W świecie kłamstw rozdział 26

Tydzień po zaręczynach do jej drzwi zapukał Alek. Otworzyła mu w ciut za dużym dresie, z włosami zebranymi w niedbały kok i boso. Spojrzał na nią przeciągle, jakby była najpiękniejszą istotą pod słońcem. A potem po prostu wyciągnął w jej stronę rękę, w której trzymał ogromny bukiet róż.
- To dla ciebie - powiedział cicho, uśmiechając się ciut niepewnie. - Z najszczerszymi przeprosinami za to, jakim idiotą byłem.
- Taaak... Przyznaję, byłeś - kiwnęła głową, zabierając kwiaty i pozwalając mu wejść do mieszkania. - Muszę się jeszcze ogarnąć, telefon Bena tak kompletnie mnie zaskoczył. Czego on właściwie ode mnie chce?
Rosjanin tylko wzruszył potężnymi ramionami.
- Wybacz, ale nie mam zielonego pojęcia, po prostu kazał mi cię sprowadzić jak najszybciej do Danii... Ale powiem ci, że wygląda na jakiegoś podminowanego...

Gdy jakieś pół godziny później usiedli w samochodzie, zignorowała otwarte przez niego tylne drzwi i usiadła obok kierowcy.
- Niezależna i piękna nawet bez makijażu - mruknął, ruszając spod jej bloku. - Takie połączenie rzadko się zdarza.
- Uważaj... - pogroziła mu, ale nieznacznie się uśmiechała. Skinął głową, wpatrzony w drogę przed nimi.
- Byłbym zapomniał - mruknął w pewnym momencie. - Gratuluję utarcia Małgorzacie nosa.
- Słyszałeś? - zdziwiła się.
- Coś tam obiło mi się o uszy. I wiesz, świetnie ją rozegrałaś. Ta kobieta nienawidzi każdego, kto nie ma w sobie choć kropli błękitnej krwi, a i wtedy trzeba się sporo napracować, by zasłużyć na jej uznanie.
- Nie lubisz jej - stwierdziła z nieukrywaną radością. Pokręcił głową. - Dlaczego?
- Bo dla niej jestem tylko bezmózgim osiłkiem.
- Naprawdę tak powiedziała?!
- Oh nie, skąd! Przecież jestem ochroniarzem jej syna, nie zniżyłaby się do poziomu rozmowy ze służbą - prychnął, skręcając na lotnisko.
- Alek... Ja nigdy...nigdy tak o tobie nie myślałam - powiedziała cicho. Uśmiechnął się i sięgnął ręką do jej dłoni. Wciąż patrząc na drogę, uniósł ją do swych ust i pocałował delikatnie.
- Nie obchodzi mnie jej opinia, Joanno. Ale twoja już owszem, moja pani - szepnął. Zarumieniła się wściekle, a bicie jej serca przyspieszyło tak gwałtownie, że aż zabrakło jej tchu. Ten prosty gest i te dwa słowa sprawiły, że poczuła się kimś wyjątkowym. Nie menedżerką, nie narzeczoną księcia, ale kobietą, dla której ten potężny Rosjanin był gotów na wszystko. I tym razem wcale jej to nie przeszkadzało.  


W Danii Ben przywitał ją lawiną pocałunków tak wielką, że Asia prawie nie mogła złapać tchu i w końcu musiała go odepchnąć.
- Spokojnie, ogierze - mruknęła. - Nie pędź tak...
- Wybacz, kochanie - chrypnął, przyciągając ją znów do siebie. - Strasznie tęskniłem. Henry też, ale aktualnie bawi się w najlepsze, więc pozwól, że najpierw zajmę się tobą...

- Jesteś idealna - mruknął, całując ją czule po ramieniu, gdy zdyszani leżeli jakiś czas później w zmierzwionej pościeli. Uśmiechnęła się do niego rozanielona.
- Nieprawda, ale to urocze...
- Prawda - powiedział twardo. - A teraz powiedz mi, moja mała myszko, co robisz 17 lipca?
- Jeszcze nie wiem, bo co?
- Bo mamy misję.
- Zwariowałeś, jaką misję? - spojrzała na niego jak na wariata.
- Moja matka wysyła mnie do Rosji z funkcją reprezentacyjną i chcę, byś mi tam towarzyszyła.
- Co to za misja dokładnie? I co na to królowa?
- Powiedziałem jej, że to moja decyzja, kogo tam zabiorę i ona nie ma prawa decydować za mnie, jeśli naprawdę chce, bym się tam pojawił...
- W porządku - przygryzła niepewnie wargę.
- Kochanie, obiecuję ci, że wszystko będzie dobrze. A więc, lecimy?
- Po co?
- Na setną rocznicę śmierci Romanowów. Wielka msza i te rzeczy.
- O Jezu! - zatkała usta dłonią, a w jej oczach majaczyły gwiazdki zachwytu.  

