W świecie kłamstw rozdział 19

- Co? - zapytała, blednąc tak gwałtownie, że jej mama natychmiast usadziła ją na sofie. - Nie wierzę...
- Nam też jest niezmiernie przykro. Błażej był niezwykle miłym człowiekiem i ta strata dotknęła nas wszystkich. Proszę przyjąć od nas najszczersze wyrazy współczucia.
- Tak — wyszeptała. - Dziękuję...
- Asiu? Asieńko, co się stało?
- Błażej miał wypadek, gdy wracał do jednostki — wydusiła, czując łzy wzbierające jej w oczach — wyjaśniła, tuż po tym, jak się rozłączyła, zaciskając nerwowo dłonie na telefonie.
- I co? Chce, żebyś przyleciała do niego, czy jak?
- Nie... On nie żyje, mamo...

Tydzień później.
Zmełła w palcach mokrą od łez chusteczkę, nie mogąc opanować łkania. Wiedziała, że nie powinna rozpaczać aż tak bardzo, ale po prostu nie mogła.
Ben westchnął cicho, obejmując ją mocno ramieniem. Wyglądał poważnie i elegancko w czarnym garniturze i zarzuconym na nim płaszczu.
- Skarbie, spokojnie — wyszeptał, nachylając się do jej ucha. - Wiem, że był ci bliski, ale tak bywa... Proszę, postaraj się uspokoić...
Skinęła głową, ledwo widząc przez łzy, gdy dębowa trumna z ciałem jej przyjaciela została opuszczona do częściowo przykrytego świeżym śniegiem grobu.

- Dziękuję, że przyszłaś, Joanno — powiedziała cicho zrozpaczona mama Błażeja, wsparta na ramieniu męża.
- Nie mogłam nie przyjść. Przecież kiedyś Błażej był mi naprawdę bliski — chlipnęła, ścierając łzy i starając się ze wszystkich sił znów nie rozkleić. - Nie rozumiem tylko, dlaczego nie ma tu nikogo z jego jednostki? Przecież, gdy do mnie dzwonili, powiedzieli, że dla nich to też jest wielka strata...
- Z jednostki? - starszy mężczyzna spojrzał na nią poważnie. - Z jakiej jednostki?
- Z Legii Cudzoziemskiej... Był snajperem...
- Joasiu... Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz, dziecko. Błażej pracował z restauracji gdzieś w Orleanie, ale mówił, że tam to nie jest dobre życie. Chciał wrócić...
- Ja... Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego mnie okłamał?...

- Dlaczego? Co mu takiego zrobiłam, że chciał związek ze mną budować na takim kłamstwie? Przecież w końcu pewnie bym się dowiedziała, że nie był żołnierzem...
- Nie wiem... To naprawdę popieprzone — mruknęła Marta, siedząc oparta o Pawła, który czule masował jej brzuszek.
- Tak... W sumie mnie też zaskoczyło, że zjawił się u ciebie w mundurze, no ale w sumie mógł zmienić swoje nastawienie do wojska — powiedział Paweł. - Nie podejrzewałbym go o coś takiego... Ale, Asiu, jesteś pewna, że to nie było jednorazowe przebranie?
Brunetka pokręciła przecząco głową.
- Na pewno nie. Miał nieśmiertelniki, mundur również wyglądał na autentyczny... Jedynie ten jego długi urlop. To mogło dać mi do myślenia.
- Skąd mogłaś wiedzieć, że facet tylko się tobą bawi? Asia, nie powinnaś mieć do siebie żadnego żalu — odparła Marta stanowczo. - To on okazał się oszustem, a nie ty. Ty byłaś szczera... Przynajmniej częściowo.
- Tak, to tak, jak to jajeczko częściowo nieświeże... Faktem jest, że cholera, poleciałam na ten mundur... Cholera, nie wiem, jak spojrzeć Benowi w oczy.
- Jak rozumiem, powiedzenie mu prawdy nie wchodzi w grę, co?
- Paweł, pogięło cię? - syknęła Aśka. - Oczywiście, że nie! Popełniłam błąd i zrobię wszystko, żeby on się o tym nie dowiedział.

