W świecie kłamstw rozdział 20

— Dwa tygodnie?! — Ryk Damiana sprawił, że szklanka z wodą na jego biurku zadrżała. — Aśka, czyś ty kompletnie upadła na głowę? To kolejny urlop! Przymknąłem oko na to, że sypiasz z gościem, ale te twoje fanaberie zaczynają mnie irytować.
Joanna poczuła, jak krew uderza jej do policzków, ale nie ze wstydu. Ze wściekłości.
— To nie moja wina, że Ben chce podróżować, Damian.
— No tak, rozumiem. Z pensji menedżera nie opłaciłabyś nawet paliwa do jego odrzutowca — prychnął, odchylając się na fotelu. — Coś insynuujesz? — mruknęła, mrużąc oczy.
— Nic, poza tym, że jesteś z nim wyłącznie dla kasy. Nie sądziłem, że upadniesz tak nisko, by stać się luksusową zabawką.

W gabinecie zapadła cisza tak ciężka, że Joanna słyszała własne tętno. Powoli, z namaszczeniem, odpięła plakietkę z imieniem. Metalowa szpilka szczęknęła o blat biurka.
— Odchodzę, Damian. Biorę urlop na żądanie, a jutro dostaniesz wypowiedzenie. Wszystkie kopie pójdą od razu do kadr, żebyś nie musiał odrywać tyłka od tego krzesła. Jeszcze by ci przyrósł na stałe, a to byłaby jedyna prawdziwa tragedia tego hotelu.
— Nie zrobisz tego! Jeśli teraz wyjdziesz, nie masz tu powrotu! — wrzasnął za nią, gdy była już w drzwiach.
— Nie mam zamiaru wracać do szamba — rzuciła przez ramię, zatrzaskując drzwi z taką siłą, że obraz na korytarzu się przekrzywił.
Godzinę później, siedząc w samochodzie z bagażnikiem pełnym osobistych rzeczy, zadzwoniła do ojca.
— Cześć, tatku. Potrzebuję pomocy.
— Pieniądze czy prawnik? — Głos ojca był jak zawsze konkretny.
— Pieniądze. I praca. Rzuciłam to wszystko. Damian to kawał drania.
— Córeczko, już myślałem, że stało się coś poważnego. Przyjedź na obiad. Swoją drogą, co was wszystkich napadło? Marta i Paweł też odeszli. Paweł już u mnie pracuje.

Joanna zamarła. A więc Damian postanowił spalić wszystkie mosty jednocześnie.


— Właścicielka to jego dawna znajoma, pewnie po prostu ją dyma i dlatego czuje się bezkarny — stwierdziła Joanna kilka dni później, popijając wino u Marty i Pawła.
— Młot i tyle — skwitowała Marta, masując opuchnięte stopy. — Ale to, co zrobił ze mną i moim ubezpieczeniem, to już czyste skurwysyństwo.
— Spokojnie — Paweł uśmiechnął się do nich obu. — Twój ojciec, Asia, to złoty człowiek. Mam lepszą pracę, a on już zaciera ręce na pozew o mobbing. Damian jeszcze nie wie, że właśnie wypowiedział wojnę niewłaściwym ludziom.

Wieczorem, w pustym mieszkaniu, Joanna połączyła się z Benem. Widok jego twarzy na ekranie sprawił, że poczuła fizyczny ból tęsknoty.
— Brawo, kochanie. Jestem z ciebie dumny — powiedział Ben, gdy opowiedziała mu o dymisji. — Ale wiesz, że ja też mógłbym cię zatrudnić?
— Ben, nie znam się na nieruchomościach. Golf to co innego. U taty będę szczęśliwa, a on przynajmniej nie robi mi awantur o urlop. Widzimy się za tydzień!

— Tęsknię za tobą... i nie tylko ja — głos Bena obniżył się o oktawę. — Pokaż mi się, Joanno. Chciałbym zobaczyć coś więcej niż twoją buzię. Chcę widzieć, jak się bawisz... dla mnie.
Nigdy tego nie robiła, ale podniecenie było silniejsze niż wstyd. Odsunęła laptopa, włączyła cichą muzykę i powoli, kawałek po kawałku, zrzuciła ubrania pod jego nienasyconym spojrzeniem. Gdy usiadła naga w fotelu, słyszała tylko jego przyspieszony oddech i charakterystyczny dźwięk rozsuwanego rozporka.
— Tak... ssij palce, mała myszko — mruknął Ben, a jego dłoń poruszała się rytmicznie pod stołem.
Joanna zamknęła oczy, wyobrażając sobie jego dłonie zamiast własnych. Jęki z głośników mieszały się z mokrym dźwiękiem pieszczot, budując napięcie, które mogło rozładować tylko spotkanie w Egipcie.

Dwa dni przed wylotem Ben zadzwonił z przeprosinami — musiał być w Egipcie wcześniej.
— Alek na ciebie zaczeka w Krakowie. Nie chcę, żebyś leciała sama — obiecał.

W poczekalni VIP Alek wydawał się inny. Bardziej ludzki.
— Architekturę wnętrz i prawo? — Joanna uniosła brwi, słuchając o jego wykształceniu. — Niezły rozstrzał.
— Znudziły mnie wnętrza, prawo wydawało się pożyteczniejsze — wzruszył ramionami, a jego ramiona napinały się pod koszulą, gdy oparł się o blat. — Gotowa na Egipt? Ben wykupił Dolinę Królów. Tylko ostrzegam, tam jest duszno. Możesz zemdleć z wrażenia.
W samolocie Joanna nie wiedziała, kiedy zasnęła. Gdy się ocknęła, jej głowa spoczywała na ramieniu Aleka. Poczuła zapach jego skóry — inny niż Bena, bardziej surowy. Przeprosiła, płonąc rumieńcem, i wtedy jej wzrok padł na otwarty notes leżący na jego stoliku.
Zamarła. Pismo było staranne, niemal kaligraficzne. Każda litera była pochylona w ten sam charakterystyczny sposób, który widziała na bileciku dołączonym do tajemniczego bukietu.
— Ładnie piszesz — mruknęła, starając się opanować drżenie głosu.
— Babcia była nauczycielką. Niemało się namęczyła, bym przestał pisać "obrazkowo" — uśmiechnął się, nieświadomy niebezpieczeństwa. — Spójrz, widać już pustynię. Największa kuweta świata, co?
Joanna nie patrzyła na piasek. Patrzyła na datę w notesie.
— Alek... — zaczęła cicho, przygryzając wargę. — Powiedz mi prawdę. To ty wysłałeś mi tamten bukiet?
Alek drgnął, ale szybko przybrał maskę obojętności.
— Nie. Czemu miałbym wysyłać ci bukiet frezji?
Joanna poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Uśmiechnęła się triumfalnie, choć w środku cała drżała.
— Nie powiedziałam, że to były frezje, Alek.
Cisza, która zapadła w kabinie, była głośniejsza niż szum silników.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 997 słów i 5835 znaków, zaktualizowała 28 lut o 9:09.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.