Przygotowania do wielkiego dnia w Rosji zajęły jej kilka długich dni i nieprzespanych ze stresu nocy, gdy poszukiwała odpowiedniej kreacji. Doskonale wiedziała, że nie może wybrać nic spektakularnego, bo nie oto chodziło. To musiała być prostota i elegancja w jednym. Postawiła więc na garsonkę i płaszczyk - Ben ostrzegał, że prognozy na ten dzień nie są zachwycające.  

Mimo że był środek lipca, Sankt Petersburg przywitał ich ołowianym niebem i przeszywającym wiatrem znad Newy. Gdy wysiedli z samochodu przed sobotem Piotra i Pawła, Joanna odruchowo mocniej otuliła się płaszczem swojej eleganckiej garsonki, dziękując w duchu za kapelusz, który mimo porywów wiatru trzymał się pewnie na jej głowie.

- Tam stoją Meghan z Harrym - powiedział cicho, wskazując parę przed nimi po lewej. A do soboru wchodzi właśnie...
- Maria Romanowa - przerwała mu, rozpoznając natychmiast postawną kobietę. - Głowa rodziny Romanowów i tytularna imperatorowa Wszechrusi, pomimo sprzeciwu większości członków rodu.
Bez i Alek spojrzeli na nią w totalnym szoku.
- Skąd ty... - zaczął Rosjanin. Widząc jego minę, uśmiechnęła się uroczo.  
- To mój konik, uwielbiam Romanowów.
- Jesteś nadzwyczajna - powiedział Ben, otaczając ją ramieniem, gdy ruszyli do katerdy. - I kocham cię jeszcze bardziej.


Gdy weszli do chłodnego, pachnącego kadzidłem wnętrza soboru, blask tysięcy świec odbijał się w złotych ikonostasach. Maria Romanowa stała nieopodal sarkofagów, otoczona wianuszkiem oficjeli, ale gdy tylko dostrzegła Bena, jej surowa twarz rozjaśniła się w rzadkim uśmiechu.
— Benedict, mój drogi chrześniaku — odezwała się niskim, dźwięcznym głosem, wyciągając do niego dłoń w czarnej rękawiczce.
— Wasza Cesarska Wysokość — Ben ukłonił się nisko, całując jej dłoń, a potem delikatnie przyciągnął Joannę bliżej. — Pozwól, że przedstawię ci moją narzeczoną, Joannę.
Asia, nie czekając na instrukcje Bena, zrobiła coś, co zamurowało wszystkich wokół. Zrobiła idealny, głęboki dyg i spuściła wzrok, dokładnie tak, jak wymagał tego stary, carski protokół.
— To dla mnie zaszczyt, Imperatorowo — powiedziała czystą angielszczyzną, dodając po rosyjsku: — Błogosławiona niech będzie pamięć Twoich przodków w tym szczególnym dniu.
Maria Romanowa zamarła na ułamek sekundy, a w jej mądrych oczach błysnęło autentyczne wzruszenie.
— Już dawno nikt mnie tak nie tytułował, dziecko — odezwała się cicho, kładąc dłoń na ramieniu Joanny i zmuszając ją, by podniosła głowę. — I mało kto z gości mojego chrześniaka zadaje sobie trud, by znać nasz język i historię.
— To dla mnie pasja, nie trud — odparła Joanna, prostując się. — Historia domu Romanowów to opowieść o wielkości, która nigdy nie przeminie, niezależnie od tego, co mówią podręczniki.
Maria uśmiechnęła się szerzej, ignorując niecierpliwe spojrzenia dyplomatów czekających w kolejce.
— Benedict, masz skarb — zwróciła się do Bena, nie puszczając ręki Joanny. — Skarb, który rozumie wagę tradycji. Musisz być wyjątkowa, skoro uleczyłaś serce mego chrześniaka. Po uroczystościach zapraszam was na prywatny obiad. Musimy porozmawiać o tym, co jeszcze wiesz o moich kuzynach — mrugnęła do niej porozumiewawczo.
Kiedy odeszli kilka kroków dalej, Ben szepnął jej do ucha, niemal drżąc z dumy:
— Asia... ona cię uwielbia. Małgorzata chyba dostanie apopleksji, jak się dowie, że tytularna cesarzowa zaprosiła nas na prywatny obiad, omijając cały protokół.
— Spójrz na Alka — szepnęła w odpowiedzi, wskazując wzrokiem Rosjanina.
Alek stał kilka metrów dalej, czujny jak zawsze, ale jego twarz nie była już tylko przygnębiona. Patrzył na Joannę z taką mieszanką podziwu i bolesnego pożądania, że aż zrobiło jej się gorąco pod garsonką. Wiedziała, że zyskała w jego oczach coś więcej niż tylko sympatię – zyskała jego najwyższy szacunek.
— Tak, dostał zawału — zaśmiał się Ben pod nosem, prowadząc ją pewnym krokiem do wyjścia z katedry, gdy oficjalna część uroczystości dobiegła końca. — A ja erekcji — szepnął jej nagle prosto do ucha, tak nisko, że tylko ona mogła to usłyszeć.

