W świecie kłamstw rozdział 31

Zerknęła na wyświetlacz komórki i zmarszczyła lekko brwi, widząc nieznany sobie numer. Kierunkowego też nie znała, a to oznaczać mogło, że dzwonił do niej ktoś z Danii. Z mocno bijącym sercem odebrała połączenie.
- Joanna? - po drugiej stronie natychmiast odezwała się Sophie, nim jeszcze brunetka zdążyła cokolwiek powiedzieć.
- Tak, zgadza się.
- To dobrze... Możemy porozmawiać? Wiem, że spotkaliście się z matką.
- Poskarżyła się? - zapytała Asia, nim zdołała się ugryźć w język. Obrażanie królowej i drażnienie księżniczki raczej nie było najmądrzejszym pomysłem. Jak gdyby na zawołanie usłyszała westchnienie Dunki.
- Rozmawiałyśmy o jej wizycie i o tym, jak Ben zareagował na jej propozycję. Z jednej strony nie jestem nią aż tak zaskoczona, znając mojego brata i jego diabelski temperament, ale z drugiej chciałabym prosić, byś z nim o tym porozmawiała. Matka niestety nie będzie żyć wiecznie, Fryderyk w końcu obejmie po niej tron, ale skoro królowa wyciąga do was rękę na zgodę, chyba nie byłoby mądrze tak całkowicie ją odtrącać, nie uważasz?
- Nie wiem, czy uda mi się przekonać Bena do powrotu do Danii i dalszego pełnienia obowiązków księcia. Przecież doskonale wiesz, że nigdy mu na tym szczególnie nie zależało.
- Wiem, ale był naprawdę lubiany. Mam wrażenie, że najbardziej z nas wszystkich. Zwłaszcza po śmierci Lisy. Poza tym zbliża się rocznica jej pogrzebu, a Henry jest już na tyle duży, że może warto by zabrać go na jej grób.
- Przekażę Benowi, że dzwoniłaś... Albo wiesz co? Dam ci go, spróbuj z nim pomówić, a jeśli ty nie osiągniesz sukcesu, ja spróbuję to zrobić — zdecydowała, ruszając do ogrodu, gdzie Ben grał w piłkę z synkiem. Przestał, gdy podała mu telefon, tłumacząc, że dzwoni jego siostra. Złapał za komórkę i wrócił do domu. Henry natychmiast podszedł do niej i się przytulił. Wzięła go na ręce, a chłopiec natychmiast objął ją za szyję.
- Tatuś mnie nie lubi? - zapytał cicho. Mówił już naprawdę dobrze po polsku i zaczynał łapać angielski. Z ojcem jednak wciąż rozmawiał tylko po duńsku.
- Oczywiście, że cię lubi — odparła mocno zaskoczona niecodziennym pytaniem ojca. - Dlaczego tak myślisz?
- Bo... bo często wyjeżdża.
Westchnęła i zaproponowała, że gdy tata skończy rozmawiać, w trójkę obejrzą jakąś super bajkę. Nieco zasmucona dotąd buźka malucha natychmiast się rozpogodziła.

