Prywatna wyspa na atolu Noonu wyglądała jak z folderu biura podróży dla milionerów. Biały piasek, turkusowa woda i absolutna cisza, którą mącił jedynie szum oceanu. Ben zapłacił fortunę, by „naprawić” to, co sam systematycznie niszczył, ale od momentu, gdy wylądowali, Asia czuła, że to tylko kolejna, bardzo kosztowna scena w jego teatrze.
Ben spędzał dnie w pełnym słońcu, z kieliszekiem drogiego ginu w dłoni i słuchawkami na uszach, którymi odcinał się od świata. Wyglądał nienagannie, ale jego skóra, mimo opalenizny, wydawała się Joannie zimna. Gdy próbowała usiąść obok niego na tarasie willi, nawet nie zdejmował okularów przeciwsłonecznych.
– Przestań mnie analizować, Joanno – rzucił pewnego popołudnia, gdy patrzyła na niego zbyt długo. – Jesteśmy w raju. Pij drinka, idź do spa i daj mi święty spokój.
– Czy ten „święty spokój” obejmuje też twojego syna? – zapytała, wskazując na Henry’ego, który bawił się z Alkiem przy brzegu wody. Chłopiec śmiał się głośno, gdy Rosjanin uczył go pływać na desce.
Ben prychnął, nawet nie odwracając głowy w stronę plaży.
– Ma najlepszą opiekę na świecie. Czego jeszcze chcesz? Moich łez? Mojej uwagi? Małgorzata zabrała to ze sobą do grobu. Pogódź się z tym wreszcie.
Joanna wstała bez słowa. Czuła, jak błękit oceanu zaczyna ją dusić. Pobiegła w stronę pomostu, czując pod stopami rozgrzane drewno. Nie mogła złapać tchu. Ten luksus był jak złota klatka wystawiona na pełne słońce – w środku było tylko spalone serce.
Alek zauważył ją od razu. Zostawił Henry’ego pod opieką niani i ruszył w jej stronę. Spotkali się na środku pomostu. Nie było tam kamer, nie było dyplomatów. Tylko oni dwoje i bezkresna woda.
– On tu nie wróci, prawda? – wyszeptała, gdy Alek stanął przed nią, osłaniając ją swoim ciałem przed palącym słońcem. – Ten Ben, którego kochałam, został w Danii, pod ziemią.
Alek ujął jej twarz w dłonie. Jego kciuki starły łzy, które mimo woalki z dumy, zaczęły spływać po jej policzkach.
– Tamtego Bena nigdy nie było, Asiu. Był tylko projekt, który spełniał twoje marzenia o bezpieczeństwie. Prawdziwy Benedict właśnie siedzi tam z drinkiem i ma w nosie to, że właśnie umierasz w środku.
– Zabierz mnie stąd – wychlipiała w jego pierś. – Nie do willi. Nie do Krakowa. Po prostu mnie zabierz.
Tej nocy, gdy Ben „odpłynął” po kolejnej dawce chemicznego zapomnienia, Asia wyszła na taras. Alek czekał na schodach prowadzących prosto do oceanu. Weszli do wody w milczeniu. W ciepłej, ciemnej toni, pośród fosforyzującego planktonu, narodziło się ich nowe życie.
W sypialni apartamentu gościnnego w Amalienborgu było duszno od niewypowiedzianych oskarżeń. Ben stał tyłem do Joanny, wpatrzony w ciemne okno, a jego sylwetka w mundurze wydawała się nienaturalnie sztywna. Nie pił. Po prostu trwał w bezruchu, który był gorszy od krzyku.
– Ben, po prostu pójdźmy spać. Jutro rano wracamy do Krakowa... – zaczęła Joanna, próbując opanować drżenie głosu.
Odwrócił się tak gwałtownie, że aż odskoczyła. Jego twarz była biała jak papier, a oczy... oczy były dwiema czarnymi dziurami, w których nie było już ani grama człowieka. To nie był zły narzeczony. To był obcy.
