobrazić, jak bardzo lśniącą, lepką, nabrzmiałą. No i rozczochraną oczywiście.  
I naprzeciwko tejże oto sceny rodzajowej położyła się Wiktoria. Podparła na łokciach, poprawiła raz i drugi. Podłożyła ręce pod moje biodra, zachęcając do ich podciągnięcia. Skutecznie. I pochyliła.
   Znów spróbowałam się choć trochę opanować, lecz ponownie nie byłam w stanie. Ledwo żywa z jednej strony i wciąż niesamowicie podniecona z drugiej, pozwalałam robić jej wszystko, co chciała. Co ona chciała, a nie to, czego mogłam się spodziewać. A spodziewałam się niczego innego jak minetki – może i niezbyt wprawnej, może i tutaj zbyt mało delikatnej, zaś gdzie indziej przeciwnie, niemniej dokładnie odpowiadającej definicji.  
   Tymczasem Wiktoria całowała mnie wszędzie, tylko nie „tam”. Wycałowywała, wylizywała i… wyśliniała? Obsypywała całusami wnętrze ud, łono, dolinkę pomiędzy nimi. Schodziła aż ku pośladkom, zatrzymując się dosłownie jedno cmoknięcie od rozetki, pod czym powracała. I znowu. I ani za pierwszym, ani za każdym kolejnym razem nie przekroczyła granicy. Nie polizała łechtaczki. Nie wzięła jej do ust. Nie possała. Nie rozchyliła językiem płatków i nie wniknęła między nie. Nie objęła ustami całej cipki. Nie posmakowała tyłeczka. Nic z tych rzeczy!  
   W zamian co jakiś czas przestawała mnie obcałowywać i zatrzymywała się nieruchomo. W jakim celu? Mogłam się co najwyżej domyślać, choć opcji nie było wiele. Tak właściwie, to dwie. Mianowicie Wika mogła mnie oglądać z tak bliska. Przypatrywać mi się, być może porównywać ze sobą – o ile widziała się wcześniej na przykład w lustrze czy telefonie. To była pierwsza możliwość, druga natomiast dotyczyła innego zmysłu. Konkretnie powonienia. Nie próbowałam nawet udawać – ani przed sobą, ani Wiktorią, ani Iwem, który zresztą lubował się w przypominaniu mi o tym nie tylko w chwilach wspólnych uniesień – że nie tylko wyglądałam i smakowałam, lecz także pachniałam jak… cóż, jak pełna naturalnej namiętności kobieta. Czy raczej ową namiętnością przepełniona. Aż się wylewało, roztaczając dokoła intensywnie słodki aromat pożądania. Zachęcający, by się w nim zanurzyć, zachwycić, zatracić…
   Wtem, bez żadnego uprzedzenia, Wika dotknęła mnie dłonią. Ba, dotknęła! Znów wsadziła we mnie dwa palce naraz. Spięłam się tak gwałtownie, aż podniosła głowę. Ja też. Wpatrywałam się w jej zmierzwione, mieniące się kolorami włosy. W grube oprawki, które wciąż – choć nieco przekrzywione – miała na nosie. W ukryte za nimi oczy, szukające odpowiedzi na to, co właściwie się stało. Na mokre usta. Mokre policzki. Mokrą brodę. Nawet mokry czubek rzeczonego nosa.  
   – Zaczekaj, już dobrze. Nie przerywaj... – poprosiłam.
   Nie była to prośba skierowana jedynie do niej, a także do mnie samej. Czy pragnęłam, by sprawiła mi kolejną rozkosz? Tak! Czy już teraz odczuwałam wyrzuty sumienia z powodu obecności jej, a nie Iwa pomiędzy moimi udami? Cóż… tak. Czy byłam pewna, że jakikolwiek z wyborów, który czym prędzej musiałam podjąć, będzie lepszy od pozostałych? Nie. I co z tego? Skoro zaufała mi Wiktoria i zaufał mi Iwo, dlaczego ja nie miałabym ufać sobie samej? Nie ufać temu, że podjęte przeze mnie decyzję są jedynie słusznymi.
   Poprawiłam się więc, tak bym mogła gładzić Wiktorię po włosach. I oddałam się jej całkowicie. Pozwalałam, by pieściła mnie w taki sposób, w jaki uzna za słuszny. Na jaki ma ochotę. Jaki według niej będzie najlepszy i dla niej, i dla mnie.  

