
- Błażej.
- Proszę?! Ty sobie ze mnie jaja robisz?! - blondynka wydarła się tak, że aż kilka osób siedzących w holu spojrzało na nie ciut zdegustowanych.
- Cicho! - syknęła Asia. - Opowiem ci wszystko w czasie przerwy obiadowej, a teraz nie drzyj japy.
- No wiesz! I ukrywałaś go przede mną?
- Ta, może jeszcze pod poduszką, co?... Nie ukrywałam go, kretynko... Zjawił się wczoraj. Reszty dowiesz się w czasie przerwy. A teraz wyjaśnij mi łaskawie, dlaczego właściwie czuć od ciebie stajnią?
- Bo stamtąd właśnie wracam...
- Na głowę upadłaś? Jeździłaś?
- A tobie porobiło się coś z mózgiem od nadmiaru facetów? Oczywiście, że nie jeździłam, nie skretyniałam do reszty, w przeciwieństwie do ciebie. Sprawdzałam tylko co u Lady. Swoją drogą ty w stajni dawno nie byłaś, a też masz tam konia.
- Wiem, pójdę do niego po pracy - mruknęła Asia, połową umysłu skupiona już na pracy, drugą na Benie. I Błażeju. I tych frezjach...
- Czy ja dobrze rozumiem, że spędziliście razem noc, skoro podwiózł cię do roboty? - Marta spojrzała na przyjaciółkę uważnie,nad swojej sałatki.
- Bo nocował u mnie — wyznała cicho brunetka, na co jej kumpela nieomal zadławiła się kawałkiem kurczaka.
- Cholera! - syknęła, przepłukując gardło sokiem pomarańczowym, którego przed ciążą nienawidziła, a teraz piła hektolitrami. - Czy ty chcesz pozbawić mnie życia?... Zmianę masz na popołudnie, więc odwiózł cię do roboty bo u ciebie nocował... Bzykaliście się? - zapytała bez ogródek.
- Marta! Nie!... Nie spaliśmy razem. Przynajmniej nie od czasu naszego rozstania... I nie, nie jestem z nim. Zjawił się tu wczoraj, jak składałam papiery po tej całej konferencji i zaproponował jedzenie. Byłam głodna jak cholera, więc się zgodziłam. Mocno się zasiedzieliśmy, gadając, a kiedy odwoził mnie do domu, najnormalniej w świecie usnęłam mu na siedzeniu. Nie miał wyjścia i został ze mną w mieszkaniu.
- Ale wpadłaś! I pamiętasz wszystko, tak? Nie masz żadnych białych plam w pamięci? Nic cię nie boli? Mdłości i te rzeczy.
- Nie, Marta, spokojnie — Asia uśmiechnęła się nieznacznie. - Poza tym myślę, że on raczej nie zrobiłby czegoś takiego.
- A skąd wiesz?
- Bo to nie ten typ faceta. Nigdy nie był i wątpię, by zmienił się aż tak.
- No ok, ale teraz przynajmniej wiesz, że ten bukiet był od niego.
- No właśnie nie — westchnęła. - Podziękowałam mu za niego, zanim wysiadłam, a on powiedział, że niczego mi nie przysyłał...
- Zawsze mógł skłamać...
- Boże, co ty masz z tymi kłamstwami? Sądzisz, że wszyscy wokół ciągle kłamią?
- Taki naród...
Asia pokręciła tylko głową, zabierając się ponownie za swoje danie. Nie mogła się jednak oprzeć dziwnemu wrażeniu, jakby podskórnemu mrowieniu. Bardzo nieprzyjemnemu.
- Asia? - po kilku minutach ciszy przerwała ją Marta, wpatrując się w przyjaciółkę uważnie.
- Co?
- Ty do niego nadal coś czujesz, prawda?
- Nie!
- Aha... Właśnie się zarumieniłaś...
- Zjeżdżaj!
- Asia...
- Czego?
- Martwię się o ciebie, wiesz?
- Niepotrzebnie! Naprawdę, między mną a Błażejem od dawna już niczego nie ma.
- Tja... Bo ja uwierzę, że on tu zjawił ot tak, dla frajdy...
- No to niby po co? - fuknęła Asia.