– Kraków? – wychrypiał, a na jego ustach pojawił się błąkający, szaleńczy uśmiech. – Myślisz, że pozwolę ci tam wrócić? Myślisz, że nie widzę, jak ty i on... jak wy wszyscy spiskujecie? Nawet Małgorzata... ona wciąż tu jest. Słyszę ją. Mówi mi, co robisz, kiedy nie patrzę.
Joanna poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po plecach.
– Ben, o czym ty mówisz? Twoja matka nie żyje...
– Kłamiesz! – wrzasnął, skacząc w jej stronę. Złapał ją za gardło i pchnął na ścianę z taką siłą, że głowa Asi odbiła się od twardego tynku. – Wszyscy kłamiecie! Chcecie mi zabrać koronę, chcecie mi zabrać syna! On nie jest mój, prawda? Zrobiłaś go sobie z nim, żeby mnie zniszczyć!
– Ben, puść... nie mogę... – charczała, próbując odciągnąć jego palce, które zaciskały się na jej krtani jak stalowe imadło.
On jednak nic nie słyszał. Patrzył przez nią, jakby walczył z demonami, których ona nie widziała. W jego oczach pulsowała czysta, odklejona od świata paranoja. Nagle puścił jej gardło, tylko po to, by uderzyć ją otwartą dłonią w twarz. Huk uderzenia rozszedł się echem po pokoju, a Asia osunęła się na podłogę.
Wtedy Ben zrobił coś strasznego. Zaczął się śmiać. Cicho, gardłowo, patrząc na krew spływającą z jej rozciętej wargi.
– Zobacz, jak ładnie krwawisz. Tak samo jak ona. Prawdziwa księżniczka.
Kiedy zamachnął się po raz kolejny, tym razem zaciśniętą pięścią, Joanna zebrała w sobie wszystkie resztki sił i wrzasnęła. To nie był krzyk prośby. To był przeraźliwy, zwierzęcy wrzask rozpaczy, który musiał nieść się przez korytarze aż do posterunku ochrony.
– ALEK!!! – wykrzyczała jego imię, zanim cios Bena trafił ją w skroń, posyłając w ciemność.
Drzwi nie otworzyły się. One wyleciały z zawiasów pod naporem potężnego barku Rosjanina. Alek nie czekał na wyjaśnienia. Widok Asi leżącej bezwładnie u stóp Bena, który stał nad nią z obłędnym uśmiechem, wyłączył w nim jakiekolwiek zahamowania.
Alek dopadł do Bena w jednym skoku. Nie bił go jak żołnierz. Bił go jak kat. Pierwszy cios rzucił księcia na biurko, roztrzaskując drogą lampę. Drugi posłał go na podłogę. Alek dopadł do niego, chwytając za klapy munduru i podnosząc do góry jak szmacianą lalkę.
– Jeśli jeszcze raz... choćby o niej pomyślisz... – warczał Alek, a jego głos brzmiał jak nadciągająca burza. – Zabiję cię gołymi rękami. Rozumiesz, ty chory skurwysynu?!
Ben nie odpowiedział. Patrzył na Alka i wciąż się śmiał, spluwając krwią na jego białą koszulę.
Wtedy do pokoju wpadli Joachim i Fryderyk z resztą ochrony. Widok był makabryczny: zakrwawiona, nieprzytomna Asia, zdemolowany pokój i książę Benedict, który w objęciach wściekłego ochroniarza wyglądał jak wrak człowieka, który ostatecznie postradał zmysły.
Zimna woda. To było pierwsze, co poczuła Asia. Alek klęczał nad nią, przykładając jej do twarzy mokry, lodowaty ręcznik. W uszach wciąż jej dzwoniło, a każdy oddech sprawiał, że ból w skroni pulsował z nową siłą.
Otworzyła oczy. Pokój wyglądał jak po przejściu tornada. Ben leżał pod ścianą, obezwładniony przez dwóch rosłych mężczyzn z ochrony Joachima. Nie walczył. Bełkotał coś pod nosem, wpatrzony w sufit, z tym samym nieludzkim uśmiechem, który miała pod powiekami. Joachim stał obok, blady jak ściana, zasłaniając usta dłonią.
