W świecie kłamstw rozdział 3

W świecie kłamstw rozdział 3Asię totalnie zamurowało. Ten maluch najwyraźniej był synem Bena... A to... To komplikowało i tak już ich zagmatwaną relację. Przełknęła ciężko ślinę, wpatrując się, jak mężczyzna tuli malca do siebie. To była piękna scena, choć czuła bolesne ukłucie w sercu. Okłamał ją... Powiedział przecież, że nie ma przed nią żadnych tajemnic... A teraz...
- Nie powiedział ci? - szepnęła Sophie, najwyraźniej zauważając niewyraźną minę brunetki.
- Nie — chrypnęła tamta. - Nie wiedziałam...
- Przeszkadza ci to, Joanno? - zapytała cicho królowa, gdy przy stole znów zapanowały rozmowy, a Ben wymknął się z jadalni, by utulić synka, który nie chciał wracać do opiekunki.
- Nie, wasza wysokość — powiedziała łagodnie, nawet delikatnie się uśmiechając. - Nie przeszkadza mi to. Benedict jest ode mnie starszy, rozumiem, że miał życie uczuciowe przede mną...
- Rozumiem...
- Powinnam już iść — bąknęła zmieszana, spuszczając wzrok.
- Uciekasz. To cię przeraża — prychnęła Małgorzata, mierząc ją ostrym spojrzeniem. - I przerasta.
- Bynajmniej. Po prostu jestem strasznie zmęczona. To był ciężki dzień, do tych zawodów przygotowywałam się od kilku miesięcy niemal dzień w dzień po mojej pracy lub przed. Po prostu chciałabym odpocząć — powiedziała, kłaniając się lekko królowej, choć insynuacje, że ucieka nieco ją zdenerwowały. I zabolały.
- W takim razie miłej podróży.
To był koniec rozmowy. Asia skłoniła się lekko i wyszła z pomieszczenia, starając się zachować choć ciut godności. W środku cała się trzęsła i nie bardzo wiedziała, co dalej zrobić... Skręciła w stronę głównego wejścia i przystanęła zaskoczona, widząc zmierzającego w jej stronę Bena.
- Nie pożegnasz się? - mruknął, podchodząc do niej.
- Poprosiłam twoją siostrę, by zrobiła to za mnie... Nie wiedziałam, ile czasu spędzisz z synem — wyjaśniła cicho, odwracając wzrok. W jej głosie słychać było wyraźnie nutę goryczy.
- Joanno... Pozwól, że ci wszystko wytłumaczę — podszedł do niej, delikatnie ujmując ją za brodę i unosząc, by na niego spojrzała. - Dowiedziałabyś się o Henrym, przysięgam...
- O jego matce również? A może miałeś zamiar dzielić swój czas na nas dwie? - prychnęła rozzłoszczona. Przymknął na moment oczy, oddychając głęboko.
- Moja żona, a matka Henry'ego, Lisa... Nie żyje — powiedział w końcu. Jego głos był ochrypły, a gdy na nią spojrzał, po prostu ją zatkało. - Zmarła tuż po urodzeniu syna. Od tamtej pory sam go wychowuję... Joanno, nie związałem się z tobą, by na dzień dobry uczynić cię matką dla niego. Z czasem... Może, ale... - pokręcił głową, puszczając jej dłoń i przeczesując palcami włosy. - Przepraszam, że od razu nie powiedziałem ci prawdy. O sobie i swoim życiu. To był błąd. Powiedziałaś mi, co się stanie, jeśli cię okłamię... Rozumiem. Rozumiem, że czujesz się oszukana i że zapewne się boisz - wzruszył ramionami, uśmiechając się do niej smutno, niepewnie. - Ale niczego od ciebie nie wymagam i jeśli teraz odejdziesz... — zawahał się, a następnie delikatnie dotknął opuszkami palców jej zaróżowionego policzka. - Chcę jednak, żebyś wiedziała, że moja wścibska siostra ma rację. Udało mi się znów zakochać, choć od trzech lat sądziłem, że to nie jest możliwe... Alek czeka na ciebie na podjeździe, zawiezie cię prosto do hotelu... Dziękuję, że się zjawiłaś. Wyglądasz najpiękniej spośród wszystkich pań — pocałował ją w dłoń. - Jeszcze raz gratuluję.
Kiwnęła głową, cmokając go w policzek.
