W świecie kłamstw rozdział 16

Słowo „nam” zawisło w sterylnym powietrzu nowoczesnej kuchni niczym wyrok. Joanna poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg. Patrzyła na Błażeja i przez ułamek sekundy widziała w jego oczach nie czułość, a kolejną klatkę – tym razem pomalowaną na biało i pachnącą sosnowym lasem.
– Oszalałeś – wychrypiała, cofając się o krok, aż jej plecy uderzyły o zimny blat. – Nie możesz tak po prostu... Błażej, ja mam życie. Mam partnera. Mam... – urwała, bo imię Bena nie chciało jej przejść przez gardło w tym jasnym, czystym miejscu.
Błażej nie odpuścił. Podszedł blisko, kładąc dłonie na blacie po obu stronach jej bioder, więżąc ją w kręgu swojego zapachu.
– To nie jest życie, Asiu. To jest egzekucja odroczona w czasie – szepnął, a jego twarz była tak blisko, że czuła jego ciepły oddech. – Ben cię nie kocha. On cię posiada. A ja... ja chcę ci dać to śniadanie przy tym oknie. Chcę, żebyś tu projektowała, żebyś tu oddychała.
Joanna spojrzała za okno na brzozowy lasek. Nie było tam Aleka. Nie było czarnej limuzyny ani drapieżnego spojrzenia zza ciemnych szkieł. Ta nagła, absolutna cisza przeraziła ją bardziej niż groźby Bena. Poczuła się tak cholernie sama, że gdy Błażej musnął wargami jej szyję, nie odepchnęła go. Zamiast tego wbiła palce w jego jasny płaszcz. Potrzebowała dowodu, że wciąż istnieje, że nie jest tylko pionkiem w grze Duńczyka i jego milczącego cienia. Potrzebowała ognia, który wypali w niej strach.
– Chodź na górę – zaproponował cicho, a ona mu uległa, dając się ponieść chwili słabości.

- "Wypnij się, maleńka"... - jego słowa dudniły jej echem w głowie w rytm jego pchnięć. Nie był tak precyzyjny jak Ben, ale był dobry i ro wystarczyło, by niedługo później doszła, jęcząc jego imię.  

Droga powrotna była torturą. Błażej milczał, ale był to milczenie pełne satysfakcji, co drażniło Joannę bardziej niż gdyby zaczął układać listę gości weselnych. Patrzyła przez okno na migoczące światła Krakowa, czując, jak w brzuchu zawiązuje jej się ciężki supeł.
Kiedy w końcu zatrzymał się pod domem jej rodziców, pierwszą rzeczą, którą zobaczyła, był blask latarni odbijający się w czarnym lakierze limuzyny. Alek stał dokładnie tam, gdzie go zostawiła. Nie poruszył się nawet o milimetr, ale gdy tylko wysiadła z auta Błażeja, poczuła na sobie jego wzrok. To nie było spojrzenie ochroniarza. To był skaner, który w ułamku sekundy zarejestrował jej potargane włosy, zbyt mocno przygryzioną wargę i tę jedną, zbłąkaną łzę, której nie zdążyła wytrzeć.
Alek nie powiedział słowa, ale Joanna wiedziała. On wiedział. Zapach obcego mężczyzny musiał bić od niej z daleka.
Zdecydowała więc na ucieczkę w rozmowę z przyjaciółką, efektem czego pół godziny później siedziała w kuchni u Marty, zaciskając dłonie na kubku gorącej herbaty. Marta, ze swoim zaokrąglonym już brzuszkiem, patrzyła na nią z przerażeniem.  
— Ty chyba żartujesz, Asiu — szepnęła Marta. — Z Błażejem? Teraz? Gdy Ben kupuje ci rubiny i planuje wspólną przyszłość?
— To był błąd, Marta. Gigantyczny błąd — Joanna schowała twarz w dłoniach. — Ale w tym domu... tam było tak normalnie. Przez chwilę chciałam wierzyć, że mogę jeszcze wrócić do tej dziewczyny, którą byłam przed Benem.
— Ale nie możesz — ucięła Marta brutalnie, choć współczująco. — Jeśli Ben się dowie, on ich obu zniszczy. Błażeja i tego twojego milczącego cienia, który stoi pod oknem.
— Błażej obiecał, że będzie o mnie walczył. Ale ja... ja już chyba nie chcę, żeby ktokolwiek o mnie walczył. Chcę tylko, żeby przestali mnie szarpać na kawałki.