– Zabierz ją stąd – rzucił Joachim, nie odrywając wzroku od brata. – Aleksandr, zabierz ją do innego skrzydła. Natychmiast.
– Nie do innego skrzydła – Alek wstał, biorąc Asię na ręce, jakby ważyła tyle co piórko. – Wyjeżdżamy.
– Teraz? Jest trzecia rano, ona potrzebuje lekarza! – Fryderyk wszedł do pokoju, próbując zachować resztki autorytetu.
– Sam ją opatrzę. Jeśli ona zostanie w tym kraju choć minutę dłużej, on ją w końcu dobije. Albo ja jego – Alek spojrzał na króla tak, że ten mimowolnie się cofnął. – Chcę mieć gotowy samolot za pół godziny. Albo wezmę go sobie sam.
Joachim skinął głową. Wiedział, że w tej chwili Alek jest jedyną osobą, która może uratować Joannę przed ostatecznym obłędem Bena.
– Lećcie do Polski. My się... my się zajmiemy Benedictem. Potrzebuje specjalistycznej opieki. Jutro rano oficjalny komunikat będzie mówił o załamaniu nerwowym.
Asia nie słuchała. Pozwoliła, by Alek wyniósł ją z tego przeklętego pokoju. Czuła zapach jego koszuli – dym, pot i krew Bena. Nie czuła żalu. Czuła jedynie palącą potrzebę oddalenia się od tego miejsca o tysiące kilometrów.
Prywatny odrzutowiec przecinał nocne niebo nad Europą. Henry spał na jednym z foteli, opatulony grubym kocem, nieświadomy, że jego świat właśnie rozpadł się na kawałki. Asia siedziała naprzeciwko Alka, trzymając przy twarzy okład z lodu.
Turbulencje, jakie towarzyssyły podchodzeniu do lądowania sprawiły, że olała środki bezpieczeństwa, odpięła pas i pognała do łazienki, gdzie zwróciła całą zawartość żołądka. Wyszła jeszcze bledsza, trzymając się ścian odrzutowca.
- Po lądowaniu znajdziemy ci lekarza, który cię obejrzy - zdecydował Alek półgłosem, pomagając jej siąść spoetotem w fotelu.
- Nic mi nie jest - zapewniła go, uśmiechając się niepewnie.
- A te wymioty? - chciał wiedzieć, przyglądając się jej badawczo.
- Alek... Po prostu... Jestem w ciąży - wyznała. Zamurowało go. Dosłownie. Pochylił się do niej i zapytał groźnie:
- Wiedział?
- Nie - pokręciła głową. - Myślałam o tym, żeby mu powiedzieć, ale to i tak nie miałoby sensu. Od dawna ze sobą nie spaliśmy...
Podniosła na niego wzrok. Jego oczy były czujne i mroczne, ale dostrzegła w nich coś jeszcze - ulgę i niedowierzanie.
- Domek - ucieszyła się słabo, gdy wysiedli przed jego "azylem" w Szwajcarii. Henry spał w jego ramionach, tuląc się do misia i nowego taty, a Alek trzymał go tak delikatnie, jakby chłopiec był ze szkła. On już nie tylko go chronił, on przede wszystkim był dla tego malucha.
- Tak - mruknął cicho, otwierając drzwi. - Tu się przegrupujemy i zdecydujemy, co dalej.
Kiwnęła głową, nie mając siły na żadną dyskusję. Zwinęła się w ciasny kłębek przy Henrym niczym kotka chroniąca swoje młode i natychmiast zasnęła. A Alek po prostu zaczął działać. Z papierosem w ręku i szklanką whisky w drugiej, wyszedł przed domek, by wykonać telefon. Wybrał numer, z którym dawno się nie łączył. Jeden sygnał, drugi...
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, która jest godzina... - usłyszał zaspany damski głos po drugiej stronie.
