W świecie kłamstw rozdział 25

W świecie kłamstw rozdział 25- Wyglądasz, jak prawdziwa księżniczka — powiedziała Joasia z zachwytem, ostatni raz poprawiając suknię Marty.
- Raczej ty — zaśmiała się przyszła panna młoda, z szerokim uśmiechem przeglądając się w wysokim lustrze. - Nawet nie widać, że byłam w ciąży...
- Wyglądasz idealnie, a moja suknia nie robi takiego wrażenia, jak twoja. Poza tym, co by była ze mnie za świadkowa i przyjaciółka, gdybym swoją kreacją przyćmiła najważniejszą kobietę tego dnia? - cmoknęła ją w policzek. - Paweł padnie, jak tylko cię zobaczy, jestem o tym pewna.
- Ben również. Skąd żeś wytrzasnęła tę obłędną kieckę? - Marta spojrzała na przyjaciółkę z podziwem.
- Z Mediolanu — wyznała. - Ben mnie tam zabrał.
- O kurczę! Naprawdę fajnie jest być dziewczyną księcia...
- Też jestem tego zdania - Asia wyszczerzyła się radośnie, przytulając Martę delikatnie. - I ostrzegam, zamierzam płakać...


- Kompletnie nic nie zrozumiałem, ale muszę przyznać, że ceremonia była naprawdę wspaniała — powiedział Ben, gdy wychodzili z kościoła. - A wyraz twarzy Pawła, gdy Marta do niego szła, bezcenny.
Brunetka zachichotała cicho, dając mu lekkiego kuksańca, gdy przyjaciółka odwróciła się do niej i puściła jej oczko.

- Muszę przyznać, że już dawno nie bawiłem się tak świetnie, jak dzisiaj. Wreszcie bez hamulców, nie muszę się przejmować etykietą i tym, że mógłbym kogoś urazić, sięgając nie po ten widelec, co potrzeba... - powiedział, gdy wyszli objęci na rozległy taras. Skinęła głową, opierając się o jego ramię i z rozmarzonym wyrazem twarzy spoglądając na zachodzące słońce.
- I ja się świetnie bawię pomimo obowiązków świadkowej — przyznała zadowolona, nie potrafiąc oderwać wzroku od pięknych barw, jakie na niebie malowały ostatnie promienie słońca.
- Magiczna chwila, prawda? - wyszeptał, całując ją w czubek głowy.
- Bardzo — wyszeptała.
- Więc może uczyńmy ją jeszcze bardziej magiczną?
- A to w ogóle się da? - zachichotała, powoli odwracając głowę w jego stronę. Zamarła, widząc, że przystojny Duńczyk klęknął właśnie u jej stóp.
- Da się — powiedział poważnie. - Moja najcudowniejsza Joanno. Gdy spotkałem cię wtedy w hotelu po raz pierwszy, zakochałem się w tobie na zabój w tej samej chwili. Każda chwila spędzona razem z tobą coraz mocniej uświadcza mnie w przekonaniu, że to właśnie z tobą chcę być do końca na dobre i złe. Jak sama wiesz, jestem nawet gotów zrezygnować z przywilejów, jakie dają mi narodziny w królewskim rodzie, by móc być z tobą. I nie zmienię swojego postanowienia, bo wiem, że ty również mnie kochasz. Dlatego pozostaje mi zadać tylko jedno pytanie. Czy uczynisz mi ten niebywały zaszczyt i zostaniesz moją ubóstwianą żoną i matką mych dzieci?
Przez chwilę patrzyła na niego w szoku przez coraz obficiej zbierające jej w oczach łzy, gdy otworzył aksamitne pudełeczko, w którym na jedwabnej poduszeczce leżał najwspanialszy pierścionek zaręczynowy świata.
- Tak — wyszeptała w końcu, starając się nie rozbeczeć. Gdy tylko padł ten najważniejszy wyraz, twarz Bena rozjaśnił szeroki uśmiech ulgi i dumy. Wstał szybko i wsunął jej pierścionek na palec, całując ją najpierw w dłoń, a potem w usta. Zarzuciła mu jedną rękę na szyję, oddając pieszczotę z pasją i całą swoją miłością.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy się wreszcie od siebie oderwali, ale gdy spojrzała w oczy ukochanego, dojrzała w nich tylko bezgraniczną miłość.
- Kocham cię, gwiazdeczko — powiedział czule. - A teraz wracajmy już do środka, bo robi się coraz chłodniej...
- Oczywiście — zgodziła się z szerokim uśmiechem na ustach, splatając z nim palce i ruszając ku oświetlonej sali. Gdy tylko przekroczyli jej próg, przywitała ich salwa oklasków i okrzyków, a już po chwili Joasia utonęła w objęciach szczęśliwej Marty.
- Tak bardzo się cieszę! - pisnęła jej przyjaciółka do ucha. - Jesteście wspaniałą parą! No i zaklepuję rolę świadkowej.
- Oczywiście! - Asia uśmiechnęła się do niej zarumieniona, po czym została poprowadzona przez Bena na parkiet.

