W świecie kłamstw rozdział 34

W świecie kłamstw rozdział 34Słysząc otwierające się do komnaty drzwi, przestała niespokojnie majstrować przy zamku sukni i odsuwając się nieco od lustra, przy którym stała, zapytała cicho:
- Pomożesz mi zapiąć suknię/ - doskonale wiedziała, że Ben, który właśnie wrócił z rozmowy z braćmi, nie przepuści takiej okazji. Po chwili poczuła jego silne dłonie na swoich plecach i już wkrótce kreacja leżała na niej idealnie.
- Dziękuję, najdroższy! - zawołała entuzjastycznie, odwracając się do mężczyzny z szerokim uśmiechem, który momentalnie zamarł jej na ustach, gdy tylko uświadomiła sobie, że bynajmniej nie jest to Ben, na którego liczyła, a Alek. Natychmiast oblała się więc mocnym rumieńcem. - Co ty tu robisz? Mogłeś zapukać — ofuknęła go, odsuwając się od postawnego Rosjanina na bezpieczną dla niej odległość. Oczywiście nie znaczyło to, że się go obawiała, ale jego spojrzenie świdrujące całą jej sylwetkę, przyprawiało ją o nieznane jej dotąd drżenie, którego nie chciała ukazywać.
- Ben rozmawia wciąż ze swymi braćmi i poprosił mnie, bym poinformował cię, że może tu wpaść dosłownie w ostatniej chwili. Podejrzewam, że nie chciał, byś martwiła się jego przedłużającą się nieobecnością, która w obecnej sytuacji spowodowana jest chęcią zapewnienia odpowiedniej atmosfery dla tej podniosłej chwili... Wyglądasz oszałamiająco pięknie w tej sukni. Mówiłem, że będzie do ciebie pasować — uśmiechnął się szeroko, nie spuszczając z niej roziskrzonego wzroku. Na wszelki bogów, jakże w tej chwili jej pragnął.
- Dziękuję — uśmiechnęła się lekko. - A wiesz może, o czym tak zawzięcie dyskutują? Musimy przecież dotrzeć jeszcze do kościoła...
- Tym się nie przejmuj, wszyscy członkowie rodziny królewskiej udadzą się do niego odkrytymi dorożkami, by zebrany tłum mógł ich podziwiać... A rozmawiają właśnie o całej ceremonii i o zmianie usadzenia was. Zdaje się, że książę Fryderyk nie podziela opinii swej matki i żąda zmian.
- Ona się wścieknie i nie pozwoli na cokolwiek.
- Obawiam się, że nawet o niczym nie wie — wzruszył ramionami. - I nie będzie miała możliwości się dowiedzieć, aż do rozpoczęcia ceremonii.
- Nie dobrze...
- Nie mnie to oceniać — wzruszył ramionami. - Powinni skończyć nie później, niż za pół godziny, jeśli wszyscy mają zdążyć. Jestem pewny, że większość gości zdążyła już zgromadzić się pod kościołem.
- A ty się nie przebierasz? - zainteresowała się, by choć trochę odciągnąć swoje myśli od nadchodzącego wydarzenia, którego obawiała się coraz bardziej.
- Nie jestem oficjalnie zaproszony, choć oczywiście będę tam i włożę garnitur. Ale mogę zrobić to dosłownie w ostatniej chwili. Poza tym na ochroniarzy i tak nikt nigdy nie zwraca uwagi, wszyscy skupieni są na rodzinie królewskiej i zaproszonych gościach.
- Pocieszaj mnie dalej — mruknęła, stając ponownie przed lustrem, by poprawić swój i tak już perfekcyjny wizerunek, nad którym pracowały najlepsze wizażystki. Wzięła perfumy, którymi spsikała się delikatnie, a potem telefon i zrobiła sobie zdjęcie, które natychmiast posłała do Marty.
- Dopracowana w każdym detalu — Alek uśmiechnął się do niej promiennie. - Gdyby nie fakt, że masz już narzeczonego, właśnie dzisiaj bym ci się oświadczył.
- Albo Ben — mruknęła, spoglądając na niego przez ramię. -Dziękuję za te miłe słowa, naprawdę, ale przecież doskonale wiesz, że nic do ciebie nie czuję i to się nie zmieni. Dla mnie liczy się tylko jeden mężczyzna i uczucia, jakimi go darzę, więc dlaczego jesteś aż tak uparty? Nie potrafisz tego zrozumieć?