- Żeby do ciebie znów zarwać.
- Marne szanse. Jestem zajęta.
- Tak, ale on o tym nie wie, bo nie zmieniłaś swojego statusu na Facebooku. Bardzo się zmienił?
- Zdecydowanie. Zmężniał... Wstąpił do wojska. Jest w Legii Cudzoziemskiej.
- Nie piernicz! Naprawdę?
- Jak najbardziej. Jeszcze przyjechał w mundurze.
- Galowym?! - Marta była bliska palpitacji.
- Nie, zwykłym, ale to i tak bosko. Wiesz, jak uwielbiam mężczyzn w mundurach.
- Wiem. A on o tym wie?
- Możliwe, że kiedyś mu się do tego przyznałam, ale na sto procent ci nie powiem...
- Cóż, jeśli tak, to zapamiętał i teraz to wykorzystuje.
- Marta... - jęknął Aśka, ukrywając twarz w dłoniach.
- Aśka! Kogo ty chcesz oszukać? Przecież to widać, jak na gołej ręce, że on tu przyjechał dla ciebie!
- I co z tego?
- A to, że masz szansę go odzyskać!
- Kiedy ja nie chcę Błażeja, tylko Bena!
- Nie wiadomo, czy on nadal chce ciebie, mała... Posłuchaj. Ja na twoim miejscu łapałabym okazję...
- I?
- I jeśli Błażej zaproponuje ci bzykanko, to nie marudziłabym, tylko go brała. Tego twojego księcia i tak tu nie ma, przecież o niczym się nie dowie. A ty przynajmniej sprawdzisz, czy między tobą a Błażejem jest jeszcze jakaś chemia.
- A co, jeśli będzie? - jęknęła brunetka, odsuwając talerz z połową niedojedzonej porcji.
- A to wtedy będziesz musiała zdecydować, którego wybrać.
- A co, jeśli wybiorę źle i potem będę żałować, bo jednak się nie dopasujemy i zostanę w efekcie sama?
- Jojczysz...
- Cześć, maleńka - powiedział cicho, gdy czyściła swojego ogiera. Pisnęła i w efekcie koń dostał szczotką po tyłku. W odpowiedzi zdzielił ją ogonem. Zapiekło, a nawet tego nie zauważyła. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Błażej... Co ty robisz? - zmarszczyła brwi.
- Ponownie cię odwiedzam — zachichotał. Stał oparty o winkiel ściany z rękami w kieszeniach spodni. - To jak? Dasz się skusić na przejażdżkę?
- Przejażdżkę - przygryzła nieznacznie wargę, zauważając jak mu dobrze w prostej białej koszuli i zwykłych jeansach. Ben zawsze był tak bardzo oficjalny, choć to również się jej podobało.
- Przejażdżkę - powtórzył miękko, uśmiechając się lekko. - Zjemy coś, pogadamy... podał jej bukiecik tulipanów. - Na osłodę dnia.
- Dziękuję — wyszeptała zarumieniona, chowając twarz w kwiatach. - To bardzo miłe z twojej strony.
- Wiesz dobrze, że zawsze lubiłem dawać ci kwiaty, maleńka. To co? Idziemy? - uśmiechnął się rozbrajająco, podając jej ramię.
- No dobrze — westchnęła, wychodząc z nim ze stajni. Jej fryzyjczyk parsknął oskarżycielsko, ale go zignorowała. - Ale tylko jedzenie i pogawędka - zastrzegła od razu.
- Słowo harcerza — zaśmiał się.
- Ty nigdy nie byłeś harcerzem - zauważyła, patrząc na niego krytycznie. Oczywiście nie był aż tak wysoki jak Ben czy muskularnie zbudowany jak Alek, a mimo to, czuła się przy nim dobrze. Zbyt dobrze. Cholera jasna.
- Jesteś pewna? - mruknął, nachylając się do niej lekko. Przytaknęła. - No, ale teraz jestem żołnierzem... Proszę — otworzył jej drzwi. - Kupiłem burgery — mruknął, gdy wsiadła. Natychmiast zaczęło jej burczeć w brzuchu.
- Utuczysz mnie! - prychnęła, kręcąc głową z uśmiechem.
