W świecie kłamstw rozdział 26

W świecie kłamstw rozdział 26Tydzień później.
- Witaj, Joanno — powiedział Alek, uśmiechając się do niej lekko, gdy otworzyła drzwi. Zaskoczona stanęła w progu, widząc, że mężczyzna trzyma w dłoniach dość spory bukiet białych róż.
- A to co? - zapytała, wskazując kwiaty.
- Dla ciebie — wręczył jej bukiet. - Z wyrazami najszczerszych przeprosin.
- Przeprosin? Ale za co, Alek?
- Za moją dotychczasową głupotę, no po prostu za wszystko. I jak? Gotowa do podróży?
- Za chwilę, wstawię tylko kwiaty do wody... No i dziękuję, są piękne, ale błagam, nie przepraszaj mnie już, ok? - westchnęła, wstawiając kwiaty do wazonu. - A właściwie Ben mówił, dlaczego miałeś po mnie przylecieć tak na gwałt?
- W sumie to nie — wzruszył potężnymi ramionami. - Ale chodzi jakiś podenerwowany, więc chyba musiało się coś stać... Będzie czekać na ciebie w swoim pałacu.
- Fajnie — stwierdziła. - Jeszcze tam nie byłam...
Gdy wyszli chwilę później, szarmancko otworzył jej tylne drzwi, ale wrzuciła tam tylko swoją torebkę i uśmiechając się do niego figlarnie, usiadła obok kierowcy.
- Ty chyba nie bardzo lubisz jeździć z tyłu, co? - zaśmiał się, gdy ruszyli. Pokręciła przecząco głową.
- Nie mam wtedy takiego pola do obserwacji. Poza tym chyba od zawsze jeździłam z przodu. Poza tym sama też przecież prowadzę i lubię jazdę.
- A wiesz, że chyba jeszcze nigdy nie widziałem cię za kółkiem?
- Skoro zawsze robisz za mojego szofera, to nic dziwnego — zaśmiała się. Czuła się przy tym potężnym Rosjaninie wyjątkowo wyluzowana.
- Słyszałem, że twoja rozmowa z królową nie poszła najlepiej... - zmienił temat. - I że podobno nieco na nią nawrzeszczałaś...
- Wiem, że to było słabe, ale...
- Nie — zaprotestował, a gdy spojrzała na niego zaskoczona, dostrzegła, że mężczyzna się uśmiecha. - Należało jej się.
- Chyba za nią nie przepadasz, co? - uśmiechnęła się półgębkiem, nie bardzo wiedząc, czy w ogóle powinna z nim na ten temat rozmawiać.
- Nie przepadam? Ja jej nie znoszę, z całkowitą wzajemnością. Gdyby tylko mogła, wyrzuciłaby mnie na zbity pysk. Na całe szczęście to Ben mnie zatrudnia, a nie ta jędza.
- Uuu, aż tak źle? - zaciekawiła się.
- Wiesz, kiedyś w Danii przez dłuższy czas mieszkała Maria Romanowa. Panie były niczym najlepsze przyjaciółki, ale w pewnym momencie o coś się pokłóciły, Maria wyjechała obrażona do Paryża czy Orleanu, w każdym razie do Francji, a Małgorzata wsiadła na każdego Ruska, który pojawił się w jej kraju. Mnie na przykład uważa za niedorozwiniętego byczka — prychnął wściekły.
- Powiedziała ci to?!
- Oh, nie... Jest zbyt dumna, by rozmawiać z takim prostakiem, jak ja. Ale słyszałem, jak skarżyła się swojej siostrze, która notabene, jest dużo bardziej lubiana w kraju, niż sama królowa, która każdy rodzaj dowcipu uważa za przejaw niższego stanu umysłowego. Podobno nawet królowa brytyjska jest od niej dużo bardziej wyluzowana?
- Nie jesteś prostakiem, Alek. Nigdy tak o tobie nie pomyślałam.
- Dzięki, Joasiu, to naprawdę miłe z twojej strony.

- Ben — jęknęła przeciągle, gdy zaczął ją na dzień dobry ostro całować po szyi, błądząc dłońmi po jej ciele. - Hej, zwolnij, ogierze...
- Nie mogę, za bardzo tęskniłem — mruknął, w pośpiechu zdejmując z niej ubranie. Zachichotała, nie pozostając mu dłużna.

