W świecie kłamstw rozdział 19

-— Błażej nie żyje, mamo — te słowa brzmiały w kuchni jak wyrok, odcinając Joannę od radosnego, noworocznego poranka.

Kilka dni później, tuż przed wyjazdem na pogrzeb, listonosz przyniósł grubą kopertę. Nie było nadawcy, tylko jej nazwisko nabazgrane drżącą ręką Błażeja. Gdy ją otworzyła, na podłogę wypadły dwa przedmioty: niewielki, złoty pierścionek z oczkiem, który widziała w recepcji, oraz ciężki, mosiężny klucz. Ten klucz. Do domku w lesie. Do miejsca, które miało być ich azylem, a stało się sceną jej największej zdrady. Do kopercie był również list.
- "Najdroższa Joasiu - pisał. - Przepraszam. Przepraszam, że nie zdołałem dorównać Twojemu księciu. Przepraszam, że namieszałem ci w głowie, choć nie żałuję tamtej chwili. Ten domek jest twój. Kupiłem go dla ciebie, byś miała swój mały azyl w tym wielkim świecie. Ja zadowolę się wspomnieniami o naszych wspólnych czasach. Będę nosić cię w sercu na każdej misji, tak jak robiłem to do tej pory. Żegnaj ukochana.
Błażej".

Zmełła w palcach mokrą od łez chusteczkę, gdy tydzień później stała nad otwartym grobem. Benedict trzymał ją mocno za ramię, jego czarny płaszcz chronił ją przed mroźnym wiatrem, ale nie mógł ochronić przed tym, co czuła w kieszeni. Klucz parzył ją w udo przez materiał sukienki.

— Skarbie, spokojnie — wyszeptał Benedict, nachylając się do jej ucha. — Wiem, że był ci bliski, ale tak bywa... Śmierć nie wybiera.

Skinęła głową, patrząc jak dębowa trumna znika pod warstwą świeżego śniegu. Chciała krzyczeć. Chciała mu powiedzieć, że ten „dzielny snajper” zostawił jej klucze do ich wspólnego kłamstwa.

Po ceremonii podeszła do nich zrozpaczona matka Błażeja.
— Dziękuję, że przyszłaś, Joanno — wyszeptała kobieta. — Błażej tak bardzo cię kochał. Tylko o tobie mówił, gdy dzwonił z tego swojego Orleanu...
— Nie mogłam nie przyjść. Przecież... służył ojczyźnie. To wielka strata dla jednostki — chlipnęła Joanna, starając się opanować głos. — Dziwi mnie tylko, że nie ma tu nikogo z wojska? Z Legii Cudzoziemskiej?
Starszy mężczyzna, ojciec Błażeja, spojrzał na nią z konsternacją, która nagle zmroziła jej krew w żyłach.
— Z jakiej jednostki, dziecko? Błażej pracował w restauracji, nosił tace. Mówił, że to ciężki kawałek chleba, że nienawidzi tych francuskich paniczów... Chciał wrócić, odłożył trochę grosza na jakiś domek, ale o wojsku to on tylko marzył jako dzieciak.
Świat Joanny zawirował. Spojrzała na Benedicta, który stał o krok dalej, rozmawiając przez telefon z Alkiem. Benedict był prawdziwym księciem. Błażej był... kelnerem w przebraniu. Cała ta Legia, te misje, ten mundur – to wszystko było kłamstwem. Kłamstwem dla niej, bo kiedyś faktycznie wyznała mu, że kocha wojsko i jednostki specjalne.  

