Murtagh - 39(fanfiction)

Cierń szarpnął się, by uchronić się przed ogromną temperaturą płomienia i wzleciał nieco wyżej.
- „Wolny smok!” – warknął oszołomiony jaszczur, zauważając, że bestia nie ma na sobie siodła.
- „Chyba że przyleciał tu bez swego Jeźdźca” – zauważył Fírnen, podlatując do nich z Aryą na swoim grzbiecie.
- Porozmawiamy więc z nim – zaproponował Murtagh, obserwując, jak biały smok niszczy kolejne zabudowania miasta.
- „Nie pozwala mi” – odparł Cierń. – Jest zbyt silny. I patrząc na jego rozmiary, musiał żyć w ukryciu od setek lat… I wolę, by zniszczył Szary Lud, niż był moim wrogiem…”
- Wracajmy – odezwała się w ich głowach Arya. – Trzeba ostrzec Ilireę i Nasuadę. Królowa musi wiedzieć, jakie grozi im niebezpieczeństwo i co się tutaj wydarzyło.
Fírnen ryknął cicho, potwierdzając jej słowa.
- A co z miastem? – zapytał Murtagh beznadziejnie.
- Zostaw, i tak jest już stracone. Czas nas nagli, Murtagh’u. Nie możemy zostawić Ilirei samej, nawet jeśli jest tam Eragon z Safirą i pozostałe smoki.
Młody król spojrzał smutno na płonące domy i mruknął:
- Leć!
Czerwony smok ryknął ogłuszająco i wzbił się wyżej, by po kilku machnięciach skrzydłami, zawrócić w stronę stolicy. Wkrótce nabrał prędkości, zostawiając zielonego kuzyna daleko w tyle. W pełni bowiem podzielał niepokój swego przyjaciela. Obawiał się, co zastaną w mieście, gdy do niego dotrą. Uderzał przeto szaleńczo skrzydłami, by w jak najkrótszym czasie dotrzeć nad stolicę.