- Ależ rozumiem to aż za dobrze, niestety. Ale wciąż mam w sercu nadzieję. A wiesz dlaczego? Bo jesteś pierwszą kobietą, którą prawdziwie pokochałem. Nigdy do żadnej innej nie czułem tego, co do ciebie... Ale masz rację... Doskonale rozumiem, że nie pokochasz zwykłego chłopaka, jak ja — skłonił się jej nisko i wyszedł szybko, w drzwiach nieomal zderzając się z Benem, który najwyraźniej skończył już rozmowę z braćmi i właśnie wracał do ukochanej.
- I jak? - zapytała cicho, nie chcąc, by zauważył, że głos jej drży.
- Cóż... - zamknął za sobą starannie drzwi i podszedł do najbliższego krzesła, o które się oparł. - Fryderyk oznajmił mi, że nie ma zamiaru przejmować się słowami matki, bo dla niego zawsze będę jego młodszym braciszkiem i księciem duńskim, w związku z czym przy wejściu do kościoła zostanę zapowiedziany tak jak dawniej, jako książę, a ty jako moja oficjalna narzeczona. Próbowałem przekonać go, że nie jest to zbyt dobry pomysł, bo matka będzie tam już obecna i zapewne zechce jakoś interweniować, ale oznajmił mi, że nie ma zamiaru jej więcej słuchać, bo tylko przynosi to ból i cierpienie. Niewykluczone, że mój brat zaczął w końcu własnoręcznie myśleć. Nie powiem, zaimponował mi, ale z drugiej strony, wolałbym, by takie zmiany omawiał ze mną przynajmniej z tygodniowym wyprzedzeniem, a nie tuż przed samą ceremonią, gdzie nie mam już właściwie pola manewru...
- Przykro mi — szepnęła, podchodząc do niego i kładąc mu dłonie na ramionach. - Poradzimy sobie...
- Wiem — przytaknął i pocałował ją lekko w czoło. - Wyglądasz olśniewająco. Nie dziwię się, że mówiłaś, że będę zachwycony suknią.
- Dziękuję, kochanie. Ty również wyglądasz niebywale elegancko.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Gdzie mi tam do ciebie — puścił jej oczko i podał ramię. - Gotowa na największą jak dotychczas przygodę swego życia?
- Nie, ale nie mamy już wyjścia i musimy iść — przyznała nieco niechętnie, zabierając jeszcze z toaletki swoją niewielką torebeczkę i chwyciła Bena pod ramię. Puścił jej oczko i poprowadził ją ozdobną klatką schodową na parter pałacu, a następnie na podjazd, gdzie czekał na nich już duży, zdobiony powóz, zaprzężony w cztery śnieżnobiałe konie. - Kalesza — uśmiechnęła się lekko sama do siebie, gdy Ben pomagał jej wsiąść do środka.
- Nie wiedziałem, że znasz ten rodzaj — mruknął, gdy ruszyli powoli w stronę kościoła Marmurowego, gdzie miała się odbyć ceremonia koronacji.
- Interesuję się nie tylko samymi końmi, ale również niemal wszystkim, co z nimi związane — wyjaśniła półgłosem, jednocześnie uśmiechając się nieco nerwowo, gdy mijali kolejne zgromadzone na placu i wzdłuż ulicy tłumy. Ben czuł się całkiem swobodnie, pozdrawiając zgromadzonych uniesioną ręką, ale ona miała wrażenie, że kompletnie jest nie na miejscu.
- Odpręż się, kochanie — szepnął jej do ucha. - Wszystko jest w porządku. Jestem obok.
Kiwnęła tylko głową w odpowiedzi, uśmiechając się nieco pewniej. Pod kościołem faktycznie zebrał się już spory tłum gapiów i gości, którzy na widok nadjeżdżających natychmiast zaprzestali rozmów. Ben wysiadł pierwszy i pomógł ukochanej stanąć pewnie na chodniku, skąd czerwonym dywanem udali się powoli do wnętrza kościoła, pośród błysków fleszy i wszechobecnych kamer, które uważnie śledziły każdy ich ruch. Po przekroczeniu progu budowli rozległy się niezbyt głośnie fanfary, oznajmiające nadejście członka rodziny królewskiej i zostali zapowiedzeni. Asia czuła potężną gulę w gardle, gdy starając się iść jak najbardziej dystyngowanym krokiem, zmierzała z ukochanym w stronę ołtarza. Już mniej więcej z połowy odległości zauważyła kamienne oblicze siedzącej na wózku inwalidzkim Małgorzaty, która patrzyła na nią potępiająco. W innej sytuacji dziewczynie zapewne zrobiłoby się żal schorowanej kobiety, ale mając wciąż na uwadze wcześniejsze zachowanie królowej, nie żałowała, że Małgorzata była śmiertelnie chora, czego nie udało się ukryć nawet pod makijażem ani drogą suknią. Małgorzata wyglądała na o krok od śmierci. Gdy podeszli do niej, by oddać jej należytą cześć, jako wciąż panującej władczyni, Asia dygnęła dokładnie tak, jak uczyła się tego przez ostatnie tygodnie, a Ben skłonił przed nią głowę. Nie powitał jej jednak tak, jak powinien, wycedził tylko przez zęby:
- Matko...