   Wtem, gdy spodziewałam się raczej kolejnej fali całusów, Wiktoria znów mnie zaskoczyła. Uniosła się na kolana i spojrzała mi prosto w oczy. Długo i w milczeniu. Aż w końcu zapytała tak cicho, że ledwie ją usłyszałam:
   – Czy mogłabym… mogę zgasić światło?
   – Wstydzisz się? – palnęłam zupełnie niepotrzebne, ale znów było za późno.
   – Proszę…
   – Oczywiście, najdroższa! – zreflektowałam się czym prędzej.
   Wika wstała, wyłączyła lampkę nocną i zaczęła gasić świeczki jedną po drugiej. I wtedy przyszło mi coś do głowy. Coś, o czym powinnam pomyśleć już dawno.
   – Jeżeli nie chcesz, żebym cię widziała, mogę zamknąć oczy.
   – Naprawdę? Zrobiłabyś to dla mnie?
   – Tak, ale pod jednym warunkiem. Chciałabym cię najpierw zobaczyć bez okularów. Ten jeden raz. A później obiecuję, że nie otworzę oczu, póki mi nie powiesz, dobrze?
   Widziałam, że Wika się waha, lecz w końcu kiwnęła głową. Pozostawiła ostatnie, stojące na stoliku nocnym świeczki, rzucające migoczącą łunę na łóżko. Na mnie. Na nią. Na dziewczynę, która pierwszy raz, od kiedy się poznałyśmy, zdjęła okulary. Przyglądałam się pozbawionej – nareszcie! – topornych oprawek, dziewczęcej twarzy. Znacznie ładniejszej niż mogłabym przypuszczać po tak wydawałoby się kosmetycznej zmianie.  
   – Już. Jeżeli się zgodzisz, bardzo chętnie bym to powtórzyła, ale w dziennym świetle. A teraz…
   Zgodnie z obietnicą, opuściłam powieki i ostentacyjnie położyłam się twarzą w kierunku sufitu. Wika natomiast od razu zaczęła coś robić. Co? Znów mogłam się co najwyżej domyślać po skrzypnięciach, tupaniu, szuraniu i innych podobnych odgłosach.  
   – Iwono?
   – Tak? – Na dźwięk imienia mimowolnie obróciłam głowę.
   – Czy naprawdę zgadzasz się, żebym zrobiła to, co chcę?
   – Tak. Obiecałam, że wybór będzie należał tylko do ciebie i go uszanuję, jaki by nie był.
   – A jak… a jak nie jestem taka odważna, jak myślisz i… i cię nie zadowolę tak, jakbyś chciała… a drugi raz już się nie spotkamy…
   – Powtarzam, że to jest twoja decyzja. Najlepsza, jaką możesz podjąć. Jeżeli powiesz, że chcesz się na przykład położyć obok i będziemy tak leżały do rana, zrozumiem i nie będę miała pretensji – powiedziałam najspokojniej, jak tylko mogłam, choć wciąż aż się we mnie gotowało. – Obiecałam ci uczciwość i słowa dotrzymam.
   Nie doczekałam się odpowiedzi. W zamian poczułam dłoń na szyi. Oddech na policzku. Ciepło ust na ustach. Znów dotyk, jednak tym razem znacznie niżej. Wiktoria ponownie mnie poprawiła, podnosząc jedną nogę niemalże do pionu, po czym… usiadła na mnie? Najwyraźniej tak. O ile dobrze wszystko rozumiałam, splotła nasze uda i dotknęła łonem do łona. I zaczęła kołysać. Nami obiema.  
   Z początku bardzo delikatnie, ewidentnie badając, na co może sobie pozwolić, a na co nie, lecz po ledwie paru chwilach naparła na mnie mocniej. Pochyliła się lekko, dociskając kobiecość do kobiecości. Objęła moje udo jedną ręką, drugą natomiast oparła na piersi. Także mojej. Przytuliła coś przyjemnie ciepłego do stopy. Wiadomo, czyjej. Przez moment myślałam, że to ręka, jednak łaskotanie i towarzyszące mu ledwie słyszalne cmoknięcia świadczyły o zdecydowanie czymś innym.  
   Przygryzłam wargi. Musiałam. Jedynie nędzne resztki rozumu, godności człowieka oraz zwyczajnej przyzwoitości powstrzymywały mnie przed złamaniem danego słowa. Przed otwarciem oczu, zapaleniem wszystkich żarówek, świeczek, lamp ulicznych oraz reflektorów przeciwlotniczych w całym mieście. I rzuceniem się na Wiktorię. Ewidentnie tak samo nagą, jak ja. Ocierającą się cipką o cipkę. Liżącą mi stopę. Miętoszącą cycka, bo i do tejże, jakże zajmującej czynności, w międzyczasie powróciła.
   Aż jęknęłam z wrażenia. Ona też. Poczułam drżenie. Moje? Jej? Nie miało to żadnego znaczenia. W przypływie emocji sięgnęłam ręką w nicość, trafiając na… pierś? Najwyraźniej tak. Faktycznie, raczej niewielką, lecz wcale nie tak małą, jak Wika chciałaby mi wmówić.  
Tym razem już całkowicie świadomie odnalazłam drugą dłonią jej biodra i po krawędzi nogi zeszłam w kierunku łona. Nie tylko własnego.  
   Nigdy w życiu nie czułam czegoś tak dzikiego, pierwotnego, nieomal zwierzęcego. I pragnęłam nazwać to wprost. Wypowiedzieć na głos. Wykrzyczeć! Pieprzyć, pieprzyć i jeszcze raz pieprzyć konwenanse! Pieprzyć erotyczną poprawność! Pieprzyć siebie i pieprzyć Wiktorię!  

