Meteory. W blasku dnia 11

Rozdział 20
Zamek Ainay-le-Vieil. Grudzień 2014

- I znowu samolot – Majka westchnęła bezgłośnie i przykleiła nos do szybki owalnego okienka. Jeszcze niedawno była przekonana, że dzięki Darowi prawie przestanie korzystać z tradycyjnych środków lokomocji. Przynajmniej przy dalekich podróżach.  
- Jesteś bardzo milcząca – Oskar położył dłoń na jej udzie i pogładził je z czułością. W jego głosie pobrzmiewało zatroskanie – Nie powinnaś być świadkiem tego wszystkiego.
- Nikt nie powinien – burknęła - Nie chodzi o tamto – dodała z rozdrażnieniem.  
- Nie? - przyjrzał jej się uważnie.
- Nie! – skłamała.
- W takim razie, dlaczego na mnie nie zaczekałaś w sypialni? I dlaczego unikasz mnie przez cały dzień?  
- Nie zaczekałam, bo chciałam pogadać z babcią, zanim wstanie Monika – to akurat była prawda.  
     Oskar zmarszczył brwi.
- Odkąd rodzice powiedzieli jej o mnie całą prawdę, ma pretensje, że ona nie dostała Daru. Przyjazd  do zamku tylko pogłębił jej frustrację – splotła palce obu dłoni i wbiła w nie wzrok – Prosiłam, żeby babcia miała ją na oku. Nie chcę, by ktoś wykorzystał jej młodzieńczy bunt.
- Hmm, nie zdawałem sobie sprawy – Oskar potarł dłonią pokryty cieniem zarostu podbródek.    
- Z wielu rzeczy nie zdajesz sobie sprawy – prychnęła ze złością, ale zaraz pożałowała swoich słów. Było jednak za późno.  
- Na przykład? - Oskar mimowolnie zacisnął dłoń na jej udzie.
- Dziadek powiedział mi, że nikt nie wie, jak odebrać Dar, nie pozbawiając życia – rzuciła szybko pierwszą myśl, która jej przyszła do głowy – Ale ty pewnie od dawna o tym wiesz.
- Od chwili, gdy zostałem Mistrzem – przyznał, przyglądając się Majce z niepokojem – Nie powinien cię tym obarczać.  
- Owszem, tak – podniosła na niego pałające spojrzenie – A co będzie, jeśli znajdę sposób i ogłoszę go wszem i wobec? Wszyscy dowiedzą się, że Zgromadzenie utworzono w oparciu o kłamstwo!
- Nieprawda! – rzucił szybko – Po prostu...
- Och, nie wyjeżdżaj mi tu znowu z tym „ja tylko nie mówię całej prawdy” - przerwała mu.
- Kochanie... – spróbował ją objąć, ale Majka siedziała sztywno, nie pozwalając się łatwo obłaskawić.
- Jest jeszcze druga kwestia. Skoro nie można inaczej odebrać Daru, niż przez śmierć, to jak Rada mogła dać ci zgodę na odebranie Daru Swenowi? - zaplotła ręce na piersi – Przecież to cię obciąży klątwą.
- Klątwą? - Oskar zdawał się nie pojmować wagi jej słów – Jaką klątwą?
- Nie wiesz? - spojrzała na niego z niedowierzaniem - „Kto odbiera życie, nie ma prawa przekazać go innej istocie”. Jest przeklęty.
- Skąd to wiesz? - ściągnął brwi.
- Od Juana. Poprosiłam go, żeby spróbował poszukać czegoś o przeklętych, po tym, jak Manuela przetłumaczyła mi moje własne słowa. Musiałam je wypowiedzieć pod wpływem silnych emocji.
- I on ci znalazł wytłumaczenie? - dosłyszała w głosie Oskara cień kpiny, czy się przesłyszała?
- Tak. Znalazł je w notatkach matki Judith, które to notatki posiada Raul Gonzaga, a ja w zamian za to przyrzekłam mu przysługę - odparła z wyższością - Dlatego poprosiłam cię w komnacie, choć wcale nie miałam ochoty – dodała.
- Kurwa – Oskar potarł twarz dłońmi – Raul wiedział, co robi.
- O czym ty mówisz?! - zdenerwowała się.