- Mam propozycję i byłbym naprawdę szczęśliwy, gdybyś się zgodziła — mruknął jakiś czas później, gładząc jej nagie biodro.
- Jaką? - zapytała nieco sennie, bo mocno ją zmęczył.
- Chciałbym, żebyś poleciała ze mną w przyszłym tygodniu do Sztokholmu. Ma się tam odbyć ponowny pochówek Oskara II-go.
- I co ma to wspólnego ze mną? - zerknęła na niego przez ramię.
- Chciałbym, żebyś oficjalnie towarzyszyła mi w uroczystościach pogrzebowych, na które to zostałem oddelegowany przez matkę.
Zamarła, patrząc na niego w niemym szoku.
- To dlatego najpierw zaciągnąłeś mnie do łóżka — mruknęła, siadając.
- Skarbie... - pogładził ją czule po plecach. - Po prostu chciałem cię do tego przygotować...
- Czy królowa wie o twoich planach? - przerwała mu. Kiwnął głową.
- Zgodziła się, byś ze mną leciała.
- Oh, cóż za łaskawa decyzja — prychnęła.
- Joasiu... Polecisz ze mną? Proszę...
Spojrzała na niego krótko.
- Będziesz musiał się naprawdę postarać — mruknęła. Na jego ustach zatańczył cwany uśmieszek, gdy przewrócił ją na łóżko.

Miesiąc później.
- A tam stoi Harry z Meghan. Jestem naprawdę zaskoczony, że się zjawili, przecież królowa nie przepada za żoną młodszego wnuka, no, ale nie mnie decydować, kogo wysyła w roli reprezentantów... - powiedział cicho, gdy czekali przed wejściem do katedry, w której miały rozpocząć się uroczystości.
- Czuję się tu trochę nie na miejscu — jęknęła szeptem, ściskając jego dłoń.
- Niby dlaczego? - zmarszczył brwi.
- To wszystko koronowane głowy i dostojnicy państwowi, a ja...
- A ty jesteś moją narzeczoną i jesteś tu jak najbardziej na miejscu. Mało tego, powiem ci, że wyglądasz najbardziej elegancko spośród wszystkich pań.
Spojrzała na niego wielkimi oczami.
- Naprawdę tak myślisz?
- Odkąd cię poznałem, wiem, że jesteś najcudowniejszą kobietą pod słońcem. Tym, czy innym, o ile jest jakieś jeszcze we wszechświecie...
Słysząc jego słowa, zarumieniła się mocno, co tylko uwydatniło jej niecodzienną urodę.
- O, zobacz, kto właśnie wchodzi do katedry. To...
- Maria Romanowa, wielka księżna i tytularna imperatorowa Wszechrosji, przez większość członków domu Romanowów nieuznawana za pretendentkę do tronu rosyjskiego — powiedziała równie cicho, z przyjemnością i niemałą satysfakcją zauważając jego zdumienie.
- Skąd o tym wiesz? - zapytał, gdy powoli ruszyli do kościoła.
- Mówiłam ci, że dynastia Romanowów to mój konik. Jestem w stanie w środku nocy wyrecytować ci wszystkich obecnie żyjących członków rodu oraz całą linię monarszą za czasów panowania cara Mikołaja II-go - uśmiechnęła się promiennie.
- Teraz chyba kocham cię jeszcze bardziej.

- Benedict! - powiedziała radośnie starsza dama, podchodząc do stojących przed katedrą Bena i Joanny. - Jak dobrze znów cię widzieć, chłopcze.
- Mario — Ben skłonił się jej nisko, całując ją delikatnie w dłoń. - Widzę, że nadal pozostajesz w świetnym zdrowiu... Proszę, pozwól, że ci przedstawię wyjątkową kobietę — wskazał na Asię i z dumą w głosie powiedział. - Oto Joanna Nowak, moja narzeczona.
- To zaszczyt móc panią poznać, imperatorowo — Asia dygnęła przed nią delikatnie. Starsza kobieta popatrzyła na nią poważnie, nieznacznie przekrzywiając głowę.
- Już dawno nikt mnie tak nie nazywał, dziecko — odezwała się w końcu. - Dziękuję. Naprawdę musisz być wyjątkowa, skoro udało ci się uleczyć serce mego chrześniaka do tego stopnia, że uczynił cię swoją narzeczoną. Musicie mi wszystko opowiedzieć. Zapraszam was, dzieci na obiad. Porozmawiamy na spokojnie...