- Nieprawda — zaprotestował, posyłając jej oczko. - Nigdy przecież nie miałaś tendencji do tycia...
- Jesteś niemożliwy...
- Oczywiście. Jak zawsze.
- Dobra, jedź już.
- Wedle rozkazu - zasalutował jej niedbale, szczerząc się jak głupi i ruszył w stronę leśnego parkingu pod miastem. Ich dawnej ulubionej miejscówki.
- Zawsze podejrzewałem, że w głębi jesteś żarłokiem — zaśmiał się, gdy opędzlowała kilka skrzydełek, które kupił razemz burgerami.
- Czepiasz się - oblizała palce, a jemu na moment zrobiło się gorąco.
- Może trochę, ale to urocze - chrypnął, patrząc jej w oczy. Znów się zarumieniła. - Więc dalej jesteś menedżerką, co? - zapytał, układając się wygodnie na masce starego volvo.
- Zgadza się — kiwnęła głową. - Naprawdę to lubię.
- Szykuje się jakiś awans?
- Nic mi o tym nie wiadomo. A czemu pytasz?
- Z czystej ciekawości - wzruszył ramionami. - Dalej startujesz w zawodach?
- Owszem. Ostatnio wygrałam jedne w Danii, a jutro po pracy mam trening do kolejnych.
- Gratuluję złota. Mogę przyjść? - zapytał, niespodziewanie.
- A po co?
- Żeby popatrzeć - uśmiechnął się czarująco. - I cię asekurować. Jak za dawnych lat.
- Ale ty na pewno pamiętasz, że się rozstaliśmy, co? - zapytała podejrzliwie, patrząc na niego niepewnie. Telefon w jej kieszeni zasygnalizował smsa, ale postanowiła odczytać go później.
- Niestety - uniósł się na łokciu, patrząc na nią poważnie. - I cholernie tego żałuję... I tęsknię - wyznał.
- Serio? - zapytała cicho.
- Tak — kiwnął stanowczo głową. - Decyzja o rozstaniu była totalną głupotą. I szaleństwem. Choć rozumiem dlaczego tak się stało. Byłem upierdliwym dupkiem.
- A teraz co? Chcesz to naprawić czy jak? To dlatego przyjechałeś?
- Przyjechałem tu na urlop, odwiedzić rodziców. A decyzja, by się z tobą spotkać, była spontaniczna - wyznał. - Tyle że wtedy nie miałem munduru i zdecydowałem, że zagadam na drugi dzień. Ale prawda jest taka, że chcę spędzić z tobą trochę czasu, zanim wrócę do obowiązków we Francji. Przy tobie przypominają mi się wszystkie nasze dobre chwile razem. Pamiętasz je jeszcze, Asiu?
- Pamiętam — wyszeptała, przygryzając wargę. W tym miejscu nie dało się ich zapomnieć. Dupek wybrał idealnie. To przecież tu mu się pierwszy raz oddała. Na tym samym parkingu, tyle że auto było teraz inne.
- Żałujesz czasami, że się rozstaliśmy? - zapytał po chwili milczenia.
- Żałowałam na początku. Teraz... sama nie wiem.
- Rozumiem... Ale... Powiedz słowo, a dam ci szczęście, o jakim zawsze marzyłaś. Ten mały wiejski domek pod miastem, ogrodek...dziecko... Asia...
- Błażej... - przerwała mu już kompletnie czerwona jak dojrzały burak. - To naprawdę miło, że tak mówisz, ale aktualnie wszystko bardzo się skomplikowało. Musiałabym pomyśleć... Poza tym, jak chciałbyś dać mi to wszystko? Na odległość? Ja tutaj, a ty we Francji?
- Nie, oczywiście, że nie! - roześmiał się ochryple. - Wystąpiłbym z wojska i wrócił do Polski. Kupiłbym nam ten dom. Sama byś go wybrała, nie wtrącałbym ci się...Wiesz, Legia całkiem nieźle płaci....
- Yhm... Odwieź mnie domu - zdecydowała, zeskakując z maski auta. - Muszę pomyśleć, a ty... Nie ułatwiasz mi niczego.