Trzy dni później.
Przymknęła bolące od ciągłego patrzenia w laptopa oczy i odetchnęła głęboko. Miała sporo spraw do załatwienia, jacyś biznesmeni zażyczyli sobie tygodniowej rezerwacji całego obiektu oraz dodatkowych atrakcji, więc nie chcąc tracić tak prominentnych klientów, doginała teraz z pracą nawet w domu, starając się dopiąć wszystko na ostatni guzik, coby nikt nie był poszkodowany. Henry znajdował się od dwóch dni pod jej opieką w związku z pilnym wyjazdem Bena i obecnie bawił się całkiem radośnie w swoim pokoju. Przed chwilą właśnie przebiegł z piskiem, udając rycerza. Mały miał naprawdę bujną wyobraźnię. Uśmiechnęła się czule, obserwując go przez chwilę. Coraz częściej traktowała go jak przybranego syna, którym przecież wkrótce pewnie się stanie.
Dwie godziny później będąc całkowicie zakopaną w papierach, które otrzymała od swego ojca, usłyszała szczęk zamka. Ben nareszcie wrócił, choć miał ją o tym poinformować. Odłożyła laptopa na sofę i ruszyła do kuchni. Doskonale wiedziała, że mężczyzna niewątpliwie będzie głodny, więc uszykowała jego ulubioną ostatnio zapiekankę makaronową.
- Jestem — powiadomił ją radośnie, podchodząc do niej od tyłu i całując ją czule w szyję. Mruknęła zadowolona.
- Widzę. Tęskniłam za tobą. Nie lubię, jak wyjeżdżasz...
- I pomyśleć, że kiedyś mieszkałem tyle tysięcy kilometrów od ciebie — zaśmiał się. - Henry jest u siebie? Nie widziałem go...
- Oczywiście, ostatnio bawił się w cowboya, a wcześniej w rycerza. Zdaje się, że uwielbia konie — zachichotała, mieszając zapiekankę, by się nie przypaliła.
- A to świetnie, trzeba go w końcu nauczyć jeździć — stwierdził i poszedł do pokoju synka. Po chwili usłyszała, jak wymówił imię chłopca. - Joanna! - warknął po minucie, czy dwóch ponownie wchodząc do kuchni. - Gdzie jest Henry?
Zamarła z łyżką przy ustach.
- Co ty? Jaja sobie ze mnie robisz? - zapytała niepewnie. - W swoim pokoju, bawi się.
- Nie ma go tam, szukałem.
- Jak to nie ma? Zwariowałeś?
- Joanna! Gdzie, do kurwy, jest mój syn?!
Wzdrygnęła się, gdy na nią krzyknął, po czym zbladła gwałtownie. Cholera, to nie wyglądało dobrze.
- Nie wiem — odparła, czując, że właśnie podcina sobie skrzydła. - Był u siebie, gdy widziałam go ostatni raz, jakieś piętnaście minut przez tym, jak wróciłeś — powiedziała cicho i ruszyła do pokoju chłopca.
- Zastanawia mnie, co zamierzasz tam znaleźć, skoro powiedziałem, ci, że przeszukałem pokój i Henry'ego tam nie ma?! - syknął, idąc za nią. Nie odpowiedziała. Serce waliło jej jak młotem coraz mocniej i była na skraju zawału. Zgubiła chłopca. Jak to w ogóle, kurwa, możliwe? Przecież nie zdrzemnęła się, by zdołał się wymknąć! Co tu się działo?
- Henry? - zapytała łagodnie. - Gdzie jesteś? - padła na kolana i w tej pozycji przeczesała każdy zakątek pokoju, podnosząc nawet gigantycznego miśka — prezent od Bena, który stał się zdobyczą chłopca. Po maluchu nigdzie nie było śladu. Wstała i odwróciła się w stronę ukochanego. Stał w drzwiach z rękami założonymi na piersi i z grobową miną, patrząc na nią tak, że zadrżała ze strachu.
- I co? - warknął, siląc się na spokój, którego w tej chwili tak bardzo mu brakowało. - Gdzie on jest, Joanna?! Zgubiłaś go? Był pod twoją opieką!
- Wiem to! - również podniosła głos. Była nie mniej zdenerwowana i przerażona od niego. - Znajdziemy go, obiecuję.
- Ostatni raz ci zaufałem w sprawie mojego syna — powiedział i oderwał się od drzwi. - Dzwonię na policję. Jeśli wyszedł z domu, może być teraz w niebezpieczeństwie.
Kiwnęła sztywno głową i wyszła z pokoju. Jej spojrzenie padło na przesuwne drzwi prowadzące do ogrodu. Były lekko otwarte, a doskonale pamiętała, że zamykała je, gdy zaczęła przeglądać papiery, bo przeciąg rozdmuchał je po całym salonie. Zmarszczyła brwi i ruszyła w tamtym kierunku. Ben podążyl za nią spojrzeniem, wybierając jednocześnie numer alarmowy.
- Henry! - wrzasnęła Asia, czując coraz większą panikę. Musiała znaleźć malca, od tego zależało dosłownie wszystko. Przeczesała każdy centymetr ogrodu, zaglądając pod każdy krzak i zakamarek, który przyszedł jej do głowy, by w końcu całkowicie zrezygnowana wrócić do domu. I w momencie, gdy podeszła do przesuwnych drzwi, słysząc, jak Ben rozmawia na podjeździe z policją, która najwyraźniej zdążyła już przyjechać, dostrzegła jeden bardzo istotny szczegół, niewielki bucik wystający zza sterty drewna. Podeszła tam, marszcząc brwi i zajrzała za niewielką palisadę. Henry siedział spokojnie na gołym betonie, zakrywając uszy łapkami i zaciskając mocno oczy. Dotknęła ostrożnie jego ramienia. Pisnął i spojrzał na nią przestraszony. Westchnęła ciężko i wzięła go bez słowa na ręce. I ona i chłopiec drżeli, tyle że z zupełnie odmiennych powodów. Wstała i ruszyła ponownie do domu, w przejściu nieomal zderzając się z policjantami. Kątem oka zauważyła, jak Ben usiadł sobie gwałtownie na najbliższym krześle.

- Twój syn jest cały i zdrów — powiedziała, gdy już cała kołomyja się skończyła i radiowóz wreszcie opuścił jej podjazd. To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała do niego bezpośrednio od odnalezienia chłopca.
- Powiedział mi, że się przede mną schował, bo chciał, żebym go szukał i się nim zainteresował — odparł Ben. Jego słowa zabrzmiały żałośnie. Spojrzał na nią z mieszaniną wstydu i pokory.
- I miał całkowitą rację — syknęła, zakładając kurtkę.
- Idziesz gdzieś? - zdumiał się.
- Owszem, wychodzę. Muszę ochłonąć, a nie uda mi się tego zrobić tutaj. A ty się lepiej zastanów, czy jeszcze chcesz tu mieszkać, a jeśli tak, to kto popełnił błąd...
- Asia, ja... - zaczął, lecz uniosła ostrzegawczo palec, więc natychmiast zamilkł.
- Nie teraz — zabrała klucze i w sumie tyle ją widzieli.

