W świecie kłamstw rozdział 37

Lądowanie w Krakowie było jak uderzenie w betonową ścianę. Wilgotny, duszny upał i zapach spalin brutalnie wyparły wspomnienie krystalicznego, szwajcarskiego powietrza. Asia czuła się, jakby ktoś siłą wyciągnął ją z bezpiecznego kokonu.
— Ben! — wrzasnęła, rzucając mu się na szyję, gdy tylko stopy dotknęły płyty lotniska.
Wbiła palce w jego ramiona, szukając w nim kotwicy, czegokolwiek, co zagłuszy szept Alka o „zniknięciu we Włoszech”. Ben przytulił ją zaborczo, niemal miażdżąc żebra, jakby chciał sprawdzić, czy na pewno wróciła w całości. Pocałował ją w szyję, a jego oddech był gorący i nienaturalnie przyspieszony.
— Cześć, maleńka. Cholernie tęskniłem, wiesz? — mruknął, chłonąc jej zapach.

Alek, przechodząc obok nich z bagażami, tylko prychnął pogardliwie. Ten krótki dźwięk był jak rykoszet o fasadę – suchy i bolesny.
— O co ci chodzi? — Ben wyprostował się i spojrzał na niego ostro. W jego oczach, zwykle łagodnych, teraz ciskały się pioruny. Wyczuł, że coś się zmieniło. Że ta wersja Asi, którą oddał Alekowi tydzień temu, wróciła inna.
— Mnie? O nic — Alek rzucił torby do bagażnika SUV-a z taką siłą, że cała maszyna aż przysiadła na amortyzatorach. — Po prostu następnym razem uważaj, z kim kruszysz kopie, jeśli nie chcesz się już więcej rozstawać z Joanną.
— Śmiesz dyktować mi, co mam robić? — Ben zrobił krok w jego stronę, zaciskając pięści.
— Tylko sugeruję... — Alek nie drgnął. Stał tam, drapieżny i pewny siebie, a w jego spojrzeniu Asia odczytała jasny przekaz: „Wiem o niej rzeczy, o których ty nie masz pojęcia”.

Miesiąc później.
– Proszę! – rzuciła machinalnie Asia, nie odrywając wzroku od sterty dokumentów na biurku.
Dopiero ciche skrzypnięcie drzwi i delikatne, pełne wahania chrząknięcie sprawiło, że podniosła głowę. Zamurowało ją.
– Sophie! – Asia zerwała się z miejsca, czując nagły skok adrenaliny. – Co ty tutaj robisz? Dlaczego nie dałaś znać, że przylatujesz? Odbieralibyśmy cię z lotniska!
Podeszła do siostry Bena i przytuliła ją, ale poczuła, że dziewczyna jest sztywna jak struna, a jej ciało drży.
– Nie chciałam robić afery – szepnęła Dunka, opadając na fotel, jakby nagle zabrakło jej sił.

Asia usiadła naprzeciwko niej, badając wzrokiem jej bladą twarz.
– Co się dzieje? Stało się coś z Henrym? – serce zabiło jej mocniej.
– Nie, z małym wszystko w porządku. Chodzi o matkę... – Sophie zacisnęła palce na rąbku sukienki tak mocno, że zbielały jej kłykcie. – Znów wylądowała w szpitalu, ale tym razem... lekarze mówią, że stamtąd nie wyjdzie. Rak jest w najbardziej zaawansowanym stadium. Został jej co najwyżej tydzień. Chce was widzieć, Asiu. Chce widzieć was oboje.
Asia poczuła, jak w gabinecie nagle robi się duszno. Małgorzata. Kobieta, która zatruła im życie, teraz wzywała ich do łoża śmierci.
– Chce widzieć nas? Dlaczego? Przecież ona mnie nienawidzi.
– Nie powiedziała... – Sophie spuściła wzrok. – Czy Ben już wie? – zapytała cicho Asia.
– Nie. Boję się jego reakcji, Asiu. Masz na niego zdecydowanie dobry wpływ, uspokajasz go... Chciałabym, żebyś była przy tym, jak mu to powiem. Proszę.


