
— Jesteś nareszcie — powiedziała cicho, gdy Ben zjawił się w domu po kolejnym dniu negocjacji.
Henry, umorusany pastelami, natychmiast dopadł ojca. Widok Bena, który mimo zmęczenia promieniał na widok syna, zawsze ją rozczulał, ale dziś w salonie leżało coś, co zatruwało atmosferę. Biała, sztywna koperta z królewską pieczęcią.
— Dostaliśmy zaproszenia — rzuciła, gdy Ben odstawił zasypiającego malucha do łóżka.
— Od Fryderyka? — zdziwił się. — Koronacja? Myślałem, że po tym, co powiedziała matka...
— Najwyraźniej twój brat ma więcej klasy niż ona — prychnęła Asia, rzucając zaproszenie na stół, jakby parzyło ją w dłonie. — Ale to nic nie zmienia, Ben. Nie polecę tam. Nie dam tej suce Meghan ani twojej matce satysfakcji z patrzenia na mnie jak na błąd w protokole.
Ben podszedł do niej powoli, jego kroki były miękkie, niemal kocie.
— Kochanie... — mruknął, kładąc dłonie na jej biodrach i przyciągając ją do siebie. — To dla nas prawdziwa szansa. Na nowy początek, na pokazanie im, że wygraliśmy.
— Dla ciebie. Nie dla mnie — odparła, próbując zachować resztki oporu, ale gdy jego usta odnalazły wrażliwe miejsce na jej szyi, a dłonie zaczęły błądzić pod materiałem bluzki, poczuła, jak jej determinacja topnieje w ogniu znajomej namiętności.
Zasnęła w jego ramionach, ale rano chłód powrócił. Wiedziała, że musi spotkać się z Martą. Ich relacja, niegdyś gorąca, teraz przypominała letnią wodę – wciąż obecna, ale naznaczona niedopowiedzeniami. Jednak Marta, ze swoim ostrym jak brzytwa językiem, wciąż potrafiła uderzyć w punkt.
— Aśka, opamiętaj się! — Marta niemal krzyknęła nad filiżanką kawy. — Leć tam, odstrzel się w taką kieckę, żeby im wszystkim korony z tych siwych łbów pospadały! Pokaż im, że jesteś ponad to! Zrobimy zakupy, znajdziemy coś, co ich oślepi.
— Jestem ponad to. Dlatego właśnie nie lecę — ucięła Asia, ale ziarno zostało zasiane.
Godzina. Dokładnie tyle zajęło Marcie, by złamać opór przyjaciółki. Umówiły się na maraton po krakowskich butikach, a Ben, uwięziony w papierach i spotkaniach z kontrahentami, oddelegował do ich ochrony Aleka.
— On ma do tego większą cierpliwość niż ja — skwitował krótko, wręczając Asi swoją kartę bez limitu.
Dziesięć butików. Dziesięć świątyń luksusu, setki metrów tiulu, jedwabiu i koronek. Każda kreacja była wspaniała, ale żadna nie miała „tego czegoś” – tej iskry, która sprawiłaby, że Asia poczułaby się jak wojowniczka, a nie jak przebrana lalka. Marta, mimo posiadania męża i córeczki, promieniała tego dnia wyjątkowym entuzjazmem, który podsycała obecność ich cienia.
Alek stał w rogu każdego sklepu niczym dwumetrowy, mroczny posąg. Z kamienną twarzą, nieporuszony stertami ubrań, obserwował Asię. Jego wzrok nie błądził po wieszakach. On patrzył tylko na nią – na to, jak materiał układa się na jej ciele, jak marszczy brwi, jak zagryza wargę. Marta co chwila rzucała w stronę Rosjanina zaczepne spojrzenia, szeptem komentując jego „posągową męskość”, ale Alek zdawał się jej nie słyszeć. Dla niego w tych luksusowych wnętrzach istniała tylko jedna kobieta.
— Zauważyłaś, jak on na ciebie patrzy? — szepnęła Marta, gdy wychodziły z ósmego butiku. — Jakbyś była najcenniejszym eksponatem w tym całym muzeum próżności.
Asia nie odpowiedziała, ale poczuła dreszcz na plecach. Wiedziała, że ta wyprawa po suknię to coś więcej niż zakupy. To było zbrojenie się przed bitwą, a Alek był jedynym, który rozumiał ciężar tej zbroi.