Przez kolejne kilkanaście dni Joanna unikała Błażeja, ale on był nieugięty. Pojawił się na ujeżdżalni dokładnie wtedy, gdy najbardziej potrzebowała skupienia. Trening z ogierem szedł fatalnie — koń wyczuwał jej zdenerwowanie.
Właśnie poprawiała siodło, starając się zignorować Błażeja, który oparty o ogrodzenie obserwował ją z tym swoim "głupkowatym uśmieszkiem", gdy nagle poczuła, że atmosfera wokół gęstnieje. Koń parsknął nerwowo i cofnął się o krok.

Joanna podniosła wzrok i serce podeszło jej do gardła.
Przy bramie ujeżdżalni stał Ben. W nienagannym płaszczu, z dłońmi zaciśniętymi na poręczy tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie. Nie powinien tu być. Miał być na spotkaniu w Warszawie. Jego oczy, zwykle chłodne i skalkulowane, teraz płonęły furią, gdy przenosił wzrok z Joanny na Błażeja.
— Co on tu robi? — zapytał Ben, a jego głos był tak cichy i lodowaty, że Joanna poczuła dreszcz na plecach.
- Asekuruje mnie - powiedziała cicho, świadoma faktu, że Błażej słyszy i rozumie każde wypowiadane przez nich słowo.
- Dlaczego on? Poproś kogoś z hotelu.
- Błażej zna się na koniach równie dobrze, co ja. Dawno temu ćwiczyliśmy wspólnie. W hotelu nie ma nikogo, kto dorównałby mu doświadczeniem, a pracownicy stadniny mają już swoje liczne obowiązki i nie będę dokładać im nowych - wyjaśniła.  
- Nie podoba mi się, że on tu jest...
- Nic z tym nie zrobisz - wzruszyła ramionami, wspinając się na siodło ogiera, który nerwowo podrzucał łbem. Nie miała więc szansy dostrzec, jak Ben spojrzał na drugiego mężczyznę.
- Od tej pory ćwiczysz ze mną - mruknął, przytrzymując uzdę wierzchowca. - On się ma do ciebie nie zbliżać.  
Westchnęła, kręcąc głową.
- To mój przyjaciel - powiedziała łagodnie, nieomal udławiając się przy tym własnym kłamstwem. - Więc niczego nie gwarantuję...
- A ty jesteś moja, Joanno...
- Wiem - odparła cicho. - Chcesz żebym wygrała te zawody?
- Proszę cię, nie zadawaj niemądrych pytań, kochanie... Oczywiście, że chcę.
- I będziesz tam, tak?
- Nic by mnie nie powstrzymało.
- Świetnie. Więc mnie wysłuchaj, proszę. Błażej pomogł mi okiełznać tego twojego nakrapianego diabła, choć i tak temperament ma taki, że jeśli dojadę do ostatniej przeszkody w jednym kawałku, to będzie to ogromny sukces. Nie wiem, jak Błażej to robi, ale przy nim ten cholernik nie jest aż tak zadziorny...
- Co chcesz przez to powiedzieć? - syknął.
- Proszę cię, by Błażej jechał tam ze mną... Okiełzna konia przed moim startem, a to zwiększy moje szanse.
- Nie - pokręcił głową. - Nie ma takiej opcji.
- Ben...  
- Nie.
Westchnęła, zsiadając.
- W takim razie nie mam nawet co startować. Nie wiem, czemu wybrałeś dla mnie właśnie tego ogiera, ale to demon a nie koń. I sama nie dam mu rady - powiedziała, oddając wodze Benowi. Zacisnął szczęki, patrząc nie na nią, lecz na mężczyznę nieopodal.  
- Jeśli choćby usłyszę, że cię dotknął...
- Nie usłyszysz. Błażej to tylko przyjaciel.