- On pierwszy z Rady zagłosował za przyznaniem mi tej zgody. Za nim poszli inni – powiedział, ściszając głos – Liczył, że albo zginę, albo będę ostatnim Lowrensem.  
- Nie chcę nawet o tym myśleć – wyszeptała ze zgrozą – Mam tylko nadzieję, że Juan nie brał w tym udziału.  
- Był za młody, a poza tym, gdyby grał w to, co ojciec, nigdy by ci nie zdradził takiego sekretu – Oskar pokręcił głową z dezaprobatą – Ten chłopak mnie zaskakuje. Raz mam ochotę połamać mu kości, a za chwilę serdecznie bym go uściskał. Dojdzie w końcu do tego, że zostaniemy przyjaciółmi, czy co?
     Majka uśmiechnęła się blado. Warkot silników zmienił natężenie i samolot zaczął schodzić do lądowania.  
- Słuchaj, a to możliwe, że Raul stoi za tymi przeciekami do Swena? - spytała nagle.
     Oskar zamyślił się na dłuższą chwilę.
- No, tak daleko chyba by się nie posunął - powiedział w końcu.
- No, ale w razie konfrontacji ze Swenem... - zawiesiła głos.
     Niedokończone zdanie zawisło między nimi, ale żadnemu z nich nie chciało się go kończyć. Żadne nie miało też argumentów, by zaprzeczyć jego sensowi. Oskar otrząsnął się pierwszy.
- Chcę cię pocałować na zgodę – przytrzymał brodę Majki i ostrożnie zwrócił do siebie jej twarz. Rozchyliła usta i ich oddechy się zmieszały – Nie zostawiaj mnie więcej samego w sypialni – dosłyszała jego szept – Jesteś moją żoną i moją bratnią duszą. Bądź przy mnie.
     Zanurzyła dłonie w jego włosach, przyciągnęła do siebie i odszukała usta.  
- Nie szukaj Swena – poprosiła – Obiecaj mi! Musi być jakiś inny sposób – sama nie wiedziała, czy w to wierzyć – Skoro w Kodeksie jest przewidziane odebranie Daru, to musi być! – uczepiła się kurczowo tej myśli.  
---
     Dwa SUV-y jechały szybko, prowadzone przez doskonałych kierowców. Ten, w którym tylne siedzenie zajęli Majka i Oskar, prowadził Sam. Zastąpił Grega, którego na prośbę Majki Oskar przydzielił do grupy pracującej z Agnieszką. Siedzenie obok kierowcy zajął Johan. W drugim samochodzie siedziało czterech ludzi, należących do grupy Patrika. Z oczywistych względów, ten ostatni nie brał udziału w wyprawie do Meteorów. Oskar, mimo usilnych próśb ochroniarza, nie zgodził się na jego wcześniejszy powrót do pracy. Cała czwórka do ostatniej chwili nie wiedziała z kim poleci i dokąd.  
     Dojechali do niewielkiego, położonego na uboczu, kompleksu hotelowego. Latem musiał tętnić życiem, ale w okresie zimy, sprawiał przygnębiające wrażenie. Za kamiennym murem, w którym osadzono bramę, natknęli się na pusty basen, wyłożony jasno-turkusowymi płytkami. Pomalowany mauretańską czerwienią budynek hotelu, w blasku zachodzącego słońca, zdawał się pokryty rdzą. Majka nie zwracała jednak uwagi na te detale. Jej wzrok podążał co chwila do widocznej w oddali samotnej skały, na której szczycie migotało jasne światełko. Monastyr św. Mikołaja Anapawsa. Przywykła już do myśli, że to właściwe miejsce. Jedyne!  
- Chodźmy – Oskar przywołał ją do drzwi budynku – Nasz apartament czeka.
- Chciałabym tam pojechać – spojrzała tęsknie w stronę monastyru – Już nie mogę się doczekać.  
     Oskar pokręcił odmownie głową.
- Za dnia – oznajmił tonem nie cierpiącym sprzeciwu – Teraz musimy się schować w azylu. Nie po to fatygowałem tu dziadka, żeby teraz dać się nakryć Swenowi. A co myślałaś? - roześmiał się na widok jej zaskoczonej miny – Hotel jest niedostępny. Podobnie, jak kilka innych, przed którymi również stoją wynajęte samochody. Po zachodzie słońca nie wolno nikomu opuszczać azylu. Nie wolno nawet śnić. Czy to jasne? - przyciągnął ją do siebie i razem przekroczyli próg – Jeśli chcemy pracować w spokoju, nocą praktycznie nie istniejemy, a za dnia... - wskazał ochroniarzy – Ich zmartwienie, żeby nikt się koło nas nie kręcił.    