- Potrzebuję pomocy - mruknął, nie bawiąc się w żadne uprzejmości.
- Jak wielkiej?
- Nowego życia, mamo.
- Czekam.
Popołudnie przyniosło im kolejny szok - oficjalne oświadczenie Fryderyka, w którym...uśmiercał swego brata. Wypadek, skarpa, śmierć na miejscu. Najprawdopodobniej załamanie nerwowe po śmierci królowej Małgorzaty, spowodowane długoletnią chorobą umysłową.
I tyle. Koniec tematu. Benedict właśnie zniknął.
- Co tu się, kurwa, odjebało? - warknął Alek, patrząc w szoku na ekran laptopa.
- Nie mam pojęcia - powiedziała cicho, nie chcąc straszyć zdezorientowanego sytuacją chłopca. - Ale... choroba umysłowa?...
- Nikt w to nie uwierzy. Ja nie wierzę.
- Kanada? - mruknęła zszokowana, gdy wsiedli do rejsowego samolotu. - Dlaczego?
- Bo tam jest ktoś, kto będzie nam w stanie pomóc - powiedział cicho. - Pomoże nam zacząć życie od nowa.
Kiwnęła tylko głową, opierając brodę o jasne włoski synka. Wciąż nie mogła orrząsnąć się po ataku Benedicta i jego rzekomej śmierci. Lecąc do Ameryki, oboje wirdzieli już, że świat huczy od plotek, a duńska rodzina królewska zamyka się za murami Amalienborga, "opłakując cudownego księcia".
- To ten twój "niemilionowy" dom? - zapytała z przekąsem, gry szofer wysłany po nich na lotnisko, wysadził ich pod ogromną willą.
- Mam nieco skromniejszy - zaśmiał się, prowadząc ją i małego na tyły rezydencji.
Tyły rezydencji nie przypominały ogrodu. To był prywatny park, który kończył się tam, gdzie zaczynała się tafla jeziora. Alek szedł pewnie, niosąc Henry’ego, jakby każdy kamień na tej ścieżce znał od dziecka. Joanna szła za nim, czując się coraz mniejsza w swojej prostej kurtce, z twarzą, którą wciąż próbowała zasłaniać włosami.
Weszli do mniejszego, ale równie luksusowego domu gościnnego, który stylem przypominał nowoczesną twierdzę ze szkła i drewna. W salonie, przy kominku, plecami do nich, siedziała kobieta. Srebrzyste włosy miała upięte w idealny, ciasny kok, a jej wyprostowane plecy mówiły o niej więcej niż jakikolwiek paszport.
– Jesteś spóźniony, Aleksandrze – powiedziała niskim, dźwięcznym głosem, nie odwracając głowy. – I przyprowadziłeś gości, których połowa świata uważa za tragicznie zmarłych lub zaginionych.
Alek postawił Henry’ego na ziemi i podszedł do niej. Joanna zamarła, gdy zobaczyła, jak ten potężny, twardy mężczyzna pochyla się i z szacunkiem całuje kobietę w dłoń.
– Witaj, mamo.
Kobieta wstała. Maria Romanov była uosobieniem surowej elegancji. Miała te same, przenikliwe oczy co Alek, ale w jej spojrzeniu było coś, co sprawiało, że Joanna poczuła się, jakby była prześwietlana promieniami rentgena. Maria powoli podeszła do Joanny, ignorując na chwilę syna. Jej wzrok zatrzymał się na ledwo widocznym siniaku na skroni dziewczyny.
- Witaj, Joanno. Cieszę się, że znów się widzimy, choć martwią mnie powody twojej wizyty... Ten siniak... Cios musiał być naprawdę mocny, a to znaczy, że uśmiercenie mego chrześniaka jest próbą zatuszowania nie tylko tego ataku. I bardzo mi się to nie podoba - dodała groźnie, przyglądając się, jak Henry bez skrępowania bawi się frędzlami drogiego arrasu. - Jest uroczy. I tak kompletnie nie podobny do Benedicta... To dobrze. Siadajcie, napijemy się i zdecydujemy, co dalej...
