Murtagh - 5 (fanfiction)

Jednostajny szum wiatru zaczął w końcu usypiać Murtagh'a. Co jakiś czas pochylał się w siodle, jakby bił pokłony wstającemu przed nimi Księżycowi. W pewnym momencie uderzył nawet nosem o łęk siodła. Dopiero ból złamanej kości przywrócił go do rzeczywistości. Jęknął, czując pulsowanie w twarzy i czerpiąc siłę z magii, uleczył szybko złamanie. Cierń też wyczuł jego ból. Gdy Jeździec wreszcie się wyleczył, smok zapytał go cicho:
-"Wszystko dobrze?"
- Tak.
- "Jesteś pewny? Jeśli chcesz, to możemy gdzieś wylądować lub ewentualnie możesz spać w siodle, jeśli nie sprawi ci to większych problemów."
- Nie mam zamiaru dłużej się zatrzymywać... Leć dalej. Spróbuję zdrzemnąć się tutaj.
Smok ryknął tylko i lekko obniżył lot, by uchronić przyjaciela przed zimnem. Wokół niego krążyły drapieżne sokoły i wszędobylskie drozdy. Początkowo smoka drażniła ich obecność, więc postanowił je odgonić, lecz kiedy zaatakował je umysłem i wyczuł u nich coś na kształt podziwu, jego stosunek do nich uległ odmianie. Ptaki najwyraźniej również to odczuły, bowiem stały się jeszcze śmielsze. Raz za razem przelatywały przy jego pysku, jakby chcąc zademonstrować mu swoje niezwykłe umiejętności. W końcu jednak pozostały w tyle. Cierń prychnął i opadł kilka metrów niżej, lecąc niemal tuż nad linią drzew, która pod nim nagle wyrosła. Wyczuwał, że jeszcze trochę i zbliżą się do granicy Du Weldenvarden, czyli właśnie tam, gdzie chcieli się znaleźć. Nagła jakaś siła powstrzymała go przed dalszym lotem. Ryknął boleśnie, gdy zderzył się z niematerialną barierą. Gwałtowne szarpnięcie wyrwało Murtagh'a ze snu. Przetarł zaspane oczy i rozejrzał się wkoło. Widząc przed sobą ocean ciemnej zieleni lasu, rzekł po prostu:
- Najwidoczniej właśnie dotarliśmy do granicy elfiego królestwa i ich zaklęcia nie pozwalają nam lecieć dalej.
- "Co wobec tego mam zrobić?" - Cierń emanował dezaprobatą.
- Musimy udać się w inne miejsce.
- "Poza granicę Alagaësii?"
- Tak.
Potężny jaszczur ryknął głucho i uderzając mocno silnymi skrzydłami, zawrócił niemal w miejscu. Przez kilka staj leciał wzdłuż magicznej bariery, aż w końcu natrafili na rozległą dolinę.
- Tu się zatrzymamy... Czuję, że będzie to dobre miejsce — rzekł Murtagh, spokojnie przyglądając się okolicy w poszukiwaniu ewentualnych niebezpieczeństw. Czuł, jak jego smok również przepatruje ją, używając do tego także swego umysłu. Gdy już obaj byli pewni, że w najbliższym czasie nic im nie grozi, Cierń złożył swe skrzydła płasko przy bokach i wykonując lot ślizgowy ku ziemi, wylądował na niej miękko, pazurami lekko drąc poszycie. Gdy tylko stanął pewnie na nogach, Murtagh niespiesznie odpiął paski z nóg i zeskoczył na ziemię. Rozprostował obolałe po siedzeniu w siodle ciało i nagle twarz jego rozjaśnił niespodziewany uśmiech. Odchylił w tył głowę i wrzasnął na całe gardło. Wreszcie czuł się wolny, nieskrępowany magią i przysięgami wobec szalonego króla. Mógł robić, co mu się żywnie podobało i zamierzał w pełni wykorzystać tę władzę. Jego emocje z łatwością wyczuwał również jaszczur. Początkowo przyglądał się tylko swemu Jeźdźcowi, w końcu jednak sam otworzył paszczę w zębatej parodii uśmiechu. Wspiął się na tylne łapy i rozkładając skrzydła na całą szerokość, ryknął tak głośno, że nawet Murtagh musiał zatkać uszy, chroniąc je przed bolesnym dźwiękiem. Po chwili spomiędzy oślepiająco białych kłów bestii wyprysnął szeroki pióropusz ognia, wznosząc się ponad głowę Ciernia, na odległość dobrych dwudziestu jardów. Gdy smok z głośnym kłapnięciem szczęk zamknął paszczę, na polanie pod nieobecność huczącej rzeki płomieni zapanowała błoga cisza.
Murtagh przetarł oczy, pozbywając się tańczących kropek z pola widzenia i po odpięciu pasa z mieczem z bioder, usiadł ciężko na trawie.
- "Co teraz?" - zapytał go czerwono łuski przyjaciel, podchodząc do niego, a każdy jego krok wstrząsał ziemią.
- Teraz, mój drogi przyjacielu, teraz to wreszcie odpoczniemy, ciesząc się każdą wspólną chwilą niezmąconą rozkazami Galbatorixa... Chciałbym zbudować dom, w którym oboje będziemy czuć się bezpieczni — wyjaśnił, wpatrując się w ciemny pas zieleni na horyzoncie.