- Zabroniłam ci tutaj przyjeżdżać — powiedziała cicho królowa, patrząc na syna niemal wrogo. - Nie dość, że złamałeś mój bezpośredni rozkaz, to ośmieliłeś się sprowadzić w moje progi to polskie ścierwo i...
- Matko, dość! - jej wypowiedź przerwał Joachim, który pojawił się przy niej, gdy dotarły do niego wypowiedziane przez starszą kobietę słowa. - Wiedziałaś, że Ben tu będzie razem ze swoją narzeczoną, bo takie było wyraźne życzenie Fryderyka i obiecałaś nie robić żadnych scen, zwłaszcza w kościele, gdzie obserwują nas setki kamer i złamałaś swe słowo, gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Powiem jedno i radzę ci zapamiętać moje słowa: twoje zachowanie nie jest godne stanowiska, które reprezentujesz. Hańbisz wszystkich dookoła, a przede wszystkim samą siebie. Zastanów się, czy właśnie tak pragniesz być zapamiętana po swej śmierci? Jako kobieta niezdolna do uczuć wyższych, zgorzkniała i zimna? Taką mają wspominać cię twoi poddani?
- Nie praw mi tu pogadanek, chłopcze, bo nie masz pojęcia, o czym mówisz — ofuknęła go. - Mówiłam wam już wiele razy, że nie udzielę swego błogosławieństwa temu związkowi. Dziewczyna jest nikim i tak już pozostanie, bez względu na to, ile regułek wyuczy się na pamięć. Nie jest godna, by przebywać...
- Kazałem ci zamilknąć! - syknął Joachim, ściskając ramię matki tak mocno, że ta aż skrzywiła się z bólu. - Dość twej hipokryzji. Ostrzegaliśmy cię, jakie będą konsekwencje twych czynów. Koronacji Fryderyka nie obejrzysz na żywo, zamknięta od zewnątrz w swej komnacie również na czas całego przyjęcia w pałacu. Fryderyk zostanie koronowany przez ministra lub, o ile ta się zgodzi, Marię Romanov. Jestem pewien, że będzie to dla niej ogromna radość.
- Nie ośmielisz się tego zrobić!
- Więc patrz... - mężczyzna przywołał do siebie gwardzistów, którzy bocznymi drzwiami wyprowadzili wózek z pomstującą Małgorzatą.
- Pójdę już — wyszeptała Joasia, starając się nie rozpłakać, ale przychodziło jej to z coraz większym trudem. Nie sądziła nigdy, że dozna aż takiego upokorzenia i to na oczach setek tysięcy obserwujących ją ludzi.
- A niby gdzie? - ben spojrzał na nią wciąż zdenerwowany. - Nie możesz teraz wyjść. Jesteś mi tu potrzebna. Poza tym jedyna odpowiedzialna za ten niesmak osoba została już usunięta z kościoła, więc my na spokojnie możemy poczekać na koronację mego brata. - objął ją delikatnie ramieniem i przytulił.

- Witaj, Joanno. Nawet nie wiesz, jak mi przykro, że moja matka znów dopuściła do czegoś takiego. I to w dniu, który doskonale wiedziała, jak ważny dla mnie jest. Obawiam się, że jej choroba mogła rzucić się jej na umysł, choć oczywiście nie usprawiedliwia to jej wcześniejszych przykrości, które niestety odczułaś — powiedział Fryderyk, podchodząc do niej mniej więcej w połowie przyjęcia koronacyjnego, gdy już większość emocji opadła i goście bawili się całkiem swobodnie w sali balowej pałacu, a ona stała samotnie na tarasie, przyglądając się niewielkim ogrodom. Słysząc za swymi plecami samego króla, obróciła się szybko i dygnęła.
- Wasza wysokość — szepnęła. - Ależ to nic, naprawdę. Nie musi mnie, wasza wysokość, za nic przepraszać.