Ben stał pośrodku salonu niczym posąg z marmuru – nienaganny, chłodny, przerażający w swojej nieruchomości. Słuchał raportu siostry z twarzą całkowicie wypraną z emocji, jakby Sophie opowiadała mu o prognozie pogody, a nie o agonii ich matki.
– Bilety do Danii mamy na jutro rano – skończyła Sophie, a jej głos załamał się w panującej ciszy. – Mam nadzieję, że zdążymy...
Ben milczał przez długą chwilę. Jego wzrok był wbity w jeden punkt na ścianie, a szczęki miał zaciśnięte tak mocno, że na skroniach pulsowały mu żyły.
– Napijecie się czegoś, dziewczyny? – zapytał nagle ochryple, z nadspodziewanym, niemal nienaturalnym spokojem. – Bo ja chętnie.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę kuchni. Sophie i Asia wymieniły przerażone spojrzenia. Ten spokój był gorszy niż krzyk. Kiedy z głębi mieszkania dobiegł ich ostry, krótki brzęk tłuczonego szkła, obie zerwały się z miejsc.
Wpadły do kuchni i zamarły.
Ben stał boso pośrodku podłogi, a wokół jego stóp rozsypane były setki lśniących odłamków. W dłoni wciąż trzymał resztki wysokiej szklanki do piwa, którą dosłownie zniósł w palcach. Krew zaczęła powoli wyciekać spomiędzy jego palców, kapiąc na białe kafelki, ale on zdawał się tego nie czuć.
W jego oczach, zwykle pełnych ciepła, gdy patrzył na Asię, teraz płonęła lodowata, niszczycielska furia przemieszana z bezbrzeżną bezsilnością. Wyglądał, jakby chciał rozszarpać cały świat, zaczynając od samego siebie.
– Ben! Twoja ręka! – Asia zrobiła krok w jego stronę, ale on uniósł zakrwawioną dłoń, zatrzymując ją w miejscu.
– To nic... – warknął, a ten dźwięk nie przypominał jego głosu. – To tylko szkło. Nic w porównaniu z tym, co ona nam zrobiła. I teraz... teraz śmie umierać i wzywać mnie na audiencję?

Asia poczuła, jak żołądek wywraca jej się na drugą stronę. Czerwień krwi na bieli ceramiki wyglądała nienaturalnie, niemal wyzywająco. Sophie stała w progu kuchni, zasłaniając usta dłonią, sparaliżowana widokiem brata, który zawsze był dla niej opoką.
— Ben, do cholery, puść to szkło! — Asia nie posłuchała jego ostrzeżenia. Zrobiła dwa szybkie kroki, ignorując fakt, że drobne odłamki mogą wbić się jej w bose stopy.
Złapała go za nadgarstek. Jego skóra była lodowata, a mięśnie przedramienia napięte jak postronki. Przez chwilę stawiało opór, ale w końcu palce Bena drgnęły. Resztki szklanki z brzękiem upadły na podłogę.
— Spójrz na mnie! — syknęła, zmuszając go, by odwrócił wzrok od zakrwawionej dłoni.
Kiedy ich oczy się spotkały, Asia niemal się cofnęła. To nie był „jej” Ben. To był obcy człowiek, w którego spojrzeniu czaiła się czysta, destrukcyjna nienawiść.
— Ona nie zasługuje na to, żebyś się dla niej wykrwawiał w kuchni na Dietla. Słyszysz?
Ben zaśmiał się – krótko, sucho, bez cienia wesołości. Ten dźwięk był gorszy niż brzęk tłuczonego szkła.
— Ona zawsze wygrywa, Joanno. Nawet zdychając, wydaje rozkazy. „Przyjedź. Zabierz kobietę, której nienawidzę. Pokaż mi wnuka”. Myślisz, że chce się pojednać? — przybliżył swoją twarz do jej twarzy, a ona poczuła od niego zapach adrenaliny i gorzkiej kawy. — Ona chce sprawdzić, czy udało jej się nas złamać.
— Nie damy jej tej satysfakcji — odparła hardo, choć serce waliło jej w piersi jak oszalałe. — Sophie, przynieś apteczkę. Już!

Sophie, wyrwana z transu, niemal wybiegła z kuchni. Ben wciąż pozwalał Asi trzymać swój nadgarstek, ale jego palce zaciskały się rytmicznie, pompując krew z ran.
— Polecisz tam ze mną? — zapytał nagle cicho, a w jego głosie na ułamek sekundy pojawiła się ta dawna kruchość.
— Polecę. Ale nie dla niej. Dla ciebie.
W progu kuchni pojawił się Alek. Oparty o futrynę, z rękami skrzyżowanymi na piersi, przyglądał się tej scenie z kamienną twarzą. Nie wyglądał na zdziwionego. On wiedział, że ten marmur w końcu pęknie.
— Bilety załatwione — rzucił Alek, przenosząc wzrok z zakrwawionej podłogi na Bena. — Ale jeśli zamierzasz tam wejść w takim stanie, stary, to lepiej od razu zamów nam celę w kopenhaskim areszcie. Bo Małgorzata tylko czeka, aż stracisz panowanie nad sobą.
Ben powoli wyprostował plecy, odzyskując tę swoją przerażającą, posągową formę.
— Nie stracę go — wycharczał, patrząc Alkowi prosto w oczy. — Tym razem to ja będę patrzył, jak ona przegrywa ostatnią bitwę.

