W świecie kłamstw rozdział 24

Dwa tygodnie po wizycie Królowej Joanna wciąż czuła na podniebieniu gorzki smak upokorzenia.
— Ja pierdolę… co za sucz! — Marta gładziła się po brzuchu, sapiąc z wściekłości. — Jak ona mogła ci to powiedzieć prosto w twarz?
— Czułam się jak służka, która ośmieliła się spojrzeć na pana — westchnęła Joanna. — Ale wyrzuciłam ją. Przynajmniej tyle.

Nagle Marta zbladła. Jej dłoń zacisnęła się na ramieniu Joanny tak mocno, że aż chrupnęło.
— Marta? Wszystko dobrze?
— Zabolało… — jęknęła blondynka, a jej oczy stały się wielkie jak spodki. — Joanna… termin miałam na przedwczoraj.
— Torba. Już! — Joanna weszła w tryb menedżerski. Nie było czasu na strach.

Pół godziny później opierała się o sterylną ścianę szpitalnego korytarza. Czuła się wypalona. Brak snu i narastający dystans z Benem, który musiał pilnie wrócić do Danii, sprawiały, że ledwo stała na nogach. Wyciągnęła telefon.
— Hej, piękna. Dlaczego nie otwierasz? — głos Bena w słuchawce był bliski, niemal namacalny.
— Gdzie nie otwieram?
— Pod twoimi drzwiami. Przyleciałem zrobić ci niespodziankę, ale widzę, że masz inne plany. Gdzie jesteś?
— Szpital. Marta rodzi.
— Podaj adres. Będę za dziesięć minut.

Pojawił się na korytarzu jak zjawa – w nienagannym płaszczu, z tym swoim przenikliwym spojrzeniem pana i władcy. Objął ją tak mocno, że niemal uniósł nad ziemią.
— Wyglądasz na wycieńczoną, maleńka — wyszeptał w jej włosy. — Dlaczego nie sypiasz?
— Bo nie jestem księżniczką, Ben. Twoja matka mi to uświadomiła. Nie pasuję tam.

Ben odsunął ją na długość ramion i spojrzał jej głęboko w oczy. Jego głos stał się twardy, pozbawiony arystokratycznego chłodu, pełen za to surowej pasji.
— Moja matka się myli. Gdybyś tylko chciała, byłabyś królową, która trzymałaby ten skostniały dwór za gardło. Rozmawiałem z nią. Powiedziałem jej jasno: albo akceptuje kobietę, którą kocham, albo wypisuję się z tej rodziny. Chcę być z tobą, Joanno. Nawet jeśli oznacza to wojnę z całą Danią. Kocham cię. Skleiłaś mnie po śmierci Lisy i nie pozwolę, by ktokolwiek to zniszczył. Rozumiesz?
Zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi sali porodowej otworzyły się z hukiem.
— Mam córkę! — ryknął Paweł, wyglądając, jakby właśnie wygrał wojnę.
Półtorej godziny później Joanna trzymała w ramionach małą Joannę Martę. Patrzyła na to kruche życie, a potem na Bena, który stał obok, uśmiechając się z taką czułością, że jej serce niemal pękło.
— Do domu — zarządził cicho. — Musisz odpocząć. Ja gotuję.

W domu Joanna padła na łóżko w samej koronkowej bieliźnie, zasypiając niemal natychmiast. Obudził ją zapach łososia w pomarańczach i czerwonego wina. Ben stał w kuchni, bez marynarki, z podwiniętymi rękawami koszuli, wyglądając tak nieprzyzwoicie dobrze, że aż zakręciło jej się w głowie.

Po kolacji, którą zjadła niemal jęcząc z zachwytu nad jego talentem kulinarnym, atmosfera zgęstniała.
— Nie umiem bez ciebie żyć — powiedział Ben, podchodząc do niej przy zmywarce. — Jesteś moim szczęściem. I nie, nie jestem marionetką mojej matki. Decyduję za siebie.

Podniósł ją, ściskając jej pośladki tak mocno, że syknęła. Zaniósł ją do sypialni i rzucił na pościel. Uniósł jej ręce nad głowę, unieruchamiając nadgarstki jedną dłonią.
— Patrz na mnie — rozkazał, a jego wzrok płonął. — Chcę widzieć każdą emocję na twojej twarzy, gdy będę cię brał.

Zaczął od pieszczot, które doprowadzały ją do szaleństwa. Jego język na jej piersiach, a potem niżej, na łechtaczce, sprawił, że Joanna wiła się pod nim, błagając o więcej. Gdy w końcu klęknął między jej nogami i zajął się nią z taką pasją, że trysnęła niczym fontanna, Ben nie przestał.

— Jeszcze nie skończyliśmy — warknął, przewracając ją na brzuch i unosząc jej biodra. Joanna spięła się, czując jego język w miejscu, które wciąż budziło w niej lęk i ekscytację. Dostała ostrego klapsa, który natychmiast ją rozluźnił.
— Puść kontrolę, suczko. Daj mi się zaspokoić.

Kiedy w końcu wszedł w nią analnie, Joanna krzyknęła, a jej orgazm był tak potężny, że niemal straciła przytomność. Ben szczytował w niej głęboko, drżąc i zaklinając się półszeptem, że nigdy jej nie odda.

— Świadkowa i matka chrzestna? — Ben uśmiechnął się do niej wieczorem przez ekran laptopa. — To oznacza, że potrzebujesz kreacji, która przyćmi wszystkich… poza panną młodą, oczywiście.
— Tylko nie przesadź, Ben. To chrzciny i ślub w jednym.
— Kochanie, lecimy na zakupy. Wybieraj: Paryż czy Mediolan? Moja karta kredytowa nie zna limitów, kiedy chodzi o moją przyszłą żonę.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 839 słów i 4896 znaków, zaktualizowała 28 lut o 20:31.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.