- Nie było tak źle — przyznał, gdy późnym wieczorem wrócili do swojego apartamentu w hotelu.
- Mmmm — mruknęła, z ulgą ściągając ze stóp wysokie szpilki. Spojrzał na nią badawczo.
- Nie jesteś zadowolona?
- Jestem wykończona, Ben — szepnęła, padając na szerokie łóżko. - Ledwo widzę na oczy. Ta cała etykieta mnie dobiła.
Pochylił się nad nią lekko i pocałował ją w kark. Mruknęła coś niewyraźnie.
- Przyszykować ci kąpiel, moja zdolna, dzielna dziewczynko? - rozsunął jej zamek sukni.
- Zdecydowanie poproszę — szepnęła, zerkając na niego zmęczonym spojrzeniem.
- Coś czuję, że będę cię musiał zanieść — zaśmiał się, kierując się natychmiast do łazienki.
- Nie będę mieć nic przeciwko temu, ale tylko pod warunkiem, że do mnie dołączysz...

- "Meghan Markle wnosi zarzuty zniesławienia przeciwko polskiej menedżer Joanny Nowak, nieoficjalnej narzeczonej duńskiego księcia Benedicta" - przeczytała Małgorzata, widocznie siląc się na spokój. - "Do ostrego spięcia między paniami doszło w hotelu Ett Hem, gdzie obie pary zatrzymały się w czasie uroczystości pogrzebowych związanych z ponownym pochówkiem Oskara IIgo." Możesz łaskawie wytłumaczyć mi, co twoja durna dziewczyna wyrabia?! - wrzasnęła, trzepnąwszy gazetą w blat biurka. - Czy ona ma zamiar zaszkodzić całemu naszemu wizerunkowi, skłócając nas z Windsorami?
- Po pierwsze, nie musisz krzyczeć, bo doskonale cię słyszę. Po drugie, nie nazywaj Joanny durną, po trzecie, cała ta sytuacja jest jedynie winą tej kretynki, Meghan. Ostrzegałem ją i prosiłem, by zaprzestała tych personalnych, kompletnie nieuzasadnionych wycieczek pod adresem Joanny, ale to babsko jest tak głupie, że nie zrozumiała nawet, gdy kazałem jej się w końcu przymknąć. Na słowa Harry'ego też nie reagowała i wcale się nie dziwię Joannie, że zareagowała właśnie tak. Ja na jej miejscu już na początku tego krzywdzącego wywodu, dałbym tej idiotce w pysk. Na szczęście Joasia wykazała się dużym opanowaniem i o wiele większą kulturą osobistą i po prostu oblała ją swoim drinkiem — powiedział spokojnie, choć spojrzenie miał lodowate.
- Ale ją wyzwała! Przy świadkach! Księżnę!
- O ile mnie pamięć nie myli, to oboje z Harrym zrezygnowali z tytułów książęcych — syknął.
- Co nie zmienia faktu, że oboje są delegacją rodziny królewskiej. I twoja pożal się Boże narzeczona, obraziła tym samym królową!
- A nie zauważyłaś przypadkiem, że obrażając Joannę, Meghan obraziła również mnie, a tym samym ciebie?! - ryknął, już całkiem tracąc nad sobą panowanie. - Byłem tam, siedziałem z nimi przy stole! Powtarzam ci, że Meghan nic nie robiła sobie z prób uspokojenia jej. Ewidentnie szukała zwady i trafiła akurat na Asię. Trzeba było nie otwierać tej głupiej gęby, to by po niej nie dostała.
- Masz kazać Joannie publicznie przeprosić Meghan!
- Nie ma mowy — pokręcił przecząco głową. - Asia miała rację i nie zamierzam tego ukrywać.
- Ta dziewucha pociągnie cię na samo dno, Benedict, a do tego nie dopuszczę. Nie dam wam królewskiego pozwolenia na ślub, wybij to sobie z głowy i już teraz zacznij szukać sobie lepszej partii.
- Ostrzegałem cię — westchnął, wstając ze swojego miejsca. - Powiedziałem ci, co się stanie, jeśli i ty nie odpuścisz. Rozumiem, że nie przepadałaś za Lisą, ale teraz przechodzisz już samą siebie. Nie zrezygnuję z Joanny, tylko dlatego, że tobie się ona nie podoba. Na całe szczęście to ja się z nią ożenię, a nie ty.
- Nigdy nie będzie częścią rodziny królewskiej — zagroziła.
- I nie musi. Nawet się z tego ucieszy. Ja również, bo nie zamierzam więcej znosić twoich dziwnych humorów, matko. Mam tego dość. Jutro wydam oficjalne oświadczenie do prasy, dostaniesz również podpisane przeze mnie dokumenty. Zrzekam się wszelkich praw i obowiązków przysługujących księciu duńskiemu. Od chwili podpisania papierów, będę nareszcie wolnym człowiekiem. Już zbyt długo znosiłem wszystkie twoje szykany. A potem pomogę Joannie w ewentualnej walce z tą suką — ruszył do drzwi.
- Benedict! Jeśli stąd teraz wyjdziesz, nie będziesz miał już możliwości powrotu, czy ty to rozumiesz?
- Oczywiście — prychnął. - Dla ciebie o wiele ważniejszy jest zasrany wizerunek idealnej królowej, która w swoim własnym kraju może dosłownie gówno, niż szczęście jej najmłodszego syna. Cóż, mówi się trudno i żyje się dalej. Sama zdecydowałaś o drodze, na którą wkroczyłem... Żegnaj.