- Tak, rozumiem - westchnął i podszedł do niej. - Pamiętaj, maleńka. Wystarczy twoje jedno słowo - nachylił się i pocałował ją w policzek. Zdecydowanie zbyt blisko ust. Gwałtownie wciągnęła powietrze, czując miękkość jego warg, zapach jego subtelnych perfum. Jego niebieskie oczy wpatrywały się w nią w oczekiwaniu.
- Do domu - powtórzyła słabo.
Następnego dnia.
Ten koń był jakiś dziwny. Upierdliwy, trudny w prowadzeniu i kompletnie jej nie słuchał. A przynajmniej robił wszystko, by utrudnić jej trening. I nie tylko ona to widziała. Błażej, który jej tego dnia pilnował, co chwilę kręcił z rezygnacją głową, rzucając rasistowskie uwagi pod adresem ogiera. Wspólnie zdecydowali, że jeśli teraz nie pojedzie przynajmniej poprawnie, kończą na dziś.
Ściągnęła ostro wodze narowistego ogiera, unosząc się w siodle...
Krzyknęła krótko, uderzając z impetem o twardą nawierzchnię ujeżdżalni. Jak przez mgłę zarejestrowała jeszcze przerażony okrzyk Błażeja i odpłynęła.
Otworzyła powoli oczy, mrugając szybko i nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduje i co właściwie się dzieje.
- Asia, hej — powiedział Błażej, wstając z fotela ustawionego w rogu pomieszczenia i podchodząc do niej. Chciała coś powiedzieć, ale poczuła, że ma w gardle jakąś rurkę. Natychmiast zaczęła się dusić. - Hej, spokojnie, już wołam lekarza - mruknął, wypadając na korytarz. Jęknęła, orientując się, że najpewniej jest w szpitalu.
- Co się stało? - chrypnęła, gdy w końcu po serii niekończących się badań zostali sami.
- Miałaś wypadek w czasie treningu — powiedział, siadając przy niej. - Na szczęście skończyło się tylko na złamanej ręce i paru siniakach.
- Yhm... - jęknęła. Głowa łupała ją niemiłosiernie, a każdy oddech wysyłał miliony szczypiących igiełek do każdego zakamarka jej ciała.
- Boli cię? - zapytał zmartwiony.
- Owszem — wyszeptała. - Wytrzymam. Bywałam już poobijana.
- Jesteś za bardzo uparta, moja ty dzielna amazonko - mruknął, obejmując ją czule ramieniem i pocałował we włosy owinięte bandażem.
- Dziękuję — uśmiechnęła się blado. - Powiesz mi, co dokładnie się stało?
- Ten głupi koń zarył się czterema nogami w ziemię. Wyleciałaś z siodła jak z procy. Uderzyłaś w szczeble przeszkody, a potem grzmotnęłaś o ziemię. Gdy do ciebie podbiegłem, byłaś nieprzytomna. Dobrze, że wyczułem puls — powiedział cicho. - Tak cholernie się wystraszyłem... - szepnął, tuląc ją do siebie ostrożnie.
- Już w porządku — powiedziała, nieznacznie ściskając go za dłoń. - Dziękuję.
- Daj spokój, przecież wiesz, że dla ciebie wszystko zrobię, kochanie.
- Jak długo byłam nieprzytomna? - zapytała, nie odpowiadając na jego uwagę, chociaż... Była ona przyjemna.
- Niecały dzień.
- Moi rodzice już wiedzą?
- Tak — przytaknął. - Zadzwoniłem do nich z twojej komórki, gdy zabierali cię do szpitala. Byli tu. Wyszli niedługo przed tym, jak się obudziłaś.
- Powiedzieli coś, widząc cię tu?
- Nie, byli zaskoczeni, ale nie. Znaczy wiesz, bardziej martwili się o ciebie, niż interesowali mną. Chociaż twoja mama chyba nadal za mną nie przepada - uśmiechnął się.
- I ciebie to bawi?
- Trochę...
- Słuchaj... Dasz mi telefon?
- Po co?
- Muszę zadzwonić... To ważne.
- Czy to aby dobry pomysł? - mruknął sceptycznie, sięgając na półkę i podając jej komórkę. Kiwnęła mu głową i wybrała numer do Bena. Zgłosił się naprawdę szybko.