   O ile wcześniej byłam ledwo żywa, tak teraz naprawdę przestałam kontaktować, co się dookoła dzieje. Jedynym, czego byłam pewna, to że może i sama przeżyłam drugi orgazm, lecz Wiktoria najwyraźniej nie. A przynajmniej nie od razu. Mimo mych chaotycznych prób wyswobodzenia się, nie puszczała mnie, póki sama nie doszła. Nieoczekiwanie głośno i ekspresyjnie, jakby dopiero w najintymniejszej z intymnych chwil odważyła się być w pełni sobą.  
   Ostatnim, czego byłam jeszcze jako tako świadoma, było przykrycie trzęsącej się Wiktorii kołdrą. Następnie przytulenie się do niej plecami, objęcie ramieniem i nakrycie siebie.  
   Chyba.

*

   Najpierw myślałam, że mi się wydawało, ale nie. Tylko czy na pewno? Tak, teraz tak! Iwo – bo kto niby? – musiał wstać bladym świtem i właśnie krzątał się po kuchni piętro niżej. Mogłam się domyślać, że szykuje dla nas jakieś śniadanie, ale co dokładnie miałoby to być, pozostawało na razie w sferze…
   A właśnie! Nas! Nie tylko dla mnie i dla niego, ale także dla niej. Dla Wiktorii. Powolutku uniosłam się na ramieniu, chcąc ocenić sytuację z perspektywy. Może i nieco dalszej, lecz wcale nie bardziej przyzwoitej. I tym razem nie musiałam się niczego pozostawiać wyobraźni. Wszystko widziałam jak na dłoni. A jakby tego było mało, to jeszcze czułam.  
   Wystarczył pojedynczy dotyk, bym potwierdziła jakże oczywistą oczywistość, że wciąż byłam mokra. Lepka. Śliska. Wystarczyło mocniejsze pociągnięcie nosem, bym poczuła intensywny, niedający się pomylić z żadnym innym zapach podniecenia. Namiętności. Żądzy. Wystarczyło jedno spojrzenie na leżącą obok, zakopaną po czubek głowy w pościeli Wiktorię, bym zrozumiała, jak mało wiem o sobie. O własnej seksualności. Pragnieniach. Podnietach.
   Tak, Wiktoria mnie podniecała. Już nie jako – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – jednorazowa przygoda, a jako dziewczyna. Jako kobieta. Jako kochanka?
Niezależnie od nazewnictwa, coraz bardziej mnie kusiło, by wykorzystać okazję i zobaczyć Wiktorię taką, jaką naprawdę była. Tym bardziej że wystarczyłoby tu i ówdzie lekko zsunąć kołdrę, by odsłonić te części ciała, na oględzinach których najbardziej mi zależało. A jakby Wika się przebudziła, od razu wzięłabym ją z zaskoczenia i…

   Ostrożnie zeszłam z łóżka, równie cichutko wymknęłam się z pokoju i skierowałam kroki ku łazience. I już-już miałam do niej wejść, gdy w swym niezmierzonym geniuszu zrozumiałam, że sama nie dam sobie z tym wszystkim rady. Czy mi się to podoba, czy nie. A skoro tak, czym prędzej muszę zejść na dół i porozmawiać z mężem. A kto wie, być może nie tylko porozmawiać?
   I to w dokładnie takim stanie, w jakim aktualnie się znajdowałam.

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!