- Czekaj... Co ty zrobiłeś? - zapytała wstrząśnięta Asia, gdy po powrocie do jego posiadłości, opowiedział jej wszystko. - Teraz twoja matka znienawidzi mnie jeszcze bardziej, bo to przeze mnie odszedłeś.
- To nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, kochanie. Kocham cię i nie pozwolę nikomu, by niszczył nasze szczęście, rozumiesz? - powiedział łagodnie, biorąc jej twarz w swoje duże dłonie i patrząc jej czule w oczy.
- No dobrze, ale... Co dalej?
- Zamknę tutaj wszystkie swoje książęce sprawy, a potem przeniosę nas do Krakowa. Mam bowiem dość tych ciągłych spotkań co tydzień, co dwa, czasami rzadziej — mruknął, przyciągając ją sobie na kolana. - Kupię jakieś odpowiednie mieszkanie i nas tam przeniosę. - kiwnęła głową, nie bardzo zdolna do jakiejkolwiek odpowiedzi. - Kochanie, odpowiada ci takie rozwiązanie? - spojrzał na nią poważnie.
Westchnęła, przecierając delikatnie twarz rękami.
- To dzieje się ciut za szybko jak dla mnie, ale tak... Pasuje mi to, choć nie musisz niczego kupować.
- Jak to? Nie rozumiem.
- Przecież ja mieszkam w dużym mieszkaniu, nie? Które notabene dla mnie samej jest nieco zbyt wielkie. A w ten sposób wszyscy się pomieścimy, choć trzeba będzie zrobić jakiś nieco generalniejszy remont, no i przerobić jeden z pokoi na wspólną sypialnię, a drugi na pokój dla małego. Ale to nie szkodzi, już jakiś czas chodzi za mną chęć zmian, tylko że nie potrafiłam się do tego zabrać.
- Asiu, jesteś pewna, że to dobre rozwiązanie? Naprawdę tego chcesz?
- Oczywiście — przytaknęła stanowczo. - Wiem, że to skok na naprawdę głęboką wodę, ale skoro się zaręczyliśmy i chcemy być razem, to myślę, że taka zmiana pozwoli nam się lepiej dograć, bo wakacje nie są ku temu dobrym czasem...
- Kocham cię, moja gwiazdeczko — mruknął uwodzicielsko, po czym przenieśli się do sypialni.