Lot prywatnym odrzutowcem do Kopenhagi przypominał podróż skazańców na egzekucję. Ben siedział przy oknie, z dłonią owiniętą grubym bandażem, przez który zaczęła przesiąkać ciemna plama krwi. Nie pił kawy, nie czytał. Wpatrywał się w chmury z taką intensywnością, jakby chciał je spalić wzrokiem.
Alek siedział naprzeciwko, nonszalancko wyciągnięty w fotelu, czyszcząc paznokcie małym nożykiem. Co jakiś czas rzucał Benowi to swoje drapieżne, badawcze spojrzenie, jakby tylko czekał, aż marmur znów pęknie. Sophie płakała cicho kilka rzędów dalej, wtulona w poduszkę.
— Ben, zjedz coś — odezwała się Asia, kładąc dłoń na jego ramieniu.
Drgnął, jakby ją pierwszy raz zobaczył.
— Nie jestem głodny, Joanno. Jestem... wściekły. Czuję ją pod skórą. Tę całą Danię, te etykiety, te kłamstwa. Czuję, jak wyciąga po mnie ręce z tego swojego szpitalnego łóżka.
Kiedy wylądowali, na płycie lotniska nie czekały taksówki. Stały tam dwa czarne, opancerzone Bentleye z królewskimi proporczykami. Kierowcy w liberiach skłonili się nisko, a Ben nawet na nich nie spojrzał. Szedł sztywno, ignorując ból w dłoni, prosto do auta.
Zapach szpitala był mdły, przemieszany z wonią lilii, które wypełniały korytarz prowadzący do apartamentu królowej. Ochrona w cywilu mijała ich bez słowa, stukając obcasami o wypolerowany marmur.
— Matko — Ben wszedł do sali pierwszy. Nie skłonił się. Nie podszedł do łóżka. Stanął w bezpiecznej odległości, jakby bał się, że choroba królowej jest zaraźliwa.

Małgorzata wyglądała jak cień samej siebie. Skóra opięta na kościach policzkowych była niemal przezroczysta, a oczy – te lodowate, niebieskie oczy – wydawały się nienaturalnie duże.
— Synu... — wychrypiała, a jej głos przypominał tarcie papieru ściernego o drewno. — Przyleciałeś. A gdzie Henry? I... ona?

— Henry śpi w pałacu pod opieką niani. Joanna jest za drzwiami — odparł Ben, a każde jego słowo było jak uderzenie młota. — Czego chcesz, matko? Naprawdę musisz odgrywać ten teatr nawet teraz?
Królowa uśmiechnęła się słabo, a w kąciku jej ust pojawiła się krew.
— Chcę... rozmawiać z nią. Sam na sam.
— Wykluczone — warknął Ben, robiąc krok do przodu. — Nie pozwolę ci jej zatruć po raz ostatni.
— Ben... — Małgorzata wyciągnęła kościstą dłoń w jego stronę. — Pozwól mi... naprawić to, co zepsułam. Albo przynajmniej... spróbować. Dziesięć minut. Tylko tyle mi zostało.
Ben stał przez chwilę nieruchomo, a Asia widziała przez uchylone drzwi, jak jego bandaż na dłoni robi się coraz bardziej czerwony od zaciskania pięści. W końcu odwrócił się gwałtownie i wyszedł z sali, niemal taranując Asię w progu.
— Dziesięć minut — rzucił do niej, nie patrząc jej w oczy. — Jeśli piśnie choć jedno słowo, które cię urazi, wychodzisz. Jasne?
Asia skinęła głową, choć serce podchodziło jej do gardła. Weszła do środka, a zapach lekarstw i zbliżającego się końca niemal zwalił ją z nóg.
— Siadaj — Małgorzata wskazała na krzesło przy łóżku. — Nie cierpię, gdy ludzie stoją nade mną jak sępy.
— Nigdy cię nie lubiłam, Joanno. I nadal tak jest — zaczęła bez ogródek, a jej oczy błysnęły dawnym blaskiem. — Ale ten mój głupi syn najwyraźniej uważa, że jesteś jego zbawieniem. Dam wam moje błogosławieństwo... dam wam spokój... ale pod jednym warunkiem.
— Słucham — Asia starała się, by jej głos brzmiał pewnie, choć w środku cała drżała.
— Benedict ma wrócić do obowiązków. Jako książę regent lub rzecznik korony. On się stacza, Joanno. Ten jego przyjaciel... ten Alek... on go wciąga w mrok, którego ty nie rozumiesz. Twój obowiązek to sprawić, by Ben znów założył koronę. Inaczej... stracicie wszystko. Łącznie z Henrym.