- No, stara, jestem w szoku. Nie miałam pojęcia, że Ben wybierze akurat dzień naszego ślubu na wasze zaręczyny. Muszę przyznać, że było to bardzo romantyczne — powiedziała Marta, gdy tydzień później siedziały wspólnie w salonie, pilnując dzieciaków. Mały Henry zainteresowany niemowlakiem, nie odstępował córeczki Marty na krok, wpatrzony w nią jak w obrazek i gdy malutka zasnęła po karmieniu, położył się przy niej i wkrótce również odpłynął.
- Ja tym bardziej nie, ale jestem mega szczęśliwa — Asia uśmiechnęła się szeroko, zerkając na swój oszałamiający pierścionek.
- Sądziłam, że raczej dostaniesz jakiś pierścień rodowy — zauważyła Marta.
- Wiesz, teraz gdy zrzekł się książęcych praw i przywilejów, chyba nie byłoby to rozsądnym posunięciem...
- A między nami mówiąc... Alek wie, że się zaręczyliście?
- Nie... A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. W czasie wesela zajmował się Henrym, a gdy wróciliśmy, on znów wyleciał do Rosji. Zdaje się, że jego matka znów ciężko zachorowała.
- To przykre...
- Owszem. I najwyraźniej stało się to nagle, bo w ogóle nie miał takich planów, a na lotnisko gnał jak do pożaru. Z tego, co wiem, to ma zostać tam jeszcze co najmniej tydzień, wobec czego mnie przypadła rola niańki, ale wcale się nie uskarżam, bo maluch jest wspaniały i choć nie rozumiem duńskiego, a on polskiego czy angielskiego, nie przeszkadza nam to we wspólnej super zabawie.
- Zakochałaś się w nim...
- No pewnie. A dziwisz mi się? Zobacz sama, jaki z niego aniołek.
- Widzę. Więc jesteś już jego mamą, co?
- Jeszcze nie oficjalnie... Wiesz, ja naprawdę się cieszę, że będę mogła dać mu, choć namiastkę matczynej miłości. Oczywiście nie zastąpię Lisy i nie mam zamiaru ukrywać przed nim, że go nie urodziłam, ale maluch nie zasługuje na to, by nie mieć matki.

- Ładny pierścionek — zauważył Alek, gdy dwa tygodnie później pomagał Joasi w kuchni po wyjątkowo burzliwej zabawie z Henrym. Maluch, choć miał niespełna cztery latka, był tak pomysłowy, że jego opiekunowie często łapali się za głowę w trakcie zabawy. Teraz też nie było inaczej i gdy wreszcie zmęczył się ganianiem po całym domu i padł spać, dorośli mieli wreszcie okazję nieco odsapnąć i posprzątać cały bałagan.
- Mnie również bardzo się podoba — przyznała z szerokim uśmiechem, przyglądając się, jak biżutka mieni się w promieniach słońca wpadających przez jedno z dwóch okien kuchennych.
- Coś oznacza? - zapytał cicho, zamiatając podłogę.
- Owszem. Zaręczyliśmy się — odparła, opierając się o blat. Odwrócił się do niej gwałtownie, jego mina zdradzała pełne zaskoczenie.
- Zaręczyliście się? - powtórzył ciut ochrypłym głosem, wpatrując się w nią tak, jakby miał to być żart, którego tylko on nie zrozumiał.
- Tak, Alek, zaręczyliśmy. Na weselu u Marty. Masz z tym jakiś problem? - zapytała nieco ciut ostrzej, niż planowała. Przez chwilę w milczeniu mierzyli się wzrokiem. On patrzył na nią zszokowany i smutny, ona zdenerwowana jego pytaniem, które zabrzmiało niemal jak oskarżenie. W końcu jednak Alek odetchnął głęboko i uśmiechnął się do niej nieznacznie.
- Nie, nie mam z tym żadnego problemu — zapewnił ją. - Jeśli naprawdę jesteś z nim szczęśliwa, to nie mnie to osądzać. Mogę się tylko cieszyć, że Henry wreszcie będzie mieć mamę. Wiesz, może i jestem jedynie ochroniarzem Bena, ale myślę, że również jego przyjacielem. Doskonale widziałem, jak cierpiał po śmierci Lisy. Dzięki tobie znów się śmieje. A Henry... cóż, z tego, co wiem, to przestał już pytać o mamę. Dobrze, że pojawiłaś się w ich życiu, bo udało ci się sprawić kilka cudów. W sumie w moim też... Wiem, że wtedy zachowałem się jak ostatni kretyn i wciąż mi tego wstyd, ale nie będę ukrywać, że wciąż mi się bardzo podobasz i nasza przyjaźń będzie dla mnie zawsze piękną pamiątką i wspomnieniem. Nie mam jednak zamiaru stawać na drodze do waszego szczęścia. Wybrałaś jego, nie mnie i nie mogę cię w żaden sposób o to winić. W sumie to nawet ci się nie dziwię, że wybrałaś jego. To zdecydowanie lepszy wybór...
Zarumieniła się lekko.
- Dziękuję — szepnęła, gdy przytulił ją mocno.
- Wierzę w to, że stworzycie wspaniałą rodzinę — mruknął, z przyjemnością trzymając ją w swoich mocnych ramionach i wdychając słodki kwiatowy zapach jej perfum pomieszany z owocowym szamponem do włosów. Nie chciał jej puszczać. Czuł się tak, jakby ktoś właśnie wykrawał mu serce tępą łyżką. Ale gdy się w końcu wyprostował, w jego oczach nie było już łez, z którymi walczył, tuląc ją do siebie. - Sprawdź, co u małego. Ja tu skończę.
Kiwnęła głową, czując się nieco dziwnie i gdy weszła do swojej sypialni, z kuchni dobiegł ją szczęk tłuczonego szkła. Westchnęła cicho, ale udała, że niczego nie słyszała.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 1713 słów i 9290 znaków, zaktualizowała 16 paź o 22:28.

Dodaj komentarz