W świecie kłamstw rozdział 11

W świecie kłamstw rozdział 11- Dziękuję — wyszczerzył się. - Choć to nic takiego, panienko.
- I tak ci dziękuję, że mi pomogłeś z tym prezentem.

- Witaj, Joanno — powiedział Ben, gdy tylko otworzył jej drzwi. - Cieszę się, że zjawiłaś się tak szybko.
- W końcu przysłałeś po mnie samochód — odparła, uśmiechając się nieznacznie. - Zapewne szybciej by było tylko wtedy, gdybym się tu teleportowała, ale niestety mimo najszczerszych chęci jeszcze nie opanowałam tej umiejętności — zażartowała, wzruszając ramionami. - A gdzie Henry?
- Śpi — odparł, nachylając się do niej i całując ją w policzek. - Pięknie wyglądasz. Nie zmarzłaś? Masz na sobie tylko ten sweter? A gdzie kurtka?
- Nie mam, ale spokojnie, ja jestem gorąca babeczka.
- Temu zdecydowanie nie mogę zaprzeczyć — chrypnął nieco, wreszcie się uśmiechając. - Ale mam pytanie...
- To prezent dla twojego synka — wyjaśniła szybko, widząc jego spojrzenie. - Pluszowy miś na przełamanie pierwszych lodów.
- Rozumiem — kiwnął głową. - Dziękuję w jego imieniu, chociaż oczywiście wiesz, że nie musiałaś?...
- Ależ oczywiście, że musiałam, bo to dziecko i byłoby mi strasznie głupio, gdyby niczego ode mnie nie dostał — powiedziała poważnie, odkładając ozdobną torebkę na niski stolik.
- No dobrze — westchnął, a uśmiech nie schodził mu z ust. - Ale miś?
- Alek pomógł mi w wyborze prezentu — wyjaśniła.
- W takim razie chyba dostanie za to jakąś premię.
A, to też całkiem dobry pomysł, ale przede wszystkim czy mógłbyś powiedzieć mu, żeby przestał mówić do mnie per "panienko"? To mnie strasznie peszy.
- A tak się do ciebie zwraca? - uniósł brwi zaskoczony, choć widać było, że próbuje się nie roześmiać.
- Tak — kiwnęła głową. - Wiesz, to bardzo miłe i kulturalne określenie, ale mam wrażenie, że on mnie już wpisał w poczet twojej rodziny i dlatego tak mówi. A przecież nie jestem żadną księżniczką, czy posiadaczką innego tytułu szlacheckiego... No i naprawdę czuję się z tym nieswojo... Jakby zwracał się do kogoś zupełnie innego.
- Mówiłaś mu o tym?
- Poprosiłam go kiedyś, by mówił mi po imieniu, ale i tak wrócił szybko do tej dziwnej formy...
- Dobrze, porozmawiam z nim o tym, skoro ci to przeszkadza, aczkolwiek sądzę, że nie powinnaś wymyślać, bo kto wie, może z czasem tak właśnie wszyscy będą się do ciebie zwracać. Albo jeszcze inaczej... Powinnaś to przemyśleć.
- Kiedyś na pewno — mruknęła zarumieniona. - No dobrze... To jakie atrakcje na dzisiaj przewidziałeś? Bo chyba nie będziemy siedzieć cały czas w hotelu, co?
- Nie, nie będziemy... Ale naprawdę sądzisz, że z takim malcem można planować coś na zaś? - uśmiechnął się. - Szybko się męczy...
- Wiem, ale jego tata jest silny, więc w razie potrzeby weźmie go na ręce — wyszczerzyła się wrednie. Pokręcił głową z rezygnacją.
- Jak będę go nosić tak za każdym razem, gdy robi się marudny, to w końcu padnie mi kręgosłup — zażartował.
- Może nie będzie aż tak źle. Henry lubi zwierzęta?
- Jasne. Nawet bardzo.
- No, to w takim razie możemy odwiedzić tutejsze zoo. Dużo zwierzaków jest w ogromnych pawilonach, więc nie zmarzniemy. To naprawdę fajne miejsce.
- Ale ty nie masz żadnej kurtki, a nie chcę, żebyś zmarzła...
- Ale to naprawdę nie problem, bo możemy podjechać do mnie, wezmę kurtkę i pojedziemy dalej, to i tak po drodze.
- No dobrze... To za chwilę pojedziemy, bo Henry już wstał.
- Skąd wiesz?
- Słyszę, maleńka — uśmiechnął się lekko i wstał. Miał rację, bo już po chwili w rogu pokoju stanął trzyletni chłopiec w niebieskiej piżamce, przecierając łapką zaspane ślepka. Włoski miał uroczo rozczochrane, a pod pachą trzymał niewielkiego pluszowego pieska. Ben natychmiast wziął go na ręce i przytulił. Asia wstała cichutko z kanapy, uśmiechając się szeroko na ten rozbrajający widok, gdy maluch wtulił się natychmiast w ojca, walcząc jeszcze ze snem. Ben uśmiechnął się do niej rozczulony i puścił jej oczko. A ją ogarnęła nagła panika, której wcześniej w ogóle nie odczuwała. A co, jeśli maluch jej nie polubi? Przecież tak też mogło się zdarzyć i co wtedy? Wątpiła, by Ben zdecydował się na dalszy związek, czuła, że wybierze syna, nawet jeśli kochałby ją całym sercem.
Po chwili jednak podszedł do niej z maluchem na rękach i przedstawił ich sobie. Drżącymi rękami podała mu misia, mówiąc, że to dla niego. Blondynek przez chwilę patrzył na nią ciut niepewnie, ale kiedy Ben naszeptał mu coś do ucha, porwał misia i przytulił go mocno, a po chwili wyciągnął do niej rączki. Wzięła go ostrożnie, czując, że serce wyskoczy jej zaraz z piersi. Maluch wtulił się w nią ufnie, ściskając pluszaka i obdarzył ja soczystym całusem. W tej chwili właśnie się w nim zakochała.
- Jest cudowny — wyszeptała nieco ochryple, ukradkiem ścierając łzę, gdy z piskiem pognał do sypialni.
- Tak — Ben popatrzył na nią poważnie. - Proszę... nie skrzywdź go — delikatnie ujął jej ręce i ścisnął w swoich.
- Ben, obiecuję, że zrobię wszystko, by twój syn mnie zaakceptował — powiedziała, patrząc mu w oczy. - To słodki chłopczyk i prędzej sama sobie serce wyrwę, niż go skrzywdzę, rozumiesz? Każde dziecko należy przecież chronić.
- No właśnie — powiedział cicho, przytulając ją mocno i opierając brodę o jej głowę. - Jesteś cudowna i myślę, że kiedyś będziesz wspaniałą matką.