Zarumieniła się wściekle, czując, jak fala gorąca oblewa jej policzki i dekolt. Odruchowo ścisnęła mocniej jego ramię, modląc się w duchu, by nikt z otaczających ich dyplomatów nie domyślił się, co właśnie usłyszała.
— Ben! — syknęła, choć w jej głosie słychać było bardziej rozbawienie i zmieszanie niż prawdziwą złość. — Jesteśmy w katedrze! Przy całej śmietance towarzyskiej Europy!
— No właśnie — mruknął, nie przestając się uśmiechać. — I wszyscy patrzą na ciebie z zazdrością, bo przyćmiłaś ich wszystkich. Myślisz, że dlaczego Meghan patrzy na ciebie, jakby chciała cię otruć wzrokiem? Bo Maria Romanowa poświęciła tobie więcej czasu niż jej przez całą uroczystość.
Joanna zerknęła dyskretnie w stronę, gdzie stała para z Wielkiej Brytanii. Faktycznie, spojrzenie Meghan Markle było chłodne i pełne jawnej niechęci.
— Nie przejmuj się nią — dodał Ben, otwierając przed Joanną drzwi luksusowej limuzyny, która miała ich zawieźć na prywatny obiad do apartamentów tytularnej cesarzowej. — Dzisiaj wieczorem i tak będziemy tylko my. No i Maria, ale ona najwyraźniej już cię adoptowała do swojej rodziny.
Gdy samochód ruszył, Joanna poczuła na sobie spojrzenie Alka, który siedział z przodu, obok kierowcy. Jego oczy w lusterku wstecznym spotkały się z jej oczami. Nie powiedział ani słowa, ale to milczenie było gęste od emocji. Wiedziała, że ten dzień w Petersburgu zmienił wszystko – nie tylko w jej relacji z Benem, ale i w tej dziwnej, nienazwanej więzi, która łączyła ją z jego ochroniarzem.


Prywatne apartamenty Marii Romanowej ociekały historią. Na ścianach wisiały portrety przodków, a stół nakryto carską porcelaną. Joanna, mimo początkowej tremy, szybko poczuła się swobodnie. Maria okazała się fascynującą rozmówczynią, a gdy zeszły na temat listów wielkich księżniczek z Tobolska, tytularna cesarzowa niemal zapomniała o jedzeniu.
— Benedict, skąd ty ją wziąłeś? — zaśmiała się Maria, dolewając Joannie odrobinę białego wina. — Większość młodych kobiet w tych sferach potrafi rozmawiać tylko o projektantach butów. Twoja Joanna ma duszę, która pamięta czasy, gdy honor znaczył więcej niż lajki w internecie.
— Znalazłem ją w Polsce, w stajni — uśmiechnął się Ben, nie odrywając wzroku od narzeczonej. — I od tamtej pory codziennie dziękuję losowi, że nie spadła wtedy z konia prosto na mnie, bo pewnie bym tego nie przeżył.
— Przeżyłbyś, tylko byłbyś jeszcze bardziej oszołomiony — odcięła się Asia, mrugając do niego, co wywołało perlisty śmiech Marii.
Atmosfera była tak serdeczna, że Joanna na chwilę zapomniała o Małgorzacie i jej sztywnych zasadach. Czuła, że tutaj, w sercu Rosji, zyskała potężną sojuszniczkę.