- Hej, kochanie... Jak się czujesz? - zapytał Ben, gdy wieczorem wróciła do swojego domu. - Może powinnaś się położyć? - objął ją czule, odgarniając jej włosy z czoła. Pokręciła przecząco głową.
- Nie, muszę się czymś zająć, żeby wciąż nie myśleć o dzisiejszym dniu — odparła, ściągając buty. - Ale dziękuję za troskę.
- Więc może chociaż gorąca kąpiel, koc i kubek herbaty albo kakao?
- Widzę, że gracie... - ruchem głowy wskazała na rozłożoną na stolę szachownicę. - Nie chciałabym, byście czuli się niezręcznie, gdy będę siedzieć obok owinięta w koc.
- Nami proszę się zupełnie nie przejmować — powiedział Alek. - A przynajmniej mną. Ben i tak wygrywa, więc właściwie mogę partię poddać walkowerem i sobie iść, jeśli chcecie zostać sami...
- Nie — zaprzeczyła. - Grajcie sobie. Ja wskoczę pod prysznic, a potem chętnie się wam poprzyglądam, skoro nie macie nic przeciwko.

Tydzień później.
- Bardzo się cieszę, że mogę księcia znów u nas gościć — powiedziała Krystyna, rumieniąc się niczym nastolatka, gdy Ben ucałował jej szarmancko dłoń, obdarzając ją przy okazji zniewalającym uśmiechem i ogromnym bukietem pąsowych róż.
- Ależ bardzo proszę mówić mi po imieniu. Tak, jak ustalaliśmy to na początku — zaśmiał się, witając się również z ojcem dziewczyny.
- Whisky... Dziękuję serdecznie — odparł drugi z mężczyzn.
- Stuletnia, mam nadzieję, że będzie smakować...
- W takim wieku smakuje wszystko. Proszę, chodźcie do salonu...

- Dobra, ja umiem grać w szachy i z łatwością ogrywam moich braci i Aleka, ale twój tata to prawdziwy mistrz! - powiedział Ben, gdy jechali już z powrotem do mieszkania Asi. - Rozłożył mnie na łopatki.
Brunetka zachichotała zadowolona, wtulając się w ramiona ukochanego mężczyzny.
- W czasie waszej rozmowy przy stuletniej whisky nie przyznał się, że wygrał dwa krajowe mistrzostwa? - zapytała, całując go w linie szczęki.
- Nawet się na ten temat nie zająknął — zaśmiał się. - Odniosłem jednak wrażenie, że twoi rodzice wreszcie się do mnie przekonali i nie boją się już o ciebie tak bardzo, jak wcześniej.
- Cóż, jesteś po prostu super facetem, który nie ma wobec mnie żadnych złych zamiarów, więc nie muszą już o mnie drżeć aż tak bardzo.
- Więc jednak drżą?
- No pewnie. Ty też będziesz, jak Henry podrośnie. Swoją drogą stęskniłam się za nim, to świetny chłopiec...
- Bardzo się cieszę, maleńka, że aż tak przypadł ci do gustu. A teraz, idziemy pod prysznic i grzecznie lulu, bo jutro czeka nas dzień pełen wrażeń — powiedział, gdy Alek zatrzymał samochód pod domem Asi.
- Przecież mówiłeś, że skoro mam wolne, to jutro nie ruszamy się z domu — zdziwiła się, idąc z nim do drzwi.
- Dokładnie. Mało tego. Nie wyjdziemy jutro z łóżka — odparł nisko, dając jej klapsa, gdy wchodzili do środka. Pisnęła i pociągnęła go w stronę łazienki. Ich niezbyt długą trasę poznaczyły ich ubrania...