- A kontakt z pozostałymi? - spytała zaciekawiona. Musiała jednak przyznać, że podszedł do sprawy fachowo.  
- W azylu jesteśmy nie do wykrycia, ale gdy go opuszczamy, można nas przez chwilę wyczuć tylko jeśli się wie, gdzie szukać.  
- To po to obstawiacie z Andriejem miejsca, gdzie bywa Swen – klepnęła się w czoło – Teraz rozumiem!
- Nie możemy pełnić przy nich warty, ale Andriej stworzył program, który daje nam znać, jeśli Swen się gdzieś pojawi. Nie jest doskonały, ale zawsze to coś – westchnął.
- Ale go nie szukasz? - upewniła się.
- Chwilowo będę go raczej unikał – uspokoił ją – No, jeśli chcesz się zobaczyć z Manuelą, to radzę się pospieszyć. Masz jakieś piętnaście minut. Bezpośrednio do domu Laury i z powrotem. OK?
- OK – kiwnęła głową.  
- Ten azyl cię wpuści, ale nikogo poza tobą. I przypomnij im, że oficjalnie lecimy na Karaiby – zaznaczył.
- Zaraz – zatrzymała się gwałtownie w połowie drogi do łóżka – A pozostali?
-  Spokojnie. Wytłumaczyłem to różnica czasu - Oskar urwał nagle i zaczął nasłuchiwać – Zaczekaj – podszedł do swojego bagażu i wyłuskał z niego dwa telefony komórkowe. Sprawdził oba – Musimy zaczekać.
- Coś się stało? - zaniepokoiła się.
- Nie. Laura dała mi znać, że jeszcze nie jest gotowa. Czekamy – wzruszył ramionami.
- To głupie – Majka opadła ciężko na łóżko – Mamy tylu ludzi, takie możliwości i kryjemy się przed jednym Swenem!
- Bo to szaleniec – Oskar przysunął sobie fotel i usiadł naprzeciw niej – Poza tym, on się nie liczy z losem swoich ludzi, a my tak. Jeśli chcemy o nich zadbać, to nie wolno nam dopuścić do zabijania. Z żadnej ze stron – zaznaczył.  
     Nie odpowiedziała, tylko pokiwała głową. Wiedziała doskonale, że on ma rację. Siedzieli dobrych kilka minut, trzymając się za ręce. Wreszcie Majka wstała i zaczęła się rozpakowywać. Bezczynność ciążyła jej bardziej, niż niewesołe myśli. Prawie skończyła, kiedy jeden z telefonów zawibrował.  
- OK – Oskar mrugnął do Majki – pamiętasz wszystko?  
- Mhm – rzuciła się na łóżko i przymknęła oczy.  
---
     Oskar zapada w sen tuż po mnie.
- Czekam tu na ciebie. Jeśli nie wrócisz za kwadrans, to się zjawię – całuje mnie szybko w usta – powodzenia.
     Czuję się, jak na jakiejś misji wojskowej, choć to tylko spotkanie z Manuelą. Zjawiam się w prosto w salonie Laury.  
- Witaj – gospodyni łapie mnie za ręce – Akos tu jest.
- Akos? - rozglądam się – A gdzie Manuela?
- Wybacz, ale pracowała całą noc, a potem jeszcze to poprawiała w ciągu dnia – Akos pojawia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – Powinna odpocząć, zanim zajmie się zwojem z drugiej komnaty. Wybacz, ale zamiast śnić, po prostu zasnęła, a ja nie miałem sumienia jej obudzić – spuszcza głowę – Zwłaszcza, że dziś mamy lecieć do Anglii – dodaje ciszej.  
- Dobrze zrobiłeś – kładę mu dłoń na ramieniu – Ona i dziecko są na pierwszym miejscu.
- Dziękuję – bąka z zażenowaniem i zerka na Laurę, która podaje mi tekturową teczkę.
- Dziękuję ci jeszcze raz – zwracam się do Laury  – Może mam w rękach klucz do tajemnicy Daru?
