W sali szpitalnej zapadła głucha cisza. Asia niemal widziała obracające się w ich głowach trybiki, które niekoniecznie chciały zaskoczyć, gdy przetrawiali informacje, które właśnie im zaserwował.
- Książę? - zapytała w końcu szeptem jej mama. - Taki prawdziwy?
- Jak najbardziej - westchnęła brunetka, widząc, jak jej mama właśnie traciła głowę i zdolności logicznego rozumowania w obliczu arystokracji.
- I mówi pan, że jest jej życiowym partnerem - wtrącił się ojciec, nieznacznie odgradzając Duńczyka od łóżka córki.
- Owszem, jestem - Ben wykonał niewielki ukłon.
- Mam pewne... wątpliwości, czy tak faktycznie jest.
- Dlaczego? - Ben zdziwił się uprzejmie.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale pan jest starszy od mojej córki, na dodatek ta prywatna sala, podejrzewam że opłaceni lekarze i pielęgniarki, drogie prezenty... To nie wygląda na tylko życiową partnerkę. Zresztą z tym życiowym to jeszcze się zobaczy... Niestety, w moich oczach, to co pan tu robi, panie książę duński, to czysty sponsoring. I to nie jest ładne.
- Cholera... - jęknęła w kołdrę, zdając sobie sprawę, że Ben nie zdołał przekupić jej ojca tak, jak zrobił to z matką. Tfu, oczarować!
- W żadnym wypadku nigdy nie nazwałbym naszego związku sponsoringiem, proszę pana. Szanuję Joannę i darzę szczerym uczuciem, którego wyrazem są moje różnorakie prezenty. Wydaje mi się, że to nic złego w dbaniu o drogą sobie osobę...
- Zobaczymy... Póki co córka przenosi się do nas i tam, ewentualnie, będzie pan mógł ją odwiedzać.
- Wedle życzenia - Ben uśmiechnął się uprzejmie, choć przez krótką chwilę ten uśmiech wyglądał jak grymas po zjedzeniu gorzkiej cytryny.
A ona nawet nie mogła zaprotestować przeciwko rekonwalescencji u rodziców. Z ich uporem nie mogła wygrać...
Tydzień później.
Tyle musiała zostać w szpitalu i choć miała wszystkie udogodnienia, o jakich tylko reszta pacjentów mogła co najwyżej pomarzyć, szpitalne życie było po prostu upierdliwe. Błażej mimo obietnic opieki więcej się nie zjawił. Zdołał jednak wywoływać na jej twarzy uśmiech poprzez smsy. I to chyba złościło Bena. Nigdy jednak nie powiedział tego wprost, a ona udawała, że tego nie widzi. Tak było wygodniej. I bezpieczniej. Drugim względnie pozytywnym elementem był Alek. Przychodził do niej zawsze, gdy inni wychodzili i czuwał. Czasami w milczeniu, czasami oglądając z nią film. Przynosił picie nocami, gdy potrzebowała, rankiem pomagał przejść do łazienki. W jego poczciwych oczach widziała prawdziwą, szczerą troskę. I kiedy wyszła do domu, jego nieobecność stała się nagle dziwnie ciężka. Za to Ben byl wtedy przy niej niemal cały czas. Przychodził zawsze koło dziewiątej z bukiecikiem dla niej i jej mamy, a wychodził wieczorem, niechętnie wypuszczany przez Joannę z jej dawnego pokoju.
- Jak się czujesz, królewno? - zapytał z troską, całując ją w czubek głowy.
- Jest zdecydowanie coraz lepiej, chociaż ręka swędzi mnie niemiłosiernie pod tym cholernym gipsem. Chciałabym, by go wreszcie ściągnęli - odparła, uśmiechając się do niego czule. Kiwnął głową.
- Jeszcze tydzień, mała - mruknął, sunąc pocałunkami po jej szyi. - I wiesz co? Znam świetny sposób, by odwrócić twoją uwagę od nieprzyjemnego swędzenia.
- Taaak? Jaki? - zapytała cicho, drżąc pod jego dotykiem, gdy zsunął dłoń na jej nagie udo.