Dwa tygodnie później.
- Asia! Przecież to strasznie poważna decyzja — powiedziała nieco wstrząśnięta Marta, karmiąc córeczkę, gdy przyjaciółka o wszystkim jej opowiedziała.
- Wiem, ale jestem pewna, że się nam uda. No bo jak inaczej mamy się dograć, jeśli wciąż będziemy mieszkać osobno? Poza tym, w ten sposób Henry jeszcze szybciej się do mnie przyzwyczai. Będzie mieć mnie na co dzień...
- Kurczę, zaskakujesz mnie.
- Ta, nie tylko ciebie, jak się zdaje. Moi rodzice nie są zbyt zadowoleni z podjętej przeze mnie decyzji.
- Czemu? Przecież lubią Bena. A przynajmniej tak mi się zdawało...
- Bo go lubią, ale mama obawia się, że gdy będziemy razem mieszkać, to pierwsze co zrobię, to zajdę w ciążę... Jakbym do tej pory nie miała wystarczających do tego okazji, nie?
- Dokładnie. Ale powiedz, udało ci się ją jakoś przekonać, że przecież nie jest to twoim głównym celem?
- Powiedziałam jej, że jeśli zajdę, to wychowam to dziecko razem z Benem.
- I? Co ona na to?
- Zapytała mnie, czy jestem pewna, że Ben ze mną zostanie.
- No i? Jesteś pewna?
- Oczywiście!
- A, to świetnie. Ale powiedz mi, co z tą sprawą z Meghan? Naprawdę oblałaś ją sokiem?
- Drinkiem. Zapewne lepiła się od niego aż do wieczora. Owszem, zrobiłam to i jestem z tego niebywale dumna. Bez zresztą też, a tam w hotelowej restauracji zdawało mi się, że Harry nawet lekko się uśmiechnął. Zdaje mi się, że on również niespecjalnie przepada za własną żoną.
- Wow, to w sumie kiepsko. No, ale co dalej? Oskarżyła cię w sądzie?
- Nie czytałaś ostatnich wiadomości? - zainteresowała się Asia, uśmiechając się wrednie. - W tej sprawie zainterweniowała sama królowa Elżbieta. Ona jej nie cierpi i z chęcią utarła temu nadętemu babsku nosa, każąc publicznie wycofać akt oskarżenia przeciwko mnie. Poza tym jeden z obecnych tam gości nagrał ukradkiem całą rozmowę i video poszło w świat. Teraz to Meghan ma raczej przechlapane.
- Moja zuch dziewczyna!

Miesiąc później.
- Jesteśmy! - powiedział Ben, wchodząc do domu Asi z Henrym na rękach. Od razu wybiegła z salonu, żeby ich przywitać. Chłopiec na jej widok wydał cienki pisk radości i wyciągnął do niej łapcie, domagając się natychmiastowego przytulasa, przy okazji cały czas ściskając w jednej rączce misia, którego dostał od niej już jakiś czas wcześniej.
- Jest przesłodki — oznajmiła roześmianemu Benowi, gdy maluch wtulił się w nią ufnie.
- Też tak uważam, choć z czasem zobaczysz, że da ci w kość — zaśmiał się, przechodząc dalej, by Alek mógł jakoś zmieścić się z bagażami. Biedny, dzisiaj robił nie tylko za kierowcę, ale również za tragarza.
- Nie szkodzi, nie boję się pracy, poza tym to będzie przyjemna jej część — oznajmiła mu z rozbrajającym uśmiechem. W odpowiedzi pokręcił tylko głową, nie przestając się do niej szczerzyć.
- Widzę, że wykorzystałaś już meble, które kazałem przysłać — mruknął, gdy przenieśli się do salonu.
Kiwnęła głową.
- Jasne. Ekipa nadzwyczaj sprawnie sobie ze wszystkim poradziła. Również ta od gruntownego remontu. Moja mama była wręcz z tego niepocieszona.
- A to dlaczego? - zainteresował się.
- Zdaje się, że za szybko jej uciekłam, wobec czego nie mogła mnie należycie odkarmić...
Słysząc to niespodziewane wyjaśnienie, jedynie parsknął śmiechem.
- Naprawdę lubię twoją mamę...
- Dobra, panowie — posadziła chłopca na kanapie. - Dosyć tych pogaduszek. Ben, zanieś wasze rzeczy do pokojów i rozpakuj chociaż część, a potem myć ręce i siadać do stołu. W tym czasie my z Henrym podgrzejemy obiad — zdecydowała, zaganiając zdecydowanie obydwu mężczyzn do pracy. Obaj popatrzyli najpierw na nią w lekkim szoku, potem wymienili szybkie spojrzenia, ale widząc jej wzrok, bez słowa zabrali się za to, co im zleciła.