- Jesteś bardzo niewyżyty — stwierdziła ochrypłym głosem jakiś czas później, oblizując usta. Ledwo stała na nogach, oparta całym ciężarem o mokre płytki prysznica i drżała, pomimo panującej w kabinie duchoty.
- To dobrze — zachichotał, wstając z klęczek. - Uwielbiam cię ssać, mała myszko. Jesteś cudownie słodziutka i dochodzisz w taki sposób, że mój penis wprost rwie się do tego, by się w tobie zanurzyć — wymruczał jej do ucha, podczas gdy ona masowała mu klatę kolistymi ruchami.

Obudziła się późnym rankiem, delikatnie wysuwając się spod jego ramienia. Mruknął coś niewyraźnie, przewracając się na plecy. Uśmiechnęła się szeroko, widząc, że jego penis jest już w pełnej gotowości. Oblizała usta i przekręciła się tak, by ustawić się w pozycji 69 i przy okazji nie obudzić go zbyt wcześnie. Pochyliła się, delikatnie liżąc główkę jego sterczącej pały i z przyjemnością wyczuwając jego słodkawy zapach. Stęknął przez sen, ale nie obudził się jeszcze. Uśmiechnęła się cwanie, po czym pochłonęła go w całości.
- Hej... - chrypnął zaspany i zaskoczony jednocześnie, gdy zaczęła mu obciągać. - Bardzo przyjemna pobudka...
- Zamknij się i bierz się do roboty! - warknęła podniecona. Uniósł brew, po czym ugryzł ją w udo. Krzyknęła z bólu i szarpnęła się, by z niego zejść, ale przytrzymał ją za biodra i zaatakował jej wyeksponowaną cipkę swoimi ustami. Jęknęła przeciągle, gdy zanurzył w niej swój gorący język.
- Ssij! - mruknął stłumionym głosem, dociskając język do jej łechtaczki. Krzyknęła z rozkoszy i znów zaczynając go ssać. Złapała jego nabrzmiałego kutasa tuż przy nasadzie, a językiem zataczała niewielkie kółeczka wokół jego rowka.
Mruknął zadowolony, coraz namiętniej ssąc jej upojnie pachnącą szparkę i kciukiem zaczął głaskać jej tylną dziurkę. Wygięła się nieco, jęcząc cicho i obciągając mu coraz ostrzej, niczym rasowa dziwka. Ich jęki mieszały się z mokrymi odgłosami, jakie wydawały ich usta i języki. Po chwili poczuła, jak ostrożnie wsunął palec w jej dupkę. Spięła się nieco, ale wtedy ugryzł ją w łechtaczkę.
- Ben! - wrzasnęła, drżąc mocno. Uderzyła go w nogę, ale nie zareagował, jedynie jego język stał się bardziej natarczywy. Skoro chciała mu rozkazywać, musiała poznać tego konsekwencje...