- Ona nie pije - mruknął Alek, prowadząc Joannę ku eleganckiej, skórzanej sofie. - Nosi pod sercem krew Romanowów...
- A więc to tak...
- Ona jest moja - mruknął Alek, przyciągając wstrząśniętą Joasię do siebie. - Bez tytułów i zobowiązań. Nie po to wyrwałem ją z tego duńskiego lochu, by teraz wpędzać ją do kolejnego.
- To naturalne... Domek jest do waszej dyspozycji. Odpocznijcie, resztę omówimy później, oboje wyglądacie na zęczonych.
Gdy wyszła, spojrzał na ukochaną niepewnie.
- Nie mogłem powiedzieć ci wcześniej - szepnął, gładząc ją po dłoni. - Wybaczysz mi?
- Ty też zamierzasz dyktować mi, co mam robić? - prychnęła, wysuwając się z jego ramion. Pokręcił głową.
- Oczywiście, że nie. Cenię sobie twoją niezaleźność, najdroższa... A nasza sypialnia jest na górze...
Kolejne dni były torturą, zwłaszcza gdy Fryderyk zarządał powrotu Henry'ego do kraju. W końcu, jak mówił nie bez racji, mały wciąż pozostawał księciem i członkiem rodu Glucksburgów. Dla Asi oddanie chłopca w miejsce tak przesiąknięte złem było aktem nie do przyjęcia. Zgodziła się jednak na wizytę w Danii. Alek poleciał razem z nią i teczką dokumentów, które przekazała mu matka.
Siedząc w gabinecie Fryderyka i słuchając jego opowieści o chorobie Bena, czuła się jak w kiepskim filmie.
- Osobowość mnoga z agresywnymi zachowaniami destrukcyjnymi, a wy pozwoliliście ot tak zajmować mu się chłopcem i zbliżyć do Joanny?! - po usłyszeniu diagnozy, Alek był bliski furii. - Pojebało was wszystkich?!
- Aleksandr... Hamuj się - mruknął obecny w gabinecie Joachim - Jesteś na duńskiej ziemi, w obecności panującego króla i księcia Danii, naprawdę chcesz wylądować w więzieniu za ich obrazę.
- A ty naprawdę chcesz teraz zadzierać z Romanowami? - warknął, trzepnąwszy grubą teczką w biurko Fryderyka. - Mojej matce, Marii, to się raczej nie spodoba jeszcze bardziej niż mnie...
I w tej ciszy, która zapadła po jrgo ociekających jadem słowach, odezwała się cicho Joanna:
- Chcę go zobaczyć – powiedziała, patrząc na swoje dłonie. – Pozwólcie mi się z nim pożegnać. Mimo tego wszystkiego... muszę to zamknąć.
Fryderyk przeniósł wzrok na Aleka, który stał za Joanną niczym mroczny posąg, drżąc z furii, która wciąż buzowała mu pod skórą.
- Ty się na to zgadzasz? Jesteś jej ochroniarzem... – Fryderyk wyglądał o starszego o co najmniej dziesięć lat.
Alek zacisnął szczęki tak mocno, że aż zadrgał mu mięsień na policzku.
- Nigdy nie byłem jej "ochroniarzem". A teraz, gdy nosi pod sercem moją krew, niczego nie potrafię jej odmówić...
W sali szpitalnej śmierdziało chlorem i beznadzieją. Ben leżał nieruchomo, ale gdy tylko usłyszał szczęk zamka, drgnął gwałtownie. Jego wzrok był rozbiegany, dziki. Gdy dostrzegł Joannę, szarpnął się, a metalowe klamry pasów wgryzły się w jego nadgarstki z jazgotem, który sprawił, że Asia aż zadrżała.
- Asia! – wychrypiał, a w jego głosie mieszała się euforia z czystym szaleństwem. – Kochanie, wiedziałem, że przyjdziesz! Powiedz tym idiotom, żeby mnie rozkuli. Wracamy do domu, Henry czeka... Zaraz, który to miesiąc? Brzuch... dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej, że będziemy mieli drugie dziecko? Musimy wybrać imię, jakąś tradycyjną duńską klasykę...