- To był naprawdę fajny dzień — powiedziała cicho, uśmiechając się do Bena, gdy wrócił do niej po ułożeniu synka w sypialni. Mały zasnął dopiero pod koniec wycieczki i według słów jego ojca, miał się nie obudzić aż do rana.
- Masz rację — przytaknął, siadając obok niej. - Zauważyłem, że cały czas ci się przyglądał.
- No cóż, w końcu jestem ciotką, która kupiła mu miśka, którego tak pokochał.
- Cholera, nie chciałem, by aż tak szybko zaczął tak na ciebie mówić.
- Wiem, ale przecież nie będziemy mu tego zabraniać. Znaczy, ty nie będziesz — poprawiła. - Znaczy, mam taką nadzieję, bo ja przecież nie mam tu nic w tej sprawie do gadania...
- Chciałbyś, żebyś miała — mruknął. - Ale musimy jeszcze zaczekać.
- Tak, wiem i doskonale to rozumiem... No dobrze... To ja już pójdę.
- Nie zostaniesz na kolacji?
- Ben, nie wiem, czy to dobre rozwiązanie...
- A t niby dlaczego? Przecież Henry śpi... Mogę zostawić go z Alekiem i porozmawiać z tobą przy jakimś dobrym jedzonku, skoro mamy trochę czasu dla siebie.
- A o czym chciałbyś ze mną rozmawiać? - zapytała, przygryzając wargę.
- O czymkolwiek. Chociażby o nas.
- Coś jest nie tak? - zaniepokoiła się.
- Było, ale widzę, że się starasz... Nasz związek wciąż trwa i chciałbym obgadać kilka spraw...