- To było... Niesamowite — wychrypiała kilka minut później, wciąż nieco drżąc po intensywnych orgazmach, które z taką łatwością jej zafundował. - Co cię dziś napadło?
- Kazałaś mi się sobą zająć, kochanie. Właśnie to zrobiłem — odparł, wstając. - Chyba tego chciałaś, nie?
- Oczywiście, ale... - przygryzła wargę, czując, że coś jest nie tak. - Ben, co się dzieje?
- Nie rozkazuj mi, dobrze?
- Co? - ze zdumienia aż usiadła na łóżku, wpatrując się w niego w szoku. - Ben, przecież ja wcale nie...
- Wydałaś mi rozkaz, Joanno. A przynajmniej stanowcze polecenie. A ja tego nie lubię.
Zatkało ją, nawet nie wiedziała, co ma powiedzieć. Po prostu patrzyła na niego wielkimi oczami.
- Ja... - odchrząknęła w końcu. - Cholera, Ben, naprawdę nie chciałam.
- Posłuchaj - westchnął, przeczesując dłonią włosy. - Przez całe życie, a przynajmniej dokąd żył mój ojciec, słyszałem jedynie rozkazy i polecenia, bo był byłym wojskowym i ten sztych nigdy mu nie minął. Ponadto życie w rodzinie królewskiej też nie jest takie różowe. Co prawda moja matka wprowadziła wiele zmian łagodzących dotychczas sztywną etykietę, ale to i tak wcale nie znaczy, że miałem beztroskie dzieciństwo. Miałem więcej zakazów i nakazów niż przyjemności. W okresie nastu lat wpadłem nawet przez to w depresję... Oczywiście, umiem wykonywać polecenia i rozkazy, mój ojciec świetnie mnie tego nauczył, ale uwierz mi, nienawidzę tego. Dlatego nie chcę, byś i ty mi je wydawała, jasne? Nie chcę, by nasz związek tak wyglądał. Wiem, że teraz funkcjonuje inny styl mężczyzny, kochacie tego pieprzonego Grey'a, ale ja nie mam zapędów sadomaso. Owszem, czasami mogę cię związać, potraktować ciut mocniej, ale nie jestem żadnym psycholem-dominantem... Ani tym bardziej uległym. I takie rzeczy w związku, nawet jeśli są spontaniczne i niezamierzone, nie kojarzą mi się najlepiej...
- Przepraszam — bąknęła, wstając.
- Kocham cię, maleńka, dlatego cię ostrzegam — pocałował ją czule w czoło, ale szybko się cofnęła. - Teraz będziesz na mnie obrażona?
- Nie — pokręciła przecząco głową, ruszając w stronę łazienki. - Po prostu muszę do toalety — skłamała, uciekając w bezpieczne jej zdaniem miejsce.

Gdy z niej wyszła po pół godzinie, siedział na łóżku w bokserkach i z kubkiem parującej gorącej czekolady. Natychmiast zauważył jej niepewny wzrok i zaczerwienione od płaczu oczy. Przeklął w myślach.
- Pomyślałem, że być może poprawi ci to humor — powiedział, podając jej kubek, gdy usiadła obok niego. Kiwnęła mu głową, ostrożnie popijając gorący napój. - Nadal się mnie boisz? - wyszeptał. Spojrzała na niego krótko. Westchnął, widząc jej wzrok. - Nie chciałem... Naprawdę. Wybaczysz mi?
- Ben... - odstawiła kubek na stolik przy łóżku. - Najpierw oskarżyłeś mnie o upijanie się, choć nie miałeś ku temu właściwie żadnych podstaw, teraz naskoczyłeś na mnie jak na jakąś burą sukę, tylko dlatego, że w ekstazie kazałam ci mnie wylizać. Uwierz mi, nie chciałam, by tak to zabrzmiało. I bardzo mi przykro, jeśli odebrałeś to inaczej... I, tak, wystraszyłam się — przyznała, spuszczając wzrok. - Nie rozumiem cię, wasza wysokość... Nie rozumiem takich wybuchów złości, to wygląda tak, jakby żyły w tobie zupełnie dwie różne osoby, Ben... A nie chcę, żebyś się na mnie wyżywał...
- Przepraszam... Już nigdy nie podniosę na ciebie głosu, obiecuję.
Kiwnęła mu głową, delikatnie się do niego przytulając. Pocałował ją we włosy, opierając brodę o jej głowę i uspokajając się.

Pół dnia spędzili w łóżku, śmiejąc się, wygłupiając i oglądając telewizję. A gdy zgłodnieli, po prostu zamówili pizzę, którą zjedli, popijając tanim winem. Po swoim wybuchu złości i po szczerej rozmowie z Joanną, Ben starał się robić wszystko, o co tylko go poprosiła, by już więcej się go nie bała, ale widział, że ten strach wciąż gdzieś w niej siedzi. Czuł, że przeholował. Przecież nie chciał jej do siebie zrazić!