- Daj mi czas — wyszeptała, odwracając się i idąc powoli do wyjścia. Westchnął cicho, przymykając oczy... Gdy już nie mogła go dostrzec, ani usłyszeć, grzmotnął pięścią w najbliższą ścianę. A następnie kląc soczyście pod nosem, udał się do pałacowego medyka.
A Alek, on faktycznie na nią czekał. Oparty tyłkiem o maskę czarnego BMW. Gdy podeszła, nawet nie drgnął, wpatrując się w nią poważnie, jakby oceniał... Czy też szukał w jej twarzy czegoś... Gdy jednak uparcie patrzyła w dół, nie na niego, westchnął i otworzył jej drzwi. W środku pachniało miętą. Odetchnęła z pewną ulgą, gdy ruszyli w ciszy i mruczeniu silnika w stronę centrum miasta i hotelu.

- Tak szybko wróciłaś? - Marta wyglądała na zaskoczoną, gdy przyjaciółka weszła cicho do ich wspólnego pokoju.
- Muszę odpocząć...
- Stało się coś? - blondynka usadziła ją stanowczo w fotelu i spojrzała na nią badawczo. - Płakałaś...
- Nie — skłamała brunetka.
- Przecież widzę. Zrobił ci coś? Gadaj!

- I tak po prostu odeszłaś?! - wrzasnęła Marta, gdy Asia skończyła opowiadać. - Zwariowałaś, czy jak? Co ci odwaliło?
- Oszukał mnie. Okłamał!
- Gówno prawda! Powiedział, że dowiedziałabyś się później o małym, tak? Więc czego jęczysz? To normalne, że chciał najpierw cię poznać, sprawdzić, jak jest wam razem... A ty robisz z tego wielkie halo! Poza tym, co z tego, że ma syna?
- To akurat nie jest problem, bo maluch wygląda jak aniołek, jest naprawdę słodki. I widać, że Ben go kocha... Ale...
- No co? - blondynka westchnęła ciężko, zaczynała ogarniać ją frustracja na przyjaciółkę.  
- A jeśli on ma jeszcze jakieś inne tajemnice? Gorsze?
Marta popatrzyła na nią jak na totalną idiotkę i popukała się w czoło.
- Weź przestań i nie wymyślaj kolejnych problemów dobrze? Pogadaj z nim...
- Nie wiem, czy mam ochotę.
- Naprawdę jesteś dziwna...

- Wstawaj, wariatko! - syknęła Marta, zrzucając z przyjaciółki kołdrę.
- Do odlotu mamy jeszcze czas, więc daj mi święty spokój, kretynko! - warknęła Asia, przykrywając głowę poduszką.
- Dostałaś kwiaty! I wypaśne śniadanie!
- Co? - brunetka usiadła gwałtownie na łóżku, zaskoczona słowami przyjaciółki. - Jakie śniadanie? O Boże! - krzyknęła zdumiona, widząc, że ich pokój tonie w bukietach kwiatów, a stolik ugina się od przysmaków. - Wiesz od kogo to?
- Owszem — mruknęła Marta, pogryzając rogalika z cwanym uśmiechem. - Od Bena...
- Cholera...
- Tu masz liścik — rzuciła jej karteczkę. - Zastawa jest z godłem...
- Pierdzielisz! - syknęła Asia i rozerwała niewielką pieczęć. - "Dziękuję ci za wszystko. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz i zostaniemy przyjaciółmi. Ben"
- Jesteś idiotką, Aśka! - syknęła Marta, patrząc ostro na przyjaciółkę. - Taka okazja, a ty robisz aferę wielkości tornada...

Tydzień później.
Czując, jak serce wali jej w piersi niczym młotem, wybrała numer do Bena. Nie było dnia, by o nim nie myślała. Śniła o nim, ale nie wiedziała, co robić dalej, zaufać mu, czy spuścić do kanału za kłamstwa, które zaserwował jej już na początku znajomości. I choć rozumiała potrzebę ochrony synka i chęć pokazania się jej jako zwykły mężczyzna, a nie książę, nie mogła zaprzeczyć, że nie lubiła kłamstw. Od zawsze były dla niej barierą nie do pokonania.
Westchnęła, gdy telefon nawiązał połączenie.
- Joanna? - usłyszała głos Bena i o mało nie wypuściła telefonu z ręki. Zamyśliła się, a on odebrał już po pierwszym sygnale.