- Chciałabym to przeczytać – mówi z przejęciem.
- Nie czytałaś tego? - zerkam na Akosa.
- Ty masz jedyny egzemplarz. Notatki osobiście spaliłem – pociera brodę z zakłopotaniem.
- Bardzo dobrze! Więc przeczytam i potem oddam ją tobie – obejmuję Laurę – Tylko niech to pozostanie w komnacie.  
     Właściwie nie muszę tego mówić. Wiem, że dochowa tajemnicy. Akos przestępuje nerwowo z nogi na nogę, więc Laura zostawia nas samych.
- Jest coś jeszcze –  Akos ścisza głos – Wiem, że to moja nadgorliwość...
- Co jest? - przerywam mu. Czuję w jego głosie niepokój.
- To chyba jest właściwe miejsce – szepcze –  Wczoraj Agnieszka i chłopaki pracowali tam cały dzień i niczego nie znaleźli. Ale zanim się tu zjawiłem, zajrzałem do klasztoru. Coś mnie podkusiło...
- I co? - ponaglam go, zerkając na zegarek.
- Tam jest azyl. Bardzo silny – mówi z konsternacją – Agnieszka mówi, że zostaną tam jeszcze dzień czy dwa i zmienia miejsce, ale w tej sytuacji...
- Skąd wiesz to wszystko wiesz?
- Greg.
- Czekaj, czekaj... – myślę gorączkowo. To zmienia postać rzeczy. Myślałam, że azyl jest tylko w naszym klasztorze - Sprawdź inne monastyry. Tylko ostrożnie. Niech Greg ci pomoże – nakazuję.
- Powiesz Mistrzowi? Nie chciałbym mu podpaść – mówi szybko.
- Spokojnie. Uprzedzę go. I ucałuj Manuelę – uśmiecham się.  
     Wracam w pośpiechu. Oskar wita mnie westchnieniem ulgi.  
- Katastrofa! - rzucam, nawet nie próbując panować nad rozdrażnieniem – Jest więcej azyli!
     Oskar patrzy na mnie, jakby nie rozumiał. No pewnie, że nie rozumie! Ganię się w myślach.
- Myślałam, że nasz klasztor jest wyjątkowy, bo jest w nim azyl - załamuję ręce – Ale w Varlaam też taki jest. Akos mi powiedział. Kazałam mu sprawdzić pozostałe, ale jestem prawie pewna, że odkryje kolejne... - głos mi się łamie – Znów nic nie mamy!
- Nie. Niech zostanie z Manuelą. Greg i Kamil się tym zajmą – Oskar obejmuje mnie mocno – Poradzimy sobie.
- Sama nie wiem – jęczę – Tyle trudu na nic!  
- Ćśśś – gładzi moje włosy – Nie rozpaczaj tak, bo serce mi pęknie. To najgorsza podróż poślubna, jaką znam – burczy ze złością – Nie wiem, dlaczego się zgodziłem.
- Nieprawda... – dociera do mnie, że on ma jednak trochę racji – Zaczekaj! - nagle dostrzegam światełko w tunelu – Manuela przetłumaczyła zwój z komnaty Laury – otwieram teczkę i wyciągam z niej plik kartek. Tekst jest wydrukowany, ale w odstępach między linijkami, naniosła jeszcze sporo odręcznych poprawek. Widocznie brak czasu nie pozwolił jej tego zrobić staranniej, ale mnie to nie przeszkadza. Szybko przebiegam oczami pierwsze linijki tekstu.
- To jest o Kaliope – jestem odrobinę zawiedziona, ale czytam po kolei – Poślubiła brata i miała z nim dzieci: synów i córki. Czyli, co najmniej czworo! – dodaję od siebie i zerkam na Oskara, nieco zaskoczoną tą liczbą.
- Jak na Obdarowanych, to wyjątkowo dużo – przyznaje.