- Znakomity - uśmiechnął się drapieżnie. - Połóż się... — polecił jej, sięgając po pilot od telewizora i włączając przypadkowy program. - Twoi rodzice nie mogą cię usłyszeć, rozumiesz? Musisz być cicho.
Kiwnęła głową, przygryzając wargę, gdy zaczął ją rozbierać. Drżała z podniecenia.
- Tak - szepnęła. - Ben, zrób to - jęknęła, czując, jak jego długie palce prześlizgują się po jej gładkiej skórze.
- Poproś - zażądał. Ta surowość w jego glosie sprawiła, że jęknęła nieco głośniej, a wilgoć między jej nogami jeszcze się zwiększyła.
- Cisza - warknął, uśmiechając się zadziornie. Gwałtownym gestem rozsunął jej nogi, zaciągając się uzależniającym zapachem jej łona. Oblizał spiechnięte wargi. Tak bardzo mu jej brakowało. Żałował, że jego kobieta mieszka tak daleko. Najchętniej już nigdy nie wypuścił y jej z jego letniej rezydencji. Ale póki co... przejechał gorącym językiem po jej spragnionej, stęsknionej cipce. Jęknęła cicho, gdy nacisnął językiem jej nabrzmiałą, lepką od soków i śliny łechtaczkę. Musiała zagryźć zęby na ręce, by stłumić swe jęki. Rubiny bransoletki wpiły się jej w nadgarstek, gdy zacienął dłoń na jej skórze.
- Cicho - powtórzył wciąż z ustami miedzy jej udami. - Bo będę cię musiał zakneblować...
Zakneblować? Oł... To nie było... Nieprzyjemne myśleć o takim seksie. Nawet ją to... Podniecało! Do tego stopnia, że w kilka sekund później, gdy wszedł w jej gorące wnętrze na całą długość swojego języka, doszła mocnym strumieniem prosto w jego usta. Prychnął i wypluł na podłogę.
- Nie pozwoliłem ci dojść, Joanno - powiedział zirytowany. Nie słuchała go jednak, odpływając lekko po orgaźmie życia.
Nie pamiętała dokładnie jego słów z tamtego wieczoru, choć miała wrażenie, że coś się wtedy stało, bo jej ukochany zwinął się niebywale szybko. I nie pojawił przez kolejne trzy dni, tłumacząc nagłymi obowiązkami. Zauważyła jednak, że nie zostawił jej bez ochrony, Alek czuwał pod jej domem nawet w niepogodę, po kilka godzin dziennie. I przysyłał smsy. Najczęściej głupie memy. Niby nic wielkiego, a zdobywał jej przyjaźń nawet chyba o tym nie wiedząc. I, co najbardziej ją zaskoczyło, nic nie powiedział Benowi o niespodziewanej wizycie Błażeja.
- Cześć, maleńka — powiedział czule, gdy zamknął za sobą drzwi, po tym jak został łaskawie wpuszczony do środka przez panią domu.
- Hej — uśmiechnęła się kącikiem ust. - Siadaj. Napijesz się czegoś?
- Nie, dzięki... Widzę, że masz przymusowy urlop — pocałował ja w policzek, po czym potarł o niego nosem. - Boże... Ten zapach... Asia... Ja chcę cię czuć co rano w naszym łóżku! Wyjedź ze mną! - powiedział nagle. Zakrztusiła się własną śliną, więc chwilę minęło, nim opanowała oddech. A wtedy spojrzała na niego zaskoczona, w jej oczach lśniły łzy niedawnego kaszlu.
- Co? - wychrypiała.
- Wyjedź ze mną - powtórzył o wiele bardziej stanowczo. - Pojedziemy do Francji, załatwię wszystkie papiery konieczne do zakończenia służby i wrócimy tutaj. Znajdziemy ten twój wymarzony domek... - przygryzł wargę, patrząc na nią tak, jak patrzył kiedyś. - Proszę... Nie daj się więcej prosić...
- Błażej, ja mam faceta...