- Hej — chrypnęła lekko.
- Dzieje się coś? - w jego głosie usłyszała troskę. - Maleńka?
- Ben... - wyszeptała,, czując dławienie w gardle. Ben - powtórzyła o wiele ciszej, po czym po prostu się rozryczała. Niczym w jakimś tanim filmie klasy "h" chlipała mu do telefonu jak jakaś gówniara. Ale prawda była taka, że tęskniła. Tak cholernie tęskniła...
- Mów do mnie! Gdzie jesteś? Czemu płaczesz? Joanno?
- Proszę — jęknęła. - Ben, przepraszam... Źle zareagowałam... To, że masz syna kompletnie mi nie przeszkadza. Ja... Moglibyśmy porozmawiać?
- Naprawdę tego chcesz? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Tak. Ufam ci.
- Będę za trzy godziny, czekaj na mnie, maleńka — mruknął, lecz niemal widziała jego szeroki uśmiech. - Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię.

Trzy i pół godziny później przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę przed terminalem lotniska, oczekując na niego. Gdy tylko go zauważyła, musiała oprzeć się tyłkiem o samochód, by nie upaść z emocji. W głowie miliony myśli, w sercu nadzieja, ulga i ten ogromny strach. Na twarzy te same emocje, podbite wszystkimi kolorami tęczy. Miała wrażenie, że albo zemdleje, albo puści pawia z nerwów. Wolała nie robić ani jednego ani drugiego. Podbiegł do niej te trzy kroki i wziął ją w ramiona, potrzymując lekko, gdy nogi niemal odmówiły jej posłuszeństwa. Ulga, że się zjawił była zbyt duża.
- Jestem tu, Joanno — wyszeptał, całując ją w czubek głowy. - I powiedz słowo, a nigdy nie odejdę...
- Chodź — chrypnęła, odklejając się od niego w końcu. - Pogadamy, ok?
- Oczywiście — uśmiechnął się lekko, gładząc ją po policzku i patrząc jej w oczy. - Obiecuję, żadnych kłamstw.
Kiwnęła stanowczo głową, otwierając mu drzwi do auta.
- Zapraszam na obiad.

- Dobrze, w takim razie mów dokładnie, co chciałabyś o mnie wiedzieć? - mruknął, wycierając usta serwetką, gdy rozprawili się już z wyśmienitym łososiem.
- Czym dokładnie się zajmujesz? - zapytała, patrząc mu cały czas w oczy.
- Jak ci już mówiłem, jestem biznesmenem. Inwestuję w nieruchomości, ale wspieram również organizacje charytatywne, trochę bawiłem się na rynkach w obrót pieniędzmi dla klientów, ale to mnie w końcu znudziło.
- Więc... W głównej mierze jesteś finansistą — powiedziała ostrożnie. Uśmiechnął się nieznacznie.
- Można to tak ująć — puścił jej oczko. - Ale w gruncie rzeczy jestem naprawdę normalnym facetem... Kocham konie, książki i muzykę. Gdy mam czas, wychodzę pobiegać, najczęściej z moim psem.  
- Jaka rasa psa?
- Spaniel. Brązowa strzała. Nie ma szans, by spokojnie wejść do domu.
- Zwariowany?
- Jak najbardziej. A do tego dodaj mojego trzyletniego syna. Powalają na łopatki. Dosłownie.
- Uroczy duet - kiwnęła ostrożnie głową, choć pies w tym momencie obchodził ją najmniej. Pytała jednak, by zbudować relację. Ben to wyczuł i był jej wdzięczny, że kobieta stara się z nim rozmawiać. - Mogę zadać ci osobiste pytanie? - zapytała cicho.
- Oczywiście.
- Dlaczego twoja żona zmarła?
- Rozległy krwotok wewnętrzny. Nie do opanowania — wyjaśnił, a przez jego twarz przebiegł cień dawnego bólu. Jego oczy na moment stały się o wiele chłodniejsze, smutniejsze.  
- Naprawdę nic się nie dało zrobić?
