W świecie kłamstw rozdział 38

- Ben! - pisnęła, zakrywając usta dłońmi. - Jak możesz...
- Milcz! - ryknął na nią z furią, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widziała. - Nie mów mi, co mam robić!
- Ben... - Alek położył mu pojednawczo dłoń na ramieniu, ale został szybko odepchnięty.  
- Ty jebany skurwielu! Nie dotykaj mnie, słyszysz? Jestem twoim księciem i masz się mnie słuchać!
- Benedict! - zimny głos Joachima był jak kubeł lodowatej wody. - Milcz i zabieraj się stąd! Aleksandr, Joanno, wracajcie proszę do hotelu. Porozmawiamy jutro rano... Ben, chodź, musimy porozmawiać, braciszku - niemal siłą odciągnął ją od pozostałej dwójki, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem. Asia załkała cicho, trzęsąc się z zimna i strachu w strugach deszczu, który coraz bardziej przybierał na sile. Jednym ruchem ramienia, potężny Rosjanin skierował ją do SUV-a. Jechali w milczeniu pełnym furii i strachu o przyszłość.  

W hotelowym apartamencie panowała głucha cisza, przerywana jedynie stłumionym szlochem Asi. Przemoczona sukienka lepiła się do jej ciała, a kolano, które zdarła na asfalcie, pulsowało tępym bólem. Siedziała na brzegu łóżka, trzęsąc się z zimna i szoku. Alek nie pytał o zgodę. Podszedł, kucnął przed nią i ostrożnie, niemal nabożnie, zdjął jej przemoczone szpilki. Jego wielkie dłonie były ciepłe i stabilne – całkowite przeciwieństwo lodowatego uścisku Bena.

– Spójrz na mnie, Asiu – powiedział cicho, chwytając ją za podbródek. – Już cię nie dotknie. Nie pozwolę mu.
– On nigdy taki nie był... Alek, co się z nim dzieje? – wyszeptała, a kolejna łza spłynęła po jej policzku.
– To nie ma znaczenia – uciął, wstając i idąc po ręcznik. – Ważne jest to, że nie jesteś bezpieczna. Nawet z Joachimem u boku. On go tylko tuszuje, ja go powstrzymam.

Zaczął wycierać jej ramiona, a potem delikatnie opatrzył skaleczone kolano. W jego ruchach nie było pożądania, była tam czysta, surowa troska, która rozdzierała serce Asi bardziej niż furia narzeczonego. Kiedy w końcu ich oczy się spotkały, granica między nimi po prostu przestała istnieć.
– Dlaczego to robisz? – zapytała ledwo słyszalnie. – Przecież on cię zwolni... Może cię zniszczyć.
– Niech próbuje – uśmiechnął się gorzko, gładząc ją kciukiem po wardze. – Nie dbam o jego pieniądze ani o jego tytuły. Dbam o ciebie. I o to, żebyś już nigdy nie musiała patrzeć na niego z takim strachem.
To był ten moment. Alek przyciągnął ją do siebie, a ona wtuliła się w niego, chłonąc jego siłę. To nie był jeszcze seks, to była fuzja dusz. Obietnica, że od teraz grają w tej samej drużynie. Przeciwko reszcie świata.

Czwarta rano to godzina, w której świat wydaje się nierealny. Gdy Asia otworzyła drzwi, Ben nie wpadł do środka z awanturą. Wszedł powoli, niemal płynąc, z twarzą tak wygładzoną i obojętną, że aż nienaturalną. Pachniał zimnem i czymś chemicznym, co drażniło jej nozdrza.

— Ben? — szepnęła, cofając się o krok. — Gdzie byłeś? Co ty... co ty brałeś?
Spojrzał na nią. Jego źrenice wypełniały niemal całe tęczówki, czyniąc oczy czarnymi dziurami. Nie było w nich złości. Nie było miłości. Była tam tylko absolutna, lodowata pustka.

— Nic, co by cię dotyczyło, Joanno — odparł głos tak pozbawionym emocji, że aż ścierpła jej skóra. — Idź spać. Przeszkadzasz mi w myśleniu.
Minął ją, niemal ocierając się ramieniem, i poszedł prosto do salonu, gdzie usiadł w ciemnościach, wpatrzony w okno. Nawet nie zdjął płaszcza.