- Maleńka, teraz nie mogę rozmawiać, zadzwonię...
- Ben, jestem w szpitalu — przerwała mu szybko, nim zdołał się rozłączyć. Zapadła jednak głucha cisza.
- Co? - zapytał w końcu. Miała wrażenie, że jest zły. Albo po prostu ona była zbyt zmęczona i obolała, by dobrze go zrozumieć. - Lekarz potwierdził? Który to tydzień?
- Co? Nie, Ben, ja... Nie jestem w ciąży - powiedziała zarumieniona. - Miałam wypadek w czasie treningu na tym twoim koniu...
- Będę u ciebie za kilka godzin. Jadę na lotnisko - zdecydował, przerywając jej i się rozłączył. Westchnęła, odkładając telefon na pościel.
- Kto to? - zapytał Błażej, który w czasie jej rozmowy wyglądał przez okno. - I dlaczego powiedziałaś, że nie jesteś w ciąży? - gdy nie odpowiedziała od razu, odwrócił się do niej i spojrzał na nią poważnie. - Asiu? Czy to ktoś... Sypiasz z nim? To twój facet?
- Tak — delikatnie kiwnęła głową, przygryzając wargę. - Ale mamy dość trudny okres i... Koń należy do niego, musi wiedzieć co się stało.
- Rozumiem — burknął, podchodząc do niej. Nachylił się, patrząc jej głęboko w oczy. - Skoro go tu nie ma, a macie trudny okres, to jest zwykłym kretynem, bo o ciebie nie walczy... Ja nie zamierzam tym razem odpuścić - mruknął i pocałował ją czule. Stęknęła mu w usta, poddając się tej pieszczocie. I sama nie wiedziała, czy to wynik lekarstw, którymi była nafaszerowana, czy naprawdę tego chciała.
- Joanna! - chłodny, nieco drżący głos Bena przeciął powietrze niczym nóż. Minęło prawie 5 godzin, nim w końcu zjawił się w szpitalu. Śmiech zamarł Asi w gardle. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się lekko.
- Jesteś nareszcie...
- Coś ty sobie zrobiła? - zapytał, siadając przy niej. Błażeja w ogóle zdaje się nie dostrzegał.
- Ona sobie? - warknął Błażej. - To twój koń ją zrzucił, człowieku. Nim się nie da kierować!
Ben spojrzał na niego zimno, z wyższością, ale złość Błażeja była zbyt duża, by dał się zastraszyć.
- A ten...to kto? - zapytał zimno, patrząc znów na Asię.
- Mój przyjaciel - wyjaśniła.
- Przyjaciel... Mmm - mruknął wyraźnie niezadowolony. - Każ mu stąd wyjść. Albo ja to zrobię...
- Po pierwsze rozumiem po angielsku, ty nadęty dupku - fuknął Błażej. - Po drugie to ja zadzwoniłem na pogotowie. A po trzecie, Asia jest moją bliską przyjaciółką. Bardzo bliską - syknął, podchodząc z drugiej strony łóżka.
- Ben, mam ten wazon - powiedział niespodziewanie Alek, wchodząc do sali. I trzeba przyznać, ledwo zmieścił się w drzwiach z bukietem kwiatów. Goździki, frezje, tulipany i żonkile mieszały się ze sobą feerią barw. Asię zatkało. Ten bukiet musiał kosztować majątek! Alek również przystanął, jego oczy błyskawicznie omiotły pomieszczenie. Napięcie między dwoma stojącymi przy łóżku mężczyznami było niemal namacalne. Powoli odstawił wazon na podłogę. - A ty to kto? - zapytał szorstko. Jego rosyjski akcent stał się nagle bardzo wyraźny.
- Nikt ważny - syknął Ben, chwytając Joannę za rękę. Skrzywiła się nieco, wciąż wszystko ją solidnie bolało. - Wyprowadź...pana.
- Nie mam bladego pojęcia, co tu się odpierdala, Asiu i kim jest ten małpolud - ruchem głowy wskazał Aleka. - I cholernie mi się to nie podoba...