- Ależ oczywiście, że muszę. Uczyniono ci haniebny afront, a przecież jesteś moim gościem, jak i niemal członkiem mojej rodziny. Nie mogę dopuścić, byś czuła się niekomfortowo. Bardzo żałuję, że tak długo wierzyłem we wszystko, co mówiła moja matka, bo widzę teraz, że były to jedynie krzywdzące innych opinie zaćmionego umysłu. Zdecydowałem więc o tym, by moja matka pozostawała ciągle w swych komnatach pod czujnym okiem rodziny i lekarzy, którzy dopilnują, by podobna sytuacja nie miała już nigdy więcej miejsca. Niestety nie pozostało jej wiele czasu, z czym zdaje się kompletnie nie liczyć.
- Nikt z nas nie chce umierać, to całkiem zrozumiałe — kiwnęła głową, obracając w palcach dość nerwowo kieliszek białego wina. - Jeśli mogę coś jednak powiedzieć, to chciałabym prosić, by bezpośrednio ze mną nie rozmawiać więcej o sprawach dotyczących królowej-matki. Proszę jednocześnie o wybaczenie.
- Oczywiście, w pełni to rozumiem... Proszę, przyjmij raz jeszcze me najszczersze przeprosiny wraz z zapewnieniem, że uczynię wszystko, by opinia o mojej matce, jak również jej zachowanie, nie wpłynęły na naszą dalszą znajomość. A teraz wybacz mi, lecz muszę umykać już do pozostałych gości. Jutro jednakże też jest dzień i mam nadzieję na miłą pogawędkę po śniadaniu. Chciałbym poradzić się ciebie względem kilku naszych koni — uśmiechnął się miło.
- Oczywiście, wasza wysokość, jak tylko sobie życzysz — skłoniła mu się, a gdy odszedł, znów skupiła się na kontemplacji otoczenia. To ją uspokajało. Niestety Ben pochłonięty był obecnie rozmowami z innymi gośćmi, a nie mogła przecież wciąż przebywać w towarzystwie Aleka, który zapewne uczyniłby wszystko, by ją rozweselić, ale zachowanie takie nie było w obecnej chwili odpowiednie. Doskonale zdawała sobie sprawę, że do obecnych plotek dołożyłaby bardzo szybko kolejne, zapewne o wiele pikantniejsze.
- A więc to ty jesteś tą Polką, która wprowadziła we dworze takie zamieszanie i o której rozprawia już cały świat — powiedziała naraz młoda, choć nieco starsza od Joasi kobieta, odziana w elegancką, powłóczystą suknię, trzymając w dłoniach kieliszek najlepszego szampana.
- Owszem, jestem Polką, ale obawiam się, że nie mam pojęcia, o czym pani raczy mówić. W obecnej chwili nie interesują mnie najnowsze plotki ze świata i nie zaprzątam sobie nimi głowy — powiedziała miło, tak samo uśmiechając się do nieznajomej, choć zmrużone ozy kobiety nie zwiastowały niczego dobrego i kompletnie się jej nie spodobały. Pod skórą wyraźnie czuła, że za chwilę może wybuchnąć jakaś nowa afera, dlatego starała się być miła dla rozmówczyni.
- Bezczelna dokładnie tak, jak wspominała o tym królowa, a na dodatek kompletnie głupia...
- Hola, ja tu pani nie obrażam w pierwszych słowach bez względu na to, kim pani jest — w dzielnej Polce natychmiast zagrał duch bojowy, zwłaszcza że czuła, że kobieta nie jest żadną księżniczką.
- Jestem Eleonore de Haro y Aguirre, hrabianka tytułu grande de España. Moja rodzina jest w najbliższych przyjacielskich stosunkach z rodziną królewską, a ty... Ty po prostu jesteś nikim. Dokładnie tak, jak mówiła Jej Wysokość, królowa Małgorzata. Ponadto nie masz żadnego prawa, by mieszać się w mój związek z Benedictem. Najlepiej więc będzie, jak natychmiast opuścisz pałac i publicznie przeprosisz nas wszystkich za swe idiotyczne zachowanie. Kto to widział, by ledwie dziewucha z dawno zapomnianego kraju, śmiała obracać się w tak znakomitym towarzystwie...