Joanna siedziała w kuchni Marty, tępo wpatrując się w list leżący na blacie. Obok, niczym oskarżenie, błyszczał złoty pierścionek i ciężki, mosiężny klucz.
— Rozumiesz to? — wychrypiała, podnosząc wzrok na przyjaciółkę. — On go kupił. Ten kelner z Orleanu odłożył każdy grosz z napiwków, żeby kupić mi azyl. Kłamał do ostatniej kropki w tym liście, pisząc o „misjach”, na które niby wyrusza... a on pewnie po prostu wracał na zmywak.
Marta westchnęła, kładąc dłoń na ramieniu Joanny.
— On nie kłamał, żeby cię skrzywdzić, Aśka. On kłamał, bo wiedział, że jako zwykły chłopak nie ma szans z facetem, który ma własny zamek i armię służących. Stworzył bohatera, bo myślał, że tylko bohatera potrafisz kochać.
— I miał rację! — Joanna wybuchnęła nagłym, bolesnym śmiechem. — Poleciałam na ten mundur jak nastolatka. Na nieśmiertelniki, które pewnie kupił w sklepie z pamiątkami. Czuję się jak idiotka, Marta. Sypiałam z cieniem, podczas gdy prawdziwy Benedict stał tuż obok. Jak ja mam mu teraz spojrzeć w oczy? Jak mam udawać, że nie noszę w torebce klucza do kłamstwa, za które Błażej zapłacił życiem?
— Po prostu mu nie mów — uciął krótko Paweł, dolewając jej herbaty. — Ten klucz to teraz twój ciężar. Benedict ma swoje demony, nie dokładaj mu cudzych kłamstw.

Poranek był leniwy, pachniał pościelą i skórą Benedicta. Joanna czuła się rozbita, jej myśli wciąż krążyły wokół cmentarza i listu, który ukryła na dnie szafy. Potrzebowała czegoś, co ją wyrwie z tego marazmu. Czegoś silnego.
Kiedy Benedict zaczął ją całować, przesuwając dłonie po jej udach, nagły impuls sprawił, że chwyciła go za nadgarstki.
— Nie przestawaj — mruknęła, a potem, chcąc poczuć tę militarystyczną dominację, którą tak bardzo kojarzyła z (fałszywym) Błażejem, dodała twardo: — Masz się teraz mną zająć. Ssij. To rozkaz, Ben.
Poczuła, jak jego ciało w ułamku sekundy sztywnieje. To nie była zwykła pauza w pieszczotach – to był lód, który nagle skuł całe łóżko. Benedict odsunął się od niej gwałtownie, niemal ją odpychając. Usiadł na krawędzi materaca, a jego plecy wyglądały jak napięta struna.
— Co ty powiedziałaś? — jego głos był cichy, ale ciął powietrze jak nóż.
— Ben, ja... — zaczęła, przerażona nagłą zmianą atmosfery.
— Nigdy. Więcej. Nie wydawaj mi rozkazów — warknął, odwracając się do niej. W jego oczach nie było już pożądania. Był tam chłód, którego nigdy wcześniej u niego nie widziała. — Nie jestem twoim żołnierzykiem, Joanno. Ani niczyim innym. Mogę ubrać mundur, ale nienawidzę rozkazów. Czy to jasne?
Siedziała skulona pod kołdrą, czując, jak serce wali jej o żebra. W jednej chwili namiętność zamieniła się w pole bitwy, o którym nie miała pojęcia.
— Przepraszam... — wykrztusiła, ale on już wstawał, przeczesując dłonią włosy w geście najwyższej irytacji. — Nie wiedziałam...
— Teraz już wiesz — rzucił sucho, idąc w stronę łazienki. — Mój ojciec całe życie tresował mnie jak psa. Każdy dzień był rozkazem. Jeśli myślałaś, że to mnie podnieca, to grubo się pomyliłaś.


Siedziała w łazience, patrząc w lustro na swoje zaczerwienione oczy. W kieszeni szlafroka wciąż czuła ciężar mosiężnego klucza.
„Jeden udawał bohatera, żeby mnie mieć. Drugi ucieka przed cieniem bohatera, który go stworzył” – pomyślała z goryczą.
Benedict zapukał cicho do drzwi, a potem wszedł z parującym kubkiem czekolady. Wyglądał na tak skruszonego, tak bardzo ludzkiego, że aż serce ją rozbolało.
– Wybaczysz mi? – wyszeptał.
Przytuliła się do niego, chłonąc jego zapach – zapach prawdziwego luksusu, bezpieczeństwa i... niebezpiecznych tajemnic.
– Tak, Ben. Wybaczam.
Wiedziała jednak, że od teraz będzie musiała uważać na każde słowo. I wiedziała coś jeszcze – nigdy nie powie mu o domku w lesie. Ani o liście. Nie mogła zaryzykować, że Benedict dowie się, jak bardzo „żołnierska” fantazja Błażeja ją kręciła. To byłoby jak dolanie benzyny do ognia, który płonął w jego duszy.