Wróciła cztery godziny później, ukurzona i wciąż wściekła. Wsadziła klucz w zamek, gotowa, że będzie musiała go przekręcić i zamarła, gdy nawet się nie poruszył. Nacisnęła cicho klamkę i weszła do środka. W salonie paliło się światło. Odwiesiła kurtkę byle jak i ruszyła dalej. Ben spał zwinięty na kanapie, Henry w swoim pokoju przykryty kołdrą po sam nos.
Usiadła w fotelu i czekała. Miała zamiar poważnie porozmawiać z tym kretynem. Obudził się jakieś piętnaście minut później i widząc, że Joanna nareszcie wróciła, usiadł natychmiast prosto.
- Asia — chrypnął.
- Powiedz mi — zaczęła w miarę spokojnie. - Jak to jest, że gdy coś się dzieje, to według ciebie zawsze jest to moja wina? I zamiast przeszukać cały pieprzony dom, sprawdziłeś tylko jeden pokój i miałeś czelność twierdzić, że zgubiłam twojego syna!
Skrzywił się, słysząc w jej głosie oskarżycielski ton.
- Joanna...
- Odpowiedz na moje pytanie — zażądała stanowczo. Tym razem nie miała zamiaru odpuścić i dać się spacyfikować. Westchnął i pochylił głowę, przeczesał włosy palcami.
- Nie wiem — przyznał cicho. - Kurwa, nie wiem. Byłem wściekły, przerażony i palnąłem głupstwo — odparł, jednocześnie usilnie zastanawiając się nad faktem, kiedy faktycznie ją o to oskarżył.
- Nie wiesz... - westchnęła, patrząc w okno. - Świetnie. A pamiętasz może, że obiecałeś mi kiedyś, że już nigdy tak na mnie nie naskoczysz? - prychnęła i spojrzała na niego ostro. - Ben, co się dzieje, co? Naprawdę masz do mnie aż tak wielkie zaufanie, że oskarżasz mnie o takie niedopatrzenie? Tak właśnie ma wyglądać nasz związek? Gdy dzieje się coś złego, to od razu wzajemnie się oskarżamy? W takiej relacji chcesz wychowywać syna? Bo jeśli tak, bo wybacz, ale ja się wypisuję.
- Joanna, oczywiście, że tego nie chcę. Jak mówiłem, byłem zdenerwowany, ale prawda jest taka, że nic tego nie usprawiedliwia. Masz rację, nie sprawdziłem całego domu. I tak, Henry też miał rację, teraz to widzę. Zaniedbałem was oboje naprawdę mocno. Ale obiecuję, że wszystko naprawię. Będę pracować z domu jak najwięcej czasu, znów będziemy wyjeżdżać.
Wstała i podeszła do okna.
- Ja też się wystraszyłam, wiesz? - powiedziała cicho, patrząc ponuro w zachodzące słońce, choć to robiło, co mogło i zasnuwało niebo najpiękniejszymi kolorami czerwieni, pomarańczy i żółtego, tworząc niepowtarzalny obraz. - Ten chłopiec znaczy dla mnie więcej, niż możesz sobie wyobrazić. I to nie chodzi o to, że kocham go niczym własnego syna tylko dlatego, że to ty, duński książę jesteś jego ojcem, tylko dlatego, że mały obdarzył mnie swoim zaufaniem. Dlatego, że dla niego również stałam się kimś ważnym.
- Jesteś jego matką — powiedział poważnie, podchodząc do niej. Nie objął jej jednak, stanął z boku. - Wyjątkowy zachód słońca — mruknął, patrząc jej w oczy w odbiciu na szybie.
- Tak... - odparła cicho, zaczynając drżeć.
- Zimno ci? - zapytał.
- Puszczają mi nerwy — wyjaśniła. - Wtedy zawsze jest mi zimno.
Kiwnął głową i objął ją mocno.
- Już nigdy nie popełnię tego błędu — wyszeptał, całując ją po włosach. - Kocham cię przecież. Dasz nam jeszcze jedną szansę?
Przez chwilę milczała, a gdy już zdążył się wystraszyć, że dziewczyna odmówi, kiwnęła lekko głową.
- Dam, ale nie licz na to, że kolejny raz dam się oskarżyć o cokolwiek, Ben. Teraz to ty masz u mnie kredyt zaufania. A teraz przepraszam, ale pachnę stajnią i sobą, muszę się wykąpać, jestem brudna i nieświeża — wydostała się delikatnie z jego objęć i ruszyła do łazienki.

Gdy wyszła z niej godzinę później, Ben siedział z jej laptopem na kolanach. Minę miał wściekłą.
- Co tym razem? - zapytała, wycierając sobie włosy ręcznikiem.
- Matka ogłosiła abdykację na rzecz Fryderyka...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 2349 słów i 12609 znaków.

1 komentarz

 
  • Milenka

    Dobra robota  :kiss:

  • elenawest

    @seksFantazjePL dzięki bardzo ;)