- Błażej, proszę cię - szepnęła, czując, że za chwilę sytuacja stanie się zbyt nerwowa do opanowania. - Idź już, pogadamy później, dobrze? - poprosiła.
- Jesteś pewna, że z ich strony nic ci nie grozi?
- Oczywiście. Alek to ochroniarz Bena i chyba czasami jest po prostu nadopiekuńczy...
- Taaa... Uważaj, będę się im uważnie przyglądać, póki tu jestem... - nachylił się, nie zważając na grymas wściekłości Benedicta i cmoknął ją w czubek głowy. - Zdrowiej... Ah, byłbym zapomniał - zwrócił się do Bena, przechodząc znów na angielski. - Porucznik, Błażej Kruk. Ofecer Legii Cudzoziemskiej.
- Taaak, fascynujące - oczy Bena utkwione były w Joannie. Nie podał ręki, nawet nie drgnął.
- Będę czuwać - przypomniał jeszcze po polsku i wyminął Aleka. Miał wrażenie, że ten wielkolud obserwuje go nawet przez zamknięte drzwi. I to cholernie mu się nie podobało.
- Co on powiedział? - zapytał Ben, wyraźnie starając się opanować.
- Nic ważnego - skłamała szybko, nie chcąc zaogniać sytuacji.
- Nie lubię, gdy nie rozumiem języka - powiedział, sięgając do niewielkiej torby. - Będziesz musiała nauczyć mnie polskiego... Chyba że Alek wie, co powiedział ten kretyn... Alek?
- Niet - spojrzała na niego, gdy Ben grzebał w torbie. Wpatrywał się w nią uważnie, jakby widział coś, co chciała ukryć... Ewentualnie zrozumiał Błażeja. O, psia mać!
Gdy na drugi dzień zjawili się u niej jej rodzice, Alek czuwał na korytarzu, a na jej dłoni lśniła droga bransoletka z rubinami - najnowszy prezent od Bena.
- Jak ja się cieszę, że nic poważnego ci się nie stało! - jej mama przytuliła ją ostrożnie. - Jak się czujesz?
- Obolała. Ale nic mi nie jest...
- Można tak powiedzieć. Złamana ręka i wstrząśnienie mózgu to na pewno nie coś małego, Asiu. Gdy tylko cię stąd wypiszą, przenosisz się do nas.
- Aleee...
- Co?
- Ben już obiecał, że zaopiekuje się mną u mnie...
- Ben? Jaki znowu Ben?
- Mój... Partner, mamo.
- Partner? - jej ojciec założył ramiona na piersi. - Czy może sponsor? To od niego te kwiaty? - kciukiem wskazał na bukiet. - I zapewne bardzo droga bransoletka...
- Tato! Ben nie jest moim sponsorem! Spotykamy się od jakiegoś czasu - rumieniec na twarzy Asi stawał się już krwistoczerwony.
- Hmmm... Nie podoba mi się to. Chcę go poznać.
- Poszedł po kawę - bąknęła nagle bardzo zawstydzona.
- Znakomicie. Poczekamy tu na niego. Zdaje się, że będziesz musiała zacząć się słono tłumaczyć, moja panno - jej mama wyglądała na bliską furii. A jak jej mama była zła, wszystko szło w drzazgi. Ona nie brała jeńców.
Asia nie miała jednak szans, by ją uspokoić, bo drzwi do prywatnej sali, do której została rano przeniesiona na żądanie Bena, otwarły się nagle i on sam stanął w progu z plastikowym kubkiem herbaty w dłoni. Jego spojrzenie padło na dwoje starszych państwa, na nieco bladą twarz Joanny. Uśmiechnął się nieznacznie.
- Witam, państwa - powiedział powoli, podając dłoń jej ojcu. - Miło mi państwa poznać. Proszę , pozwólcie państwo, że się przedstawię. Nazywam się Benedict Glucksburg, książę duński, hrabia Monpezat - ucałował dłoń omieniałej matce Asi. - Od kilku tygodni mam zaszczyt być życiowym partnerem państwa córki...
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Tet
Przedstawił się imieniem i nazwiskiem w płynnym angielskim?
coś chyba tu nie pykło w tym zdaniu 
elenawest
@Tet fakt, nie dopisałam jednego fragmentu :-P