Asia stała w korytarzu, czując, jak ogarnia ją panika. Ten człowiek był obcy. Wtedy poczuła na ramieniu ciężką, ciepłą dłoń. Alek stał tuż za nią, wciąż w koszuli, którą nosił od wczoraj, z rozpiętym kołnierzykiem.
— Zostaw go — szepnął Alek prosto do jej ucha. — On już tu nie wróci, Asiu. Nie tej nocy.
— On jest... on jest jak z lodu, Alek. On na mnie nawet nie mrugnął.
— To nie lód. To chemia, która wyżera mu to, co z niego zostało — Alek odwrócił ją do siebie, blokując jej widok na salon. — Chodź do kuchni. Zrobię ci herbaty. Nie patrz na niego, to cię tylko zniszczy.
Siedzieli przy wyspie kuchennej w półmroku. Asia dłońmi obejmowała kubek, a Alek siedział naprzeciwko, nie spuszczając z niej oka. W pokoju obok, w absolutnej ciszy, siedział przyszły Ambasador Danii, odurzony i nieobecny, a tutaj, w cieple kuchennych lamp, rodziło się coś, co miało spalić ich wszystkich.

— Nie mogę tak żyć, Alek — wyznała cicho, patrząc w parującą wodę. — Nie mogę być z kimś, kto patrzy na mnie jak na mebel.
— Więc nie bądź — odpowiedział Alek, a w jego głosie była surowa, męska obietnica. — Kiedy będziesz gotowa, po prostu mi powiedz. Drzwi są otwarte, Asiu. Zawsze były.


Kilka tygodni później.

Katedra Roskilde była wypełniona zapachem kadzidła, drogich perfum i duszącą atmosferą państwowego smutku. Joanna stała w pierwszej ławie, czując na sobie palące spojrzenia fotoreporterów. Miała na sobie czarną suknię zapiętą pod samą szyję i woalkę, która pozwalała jej ukryć podkrążone oczy.Obok niej stał Ben. Wyglądał nienagannie – skrojony na miarę mundur, lśniące ordery, twarz wykuta w granicie. Ale dla niej był obcy. Od tamtej nocy o czwartej rano niemal ze sobą nie rozmawiali. Ben poruszał się jak zaprogramowany automat.
Kiedy chór zaczął śpiewać psalm, Joanna poczuła, że drżą jej dłonie. Mimowolnie szukała oparcia. Spróbowała ująć dłoń Bena, splotła swoje palce z jego palcami, szukając choćby odrobiny ludzkiego ciepła w tym zimnym gmachu.
Ben nawet na nią nie spojrzał. Jego dłoń pozostała wiotka, martwa, pozbawiona jakiegokolwiek uścisku. Po chwili, z absolutnym chłodem, powoli wyciągnął swoją rękę z jej dłoni i położył ją na oparciu ławy. To nie był gest złości. To była czysta, brutalna obojętność. Dla niego w tej chwili nie istniała. Była tylko przeszkodą w jego wewnętrznym procesie.
Joanna poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Czuła się upokorzona bardziej, niż gdyby na nią nakrzyczał.

Podniosła wzrok i napotkała oczy Alka. Stał przy filarze, kilka metrów dalej, w garniturze, który opinał jego potężne ramiona. Nie patrzył na trumnę królowej. Patrzył prosto na nią. W jego spojrzeniu nie było protokołu ani dystansu. Była tam furia skierowana w stronę Bena i obietnica ochrony dla niej. To był jedyny moment podczas całej mszy, kiedy poczuła, że jeszcze oddycha.

Gdy wrócili do pałacu na oficjalną stypę, Ben natychmiast zniknął w tłumie dyplomatów. Asia została sama przy oknie, obracając w palcach kieliszek nietkniętego wina.

– Dobrze się czujesz? – Fryderyk podszedł do niej, kładąc dłoń na jej ramieniu. Wyglądał na szczerze zmartwionego.
– Tak, Wasza Wysokość. To po prostu... trudny dzień.
– Ben jest teraz w swoim świecie. Małgorzata była dla niego trudną matką, ale jej śmierć otworzyła w nim drzwi, których nie potrafi zamknąć. Daj mu czas, Joanno. Jako Ambasador w Polsce odzyska równowagę. Będziecie tam sami, z dala od tego wszystkiego.
Asia uśmiechnęła się blado, ale w środku chciało jej się krzyczeć. „Będziemy tam sami”. Ta myśl przerażała ją bardziej niż cokolwiek innego. Wizja bycia zamkniętą w ambasadzie z człowiekiem, który jest albo agresywnym furiatem, albo emocjonalnym trupem, była nie do zniesienia.

Wyszła na taras, by zaczerpnąć tchu. Alek już tam był. Zapalał papierosa, osłaniając płomień wielką dłonią.
– Widziałem, co zrobił w kościele – odezwał się, nie odwracając głowy. – To lód, Asia. Od tego lodu się umiera.
– Fryderyk mówi, że w Polsce wszystko się ułoży. Że nowa praca go zmieni.
Alek odwrócił się gwałtownie. Jego oczy lśniły w mroku.
– Praca nie zmienia potworów, ona daje im tylko lepsze maski. Jeśli pojedziesz z nim do tej ambasady jako jego „ozdoba”, on cię tam powoli udusi tą swoją obojętnością. Albo czymś gorszym.
Zrobił krok w jej stronę, naruszając wszelkie zasady bezpieczeństwa i etykiety.
– Nie pozwolę na to. Słyszysz? Nie pozwolę mu cię wygasić.