- Pozostali bracia także mieli dzieci, ale z nieobdarowanymi kobietami, więc jedni i drudzy... - pochylam się nad nieco pokreślonym wersem – „Różnili się od siebie siłą Daru” – dukam – zgrabnie powiedziane – prycham, ale czytam dalej – Kiedy się zestarzeli, podzielili swoje Dary pomiędzy wnuki – posyłam Oskarowi triumfalne spojrzenie – A więc to jest możliwe! Podzielili Dar! - teraz oboje pochylamy się nad tekstem – „Podobnie uczynili pozostali”. Oskar! Tu nie ma nic o śmierci. Oddali Dar zanim umarli, a w każdym razie tak mi się wydaje... Popatrz – stukam palcem w kartkę – „Przelali je do czary, z której ich dzieci i wnuki czerpały”. Tu chyba chodzi o Dar?
- Możliwe...  
     Czytamy dalej. To cała rozbudowana opowieść o życiu Kaliope i jej potomków. Nie ma jednak niczego o skałach, ani o kamieniach. A czara? Czy mowa o prawdziwym kielichu, czy to znów jakaś przenośnia?  
- Wiesz – Oskar odgarnia mi kosmyk włosów – Skoro widzieliśmy... czuliśmy nasze Dary... może ta czara oznacza moment w którym Dar można przelać?
- Właśnie o tym myślałam – odwracam się do niego i napotykam dwoje lśniących oczu – Wiesz, Manuela mówiła, że to stary język, a nie współczesny grecki. Niektóre słowa zmieniły znaczenie – opuszki palców Oskara gładzą mój kark, sprawiając, że nie mogę się skupić – Ale my to czujemy w czasie zbliżenia... fizycznego – na samą myśl o seksie, czuję ochotę – Oskar, oni nie robili tego z wnukami. To niedorzeczne!  
- Jasne, że nie – zgadza się ze mną – Ale my to dopiero odkrywamy. Pierwsza komnata pozwoliła nam zobaczyć Dar tak, jak w czasie orgazmu. Wiemy, że druga pokazuje go u nienarodzonego dziecka. Może trzecia...?
- Ale one tylko pokazują! – upieram się – A tu jest o „przelaniu”.
- A gdybyśmy się kochali w komnacie? - pyta nagle.
- No, nie wiem... - waham się – Ale to nadal nie tłumaczy przekazania Daru bez fizycznego połączenia.
- Możne coś z mieszaniem krwi? - przysuwa się do mnie bliżej.
- Nie ma tu nic o krwi – rzucam kartki na łóżko - Oskar... - próbuję zachować dystans – Jak jesteś tak blisko, to nie mogę myśleć!
- Chcę się kochać – wypala prosto z mostu – Po każdej wizycie w tej komnacie mam ochotę na seks.  
     Otwieram szeroko oczy.
- I tak mam ochotę, ale to miejsce sprawia, że po prostu nie mogę przestać o tym myśleć! – chrypi. Jego wzrok parzy.  
- Też mam coś podobnego – przyznaję z konsternacją. Zostawiłam go w sypialni, bo liczyłam na seks, a on gadał z tą... - Kurde, Oskar, one jakoś na nas wpływają. Na nasze Dary! - przypominam sobie, jak po wizycie w drugiej komnacie zaczęłam myśleć o dziecku.
- Obudźmy się i pokochajmy – jego głos brzmi tak cholernie nisko i seksownie – Mamy masę czasu. Rano pojedziemy do monastyru i poszukamy rozwiązania.
     Mam w głowie pustkę, a w brzuchu motyle. Jeśli mnie teraz dotknie, nie będę w stanie się oprzeć. Zresztą, po co miałabym...?
- Obudźmy się – jęczę – Ja też chcę się kochać.

Rozdział 21  
Grecja. Grudzień 2014

     Samochód, którym przemieszczali się Majka i Oskar, mknął po asfaltowej szerokiej drodze w kierunku samotnej góry, zwieńczonej niby koroną, monastyrem. Minęli zjazd na Kastraki, niewielką osadę, w której kiedyś mieszkała Rosanna i zwolnili. Droga stała się bardziej kręta i wyboista. Oskar co chwila zerkał na wyświetlacze któregoś z dwóch telefonów komórkowych.  
- Dlaczego dwa? - zainteresowała się Majka.
- Ten jest do kontaktowania się w obrębie naszej grupy – Oskar pokazał jej czarnego smartfona –  Jeśli nie odbiorę, przerzuci sygnał do Johana.
- A drugi?
- Dla reszty świata – wyjaśnił z lekkim uśmiechem – Generalnie nikomu nie wolno się kontaktować z nikim poza naszą grupą. Żadnych rozmów, sms-ów, Facebooka, itd. Śnić też nie wolno.  