Gdy wieczorem w hotelu Astoria przechodzili obok baru „Lichfield”, Meghan Markle dostrzegła ich natychmiast. Odstawiła kieliszek z głośnym stukotem o marmurowy blat i uśmiechnęła się w ten swój wyćwiczony, hollywoodzki sposób, który nigdy nie sięgał oczu.  
— O, spójrzcie, nasza mała polska sensacja — rzuciła głośno, przerywając rozmowę asystentek. — Słyszałam, że Maria Romanowa jest już mocno starszą panią, ale żeby aż tak stracić kontakt z rzeczywistością, by zapraszać na obiad... służbę? Benedict, naprawdę? Rozumiem kryzys wizerunkowy, ale robienie z menedżerki stajni tytularnej księżnej to już desperacja, nawet jak na twoje standardy.
Ben poczuł, jak krew pulsuje mu w skroniach. Zrobił krok do przodu, ale Joanna położyła mu dłoń na ramieniu. Czuła, jak bije od niego czysty gniew, widziała też Alka, który stanął tuż za nimi, z twarzą tak kamienną, jakby zaraz miał kogoś zmiażdżyć gołymi rękami.
Meghan jednak nie przestawała. Podeszła bliżej, tak by Joanna czuła zapach jej drogich perfum.
— Myślisz, że ten kapelusz i garsonka sprawią, że zapomnimy, skąd się wzięłaś? — syknęła ciszej, jadowicie. — Jesteś tylko epizodem w jego życiu. Ładnym obrazkiem do ocieplenia wizerunku „ludzkiego księcia”. Ale umówmy się, kochanie... dresy i zapach końskiego potu to twój naturalny habitat. Nie pasujesz do tego świata i nigdy nie będziesz. Maria cię polubiła, bo przypominasz jej pewnie jakąś dawną pokojówkę.
W barze zapadła cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Joanna patrzyła jej prosto w oczy, nie mrugając nawet powieką.
— Skończyłaś? — zapytała nadspodziewanie spokojnie.
— Prawda boli, co? — Meghan uniosła brwi, triumfująco.
Joanna nie odpowiedziała słowem. Powolnym, niemal leniwym ruchem sięgnęła po kieliszek ginu z tonikiem, który stał na tacce przechodzącego kelnera. Spojrzała na Meghan z góry, z lodowatym spokojem, który był o wiele bardziej przerażający niż jakikolwiek krzyk.
— Wiesz, Meghan... — zaczęła, przechylając lekko kieliszek. — Maria Romanowa ma jedną cechę, której ty nigdy nie posiądziesz: instynkt. Ona od razu wyczuwa podróbki. A ten drink...

Wykonała krótki, precyzyjny ruch nadgarstkiem. Przezroczysty płyn z lodem i plastrem cytryny wylądował prosto na nienagannie białym dekolcie Meghan, wsiąkając w drogą tkaninę sukni.
— ...zdecydowanie lepiej pasuje do twojej zimnej natury. Orzeźwij się, bo od tego jadu spuchną ci usta bardziej niż po botoksie.

Meghan wydała z siebie krótki, gardłowy pisk, a jej twarz wykrzywiła się w grymasie czystej wściekłości.
— Ty... ty bezczelna... Benedict, zrób coś! — wrzasnęła, wycierając się gorączkowo serwetką podaną przez przerażoną asystentkę.
Ben nie zrobił nic. Wręcz przeciwnie – na jego ustach błąkał się ledwo zauważalny, pełen satysfakcji uśmiech.
— Zrobiła to, co ja chciałem zrobić od godziny, Meghan — rzucił sucho. — Chodźmy, Joasiu. Tutaj strasznie śmierdzi desperacją.

Gdy odchodzili, Joanna usłyszała jeszcze stłumione parsknięcie Alka. To był pierwszy raz, kiedy usłyszała, jak ten twardy Rosjanin się śmieje. I to on sprawił, że poczuła do Aleka jakąś nieznaną sobie wcześniej ciepłotę w sercu.