- No dobra, to gadaj! - mruknęła, gdy zajęli już miejsca w restauracji hotelowej, a kelner zebrał od nich zamówienia. - Co się dzieje?
- Nic się nie dzieje, maleńka- uśmiechnął się lekko. - Nie dopatruj się tu jakiegoś podstępu. To tylko propozycja.
- Ale jaka, na Miłość Boską? - jęknęła, a jej oczy stawały się coraz większe ze strachu.
- Uspokój się przede wszystkim — delikatnie chwycił ją za dłoń, widząc, jak bardzo Asia jest spięta. - Chciałbym zaproponować ci udział w najbliższych zawodach jeździeckich, w których reprezentowałabyś królewskie stajnie.
- Ja?! - pisnęła zaskoczona. - ben, jesteś pewien?
- Oczywiście — przytaknął. - Widziałem, jak jeździsz i jestem pewien, że znakomicie sobie poradzisz... Dawno nikogo nie wystawialiśmy i myślę, że czas to zmienić. Kiedyś wygrywaliśmy te konkursy.
- Jaki o konkurs konkretnie?
- Skoków przez przeszkody. Nasz wewnętrzny, ale z najlepszymi duńskimi zawodnikami.
- Przecież nie jestem Dunką! - zaprotestowała.
- To nic nie szkodzi, kochanie. Jako rodzina królewska startujemy z dziką kartą i wolno nam wystawić kogo tylko chcemy. A ja chcę ciebie.
- A czy królowa wie o twoim pomyśle?
- Oczywiście, że tak. Omówiłem z nią tę kwestię.
- I zgodziła się?
- Joanno — westchnął. - Moja matka jest po prostu względem ciebie ostrożna, a nie przeciwna.
- Wiem... - wyszeptała.
- Więc dlaczego odnoszę wrażenie, że jej nie lubisz?
- Ben, to nie tak...
- Więc jak? Czy ona powiedziała ci coś niemiłego w czasie waszej rozmowy?
- Nie.
- Więc, co się dzieje? - zmarszczył brwi, patrząc na nią poważnie. - Przecież mnie możesz powiedzieć...
- Wiem... Ben... Ja, ja po prostu się boję. Boję się, że nie sprostam wygórowanym wymaganiom królowej, ze się zbłaźnię, że...
- Hej, spokojnie, maleńka. Rozumiem twoje obawy, ale na razie nie myśl o tym, dobrze? Przede wszystkim skup się na naszym związku, ok? Bo im szybciej pokażemy królowej, że jesteśmy naprawdę zgraną parą, ona tym prędzej spuści z tonu i wtedy wszystko będzie wyglądało inaczej, rozumiesz? - pocałował ją delikatnie w dłoń.
- Tak... Rozumiem — odetchnęła głęboko. - No dobre, to kiedy te zawody?
- Tydzień przed świętami, czyli za niecałe dwa miesiące.
- Ok... Dobrze, Ben, wystartuję dla was. Na swoim koniu?
- Nie — zaprzeczył. - Każę moim ludziom dostarczyć ci tutaj kilka sztuk naszych koni. Jeździmy głównie na rasie knabstrup.
- Ile mam czasu na przygotowania?
- Dokładnie tyle, ile będziesz potrzebować, maleńka.