- Jak to przyjęła Margaret? - spytała ciszej.
- Zrozumiała – wzruszył ramionami – Powiedziałem, że chcemy się zapaść pod ziemię na dwa tygodnie i zrozumiała.
     Majka pokiwała głową i wpatrzyła się w rosnącą w oczach górę. Mimo wszystko, czuła się źle z faktem, że ukryli przed bliskimi cel swojej podróży. No, ale w końcu, ona też się dostosowała. Zostawiła swój telefon w zamku i dostała identyczną komórkę jak reszta, z prepaid-ową kartą.
     Pierwszy z telefonów Oskara zaczął wibrować.
- Tak? - rzucił do mikrofonu i słuchał przez dłuższą chwilę – W porządku – uśmiechnął się do Majki – Doga wolna.  
     Zatrzymali się na parkingu obok samochodu ich ochrony. Po chwili pojawił się jeden z ochroniarzy.
- Obserwowaliśmy klasztor przez dwie godziny. Piter i Lu, poszli na górę. Dali znać, że wszystko u nich OK – zameldował.
- No, to naprzód! – Oskar wziął Majkę za rękę i poprowadził w kierunku stromych schodów.
---
     Agnieszka uklękła na posadzce i zajrzała pod masywny stół służący za podstawę prymitywnego ołtarza. Kamil podał jej latarkę. Po chwili snop światła ukazał jej warstwę zastarzałego kurzu.  
- Za często tu nie sprzątali – Kami również ukląkł i zajrzał pod stół.  
- I dobrze – Agnieszka nałożyła lateksową rękawiczkę i zaczęła obmacywać kamienie – Im mniej ludzkiej ingerencji, tym więcej ciekawych artefaktów.
     Znajdowali się w części położonej poniżej właściwego klasztoru. Można powiedzieć, że zwiedzali piwnice.  
- Naprawdę sądzisz, że powinniśmy szukać tutaj? - pamiętając, jak zbeształa Grega, Kamil wolał być ostrożny.
- Wiem, że dla was liczą się te wasze Dary, sny i jak wy je tam zwiecie? Azyle? - sapała – Ale ja mam swoje metody. Trzeba zbadać wszystko, żeby potem tu nie wracać. Czasem wystarczy jeden drobiazg...  
- Trochę nam się spieszy – Kamil sięgnął po jedną z rękawiczek i zaczął się z nią mocować – Czego właściwie szukamy?
- Czegokolwiek. Najbardziej... owalnego zagłębienia, napisów, znaków wyrytych w kamieniu lub drewnie... ale raczej w kamieniu – wyliczała – Zostaw to! - odebrała mu rękawiczkę – Lepiej idź się dowiedzieć, kiedy to zostało otynkowane. Może zasłonili coś zaprawą?  
     Kamil odwrócił się i ruszył do wyjścia, przewracając oczami. W jednym z korytarzy natknął się na Jeana i Grega.
- I co? - rzucił do nich, nie spodziewając się jednak niczego dobrego.
     Odpowiedzieli mu cichymi przekleństwami. Roześmiał się i poklepał ich po ramionach. Im też nie dopisało szczęście.  
- W brzuchu mi burczy – Greg był w jak najgorszym humorze – Długo jeszcze będzie się tam grzebała?
- Idź i zapytaj – Kamil wyszczerzył do niego zęby – Kazała mi się dowiedzieć, kiedy te katakumby były tynkowane.
- Katakumby?!
- Tak tylko powiedziałem – Kamil westchnął – Już się nie mogę doczekać zachodu słońca. Jak Mistrz powiedział, że mamy sprawdzić pozostałe klasztory, to myślałem, że pocałuję jego buty. Ten zakaz śnienia jest straszny!
- Nie narzekaj – Jean trącił go w bok i spojrzał znacząco na Grega – Powiedziałeś naszej pani archeolog, że znikasz na całą noc? - spytał z nutką złośliwości w głosie.
     Greg bez słowa posłał w kierunku Jeana spojrzenie, od którego uśmiech spełzł mu z ust.  
- To ja idę do chłopaków na zewnątrz – rzucił szybko i okręcił się w miejscu.  