Po dziesiątym butiku nogi im odmawiały posłuszeństwa, a w głowach miały mętlik od nadmiaru tiulu. Marta wciąż szczebiotała o „posągowej męskości” ich cienia, ale Asia czuła narastającą frustrację. Wszystkie te suknie były piękne, ale żadna nie mówiła: „Jestem tu, by wygrać”.
— Obawiam się, że w tej galerii nic nie znajdziecie — mruknął nagle Alek, podchodząc do nich, gdy stały bezradnie na korytarzu. — Potrzebujesz kreacji godnej przyszłej królowej, a nie bywalczyni rautów. I to nie jednej. Trzech.
— Trzech?! — jęknęła Asia, łapiąc się za głowę. — Po co mi aż tyle?
— Oficjalna do kościoła, balowa i na poranne śniadanie — wyliczył Alek z taką precyzją, jakby od lat studiował dworski protokół. — Chodźcie na kawę. Obie wyglądacie tragicznie. Pokażę wam coś.
W kawiarni, z dala od ciekawskich spojrzeń, Alek wyciągnął laptopa. Marta natychmiast przysunęła krzesło, a Asia, mimo zmęczenia, poczuła dreszcz ekscytacji. Alek nie szukał w popularnych sklepach. Znał strony, o których istnieniu Asia nie miała pojęcia.
— Znalazłem coś, co będzie do ciebie pasować — powiedział cicho, obracając ekran w jej stronę.
Asia zamarła. To była suknia do kościoła. Prosta, a jednocześnie tak majestatyczna, że zapierała dech w piersiach. Szlachetny materiał, idealnie skrojona linia, dekolt, który nie odkrywał zbyt wiele, ale podkreślał jej dumę. Marta aż pisnęła z zachwytu.
— Jest obłędna — wychrypiała Asia, nie mogąc oderwać wzroku od ekranu. — Ale kosztuje czternaście tysięcy...
— I ja ją kupię — uciął Alek, patrząc jej prosto w oczy.
Cisza, która zapadła przy stoliku, była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Marta zrobiła wielkie oczy, a Asia poczuła, jak krew uderza jej do twarzy.
— Zwariowałeś! — szepnęła. — Ben cię zamorduje! To nie jest zwykły prezent, Alek.
— To nie jest prezent. To zbroja — odparł Rosjanin, nie spuszczając z niej wzroku. — Ben dał mi kredyt zaufania, bym cię chronił. Chronię cię więc przed upokorzeniem, które ci zgotują w Kopenhadze. Stać mnie na to. Proszę, nie odmawiaj.
To był moment, w którym profesjonalizm Aleka ostatecznie skapitulował przed jego uczuciami. Choć Asia, dbając o resztki lojalności wobec Bena, kategorycznie odmówiła i ostatecznie zapłaciła kartą narzeczonego, gest Aleka wisiał w powietrzu niczym niewypowiedziane wyznanie miłości. Wybrała suknie, które wskazał, w tym tę „zbroję” za czternaście tysięcy, czując, że teraz ta wyprawa do Danii ma zupełnie inny ciężar.
Miesiąc później.
Pudła dotarły do domu. Ben, bawiąc się z Henrym, obserwował, jak Asia z dumą rozpakowuje kolejne jedwabie.
— Eleganckie — ocenił suknie na śniadanie i bal, nie mając pojęcia o dramacie w kawiarni. — A ta główna? Do kościoła?
— Zobaczysz ją dopiero w Danii — uśmiechnęła się wrednie Asia, choć w środku wciąż czuła palące spojrzenie Aleka. — Alek był nieoceniony przy wyborze. On faktycznie ma do tego większą cierpliwość niż ty. Mówił tylko "nie" i przymierzałam kolejną.
Ben zaśmiał się, całując ją w czubek głowy.
— Cieszę się, że go posłałem. Przynajmniej jedna rzecz z głowy.
Jednak wieczorem, gdy szli do stajni, Asia znów napotkała wzrok Aleka. Stał przy wejściu, paląc papierosa, i skinął jej głową z ledwie zauważalnym uśmiechem. Wiedział, co kupiła. Wiedział, jak będzie wyglądać. I wiedział, że to on, a nie Ben, wybrał pancerz, w którym ona rzuci wyzwanie królowej.
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.