Następnego dnia.
- Czekaj! - mruknęła oszołomiona Marta, wpatrując się w przyjaciółkę w niejakim osłupieniu. - I tyś się na to wszystko zgodziła?
- Tak.
- Zwariowałaś? Czemu? Przecież... Cholera, to wygląda tak, jakby facet próbował tobą rządzić! Co on, jakiś duński prezes Grey, że musi wszystko mieć pod kontrolą? Nawet twoje życie?
Asia roześmiała się na to stwierdzenie i przytuliła ją delikatnie.
- A ty co? Znów czytasz pana doskonałego?
- Owszem i ja nie mam z nim żadnych szans, a już zwłaszcza z tym aktorem, który go gra — powiedział Paweł nieco zgryźliwe, przechodząc przez pokój.
- Oh, daj spokój! - Marta rzuciła w niego poduszką, na co tylko posłał jej całusa. - Kobieto, mnie libido szaleje i muszę je jakoś spacyfikować...
- To pacyfikuj się na Pawle, dobrze ci to zrobi — doradziła jej Asia szeptem, przy okazji uśmiechając się cwanie. Dostała drugą poduszka w łeb. - Bo ja cię też walnę! - zagroziła.
- Ciężarnej nie wolno! Poza tym nie zmieniaj tematu, tylko mów, czemu zgodziłaś się na takie warunki waszego związku?
- Bo nie chcę stracić Bena. Wreszcie czuję, że to facet, który jest dla mnie. Zależy mi na nim, no!
- Ale ty wiesz, że on nie ma prawa ci rozkazywać, co? Że możesz się lekko upić?
- Wiem, ale nie chcę. Ben ma rację. Nie powinnam się była tak zachowywać.
- A co? Może masz jeszcze zamiar zakuć się w jakiś habit albo worek pokutny, jak nasze dalekie krewne z zamierzchłych czasów, co? - warknęła Marta. - Aśka, cholera jasna! Jesteś młodą kobietą, która ma prawo napić się z ciężarną przyjaciółką, kiedy najdzie ją na to ochota! Zwłaszcza że pamiętam doskonale, jak wyglądałaś, gdy od ciebie wychodziłam i nie byłaś przecież nawalona jak świnia!
- No wiem, ale on mówi, że nie toleruje żadnych używek, a ja nie chcę mu się narażać.
- Ale ty nie jesteś nałogową alkoholiczką i bynajmniej nie uciekasz w alkohol, gdy coś idzie nie tak! Do tego jeszcze ten popieprzony zakaz seksu! To jest przesada!
- Marta, spokojnie- brunetka złapała ją za dłoń i ścisnęła lekko. - Bo ci żyłka jakaś pęknie... Posłuchaj mnie, ja naprawdę wiem, co robię. Rozumiem go. Ma dziecko i stara się je chronić na wszelkie sposoby.
- Aśka... ja cię nie poznaję. Od kiedy jesteś aż tak uległa? Wcześniej nie dałaś sobą rządzić żadnemu facetowi, a teraz co?
- Po prostu dojrzałam do pewnych spraw.

Dwa dni później.
- Dzień dobry, Joanno — powiedział Alek, znów czekając na nią pod hotelem po jej skończonej pracy.
- Hej — odparła swobodnie, po czym kompletnie oniemiała, przyglądając mu się w ciszy. - A to co? - zapytała, wskazując warkoczyki na jego brodzie. A konkretnie ją samą zaplecioną w warkoczyki.
- Sama powiedziałaś, że jestem wikingiem — wyszczerzył się.
- Ja?!... Ah, faktycznie... Ale... Jezu, Alek, to był żart, głupie określenie. Nie sądziłam, że moje słowa weźmiesz tak na poważnie! Poza tym facet z warkoczykami na brodzie i na włosach nie wygląda zbyt poważnie... No, może jeden, Marco Hietala z Nightwish, ale to zupełnie inna bajka, bo po pierwsze to Fin, po drugie ma blond włosy do pasa, a po trzecie gra w zespole metalowym, więc wszystko pasuje — westchnęła, patrząc na niego przepraszająco.
- Cholera... - mruknął. - Wygłupiłem się... Wybacz.
- Nic się nie stało — odparła, wsiadając szybko do auta. Uwielbiała to Audi A8. Było tak cudownie obszerne, więc miała z tyłu naprawdę dużo miejsca.