- Powiedz, że za godzinę jedziemy na obiad – burknął Greg. Upór Agnieszki zaczynał go drażnić. Coraz częściej żałował, że Oskar nie odmówił prośbie Majki i nie kazał mu pozostać przy sobie – Ja odpowiadam za bezpieczeństwo całej grupy. Mieliśmy się przemieścić, jeśli niczego nie znajdziemy i się przemieścimy – dodał głosem, który nie wróżył niczego dobrego.  
---
     Słońce przewędrowało już dawno na zachodnią część nieba, kiedy grupa złożona z sześciu osób cicho i dyskretnie opuszczała klasztor św. Anapawsa. Nie rozmawiali, pogrążeni w ponurych myślach. Zresztą, Oskar wciąż sprawdzał nadchodzące do niego wiadomości.  
- Zadzwoń do Agnes – zwrócił się w pewnej chwili do Majki i podał jej swój telefon.
- Ma coś?  -spytała z nadzieją w głosie, ale on pokręcił tylko głową.  
     Wybrała właściwy numer i czekała chwilę.  
- Cześć szefowo – spróbowała zażartować – Jak idą poszukiwania?  
- Na razie nic, a u ciebie? - głos Agnieszki brzmiał zadziwiająco spokojnie.
- Też nic – przyznała bez entuzjazmu.
- Hej, skąd ta chandra? To dopiero kilka dni.
- Wiem... - wciąż nie mogła się przyzwyczaić do żółwiego tempa pracy archeologów – Po prostu liczyłam na... cokolwiek.
- Spokojnie. Jeśli coś jest w tych monastyrach, to my to znajdziemy. Wcześniej czy później – usłyszała w odpowiedzi.
- Jeśli... - przyznała niechętnie – Słuchaj, potrzebuję w nocy twoich ludzi. Muszą sprawdzić pozostałe klasztory.
- Tak, słyszałam – tym razem to Agnieszka nie wykazała entuzjazmu – W porządku. Aha, jeszcze jedno. Mówiłaś coś o wieku tych monastyrów. Niektóre są starsze, niż myślisz. Jak się dobrze poszuka, szczególnie w źródłach nie związanych z religią greko-katolicką, to można znaleźć parę ciekawostek.
- Taak...?
- Na pewno znasz tę historię z latawcami, które puszczali mnisi i tak zaczepili pierwsze liny...
- Wszyscy to znają – Majka poczuła przyjemny dreszczyk podniecenia – A nie są prawdziwe?  
- No, coś ty? - Agnieszka zachichotała – To opowiastki dla turystów. Na tych skałach są ślady bytu ludzi na długie lata sprzed monastyrów. W wielu mieszkali eremici, a niektóre były miejscami kultu.
- Wow! Skąd ty to wiesz?
- Muszę wiedzieć takie rzeczy – w głosie Agnieszki dosłyszała dumę – W końcu zatrudniłaś profesjonalistkę.
     Rozmawiałyby dłużej, ale Oskar zamachał Majce ręką i wskazał na zegarek.  
- Muszę kończyć – cmoknęła głośno do telefonu – Jesteś super!
- No wiem... - usłyszała w odpowiedzi - Ty też!  
- Lepiej ci? - spytał Oskar, odbierając swój telefon.
- Mhm – musnęła jego policzek.
- Za co to? - zdziwił się.
- Za nic. Po prostu cię kocham.
     Telefon znów ożył. Oskar odebrał i słuchał przez chwilę w skupieniu.
- Nie, nie wybieram się tam – rzucił po chwili.
     Majka nadstawiła uszu. Schodzili po stromych schodach, gęsiego, więc nie mogła widzieć twarzy męża, ale z tonu, jakim mówił wywnioskowała, że to coś poważnego.
- Nie, nie zaryzykuję. Dobrze, sprawdź to sam – powiedział dobitnie – Zjawię się około północy lub nad ranem. To będzie zależało od tego, gdzie on będzie.  
     Słuchał jeszcze chwilę i rozłączył się.
- To Timothy – powiedział cicho do Majki, jakby czując jej napięcie – Ktoś wysadził dwa ważne ujęcia wody na terenie Libii.  
- To chyba nic niezwykłego? - zmarszczyła brwi - Tam ciągle ktoś coś wysadza.  