Nagle tuż nad głową świsnął mu ogon czerwonego smoka. Zamarł, nie wiedząc co się dzieje. Tymczasem smok powstał z ziemi i szczerząc groźnie zęby, maszerował wprost na niego.
- Cierń! Co ci odwala? - Murtagh z pewnym przerażeniem wyszarpnął miecz z pochwy, lecz smok nawet nie zareagował na ten gest. Zamiast tego odepchnął się mocno od ziemi i skoczył nad swym Jeźdźcem z wrogim warknięciem, atakując coś znajdującego się za młodym mężczyzną.
Murtagh w tym samym momencie wykonał błyskawiczny obrót na pięcie i wreszcie mógł naocznie przekonać się co było wynikiem tak dziwnego zachowania smoka. A było nim dziwne stworzenie po części jakby przypominające konia, ale z potężnym łbem wilka otoczonym gęstą grzywą płowych włosów. Zwierzę było o tyle dziwne, że tak charakterystyczne dla konia kopyta tutaj zakończone były potężnymi pazurami. Sierść była dużo dłuższa, a ogon nie przypominał końskiej kity, raczej cienką witkę, coś na kształt wężowego ogona. Był wiotki i sprawiał wrażenie niebezpiecznego. Cały stwór był wielkość polowy Ciernia. Na pierwszy rzut oka można było wziąć go za potężnego przeciwnika. W jego paszczy bieliło się kilka rzędów ostrych niczym brzytwa zębów, a oczy rzucały nieprzyjemne błyski.
Cierń zaatakował pierwszy. Zaczerpnął płynnego ognia ze swoich trzewi i ryknąwszy, wypuścił go na przeciwnika. Niestety ogień nawet nie dosięgnął celu, rozwiał się w powietrzu na dobre pięć metrów przed stworem. Smok wstrząsnął łbem, zamykając paszczę i przez dłuższą chwilę przyglądał się oponentowi z powagą. Zrozumiał bowiem, że nie tak łatwo przyjdzie wygrać mu tę walkę.
Tymczasem stworzenie skuliło się w sobie i wydając jeżące włosy na głowie rzężenie, skoczył ku Cierniowi, rozczapierzając szpony i celując w pysk smoka. Ten zaczął powoli unosić się na tylnych łapach, chcąc uniknąć poranienia pyska. Zamachnął się potężną przednią kończyną w celu odtrącenia stwora, lecz atak jego okazał się zbyt wolny.
Rozwścieczona tak naprawdę nie wiadomo czym istota, wbiła się swymi ostrymi pazurami w klatkę piersiową Ciernia. Czerwony jaszczur ryknął boleśnie, a Murtagh poczuł promieniujący ból we własnej piersi, który lekko wzmógł się, gdy smok oderwał stwora od siebie, rozrywając mu bok białymi szponami. Posoka trysnęła dookoła, obryzgując trawę, łapę jaszczura i fragment jego prawego skrzydła. Po chwili w powietrzu uniósł się swąd palonego mięsa, a Cierń jęknął przeciągle, starając się pozbyć tego żrącego ścierwa ze swego ciała.
- Co to jest? - wrzasnął Murtagh w myślach.
- "Nie wiem... Zastanawiam się, jak to pokonać, skoro jego ciało przedstawia sobą takie zagrożenie. Przecież go nie pożrę!"
- Pozwól mnie z nim walczyć!
- "Nie!!!"
- Dlaczego? Pomogę ci...
- "Zostaw. Jeśli zginiesz, umrę i ja. A teraz wolę sobie na nim poćwiczyć... Poza tym, skąd wiesz, z czym jeszcze przyjdzie nam tutaj walczyć."
Rozmawiając, jednocześnie uważnie przyglądali się przeciwnikowi, który pomimo znacznej utraty "krwi" zdawał się w ogóle nie tracić sił. Stał niewzruszony w tym samym miejscu, na które odepchnął go smok i w milczeniu szczerzył ociekające śliną zęby, nie zważając na ziejącą w boku dziurę. Musiał jednakże w jakiś sposób ją odczuwać, bo nie kwapił się ponownie zaatakować.
Cierń natomiast z wolna przesuwał się w lewo, drżąc przy każdym ruchu, a na ziemię spadało wtedy kilka parujących kropli krwi, która natychmiast wsiąkała w spaloną ziemię, z której o dziwo wyrastały rośliny.
Nagle Murtagh poczuł, jak na umysł Ciernia napiera potężna, obca świadomość, atakując smoka pełnią swych niezwykłych zdolności. Dopiero po dłuższej chwili Jeździec zorientował się, że to stwór postanowił zaatakować mentalnie, widząc, że nie jest w stanie pokonać wroga w zwykłej walce. Zaskoczony początkowo tak gwałtownym atakiem Cierń na chwilę wycofał się w głąb własnego jestestwa, ale już wkrótce wykonał kontratak tak potężny, że jego Jeździec obserwujący całą sytuację, aż się zachłysnął z wrażenia.

1 412 czyt.
100%2
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1550 słów i 8813 znaków.

Dodaj komentarz