Asia poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. To nie była prośba o pojednanie. To był szantaż zza grobu.
Asia patrzyła na królową, a w jej piersi narastał dławiący gniew. Ta kobieta, nawet jedną nogą w grobie, wciąż próbowała handlować ludzkim życiem jak pionkami na szachownicy.

— Nie — powiedziała Asia, a jej głos był nadspodziewanie twardy. — Nie zamierzam handlować wolnością Bena za wasze błogosławieństwo. On nie jest rzeczą, którą można sterować, a ja nie jestem waszą agentką.
Małgorzata uśmiechnęła się krzywo, a w tym uśmiechu nie było ani krzty matczynej troski. Tylko czysty jad.
— Jesteś nikim, Joanno. Małą, naiwną dziewczyną z Polski, której wydaje się, że miłość wystarczy, by rządzić sercem księcia. Spójrz na niego. On się rozpada. Bez korony, bez dyscypliny, którą mu wpoiłam, zostanie z niego tylko wrak, który cię nienawidzi za to, co mu odebrałaś. Myślisz, że on ci wybaczy, gdy Henry straci prawo do nazwiska? Gdy zostanie bękartem wygnanego księcia?
— Przestań... — szepnęła Asia, czując, jak łzy palą ją pod powiekami.
— Jesteś tylko pasożytem na jego rodowodzie — wycharczała Małgorzata, a jej oczy płonęły nienawiścią. — Nigdy nie będziesz jedną z nas. Jesteś błędem, który Benedict popełnił w chwili słabości. Wyjdź stąd. Brzydzę się twoją obecnością w mojej ostatniej godzinie.
Asia poczuła, jakby dostała w twarz. Nie czekając ani sekundy dłużej, zerwała się z krzesła. Pchnęła ciężkie, dębowe drzwi i niemal wpadła na Bena, który stał na korytarzu z zaciśniętymi pięściami.
— Asiu? Co ona... — zaczął, ale nie dokończył.
Nie mogła wydusić słowa. Ominęła go szerokim łukiem, nie patrząc mu w oczy, słysząc jedynie, jak Ben z ciężkim westchnieniem wchodzi do sali matki.
Biegła przez sterylne korytarze, mijając zaskoczoną ochronę i Sophie, która próbowała ją zatrzymać. Wypadła na zewnątrz, prosto w zimny, duński deszcz. Dopiero tutaj, na parkingu przed szpitalem, pozwoliła sobie na oddech, który palił płuca jak lód.
Alek stał oparty o czarnego SUV-a, paląc papierosa pod niewielkim zadaszeniem. Obserwował ją, odkąd tylko wybiegła z budynku. Nie ruszył się, nie zapytał o nic. Tylko wypuścił kłąb dymu, mrużąc oczy. Widział, że jest roztrzaskana.

Minęło dziesięć, może piętnaście minut. Asia krążyła nerwowo wokół gazonu, mocząc buty w kałużach, starając się zmyć z siebie poczucie brudu po rozmowie z królową. Nagle drzwi szpitala otworzyły się z hukiem.
Wyszedł Ben.
Szedł sztywno, z głową uniesioną wysoko, ale w jego ruchach było coś nienaturalnego. Coś, co sprawiło, że Asia odruchowo cofnęła się o krok, gdy tylko zbliżył się do niej. Lód w jego oczach nie był już tylko gniewem – to była pustka. Całkowite wyjałowienie z jakichkolwiek ludzkich odruchów.
Alek natychmiast wyrzucił niedopałek i wyrósł między nimi jak czarna tarcza, kładąc dłoń na piersi Bena, by go zatrzymać.
— Hej, stary, wyluzuj. Nie wiem, co tam się stało, ale daj na wstrzymanie — warknął Alek, czując pod dłonią, jak serce Bena wali jak oszalałe. — Ochłoń, wtedy pogadacie.
Ben zatrzymał się. Spojrzał na dłoń Alka, potem powoli przeniósł wzrok na Asię. W jego spojrzeniu nie było już narzeczonego, ojca jej dziecka, ani kochanka spod prysznica. Był tylko mężczyzna, który właśnie stracił ostatnią kotwicę.

— Ta suka wreszcie zdechła — wycharczał lodowatym głosem, który nie należał do człowieka. — I zabrała ze sobą wszystko, w co wierzyłem.
Odsunął rękę Aleka jednym gwałtownym ruchem i ruszył w stronę limuzyny, zostawiając ich oboje w deszczu.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 2728 słów i 15615 znaków, zaktualizowała 2 mar o 20:15.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.