- Cześć, skarbie — przywitała się ciepło ze swoim partnerem, który cmoknął ją w czubek głowy.
- Hej. No mów!
- Ale co? - zapytała zaskoczona. Na jego ustach błąkał się głupkowaty uśmieszek.
- Jak w takim wydaniu podoba ci się Alek? - zachichotał.
- Podoba?! - prychnęła, kręcąc głową. - W ogóle mi się nie podoba! Wygląda jak istny idiota!
- Powiedziałaś mu to? - zaśmiał się.
- Nie. Stwierdziłam tylko, że takie warkoczyki nie pasują facetowi. Jednemu owszem, ale to już inna historia.
- A komu właściwie? - zainteresował się.
- Fińskiemu basiście z metalowego zespołu Nightwish — wyjaśniła.
- Słuchasz metalu?
- Ja się przy tym relaksuję, kochany.
- Tego nie wiedziałem... Nie mniej jednak powiedziałem Alekowi, że wygląda co najmniej komicznie, to odparł, że się nie znam i laseczki lecą na taki wygląd.
- Na pewno nie ja!
- Cóż, powiem szczerze, że zabił mnie tym określeniem i dałem mu na dzisiaj wolne. Jestem bardzo ciekaw, ile laseczek wyrwie...
- Aż żałuję, że nie możemy go śledzić... To jakie plany na dzisiaj?
- A może się po prostu przejdziemy? Wzdłuż rzeki na przykład? Henry dzisiaj jest nieco marudny, bo idą mu nowe ząbki.
- Stałe, czy jeszcze mleczne?
- Mleczne. Wciąż i niestety.
- Współczuję. No to chodźmy w takim razie. Zejdę do restauracji, może mają jakiś chleb albo ziarna, to pokarmimy łabędzie.