- Jakoś go tu nie widzę. I tak, masz cacanego biznesmena i co z tego? Naprawdę drogie brylanty, szafiry, rubiny i inne chuje są ważniejsze od twoich marzeń? Od wolności?
- Skąd pomysł, że nie jestem wolna? - zapytała zaskoczona.
- A jesteś? Facet oznacza cię na każdym kroku. Wiesz, czemu nie przychodziłem do szpitala? Bo zabronił ochronie mnie tam wpuszczać. I nie mówię o tym długowłosym mięśniaku czającym się pod domem... Asia... Błagam cię.
Ciężko przełknęła ślinę. Czy mógł mieć rację. Nawet, gdyby zdecydowała się na ten domek... Oh, jak on cholernie kusił! Nawet, gdyby się zdecydowała, wolała by się mylił.
- Błażej... Przecież to wszystko między nami już dawno się skończyło - powiedziała cicho, walcząc z własnymi łzami.
- Na pewno? - zapytał z troską. - Asiu... Odszedłem, tak. Byłem kretynem, tak. Ale nigdy nie przestałem cię kochać! - szepnął i pocałował ją. Tym razem wszystko smakowało inaczej, niż wtedy w szpitalu. Tam dawał jej do zrozumienia, że będzie walczył, teraz właśnie to robił. I jak to robił! Gdyby w tej chwili nie siedziała w fotelu, najpewniej by upadła. Bo musiała przyznać sama przed sobą, Ben był świetny w minetkavh, ale Błażej... Oh, Błażej. On był po prostu arcymistrzem. A co za tym idzie, jego francuskie pocałunki były arcydziełami. To, co wyprawiał językiem w jej ustach... Gdy się od niej oderwał, oboje dyszeli ciężko przez nos.
- Nie wmówisz mi, że i o tym zapomniałaś - powiedział cicho, nisko. - Tego nie mogłaś zapomnieć...
- Nie... Ale daj mi czas... Proszę - szepnęła zarumieniona. Jej policzki były teraz dokładnie tego samego koloru, co kamienie w jej biżutce. Usta najpewniej też. Modliła się w duchu, by nikt nie zobaczył jej teraz w takim stanie. A już na pewno nie Ben... Lub Alek. W panice wyjrzała przez okno. Nie było ani jego ani auta.
- Odjechał, nim zacząłem cię całować - mruknął, widząc jej spojrzenie.
- Skąd wiesz?
- Słyszałem silnik... Poza tym zapłaciłem mu...
- Żartujesz, prawda? - zapytała przez ściśnięte gardło. Jego uśmiech nieco zrzedł.
- Ty się go boisz... - stwierdził, wstając. - Co on ci zrobił?
- Nic! - odparła.
- Proszę cię... Nie kłam, kochanie.
- Nie kłamię, po prostu...
- Co takiego?
- On... Nie jest tylko biznesmenem.
- Mafia? - zapytał krótko, ale pokręciła przecząco głową. - W takim razie nie masz się czym martwić, skarbie...
Dwie godziny po jego wyjściu, znów usłyszała samochód parkujący przed jej domem. Teraz czekała już tylko na wyrok skazujący. Nie mogła się jednak spodziewać...
- Musze wyjechać na kilka dni i stwierdziłem, że ten misiek będzie dla ciebie odpowiedni - powiedział beztrosko Ben, z niejakim trydem wciągając do jej pokoju gigantycznych rozmiarów miśka. Na korytarzu dostrzegła Aleka z koszem kwiatów i drugim owoców. Były tak ogromne, że nawet on miał problemy, by się z nimi poruszać. Gdy ostawił prezenty, natychmiast wyszedł. Niedługo poźniej oboje usłyszeli dźwięk odjeżdżającego samochodu.
- Przyjedzie po mnie później, bym zdążył na lotnisko. Teraz jednak mam dla ciebie pewną propozycję, kochanie - powiedział Ben powoli, wyciągając z kieszeni marynarki dwa długie krawaty. - Co prawda nie będę cię kneblować, ale wiązanie też jest ciekawe. Połóż się...
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.