Gdy tylko zamknęły się za nimi ciężkie, dębowe drzwi ich apartamentu, w pokoju zapadła na moment cisza, którą przerwał dopiero głośny wybuch śmiechu Bena. Odrzucił marynarkę na fotel i podszedł do Joanny, łapiąc ją w pasie i kręcąc nią wokół własnej osi.

— Jesteś niemożliwa! Widziałaś jej minę?! — zawołał, a w jego oczach tańczyły iskry czystego uwielbienia. — Myślałem, że tam pęknie z wściekłości. Ten lód... ten plaster cytryny na jej dekolcie... Joasiu, to było mistrzowskie.
— Zasłużyła sobie — mruknęła, próbując opanować drżenie rąk, które dopiero teraz, po zejściu adrenaliny, dało o sobie znać. — Nienawidzę, gdy ktoś próbuje mnie traktować jak kogoś gorszego tylko dlatego, że nie mam tytułu przed nazwiskiem.
— Dla mnie masz tytuł królowej dzisiejszego wieczoru — szepnął, poważniejąc i gładząc ją kciukiem po policzku. — I nie martw się o Windsorów. Harry i tak ledwo ją znosi, pewnie w duchu podziękował ci za ten prysznic.


Blady, petersburski świt powoli wdzierał się do sypialni przez szparę w ciężkich zasłonach. W pokoju panował błogi spokój, przerwany jedynie miarowym oddechem Bena. Spali splątani ramionami, nadzy pod grubą, jedwabną kołdrą, wciąż oszołomieni intensywnością nocy, która była ich ucieczką od wszystkiego, co wydarzyło się w barze.
Ciszę rozdarł ostry, natarczywy dźwięk telefonu.

Joanna drgnęła, mrużąc oczy, a Ben mruknął coś niewyraźnie, odruchowo przyciągając ją mocniej do siebie. Telefon jednak nie przestawał dzwonić. Wył na nocnym stoliku, burząc resztki ich prywatnego raju. Ben westchnął ciężko, wyciągnął rękę i spojrzał na wyświetlacz. Cała senność wyparowała z jego oczu w ułamku sekundy.  
- To nie będzie miła rozmowa - powiedział, wstając i podchodząc do okna, zupełnie nie robiąc sobie nic z tego, że jest kompletnie nagi. - Słucham - mruknął, odebrawszy połączenie.  
— Benedict! — Głos Małgorzaty przeciął powietrze niczym bicz. Był nienaturalnie opanowany, co było o wiele gorsze niż krzyk. — Czy ty masz choć krztynę szacunku do nazwiska, które nosisz? Cały Londyn huczy od plotek. Pozwoliłeś tej... dziewczynie, by zachowała się jak karczemna awanturnica w obecności Windsorów. Upokorzyłeś nas wszystkich.
— Karczemna awanturnica? — powtórzył cicho, a w jego głosie Joanna usłyszała niebezpieczny spokój. — Matko, ta „dziewczyna” zrobiła wczoraj więcej dla wizerunku naszej rodziny, niż ty przez ostatnią dekadę. Maria Romanowa piła z nią wino i rozmawiała o historii, której ty nigdy nie zadałaś sobie trudu poznać.
— Nie obchodzi mnie Maria! Obchodzi mnie to, że jutro rano ta polska menedżerka ma wystosować oficjalne przeprosiny. Jeśli tego nie zrobi, ty stracisz apanaże, a ona prawo wjazdu do kraju. Rozumiesz mnie? To nie jest prośba. To rozkaz twojej królowej.
— Mojej królowej? — szepnął, a w jego głosie pojawiły się łzy frustracji i nagłego, wyzwalającego gniewu. — Od lat nie słyszałem od ciebie słowa „synu”. Słyszę tylko „obowiązek”, „protokół”, „korona”. Mam trzydzieści sześć lat, matko! Całe życie stałem w cieniu twoich oczekiwań, dławiąc się tą dumną ciszą, którą nazywasz etykietą. Dzisiaj pierwszy raz od lat czułem, że żyję. Bo ona mnie kocha. Kocha Bena, a nie figurkę z duńskiej porcelany, którą starasz się ze mnie zrobić.
— Benedict, nie kompromituj się... — zaczęła Małgorzata, ale on jej nie pozwolił.
— Nie! — krzyknął nagle, a głos odbił się echem od wysokiego sufitu. — Teraz ty posłuchaj. Nie będzie żadnych przeprosin. Joanna nie przeprosi za to, że ma więcej klasy i dumy niż cała ta wasza sztuczna elita. Skoro stawiasz mi ultimatum, to oto moja odpowiedź: zatrzymaj sobie apanaże. Zatrzymaj pałace, ordery i ten przeklęty tron, który dla ciebie jest ważniejszy niż własne dziecko. Zrzekam się wszystkiego. Chcę być nikim. Chcę być po prostu facetem, który budzi się rano obok kobiety swojego życia w kraju, gdzie nikt nie mierzy długości mojego dygu.