- Tylko przyjaciel, tak? - mruknął, dosiadając się do niej niespkdziewanie kilka godzin później w parku.
- Co miałam mu powiedzieć? Że właśnie dopiero co mnie przeleciałeś, a ja zastanawiam się, czy wyjazd do tego domku był błędem, czy nie? - fuknęła, wpatrując się w kaczki na wodzie.
- A był błędem? - zapytał cicho, delikatnie biorąc ją za rękę.
- Nie wiem - przyznała. - Zaskoczyłeś mnie tą propozycją, osaczyłeś i wykorzystałeś moje wahanie.
- Osaczyłem? Naprawdę tak właśnie się czujesz, będąc ze mną?
Przez chwilę milczała, szukając odpowiednich słów. Ta cisza była dla Błażeja niemą odpowiedzią i ciosem prosto w serce. Puścił jej dłoń i wstał. Spojrzała na niego zdezorientowana.
- Nie sądziłem, że tak mało dla ciebie znaczę, Asiu - powiedział cicho, a jego głos przepełniony był żalem.
- Co? Nie! Błażej... Ja...
- Naprawdę nie musisz nic mówić - przerwał jej, uśmiechając się niewyraźnie. - Rozumiem, że przegrałem z lepszym.
- O czym ty mówisz? Nic nie przegrałeś!
- Więc dlaczego milczałaś?
- Bo szukałam słów, by odpowiednio opisać ci moje emocje! - zirytowała się. - Nie chciałam cię ranić. I nie, nie osaczasz mnie. Wtedy w domku, w tamtej chwili, owszem... Tak bardzo zaskoczyłeś mnie tym, że jesteś gotowy poświęcić swoją karierę dla mnie...
- A ten... - odchrząknął. - On nie jest gotowy na coś podobnego?
- Nie rozmawialiśmy na ten temat...
- Czy on jest?...
- Moim sponsorem? Nie ty jeden widzisz to w taki sposób - westchnęła, zerkając na swój nadgarstek. Kompletnie zapomniała, że bransoletkę zostawiła w domu rodziców. - Nie... Ben nie jest moim sponsorem. Nigdy nie był. Ale to skomplikowane.
- Dlaczego?  
- Bo... Często wyjeżdża, ma wiele obowiązków.
- Czyli cię olewa...
- Nieprawda. Dba o mnie.
- Raczej tobą rządzi, maleńka. I to mi się cholernie nie podoba.
– Bo rządzi, Błażej. Tacy jak on, bez względu na to kim są zawodowo czy prywatnie, nie proszą, oni wydają polecenia – Joanna podniosła wzrok, a w jej oczach błysnął gniew zmieszany z rezygnacją. – Ale to on daje mi szansę na ten konkurs. To on kupił tego ogiera, z którym ty masz mi pomóc.
Błażej prychnął, znów siadając obok niej, ale tym razem zachowując dystans.
– Pomogę ci. Ale nie dla niego. Zrobię to, żebyś zobaczyła, że nie potrzebujesz jego milionów, by być najlepsza. A potem, gdy wygrasz... – spojrzał na nią z tą swoją melancholijną pewnością siebie – ...wrócimy do rozmowy o tym domku w lesie.
Nie odpowiedziała. Nie mogła mu obiecać niczego, kiwnęła więc nieznacznie głową.
- Wracam w Nowy Rok - powiedział, patrząc gdzieś w dal. - Chcę, byś do tego czasu określiła jasno, czy wolisz wolność ze mną w naszym małym domku, czy złotą klatkę w najwspanialszych salonach świata z tym durnym gogusiem i życie według wyłącznie jego zasad...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 1846 słów i 9884 znaków, zaktualizowała 27 lut o 21:00.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.