- Nie — westchnął. - Lisa długo chorowała, była bardzo delikatna. Gdy się pobraliśmy, oboje byliśmy naprawdę młodzi, lecz na dziecko przyszło nam czekać kilka lat. Zdecydowałem, że nie będę uczestniczyć w książęcych obowiązkach, by móc jak najczęściej być z żoną. Moja matka zgodziła się na to i oficjalnie wycofaliśmy się z większości zajęć. Byłem dość lubiany, ludzie uszanowali naszą prywatność, paparazzi nie śledzili nas, a ja byłem im za to wdzięczny. Gdy w końcu Lisa wyzdrowiała, zdecydowaliśmy się na dziecko, chociaż lekarz mówił, że istnieje ryzyko. Ale ona tak bardzo chciała być matką — uśmiechnął się ponuro, bawiąc się serwetką. - Zgodziłem się, choć znałem ryzyko. Nie potrafiłem jej jednak niczego odmówić. Zakochany kretyn... Przez całą ciążę nie było żadnych problemów, nie sądziłem, że te pojawią się w czasie porodu. Trwał kilka godzin, a ona traciła krew w zastraszającym tempie. Lekarze nie nadążali z transfuzją. Powiedzieli mi, że mam się z nią pożegnać, bo nie wiedzą, co dalej będzie. Gdyby przeżyła... Możliwe, że byłaby już tylko roślinką — westchnął, przerywając na dłuższą chwilę. - W końcu jednak urodziła. Była słaba, ledwo trzymała malca na rękach... Wiedziała, że to jedyny raz, gdy... Nie płakała, nie miała już siły. Dała mu imię, jej ulubione... Zmarła zaraz potem. Mały nigdy jej nie poznał, a ja... Chyba po prostu boję się mu o niej mówić - kiwnął ponuro głową.
- Tak mi przykro — wyszeptała przez ściśnięte gardło, ścierając spływające po policzkach łzy.
- W końcu pogodziłem się z jej stratą, choć nie było łatwo. Była moim światem i... Joanno... Przepraszam — pocałował ją w dłoń.  
- Nie, to moja wina. Nie powinnam była pytać.
- Cieszę się, że się dowiedziałaś. Dzięki temu lepiej mnie znasz...
- Tak... A jak... Jak poradziłeś sobie bez niej?
- Tak naprawdę sam nie wiem — przyznał. - Na początku działałem jak automat. Pomagały mi moja matka, Maria żona Fryderyka i całe morze opiekunek. Ból po stracie Lisy tłumiłem opieką nad Henrym... Ale ma jej oczy, jej uśmiech i...zapomnieć o tym, co mnie...co nas spotkało, nie było łatwe. Nie zjawiłem się na pogrzebie. Ludzie mówili że tak nie można, że powinienem ją pożegnać... Ale ja nie chciałem. Upiłem się jakąś tanią gorzałą i wyłem... dosłownie wyłem w podziemiach pałacu. Fryderyk zabrał mnie gdy już było po wszystkim i otrzeźwił lodowatym prysznicem. Od tamtej pory muszę być twardy. Dla Henry'ego.
- To naprawdę straszne - przyznała cicho. - Na dodatek czesto wyjeżdżasz....Kto z nim wtedy zostaje?
- Cała rodzina — uśmiechnął się lekko.
- Widziałam go tylko przez kilka minut, ale to naprawdę uroczy chłopiec. Chciałabym go kiedyś poznać.
- Mam nadzieję, że tak się stanie. Ale jeszcze nie teraz. Najpierw oboje musimy dać sobie czas. Gdybym teraz wprowadził cię w życie Henry'ego, prawdopodobnie zacząłby traktować cię jak swoją mamę, co w przypadku, gdybyśmy się rozstali, nie było zbyt mądre, bo musiałbym mu cię gwałtownie odebrać. Dlatego od razu ci o nim nie powiedziałem, nie chciałem go ranić.
- Tak... To zupełnie zrozumiałe— kiwnęła stanowczo głową. - Dziękuję. Powiedz, królowa była bardzo zła, że opuściłam przyjęcie?
- Nie. Wzięła pod uwagę twoją wymówkę — puścił jej oczko. - A teraz mam dla ciebie propozycję.
- Jaką?
- Przyjemną. Ale najpierw odpowiedz mi na jedno ważne pytanie... Lubisz ciepło?
- Uwielbiam, a bo co?
- A bo muszę załatwić kilka spraw na Dominikanie. Pomyślałem sobie, że moglibyśmy polecieć tam razem. Poznalibyśmy się lepiej, pobawili, pozwiedzali i przywieźli mnóstwo zdjęć. Co ty na to?
- Dominikanę? - zapytała zaskoczona tą niecodzienną propozycją. - Ja... Nie wiem, co powiedzieć... Wow...