- Zdecydowanie powinnaś otworzyć własną restaurację — powiedział Alek, gdy w końcu skończyli jeść. - Ludzie będą rezerwować stoliki z miesięcznym wyprzedzeniem i ustawiać się w długich kolejkach.
- Dziękuję, ale jednak chyba pozostanę przy pracy na polu golfowym i ojca i sporadycznych występach konnych — odparła, uśmiechając się promiennie na taki komentarz.
- No właśnie. Szykuje się coś nowego? Mam wrażenie, że ostatnio nigdzie nie jeździsz... - zainteresował się Rosjanin.
- Nie — odparła krótko i usiadła z powrotem przy stole, uprzednio zbierając z niego talerze, a teraz stawiając czyste z ciastem. - Chyba tylko tyle, że muszę zabrać moje konie z ośrodka, w którym dotychczas przebywały.
- A to dlaczego? - zainteresował się natychmiast Ben, podając talerzyk synkowi, który dość głośno upominał się o tę czekoladową słodycz.
- Bo nie zarabiam już tyle, co wcześniej i nie stać mnie na trzymanie w nim moich koni. Więc albo znajdę coś przynajmniej o połowę tańszego, albo sprzedam jednego.
- Sprzedasz konia? Asiu, nie żartuj, proszę — mruknął Duńczyk.
- Nie żartuję — spojrzała na niego smutno.
- A gdzie chciałabyś je przenieść?
- Gdzieś bliżej domu rodziców, coby moja mama, która też jest zapaloną koniarą, mogła ich doglądać i czasami na którymś jeździć. Niestety w tej okolicy, choć stadnin jest zaskakująco dużo, wszystkie są dość drogie. I chyba niestety sprzedam Vailanta — przyznała cicho, dłubiąc widelcem w cieście. - W zawodach startowałam wyłącznie dzięki uprzejmości hotelu, a odkąd u nich nie pracuję, nie należę jednocześnie do grupy, a coś takiego sporo kosztuje, więc... Po prostu zostanę z jednym i tyle — westchnęła.
- Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz? Przecież bym ci pomógł ze wszystkim — odezwał się Ben nieco karcącym tonem.
- Bo miałeś na głowie o wiele ważniejsze sprawy, niż przenosiny moich koni do innego ośrodka — odparła. - Poza tym nie chcę, byś dawał mi na wszystko pieniądze, nie na tym na się opierać nasz związek, Ben...
- To nie ma znaczenia. Nie pozwolę ci pożegnać się z przyjacielem, którego kochasz, skarbie. Opłacę pobyt koni w najlepszym ośrodku w mieście... Nie, nie protestuj, wiem, o czym mówię, jasne? Ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Wystartujesz w najbliższych zawodach, kochanie...

Dwa miesiące później.
- No brawo, jestem pod niemałym wrażeniem — przyznał Alek, gdy wprowadzał Asię wraz z Vailantem z parkuru do stajni. - Pojechałaś oszałamiająco, bez dwóch zdań.
- Poszły dwie poprzeczki, dadzą mi punkty karne — mruknęła. - Nie mam szans na podium.
- Nie jęcz — skarcił ją. - Dla mnie jesteś tu boginią i bardzo proszę, nie kłóć się ze mną, bo się obrażę i przestaniemy być przyjaciółmi...

- Gratuluję, kochanie. To był naprawdę świetny konkurs — uśmiechnął się Ben radośnie, pomagając jej zejść z konia, gdy wraz z pozostałymi zdobywcami medali wykonała już honorową pętlę.
- Ja również gratuluję — powiedział Alek, uśmiechając się do dziewczyny szeroko. - Chyba zmienię swoje podejście do koni i też nauczę się jeździć.
- Świetny pomysł, choć przecież i tak już jeździsz na koniu.
- Na koniu? Niby na jakim?
- Na motocyklu — zaśmiała się. - Przecież to też stalowy rumak. No i obiecałeś mi przejażdżkę, pamiętasz?
- Oczywiście, że pamiętam.
- Co ci obiecał? - syknął Ben, gdy szli do wozu.
- Że przewiezie mnie swoim motocyklem. Nic strasznego, jedna jazda. Wymogłam na nim tę obietnicę, bo się nie chciał najpierw zgodzić.
- A mogę w ogóle wiedzieć, czemu znów o niczym nie wiedziałem i przede wszystkim na jaką cholerę potrzebne ci coś takiego?
- Po prostu dla frajdy, Ben. Zawsze kochałam motocykle, przynajmniej odkąd pamiętam i chcę wreszcie tego zasmakować. Ufam Alekowi i wiem, że będzie ostrożny...