Po szczerej rozmowie o jego ojcu i gorzkiej czekoladzie, atmosfera w sypialni powoli zaczęła gęstnieć od czegoś innego niż strach. Benedict starał się być delikatniejszy, jakby chciał wynagrodzić jej te kilka minut chłodu, a Joanna... Joanna po prostu chciała zapomnieć.
Gdy wieczorem leżeli wtuleni w siebie, słuchając miarowego tykania zegara, Benedict przerwał ciszę.
— Mam dla ciebie propozycję, mała myszko — wyszeptał, bawiąc się kosmykiem jej włosów.
— No słucham...
— Co robisz w Walentynki?
— Nic, bo co? — zapytała, unosząc głowę i opierając brodę na jego piersi.
— Bo lecimy do Egiptu. Znam tam miejsce, gdzie słońce parzy tak samo mocno, jak ja bym chciał cię teraz przypalić swoimi dłońmi — uśmiechnął się szeroko na widok jej zdumienia. — All inclusive, rafy, nurkowanie... i spokój. W lutym jest tam idealnie.
Joanna poczuła, jak na samą myśl o słońcu jej ciało się rozluźnia.
— A zwiedzimy piramidy? — zapytała z entuzjazmem. — Zawsze marzyłam, żeby zobaczyć je na własne oczy. Jak w "Mumii"!
— Podobnie — zaśmiał się, całując ją w czubek nosa. — Choć ostrzegam, że Egipt to państwo policyjne. Zobaczysz tam więcej mundurowych niż turystów, ale przy mnie nie masz się czego bać.
Na dźwięk słowa „mundurowi” Joanna drgnęła niemal niezauważalnie, a przed oczami stanął jej Błażej w swoim kupionym w demobilu stroju. Przełknęła ślinę i szybko zmieniła temat.
— Będę musiała pogadać z szefem o urlopie... Damian może tego nie przeżyć. Kolejne wolne w tak krótkim czasie?
— Niech się wypcha — uciął Ben z tą swoją pańską pewnością siebie, która tak bardzo ją fascynowała. — A powiedz mi, gdybyś nie pracowała w hotelu, co innego byś robiła? Co jest twoją prawdziwą pasją, poza uciekaniem ze mną na krańce świata?
Rozmowa potoczyła się lekko. Mówili o jej miłości do koni i o jego niespełnionym marzeniu bycia pilotem myśliwca. To wtedy, w tym nocnym półmroku, Benedict otworzył się jeszcze bardziej. Opowiedział o tym, jak ojciec próbował go złamać, agitując go do wojska, i o tym, jak połowa dworu odetchnęła z ulgą, gdy nowotwór zabrał starego króla.
— Przykro mi — szepnęła, gładząc go po ramieniu.
— A mnie nie. Mojej matce też nie — odparł twardo, ale bez nienawiści. — To nie był związek z miłości, Joanno. To była transakcja. Ja... ja nie chcę transakcji.
Przyciągnął ją bliżej, a Joanna poczuła, jak bardzo go pragnie. Nie księcia, nie żołnierza, o którym marzył jego ojciec, ale tego konkretnego mężczyzny, który mimo bogactwa był tak samo poobijany przez życie jak ona.
— A mną... mną się kiedykolwiek znudziłeś? — zapytała nieśmiało, patrząc mu prosto w oczy.
— A jak myślisz, mała? — zaśmiał się, przewracając ją na plecy. — Jesteś jedyną zagadką, której nie chcę rozwiązywać zbyt szybko. Chcę ją celebrować.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 1790 słów i 10191 znaków, zaktualizowała 27 lut o 22:44.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Kotek3

    Bardzo ładne opowiadanie i takie podniecające...........;)

    2 maj 2021

  • Użytkownik elenawest

    @Kotek3 dziękuję <3

    2 maj 2021

  • Użytkownik Kotek3

    @elenawest ależ nie ma za co, stwierdzam tylko fakty;)

    2 maj 2021

  • Użytkownik elenawest

    @Kotek3 bardzo się cieszę ;-)

    2 maj 2021