- Rzeczywiście, nie byłoby to niezwykłe, gdyby nie fakt, że świadkowie widzieli świetliste postaci na kilka godzin przed wybuchem – powiedział powoli – Te ujęcia zasilają duży obszar ziemi.
- Ktoś zginął? – ściszyła głos.
- Kilka osób. Są też ranni. Nikt z naszych... - Oskar przeskoczył ostatnie dwa schodki i odwrócił się w stronę Majki.
- To czemu Timothy dzwonił? - spojrzała mu w oczy.  
- Tam jest duże zagęszczenie ludzi i zwierząt. Brak wody grozi katastrofą. Kiedyś ja nadzorowałem ten obszar – dodał z namysłem – Timothy uważa, że to robota Swena, a ja się z tym zgadzam. Dlatego się tam nie wybieram. On po prostu chciał się upewnić, że tego nie zrobię, jak się dowiem.  
     Dobiegł ich znajomy warkot silnika i po chwili ukazały się dwa czarne SUV-y. Jeden z towarzyszących im ochroniarzy wyszedł naprzód, upewniając się, że jest bezpiecznie. Dopiero po chwili mogli zająć swoje miejsca.
- Nadzorowałeś? - Majka postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej.
- Za rządów Kadafiego zbudowano tam tak zwaną suchą rzekę. Gigantyczny rurociąg ciągnący się przez pustynię. Wyschło sporo oaz. Wielu ekologów uważało to za błąd, ale nikt ich nie słuchał – Oskar westchnął – Kiedy stało się jasne, że tego procesu nie da się zatrzymać, postanowiliśmy przynajmniej zminimalizować szkody. Dlatego tak dobrze znam tamtejszą sytuację.  
- Twój udział mógłby pomóc? - spojrzała na niego, ale on patrzył w przód, na wijącą się przed nimi drogę.
- Pewnie tak, ale to prowokacja – rzucił przed siebie.
---
     Swen przeszedł się po pokoju i stanął przed oknem. Miał przed sobą widok na Akropol, ale nawet nie spojrzał na białe ruiny skąpane w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Spojrzał na zegarek. Nagle dobiegło go ciche pukanie do drzwi. Podszedł do nich bez pośpiechu i przekręcił gałkę. Do pokoju weszli Miro i Rene. Dwa cerbery, jak ich czasem nazywał Swen, w tych rzadkich ostatnio chwilach, kiedy miał dobry humor.
- Mój informator milczy – zaczął, nie zaszczycając ich nawet skinieniem głowy – Wiem, że w Libii wszystko przebiegło jak należy...  
- Te pastuchy zrobiły z naszego senteksu piękne BUM! - zarechotał Miro, ale umilkł natychmiast pod zimnym spojrzeniem Swena.  
- Mam nadzieję, że byliście wystarczająco widoczni, żeby was zapamiętano? – rzucił Swen.
- Tak, panie! – zapewnił gorliwie Rene, chwytając się odruchowo za rękę – Widziało nas wielu ludzi. Zgromadzenie na pewno już wie. Mistrz też...
- To dobrze – jasne oczy Swena zwęziły się do szparek – To młokos! Zapalczywy i ambitny. Na pewno się tam zjawi, a wy będziecie czekać. Tylko żadnych własnych akcji. Macie po prostu dowiedzieć się, gdzie on realnie jest.  
- A co potem? - Rene przygarbił się, jakby zadanie, które mu wyznaczono, przekraczało jego siły.
- Zaprowadzi nas do swojej żoneczki – na twarzy Swena pojawił się zły uśmiech – A ja będę mógł odebrać jej to, co mi się należało już dawno temu – zacisnął pięści – A może uda mi się załatwić przy okazji niedokończone porachunki. Pożałują, że ruszyli się z zamku.
- A jeśli się nie zjawi? - spytał ostrożnie Miro.
- Zjawi się – głos Swena zabrzmiał tak, że temperatura w pokoju zdała się obniżyć o kilka stopni – Wiem, że się zjawi. Wyśledźcie go!

Roksana76

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 4953 słów i 28036 znaków.

3 komentarze

 
  • Drum2010

    Kiedy dalsze czesci?

  • zazula

    Fajne, plastycznie opisywane .  Ciekawie prowadzisz wątek. :)

  • ANITA

    Cudownie jak zawsze ;)