- Czym pojedziemy? - zapytała tydzień później, gdy szli z Alekiem do jego mieszkania.
- Turystycznym — mruknął. - Jest duży i bezpieczny, no i nie rozwija szaleńczych prędkości, choć oczywiście swoją moc ma... Poczekaj tutaj, ok? Wracam za jakieś piętnaście minut...
Kiwnęła głową, w duchu zastanawiając się, dlaczego nie pozwolił jej wejść do mieszkania, ale zanim zdołała jakoś głębiej zastanowić się nad tym zagadnieniem, usłyszała głęboki pomruk silnika i z podziemnego garażu pod blokiem, w którym teraz mieszkał, wyjechał na swojej niebieskiej bestii. I już pomijając wspaniały wygląd motocykla, on prezentował się po prostu sexy.
- Jestem — zawiadomił ją beztrosko, wyciągając z kufra dwie kurtki i podając jej tę mniejszą. - Masz, to ci się przyda. Powinna w miarę pasować. Kiedyś należała do mojego brata.
- O, nie wiedziałam, że masz brata — powiedziała, zapinając skórzaną, grubą kurtkę pod samą szyję. Na nogach miała już dopasowane spodnie w podobnym kolorze i wysokie, sztywne buty.
- Miałem...
Przygryzła wargę, spuszczając wzrok, gdy sam się ubierał. Następnie spojrzał na nią uważnie, zapewne dla sprawdzenia, czy dziewczyn nie zdradza żadnych oznak paniki,
- No dobra — uśmiechnął się lekko. - Ten kask jest dla ciebie. Zakładaj rękawiczki i złap się tylnego łęku, w ten sposób nie ześlizgniesz się w czasie jazdy. A teraz chodź — wyciągnął do niej rękę i gdy założyła kask, pomógł jej usiąść za sobą. Natychmiast poczuła zaskakująco silne wibracje pod tyłkiem. W kilka sekund później już jechali. I potrzeba jej było zaledwie pięciu minut, by miała już absolutną pewność, że uwielbia ten sposób przemieszczania się, o czym oczywiście nie omieszkała mu powiedzieć. Zachichotał w odpowiedzi i choć nie wiedziała jego twarzy, czuła, że facet uśmiecha się szeroko.
- Tak czułem, że szybko załapiesz tego bluesa — usłyszała jego głos po chwili. Obydwa kaski były na tyle zmyślne, że posiadały wbudowane głośniczki i mikrofony, więc z łatwością mogli się porozumiewać. - Jesteś bardzo podobna do mnie, tyle że o niebo ładniejsza.
Jakże w tej chwili cieszyła się, że głowę ma osłoniętą kaskiem i Alek nie jest w stanie dojrzeć jej mocnych rumieńców...
- Alek... A istnieje szansa, żebyśmy jechali zdecydowanie szybciej?
- A już sądziłem, że nigdy nie poprosisz... - mruknął i wyrwali do przodu.