- Więc się zgadzasz? - uśmiechnął się szeroko.
- Jeśli tylko dostanę urlop...
- Myślę, że bez problemu — zachichotał. - A teraz chodź, porywam cię do hotelu — przywołał kelnera.
- Ale chyba nie tam, gdzie pracuję?...
- Sheraton może być? - uśmiechając się cwanie i płacąc szybko za posiłek.
- Pewnie, ale wiesz, że to ja zaprosiłam cię na obiad? - lekko podniosła brwi.
- Oczywiście, a moim obowiązkiem i przywilejem jest za niego zapłacić, kochanie — pocałował ją w dłoń. - Chodźmy.

- No, mów! - wydarła się Marta, gdy tylko odebrała połączenie od przyjaciółki. - Pogodziliście się?
- Tak — twarz Asi rozjaśnił szeroki uśmiech. - Jest dobrze i mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.
- No pewnie, że będzie, tylko, błagam... Nie wywijaj już więcej takich akcji, dobrze?
- Postaram się. A teraz muszę kończyć, bo Ben właśnie wrócił, pa!
- Czekaj! Gdzie ty w ogóle jesteś?
- W hotelu...
- Czyli będzie bzykanko!
- Spływaj! - Asia zarumieniła się mocno, przerywając połączenie i obserwując Benedicta.
- Piękne rumieńce — puścił jej oczko, kładąc na stoliku tacę z butelką drogiego szampana, dwoma kieliszkami i miseczką truskawek oraz drugą z płynną czekoladą. - Stwierdziłem, że trzeba uczcić fakt, że potrafiliśmy się dogadać — powiedział, uśmiechając się szeroko i obejmując ją w pasie. - Cudownie wyglądasz, a jeszcze bardziej bosko pachniesz — pochylił się, przeciągając nosem po jej szyi i delikatnie całując ją za uchem. - Maleńka z ciebie istotka — zachichotał, niespodziewanie podnosząc ją za tyłek. Pisnęła rozbawiona, zaplatając mu ręce na szyi, choć trzymał ją mocno.
- Albo ty taki wysoki...
- Cóż... Myślę jednak, że istnieje pewien sposób, żebyśmy się idealnie dograli — poruszył znacząco brwiami i trzymając ją jedną ręką, sięgnął po truskawkę, którą po chwili wsunął w usta Asi. Mruknęła zadowolona. Uwielbiała połączenie mlecznej czekolady i truskawki. Jej osobisty afrodyzjak... - Smakuje?
- Pycha — przyznała cicho, oblizując wargi. Nachylił się i delikatnie zassał jej dolną wargę. Jęknęła cichutko, wplatając mu palce we włosy. Jego zapach - mieszanina drogiej wody kolońskiej i żelu do mycia dokładnie ją odurzyły. Na moment nawet przestała myśleć. Przesunął dłonie na jej uda i podniósł ją tak, by objęła go nogami.
- W takim razie będę cię karmić taką słodyczą, skoro tylko tę jadasz — zachichotał, delikatnie kładąc się wraz z nią na łóżku. Przez chwilę całowali się w ciszy. W końcu jednak uniósł się na rękach, patrząc na nią badawczo, w jego oczach tańczyły iskierki radości. - Jesteś piękną, młodą kobietką, Joanno — cmoknął ją w nos. - Kręcisz mnie... Nie potrafię oderwać od ciebie wzroku, a gdy mnie całujesz... Po prostu brak mi słów. Chciałbym być z tobą bliżej — wyszeptał, nachylając się i całując ją w szyję. Jęknęła cichutko, odchylając głowę, by dać mu więcej miejsca. Po chwili poczuła, jak jego duża ciepła dłoń wślizguje się pod jej koszulkę. Syknął cicho, nieznacznie przygryzając jej skórę na barku. - Jesteś taka gładka... Tak bardzo chciałbym zobaczyć cię nagą i gotową — wyszeptał. - Pytanie brzmi, czy mi na to pozwolisz? Czy mi zaufasz?
- Ufam ci, Ben — wyszeptała, patrząc na niego poważnie. Uśmiechnął się kącikiem ust.
- Dobrze - mruknął, rozpinając jej spodnie. - A więc pokaż mi, co tam ukrywasz...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i erotyczne, użyła 3359 słów i 18235 znaków, zaktualizowała 25 lut o 20:34.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.