Asia usiadła na krześle, zachowując bezpieczny dystans. Patrzyła na człowieka, którego kochała, i nie widziała w nim już nic poza pustą skorupą.
- Chciałam ci powiedzieć, Ben – przyznała cicho. - Ale ty... To nie ma już sensu, to koniec.
Szok na jego twarzy powoli zmienił się w mieszaninę furii i obłędu, a gdy zaśmiał się opętańczo, odskoczyła do tyłu, prosto w ramiona Aleka. Ben nawet niczego nie zauważył.
- Nie chciałem cię uderzyć, ale byłaś taka nieposłuszna! Musiałem cię nauczyć, gdzie jest twoje miejsce, tak jak nauczyłem Lisę! Ona też myślała, że może odejść...
- Ben, dość – ucięła, wstając. – Jesteś chory. Zostaniesz tutaj, bo jesteś zagrożeniem dla wszystkich. Dla mnie i dla dzieci.
- Dzieci? – Ben zmrużył oczy, a jego oddech stał się świszczący.
- Zabieram Henry’ego. On potrzebuje matki, która go kocha, a nie ojca, który jest mordercą.
W pokoju nagle zrobiło się zimno. Ben szarpnął się tak potężnie, że łóżko przesunęło się o kilka centymetrów.
- Nie masz prawa! To mój syn! Moja krew! Fryderyk ci go nie odda, zniszczą cię, słyszysz?! Zgnijesz w jakimś lochu za porwanie następcy tronu!
- Mylisz się, Ben – powiedział Alek, wychodząc z cienia, a jego głos był zimny i twardy jak lód. – Henry zostaje z nami. A ta mała istota w brzuchu Asi? To nie jest twoja krew. Nigdy nie była.
Ben wpatrywał się w nich przez chwilę w absolutnej ciszy. Potem jego wzrok padł na splecione dłonie Alka i Joanny. Furia, która w nim wybuchła, była nieludzka.
- Ty mała dziwko! – wył, plując pianą na prześcieradło. – Jak śmiałaś?! Wpuściłem cię na salony, ubrałem w jedwabie, a ty wolałaś pieprzyć się z psem łańcuchowym?! Zdradziłaś księcia z kundlem?!
- Sam wpychałeś ją w moje ramiona każdą swoją zdradą i każdym ciosem – warknął Alek, przyciągając Asię do siebie. – A co do kundla... znasz moją matkę, Marię Romanową. Radzę ci bardzo uważnie dobierać słowa, póki jeszcze masz język...
Wyszli z sali, a za nimi niosły się wrzaski, przekleństwa i dźwięk metalu uderzającego o metal. Asia nie obejrzała się ani razu. Czuła, jak kamień, który nosiła w piersi przez ostatnie miesiące, w końcu pęka.
- Co teraz z nim będzie? – zapytała cicho, gdy ponownie siedzieli już w gabinecie Fryderyka.
- Ben zostanie tu na zawsze – odparł Fryderyk głosem wypranym z nadziei. – Nie mamy wyjścia, tak jest bezpieczniej. Gdyby świat dowiedział się o Lisie... o tym, że Ben ją zgwałcił i pobił tak, że wykrwawiła się podczas przedwczesnego porodu... monarchia by upadła.
Joanna poczuła mdłości. Spojrzała na Aleka, szukając w jego oczach potwierdzenia, że to już koniec. Kiwnął głową, biorąc ją za rękę.
- To koniec - powiedział twardo. - Henry zostaje z nami, z nazwiskiem, które przetrwało więcej, niż wy wszyscy razem wzięci. Nie radzę nas szukać, bo ta prawda, której tak bardzo się poicie, ujrzy światło dzienne szybciej, niż zdążycie o tym pomyśleć. To nie jest jedyna kopia tych dokumentów...
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.