- To było zajebiste! - wrzasnęła, gdy tylko zsiadła z motocykla, na jakimś parkingu przy trasie, którą spokojnie jechali. Jej euforia była tak zaraźliwa, że nie było siły, Alek zaczął się śmiać jak głupi.
- Naprawdę cieszę się z twojej reakcji — wykrztusił w końcu. - To dla mnie największy komplement. No i może uda nam się jeszcze razem gdzieś pojechać.
- Pewnie, jeśli tylko Ben się zgodzi.
- No tak — mruknął ciut niechętnie, ale zaraz na powrót się uśmiechnął. - Słuchaj, a co powiesz na prowadzenie motocykla? Oczywiście pod moim czułym okiem. Siadłbym z tyłu i cię asekurował. - Pisnęła niekontrolowanie, a w oczach miała same gwiazdki. - Wezmę to za tak... Siadaj, mała.
Dwadzieścia minut później, gdy już z grubsza opanowała wszelkie potrzebne jej rzeczy, polecił jej, by odpaliła silnik. Niemal nie oddychała z podniecenia, wykonując każde jego polecenie i drżąc za każdym razem, gdy dotykał jej, odpowiednio układając jej rękę. I powiedzmy szczerze, jej dreszcze miały niewiele wspólnego z podnieceniem jazdą.
Gdy już wykonali dwa dość powolne kółka wokół pustego parkingu i nawet dość zgrabnie zaparkowała na poprzednim miejscu, zeskoczyła z siodełka radosna jak prosię w deszcz i odtańcowała coś na kształt tańca wojennego, który sprawił, że Alek znów dostał regularnego ataku śmiechu, który wycisnął łzy z jego oczu.
- Prowadziłam motocykl! Prowadziłam motocykl! - zaczęła śpiewać do jakiejś znanej melodii. Miała głęboko w nosie to, że w tej chwili musi dość komicznie wyglądać i najpewniej stanowi punkt komediowy dla kierowców przejeżdżających nieopodal. Po prostu liczył się ten cudowny fakt.
- Muszę przyznać, że jesteś naprawdę utalentowana — powiedział, gdy już odtańcowała, co jej i usiadła na jednej z ławek. Uśmiechnęła się do niego promiennie, popijając wodę, którą jej podał, wyciągnąwszy z jednego z kufrów. - Moglibyśmy wyjechać — powiedział nagle. Spojrzała na niego zdezorientowana.
- Alek, o czym ty mówisz?
- On nigdy by się nie dowiedział...
Przekrzywiła głowę, patrząc na niego poważnie, a potem nagle ryknęła zdrowym śmiechem.
- Cytujesz Nacho? Serio? - zapytała wciąż chichocząc.
- Oczywiście, z tą różnicą, że oni patrzyli na Teide, a my tu mamy tylko trasę szybkiego ruchu...
- Jesteś uroczy — zaśmiała się.
- I śmiertelnie poważny... On naprawdę nigdy by się nie dowiedział.
Uśmiech spełzł jej z ust. Westchnęła ciężko i zeskoczyła z ławki, na której siedziała.
- Prosiłam cię, byś nigdy więcej nie podejmował tego tematu.
- Nie moja wina, że cię kocham.
- Przestań — poprosiła nieco ostrzej, niż zamierzała. - Przestań... Wracajmy, ok?
- Proszę, wysłuchaj mnie chociaż — jęknął, łapiąc ją za rękę, gdy go wymijała.
- Nie mamy o czym gadać, Alek. Nic do ciebie nie czuję i to się nigdy nie zmieni, więc przestań wreszcie naciskać, dobrze? - gdy to mówiła, westchnął, spuszczając wzrok. - Przykro mi, Alek, ale kocham innego.
- Wiem — szepnął, po czym niespodziewanie ją pocałował, przyciągając mocno do siebie. Jęknęła mu w usta kompletnie zaskoczona, gdy pogłębił pocałunek, nie dając jej żadnej możliwości na wyswobodzenie się. Gdy wsunął język do jej ust, z zaskoczeniem odkrył, że dziewczyna kompletnie z nim nie walczy, tylko chętnie poddaje się jego pieszczocie.
Oderwał się od niej dopiero, gdy obojgu zabrakło tchu, a w jej kieszeni zaczęła dzwonić komórka.
- Jezu, Asia... - mruknął, gładząc ją delikatnie po policzku. - Jesteś taka cudowna.
- Muszę odebrać — chrypnęła, wyciągając telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Bena.
- Zostaw... - poprosił, ale pokręciła tylko głową.
- Może to coś ważnego — mruknęła i odebrała. Już po chwili zakryła sobie usta ręką. Alek spojrzał na nią poważnie, gdy drżącym głosem odparła, że zaraz wracają.
- Co jest? - zapytał.
- Henry wylądował w szpitalu — powiedziała cicho. - Właśnie go badają.
- Wsiadaj — mruknął.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 5079 słów i 28326 znaków, zaktualizowała 25 paź o 14:34.

Dodaj komentarz