- No doprawdy, kto to widział, by nieznana w świecie arystokratka zachowywała się jak ostatnie prosię na przyjęciu koronacyjnym i obrażała bez powodu narzeczoną duńskiego księcia, która wcześniej nie uczyniła jej nawet najmniejszego afrontu — mruknęła Asia, kątem oka dostrzegając, że zmierza już ku nim wyraźnie zaniepokojony Alek. - A teraz mnie posłuchaj, kobieto. Nie mam bladego pojęcia, co sobie ubzdurałaś w tym swoim tlenionym łbie, ale nie zrezygnuję z Bena, tylko dlatego, że ty tak mówisz. Nie wiem również, czemu twierdzisz, że jesteś z nim w związku, bo to mnie poprosił o rękę i dla twojej wiadomości, choć nie wiem, czy w ogóle coś do ciebie dociera, przyjęłam jego oświadczyny. I mam zamiar za niego wyjść i to bez względu na to, czy jest księciem, czy też nie.
- Może i on ciebie wybrał, choć doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego, ale ja zostałam osobiście wybrana przez jego matkę, królową Małgorzatę i on musi się z tym wyborem pogodzić.
- Z jakim wyborem? - mruknął Ben, dołączając do całej trójki w kilka sekund później. Zmarszczył brwi, widząc Hiszpankę i zapytał ostro. - Eleonore, a co ty tu robisz?
- Najdroższy! - pisnęła radośnie Eleonore, chcąc rzucić się Benowi na szyję, ale ten złapał ją za rękę, uniemożliwiając jej to. - Ah, nie cieszysz się z naszego spotkania?
- Nieszczególnie. Zadałem ci dwa pytania i żądam odpowiedzi na nie.
- Ah, ależ dlaczego musisz być tak nieprzyjemny? Przecież to nasz szczególny dzień i powinniśmy się z niego cieszyć. Swoją drogą ta...kobieta mnie obraziła. Żądam jej ukarania.
- Najwyraźniej miała ku temu znakomity powód. I o jakim szczęśliwym dniu ty pieprzysz?
- O dniu naszych zaręczyn!
- Zaręczyn? Zwariowałaś? Ja już jestem zaręczony.
- To tylko nic nieznaczący błąd, o którym przecież z łatwością wkrótce zapomnimy...
- Milcz, jeśli nie chcesz, by tu za chwilę doszło do rękoczynów, których zapewne ty pożałujesz o wiele bardziej, niż ja — warknął Ben, momentalnie uciszając kobietę. Uśmiech spełzł jej z twarzy, zastąpiony przez grymas oburzenia. - Alek bądź tak łaskaw i zabierz moją ukochaną do Amaliehaven. Jestem przekonany, że świeże powietrze znad zatoki dobrze jej zrobi. Ja tymczasem muszę poważnie porozmawiać z tą tutaj wariatką — wskazał na Hiszpankę, która poczerwieniała z oburzenia. - Skorzystajcie z przejścia między pałacami.
- Oczywiście, wasza książęca mość... Pani pozwoli. - Rosjanin podał dwornie ramię osłupiałej Joannie, której twarz była tak blada, jakby odpłynęła z niej cała krew. Wkrótce ruszyli do królewskich ogrodów, oboje milcząc zgodnie.
- Zatrzymaj się — poprosiła głucho, gdy po jakimś czasie dotarli do alejek parku zamkniętego na czas całej uroczystości. - Co tu się dzieje, do jasnej cholery?! - jęknęła po polsku. Alek spojrzał na nią smutno, po czym odparł:
- Obawiam się, że to może być jakiś rodzaj spisku uknutego przez Małgorzatę.
- Wiesz, wcale mnie nie pocieszyłeś — mruknęła, siadając na najbliższej ławce. - Swoją drogą mówisz po polsku o wiele lepiej niż Ben.
- Być może dlatego, że nasze języki aż tak bardzo się od siebie nie różnią — przysiadł obok.
- Może to i prawda — westchnęła, zapatrzona w wody zatoki. - Przyjemnie tutaj... Cholera, dlaczego to babsko aż tak bardzo mnie nienawidzi, że musi nastawiać przeciwko mnie każdą napotkaną osobę?
- Ze mną się jej to nie udało, choć przez jakiś czas usilnie próbowała.
- Naprawdę? A więc jednak rozmawiała z tobą?
- Nigdy osobiście - uśmiechnął się ponuro. - Poprzez swoich zaufanych ludzi. Pewnie sądziła, że skoro jestem blisko Bena, to zdołam go przekonać do zmiany decyzji. Ale to nie wchodziło w grę. Głupia nie przewidziała, że się w tobie zakocham.