Zapanowała długa, ciężka cisza. Joanna stała bez ruchu, wstrzymując oddech. Czuła, że właśnie wali się cały świat, który Ben znał od dziecka.
— Będziesz tego żałował — wycedziła w końcu Małgorzata, a jej głos brzmiał teraz jak trzask pękającego lodu. — Zostaniesz z niczym.
— Mam wszystko, czego potrzebuję — odparł Ben, patrząc prosto w oczy Joanny, która teraz podeszła do niego i położyła mu dłoń na piersi. — Mam ją. I mam odwagę, której tobie zawsze brakowało, by po prostu być człowiekiem. Żałuję tylko jednego, że tak długo pozwoliłem ci się wodzić za nos. Gdyby nie ty, być może moje małżeństwo z Lisą wyglądałoby inaczej. Nie pozwolę więc zniszczyć ci tego. Żegnaj, Wasza Wysokość.
Rozłączył się i rzucił telefonem w najbliższą ścianę. Asia pisnęła przestraszona, ale nie śmiała podejść, patrzyła tylko na niego szeroko otwartymi oczami. Przez chwilę stał nieruchomo, a potem nagle wypuścił powietrze z płuc, jakby zrzucił z siebie zbroję ważącą tonę. Odwrócił się do niej i z bezsilnością wypisaną na twarzy podszedł do niej. A potem po prostu osunął się przed nią na kolana, opierając czoło o jej brzuch i objął ją mocno w pasie. Czuła, że jego ciało drży.
— Naprawdę to zrobiłeś... — szepnęła, gładząc go po mokrych od potu plecach.
— Naprawdę — odparł, podnosząc wzrok. W jego oczach, mimo zmęczenia, palił się ogień, jakiego wcześniej nie widziała. — Mam wszystko, czego potrzebuję. Mam ciebie. Reszta to tylko dekoracje, Asiu. Wracajmy do Krakowa...

Informacje o upokorzeniu Markle przez polską narzeczoną duńskiego księcia obiegły wszystkie media lotem błyskawicy. Jednak prawdziwą furorę zrobiło zgoła coś zupełnie innego - oficjalne oświadczenie Marii Romanowej, w którym to gratulowała młodej Polce hartu i ducha walki i informowała brytyjską księżną, iż nie jest ona mile widziana w jej domu.  


Gdy trzy dni później, po pożegnalnym obiedzie u Marii, w końcu przekroczyli próg mieszkania Joasi, Ben postawił walizki w wąskim przedpokoju i przez chwilę po prostu stał, wdychając zapach kawy, starych książek i spokoju. To nie był pałac, nie było tu marmurów, ale po tym, co wydarzyło się w Petersburgu, to miejsce wydawało mu się najbardziej luksusowym azylem na świecie.
- Zawsze lubiłem to twoje mieszkanie - powiedział, przytulając swoją kobietę do siebie. - I tutaj mam wszystko.
- Wiesz... - szepnęła, wtulona w niego. - A gdybyśmy... Poszukali czegoś nowego?
- To znaczy? - zmarszczył brwi. - Domu?
- Nie - zaprzeczyła szybko. - Nie domu. Mieszkania. Dużego, najlepiej w kamienicy... Z jakimś ładnym widokiem, grzie Henry dostałby swój pokój. Tutaj oczywiście też będzie go mieć, ale wiesz... Moglibyśmy po prostu zacząć wszystko od nowa.
- Znakomity plan.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 3756 słów i 21543 znaków, zaktualizowała 1 mar o 18:35.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.