- Muszę przyznać, że brakuje mi twojej bliskości, Joanno — powiedział pewnego dnia Ben, bawiąc się jej włosami, gdy oglądali film. Miała właśnie kilkudniowy urlop, dzięki czemu mogła z nimi spędzać więcej czasu i przyzwyczajać małego do swojej obecności.
- Naprawdę? - uśmiechnęła się lekko, patrząc na niego czule, a on kiwnął poważnie głową. - To miło, ale wiesz, że nie minął jeszcze miesiąc?
- Wiem, ale zdaje się, że totalnie przesadziłem.
- I co w związku z tym? - cmoknęła go w policzek.
- Co ty na to, żebyśmy ogłosili koniec twojej kary?
- Wiesz... Bardzo chętnie, ale dlaczego wciąż mówisz, że to kara? Nie podoba mi się to.
- A to dlaczego? - zmarszczył brwi wyraźnie zaskoczony. - Przecież już o tym rozmawialiśmy...
- Tak, ale gdy ustalaliśmy te zasady, traktowałeś mnie, jakbym popełniła jakaś niewyobrażalną zbrodnię!
- Joanno, mówiłem ci przecież, że nie toleruję alkoholu!
- Wiem i w pełni to rozumiem, bo i ja nie cierpię, by ktoś się uchlewa, zwłaszcza jeśli jest tym kimś bliska mi osoba, ale na Miłość Boską, ben, ja nie byłam wtedy nawalona do nieprzytomności! Nie zaliczyłam zgonu, nie zrzygałam się na chodnik i wszystko pamiętam! Ja tego wina nie wypiłam w pół godziny, czy godzinę, by móc mieć o mnie takie zdanie! Tak, owszem poczułeś alkohol, ale tylko dlatego, że gdy Marta wychodziła, dopiłam ostatnie pół kieliszka, a całą butelkę wysączyłam w ciągu połowy dnia. Marta odwiedziła mnie wtedy z prośbą o pomoc w wyborze ubranek i mebli dla malucha i zrobiłam nam wtedy nawet obiad. A ty zobaczyłeś tylko fragment większej całości i wyciągnąłeś złe wnioski. Ok, ja też się wtedy miliłam, naprawdę nie wiedziałam, że twój syn był chory... Rozumiem, że mogłeś być na mnie zły, ale chcę, żebyś wiedział, że ja nie piję na umór, gdy mam jakieś problemy, a alkoholizmu i narkomaństwa nie znoszę wręcz alergicznie! Nie mniej jednak cała ta sytuacja nie daje ci żadnych praw do tego, by kontrolować moje życie, Ben!
- Tak właśnie się czujesz? - zapytał cicho, gdy zamilkła dla nabrania tchu. - Kontrolowana?
- Dokładnie tak, ben! Sam powiedziałeś, że zostajesz tutaj, by mnie pilnować! Cholera, co to ma być? Zaufanie w związku? A może na wzór książki, próbujesz zrobić ze mnie swoją uległą?
- Joanno, o czym ty mówisz? - syknął. - Jaką uległą? Sądzisz, że mógłbym wymierzać ci kary klapsami, jak jakiemuś rozwydrzonemu dzieciakowi?
- Więc czym w takim razie jest ta kara?! Po co, tak w ogóle? - odwróciła głowę, szybko ścierając łzę z policzka. - Ben, sądziłam, że sobie wierzymy i ufamy...
- Skarbie — wyszeptał, obejmując ją delikatnie. - Przepraszam, nie sądziłem, że tak to wszystko odbierzesz naprawdę... Byłem wtedy zdenerwowany, wystraszyłem się.
- Czy ktoś w twoim życiu kiedyś tak cię zawiódł? - zapytała cicho, delikatnie oswabadzając się z jego objęć i wstając.
- Nie...
- Więc dlaczego mnie tak widzisz? - jęknęła, odwracając się do niego. Po jej policzkach spływały łzy.
- Asiu... - wstał, robiąc w jej stronę krok, ale cofnęła się szybko.
- Nie...
- Joanno...
- Ben, proszę, byś przemyślał to wszystko raz jeszcze. Byś przemyślał, czy chcesz mieć za swoją partnerkę kobietę taką, jak ja.
- Czy ty właśnie ze mną zrywasz?
Pokręciła głową, ścierając łzy.
- Nie. Po prostu daję nam obojgu czas... Wiesz, wtedy, gdy Henry był chory i się nie odzywałeś... To naprawdę bolało, bo zdałam sobie sprawę, jak ważny dla mnie jesteś, a jednocześnie, że najpewniej chciałeś tylko zaliczyć młodą dupę, a gdy tej zaczęło zależeć, ulotniłeś się, by się nie angażować...
- Joanno, mnie również na tobie zależy i powtórzę raz jeszcze, że nigdy bym się tak tobą perfidnie nie zabawił... Cholera... Nie chciałem tego nigdy mówić w takich okolicznościach, ale ja cię kocham, moja ty słodka.
Podniosła gwałtownie głowę, zaskoczona jego słowami.
- Ja ciebie też, Ben.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 3474 słów i 18628 znaków, zaktualizowała 3 lut o 14:49.

1 komentarz

 
  • Optimusprime77

    Przeczytałem ta seria jednym tchem i jest bardzo ciekawa. Zobaczymy jak potoczą się losy bohaterów. Oby tak dalej.

  • elenawest

    @Optimusprime77 dziekuje bardzo :-D naprawdę się cieszę, że tak odbierasz moje opowiadanie ;-) myślę, że historia, którą tu tworzę jeszcze nie raz cię zaskoczy :-D i to w sumie już całkiem niebawem :-D