- No tak... Mówiłeś mi już o tym... Naprawdę nie mógłbyś już odpuścić? Uwierz mi, lubię cię, ale w grę nie wchodzi nic innego poza przyjaźnią. Błagam, wybij mnie sobie z głowy, bo tylko oboje będziemy przez to nieszczęśliwi.
- Chciałbym, ale nie potrafię. Sam nie wiem, ile razy starałem się sam siebie przekonać, że to uczucie nie ma sensu. Że zawsze i tak wybierzesz Bena, bo jest pieprzonym księciem. Bo jest bogatszy, przystojniejszy, ogólnie bardziej cool. Ale im mocniej pragnąłem wyrzucić cię sobie z serca, tym bardziej nie byłem w stanie. Jesteś całym moim światem, Joanno. Marzę o tobie. O wspólnych nocach i dniach, o naszym domu i dzieciach. Marzę o tym, by każdego dnia cię uszczęśliwiać. Zrobiłbym wszystko, o co tylko poprosisz. Nie mogę znieść, gdy widzę, że płaczesz. Tak nie powinno być. Nie powinnaś nigdy cierpieć.
- Nie cierpię — mruknęła, odwracając szybko głowę.
- Dobrze wiesz, że to nie prawda... Teraz też walczysz ze łzami. Cholera, na miejscu Bena nigdy bym cię tu nie zabrał, wiedząc, jak bardzo moja matka jest poroniona. Starałbym się chronić cię ze wszystkich sił...
- Nie zawsze może być tak idealnie, jakbyśmy tego chcieli — szepnęła, wstając i podchodząc powoli do brzegu. Woda chlupała wesoło, ale jej kompletnie to nie interesowało. Jego słowa zasiały w jej głowie mętlik, dokładnie taki sam, jak kiedyś słowa Błażeja.
- Proszę... Zaufaj mi. Daj mi szansę, a obiecuję, że nigdy nie pożałujesz. Wyjedziemy, gdzie tylko będziesz chciała, nigdy nie będziesz przeze mnie cierpieć, dam ci wszystko. Tylko proszę, zaufaj mi... - wyszeptał, stając tuż za nią. Gdyby w tej chwili się odwróciła, wpadłaby w jego ramiona i była tego cholernie świadoma.
- Kiedyś już komuś zaufałam w podobny sposób. A potem się okazało, że ten ktoś chciał mnie tylko wykorzystać. Nie mam zamiaru cierpieć po raz kolejny w podobny sposób — powiedziała, drżąc na całym ciele i mając nadzieję, że on tego nie zauważy. Gdyby ją objął, mogłaby zrobić coś bardzo głupiego. Nie chciała tego. A przynajmniej nie w tej chwili. Owszem, była całkiem rozbita przez wydarzenia jednego popołudnia, ale przecież nie mogła poddać się urokowi sytuacji. Jakkolwiek mocno by tego potrzebowała. Odwróciła się powoli do Aleka i nabrawszy głębokiego oddechu, powiedziała. - Słuchaj. To, co powiedziałeś. Jest miłe i schlebia mi. Naprawdę. Wiem, jak ostro mogą brzmieć te słowa. Ostro i nieprzyjaźnie, ale naprawdę doceniam, że zdecydowałeś się mi to wszystko wyjawić. Jak mówiłam, naprawdę cię lubię, ale znalazłam już miłość swego życia. Kocham Bena, tylko to uczucie się dla mnie liczy, choć popełniłam w przeszłości kilka błędów. Nie chcę, byś ty stał się jednym z nich. Nie chcę, byś cierpiał, gdyby przyszło się nam rozstać. Jesteś moim przyjacielem i proszę, byś uszanował moją decyzję, Alek. Dobrze?
- Nie będzie łatwo — mruknął, cofając się o krok. Boże, tak bardzo pragnął wziąć ją w swoje ramiona, ukoić cały jej ból i smutek, zapewnić ją, że wszystko będzie dobrze, a nie mógł nic zrobić. Mógł tylko przez pewien czas pocieszać ją i to nie w sposób, w jaki chciał. Wiedział doskonale, że gdyby teraz go dotknęła, oszalałby i porwał ją z daleka od tego całego szajsu, w który przyszło jej wejść wbrew jej woli. - Musisz mieć jednak świadomość, że ja nigdy nie zrezygnuję. Zawsze będę na ciebie czekać, bo wiem, że moje uczucie jest milion razy prawdziwsze, niż uczucie, którym darzy cię Ben. Kiedyś sama się o tym przekonasz...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 4136 słów i 22995 znaków.

Dodaj komentarz