Kraków przyjęł ich chłodem i szarością, która idealnie pasowała do nastroju w rezydencji Ambasadora. Ben, w nienagannie skrojonych garniturach, rzucił się w wir dyplomacji z furią, która graniczyła z obsesją. Ale kiedy gasły światła oficjalnych rautów, Ben nie wracał do sypialni Joanny. Piękne mieszkanie w starej kamienicy, które z taką przyjemnością wspólnie dekorowali, stało się dla niej zacieśniającą się wokół jej szyi pętlą. Pętlą, która dławiła również małego chłopca. Pięć lat to zdecydowanie nie jest wiek, w którym dziecko powinno widzieć tyle chłodu w stosunkach między dwojgiem kochających się niegdyś ludzi. Lgnął do Joanny niczym lep na muchy za każdym razem, gdy jego tata wracał nad ranem pijany lub naćpany z kolejnej upojnej nocy w najlepszych klubach miasta. Chłopiec łaknął bliskości, której odmawiał mu zapracowany ojciec, a dawał ulubiony, "pokolorowany" wujek. Bo zawsze, kiedy Ben wracał "wesoły i obojętny" zarazem, Rosjanin wkraczał do gry. Sam nie potrafił zliczyć, ile razy wywoził tę dwójkę do swojego azylu pod miastem. I to właśnie tam po raz pierwszy, w szale zabawy, mały urwis nazwał go swoim tatą. Serca dorosłych pękły wtedy na miliony kawałków, gdy zrozumieli, że dla tej niewinności z blond włoskami już nawet biologiczny ojciec stał się obcym człowiekiem.

Pewnego wieczoru, gdy Ben po raz kolejny „miał spotkanie w klubie biznesowym”, Alek nie zaprowadził jej do salonu. Wyciągnął z szafy w korytarzu skórzaną kurtkę, którą kupił dla niej kilka dni wcześniej.
– Dość tego siedzenia w złotym akwarium, Asiu – powiedział, rzucając jej kluczyki. – Henry śpi, niania jest na dole. Ben wróci o świcie albo wcale. Idziemy.
Na podjeździe stał jego motocykl – czarny, potężny, lśniący w świetle latarni. Alek pomógł jej założyć kask, a jego palce na chwilę zatrzymały się na jej szyi.

– Trzymaj się mocno. Poczuj, jak to jest nie być „Jej Książęcą Wysokością” przez chociaż jedną noc.
Ruszyli. Kraków nocą stawał się rozmazanym ciągiem świateł. Pęd powietrza smagał jej ciało, a ryk silnika zagłuszał wszystkie lęki. Asia przywarła do pleców Alka, czując przez grubą skórę bicie jego serca i twarde mięśnie. To nie była jazda limuzyną z firankami w oknach. To była wolność, która smakowała paliwem, wolnością i adrenaliną.
Zatrzymali się nad Wisłą, tam gdzie miasto wydawało się odległe. Alek zdjął kask i spojrzał na nią – jej włosy były w nieładzie, policzki czerwone od pędu powietrza, a w oczach po raz pierwszy od miesięcy tliło się życie.

– Widzisz? – szepnął, podchodząc niebezpiecznie blisko. – Świat się nie zawalił, bo nie było cię na kolacji z ministrem. Jesteś tutaj. Żyjesz.
– On mnie nienawidzi, Alek – wyznała cicho, opierając się o chłodną ramę motocykla. – Ben patrzy na mnie i widzi tylko obowiązek, z którego chce się zwolnić. Nienawidzi własnego syna, bo ten jest za głośno...

– On jest ślepy, Asia. Ja widzę kobietę, która zasługuje na ogień, a nie na lód.

To była noc, w której podziały na ochroniarza i pracodawczynię ostatecznie spłonęły. W blasku księżyca nad Wisłą, przy akompaniamencie stygnącego silnika, Asia zrozumiała, że domem nie jest pałac w Danii ani ambasada w Warszawie. Domem są te potężne ramiona i ta dzika, niebezpieczna wolność, którą dawał jej tylko ten jeden człowiek.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 2099 słów i 11857 znaków, zaktualizowała 2 mar o 21:05.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik WojtekWr

    Czyżby cisza przed burzą i zwrotem akcji?

    31 lip 2023

  • Użytkownik elenawest

    @WojtekWr możliwe ;⁠) zobaczymy, jak sobie bohaterowie poradzą :⁠-⁠D

    31 lip 2023

  • Użytkownik Piotr76

    Witam kiedy następna część

    28 lip 2023

  • Użytkownik elenawest

    @Piotr76 jeszcze nie wirm, piszę na bieżąco

    28 lip 2023