- Mam dla ciebie propozycję — powiedział, gdy wieczorem leżeli ciasno w siebie wtuleni. Ich ciała perliły się od potu. Kolejna rozmowa przyniosła zamierzone skutki, więc znów mogli się kochać do upadłego.
- No słucham...
- Co robisz w Walentynki?
- Nic, bo co?
- Bo lecimy do Egiptu — oświadczył, uśmiechając się szeroko, gdy spojrzała na niego zdumiona. - Znam tam naprawdę fajne miejsce. Oczywiście all inclusive. Mają przepiękną rafę, na której można zarówno nurkować, jak i snurkować. No i w lutym nie jest tam aż tak przeraźliwie gorąco...
- A zwiedzimy piramidy? - zapytała natychmiast.
- Możemy, choć to dość daleko, ale jeśli chcesz, możemy się wybrać na wycieczkę do Doliny Królów. Karnak i te rzeczy.
- Jak w Mumii!
- Podobnie — puścił jej oczko, widząc, że zapaliła się do tego pomysłu.
- Ile razy już tam byłeś?
- Kilka. Trzy czy cztery. Ostrzegam jednak, że to państwo policyjne.
- Wiem, wiem — przytaknęła. - Sama z siebie też czytam co nieco, nie tylko papiery do hotelu — zaśmiała się, lecz zaraz spoważniała.
- Co się stało? - zapytał, patrząc na nią poważnie.
- Będę musiała pogadać z szefem o kolejnym urlopie... Podejrzewam, że może nie być zadowolony.
- Niech się wypcha — zaśmiał się, całując ją we włosy. - A powiedz mi, gdyby nie hotel, to co innego byś robiła?
- Zapewne coś związanego z końmi, uwielbiam je.
- Weterynarz?
- Chyba nie, nie przepadam za widokiem krwi — wzdrygnęła się lekko.
- Rozumiem — kiwnął głową. - Ja miałem taki okres w swoim życiu, że bardzo chciałem zostać pilotem myśliwca. Ciągnęło mnie do obrony kraju.
- I dlaczego ci przeszło? - zainteresowała się, opierając brodę na jego klacie i wpatrując się w niego z uśmiechem.
- Mój ojciec przesadził z agitacją. Musiałem być żołnierzem idealnym, skoro już pomyślałem o takim zawodzie. Tyle że miałem wtedy jakieś czternaście, może piętnaście lat i dość często się buntowałem. I byłem cholernie uparty. Nie udało mu się mnie złamać i podporządkować swojej woli. A potem, gdy miałem osiemnaście lat, zabił go nowotwór płuc. Był nałogowym palaczem i nie słuchał zaleceń królewskich lekarzy. Połowa dworu odetchnęła z ulgą po jego śmierci.
- Przykro mi — wyszeptała.
- A mnie nie. Mojej matce też nie. Nie płakała na jego pogrzebie i niezbyt często go wspomina. Widzisz, to nie było małżeństwo z miłości, tylko z rozsądku i z musu niejako.
- Aha... Ok. A twoje... Z Lisą? - zapytała nieśmiało.
- Zakochałem się w niej gdzieś na etapie studiów, ale totalnie mnie olewała. Dopiero w czasie jakiejś wspólnej imprezy, gdy dotarło do niej, że jestem całkiem normalnym facetem, zdołała się do mnie przekonać, ale i tak potrwało to kilka lat, zanim dała się zaprosić na randkę. Chyba chciała mieć pewność, że się nią nie znudzę.
- A mną się kiedykolwiek nudziłeś? - przygryzła wargę, patrząc na niego niepewnie.
- A jak myślisz, mała? - zaśmiał się, przewracając ją na plecy i całując namiętnie. Jęknęła mu w usta, gdy naparł na jej wciąż rozgrzaną cipkę.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 3000 słów i 16312 znaków.

1 komentarz

 
  • Kotek3

    Bardzo ładne opowiadanie i takie podniecające...........;)

  • elenawest

    @Kotek3 dziękuję <3

  • Kotek3

    @elenawest ależ nie ma za co, stwierdzam tylko fakty;)

  • elenawest

    @Kotek3 bardzo się cieszę ;-)