W świecie kłamstw rozdział 22

W świecie kłamstw rozdział 22Oboje drgnęli, gdy ten głos – chłodny, tnący jak bzyczenie napiętego drutu – przeciął powietrze. Alek napiął się natychmiast, a jego mięśnie pod tatuażami zastygły w gotowości do skoku. Joanna osłoniła oczy przed słońcem, uśmiechając się do Bena, ale jej uśmiech zwiędł, gdy zobaczyła jego twarz.
Ben nie patrzył na nią. Patrzył na Aleka wzrokiem, którym jego przodkowie skazywali ludzi na banicję.
— Jesteś nareszcie… — zaczęła miękko.
— W samą porę — warknął Ben, nie odrywając oczu od Rosjanina. — By zobaczyć, jak mój ochroniarz próbuje przesuwać granice, za które mu nie płacę.
— Nie przesadzaj, Ben. To tylko głupie gadanie — próbowała łagodzić Joanna, ale Alek ją przerwał.
— To nie jest głupie gadanie — Stanislav (Alek) wyprostował się, górując nad Benem masą, choć to Ben panował nad sytuacją. — I nie podrywam jej. Dopiero zaczynam pokazywać jej, że ma wybór.
— Alek, zamknij się! — Joanna syknęła, widząc, jak dłoń Bena zaciska się w pięść.
— Wybór? — Ben zaśmiał się krótko, pozbawiony rozbawienia dźwięk. — Co ty możesz jej zaoferować? Godziny na motocyklu i opowieści o igle do tatuażu?
— Mogę jej dać szacunek, na który ty nie masz czasu między jedną a drugą „ważną rozmową” w obcym języku — odparował Alek, uśmiechając się prowokacyjnie. — Traktujesz ją jak trofeum, Ben. Jak rzecz, którą zamykasz w szafie, gdy musisz popracować.
— Zamknijcie się obydwaj! — Joanna nagle uderzyła dłońmi w taflę wody, ochlapując ich obu. — Zachowujecie się jak dwa zapyziałe koguty na wysypisku! Ludzie się gapią!
Wyszła z wody, a krople ściekały po jej ciele, ale jej wzrok był morderczy.
— Alek, koniec z kwiatami i podchodami. Albo jesteś profesjonalistą, albo znikasz. A ty, Ben… — podeszła do niego blisko, ignorując jego furię. — Jeśli jeszcze raz będziesz przy mnie prowadził interesy w języku, którego nie znam, traktując mnie jak powietrze, to następny urlop spędzisz sam ze swoimi miliardami.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła ku hotelowi, zostawiając ich w głuchej, dusznej ciszy.

Dwie godziny i trzy drinki później, w hotelowym barze, obok Joanny usiadł Alek. Wyglądał na zdruzgotanego.
— Przepraszam. Zachowałem się jak szczeniak — mruknął, nie patrząc jej w oczy.
— Szczeniak? Alek, zachowałeś się jak skończony idiota.
— Wiem. Pewnie dlatego właśnie straciłem robotę. Chciałem się tylko pożegnać… — ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek, który trwał o ułamek sekundy za długo. — Zawsze będę o tobie pamiętał, Joanno.
— Zapomnij o mnie, Alek. Dla własnego dobra. Gdzie jest Ben?
— W pokoju. Myślę, że tamuje krwotok. Niechcący chyba złamałem mu nos — przyznał z ponurą satysfakcją.

Joanna nie czekała. Popchnęła go tak mocno, że spadł ze stołka, i pobiegła do apartamentu.

Wpadła do środka, dysząc. Ben stał przed lustrem, wycierając krew z rozbitej wargi.
— Nie złamał go — mruknął Ben, widząc jej przerażenie. — Ale musiał wyładować frustrację, bo zdał sobie sprawę, że nigdy cię nie dostanie.
— Pobiliście się o mnie? — zapytała cicho.
— Nie o ciebie. O moją własność — podszedł do niej, a jego oczy pociemniały od pożądania zmieszanego z gniewem. — Alek dostaje miesiąc bezpłatnego urlopu. Zniknie nam z oczu. A ty…
Zanim zdążyła odpowiedzieć, przyciągnął ją do siebie i rzucił na łóżko. Nie było delikatności. Była pasja, która graniczyła z furią.
— Czyja jesteś, Joanno? — warknął, gdy chwycił jej włosy, zmuszając ją do wypięcia się przed nim.
— Twoja… — zajęczała, gdy wbił się w nią głęboko, wypełniając ją tak mocno, że aż zabrakło jej tchu.
— Powiedz to głośno! Czyje imię będziesz krzyczeć, gdy sąsiedzi zaczną walić w ściany?
— Twoje, Ben! Tylko twoje!
Dawał jej klapsy, które piekły, ale tylko podsycały ogień w jej podbrzuszu. Każde pchnięcie było jak pieczątka, którą wbijał w jej ciało. Gdy oboje szczytowali, krzyk Joanny wypełnił cały apartament, a Ben wgryzł się w jej ramię, jakby chciał zostawić na niej ślad na zawsze.

Później, pod prysznicem, Ben był już inny – czuły, niemal przepraszający.
— Mam coś dla ciebie — wyszeptał, gdy leżeli już w pościeli. Wyjął czarne, zamszowe pudełko. W środku lśnił pierścionek, który wyglądał jak dzieło sztuki.
— Ben… to jest warte majątek.
— To pierścionek obietnicy, Joanno. Obietnicy, że kiedyś uciekniemy od tego wszystkiego. Że będziesz moją rodziną.
Joanna czuła się, jakby leciała w chmurach. Ale cztery tygodnie później, podczas rozmowy na Skypie, Ben sprowadził ją na ziemię jednym zdaniem.
— Moja matka chce z tobą porozmawiać w cztery oczy.
Joanna poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Spotkanie z rodzicami to jedno. Spotkanie z królową, która prawdopodobnie uważa cię za zagrożenie dla dynastii, to zupełnie inna bajka.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 874 słów i 5085 znaków, zaktualizowała 28 lut o 20:10.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Kiineczkaaa25

    Kiedy następna część? :)

    20 lip 2021

  • Użytkownik elenawest

    @Kiineczkaaa25 moze uda mi się pod koniec tygodnia 😉

    20 lip 2021