Droga do miasta zajęła im trochę czasu głównie ze względu na niesprzyjający wiatr, który spowalniał lot smoków, więc kiedy ujrzeli cytadelę, ujrzeli wzbijający się w ciemniejące niebo czarny słup dymu. Murtagh’owi niemal stanęło serce z przerażenia, lecz gdy Cierń zaczął opadać w dół niemal pionowo, jednocześnie zataczając ciasną spiralę, dostrzegł leżącą spokojnie na blankach Safirę. Smoczyca przywitała ich krótkim trąbienie. Cierń śmignął nad nią i ze zgrzytem pazurów trących o kamień, wylądował na głównym dziedzińcu. Ledwo złożył skrzydła, a już Murtagh zsuwał się z jego grzbietu.
- Odsuń się! – ryknął do brata, który wybiegł mu na spotkanie i chciał poinformować go o tym, co się tutaj wydarzyło, lecz Murtagh wyminął go zgrabnie i przeskakując po dwa stopnie naraz, pognał na piętro do królewskiej sypialni. Wpadł doń z rozmachem, uprzednio rejestrując, że przed drzwiami nie ma ani jednego Nocnego Jastrzębia. Drzwi uderzyły o ścianę.
- Nasuado! – wrzasnął Murtagh pełen najgorszych przeczuć i rozejrzał się po komnacie. – Nasuado! – ryknął, zaglądając do łaźni, lecz i tam jej nie było. – Gdzie Nasuada? Gdzie jest moja żona? – wydarł się na brata, który właśnie zjawił się w drzwiach komnaty i potrząsnął nim mocno.
- Zostaw mnie w spokoju, kretynie! – ofuknął go Eragon. – Nasuadzie nic nie jest.
- Więc gdzie ona jest? Czemu nie ma jej w naszej komnacie? Czemu tu nie ma straży?
- Wiedziałbyś, że twoja żona znajduje się właśnie w sali narad, gdybyś dał mi dojść do słowa! – zirytował się blondyn. Murtagh wyminął go bez słowa i wypadł na korytarz, nieomal zbijając z nóg zdążającą w jego stronę Aryę.
- Wybacz – mruknął tylko i popędził dalej.
- Miasto jest bezpieczne! – krzyknęła jeszcze za nim, z uśmiechem kręcąc głową.
- Spójrz, a mnie nie przeprosił – zauważył cierpko Eragon, stając obok elfki. – A jest moim bratem…
- Na pewno jeszcze to uczyni – powiedziała, uśmiechając się do niego pobłażająco. – Teraz co innego jest dlań najważniejsze.
Tymczasem Murtagh z kopniaka wpadł do sali narad, gdzie zebrała się już większość szlachty. Nie zważając na to, ze swoim nagłym pojawieniem się, przerwał obrady, podbiegł do nieco zaskoczonej Nasuady.
- Najdroższa – wystękał, padając przed nią na kolana i przytulając się do jej łona. – Tak bardzo się o ciebie bałem… Wszystko w porządku? Jak się czujesz?
- Już dobrze, Murtagh’u – powiedziała, łagodnie się uśmiechając do bruneta. – Jestem cała i zdrowa, a to wszystko dzięki Nocnym Jastrzębiom i Eragonowi, który zainterweniował pierwszy.
- Będę musiał mu podziękować – powiedział cicho.
- Oczywiście, ale dopiero po naradzie – odparła, dając mu delikatny znak głową, że za nim stoją państwowi dostojnicy. Wyprostował się i puścił jej oczko, po czym spoważniał i odwrócił się do zebranych.
- Raczcie wybaczyć mi, panowie to moje nagłe pojawienie się, lecz wielce niepokoiłem się o żonę i dziecko – powiedział surowo.
- Dobrze cię widzieć w zdrowiu, wasza wysokość. I, to oczywiście zrozumiałe, że się martwiłeś, panie – powiedział Jormundur.
- Ciebie również – powiedział Murtagh już nieco łagodniej i zajął miejsce obok ukochanej. – Proszę, kontynuujcie. Chętnie posłucham waszych wniosków i opinii.

- Biały smok? – zainteresował się Eragon, gdy wieczorem siedzieli w piątkę w tej samej komnacie przy sutej kolacji.
- Tak – powiedział Murtagh, odkładając na talerz kolejną obgryzioną kość z kurczęcia. – Cierń twierdzi, że podobnie do naszych przyjaciół, był dzikim smokiem. Ja sam nie zauważyłem nigdzie na jego grzbiecie choćby najmniejszego śladu po siodle.
- Istnieje szansa, że był jeszcze zbyt młody, by móc go dosiadać? – zainteresował się Jormundur.
- Wykluczone – odparła Arya. – Był dużo większy od Ciernia.
- Sądzicie więc, że pomógł wam bezinteresownie? – zapytała Nasuada, trzymając rękę na kolanie męża.
- Nie jest to wykluczone – odparł Jeździec. – Nie zmienia to jednak faktu, że Szary Lud jest wielce przebiegły, skoro udało im się podejść nas w taki sposób… Straciliśmy Kaustę, nie wiemy, co dzieje się z pozostałymi miastami, a jest nas zbyt mało, by sprawdzać je wszystkie po kolei.
- Czy urgale oraz krasnoludy wybrały już swoich Jeźdźcow? – zapytała po chwili milczenia królowa.
- Z tego, co wiem, to jeszcze to nie nastąpiło – mruknął Jormudur.
- Wyślij natychmiast gońców do obydwu ras z pisemnym poleceniem, by dokonały wyboru szybciej oraz zawiadom Orina. Ma przysłać wszystkich zdolnych do walk mężów w ciągu dwóch tygodni!
- Obawiam się, że sama podróż zajmie tydzień… W jedną stronę. Nie mówiąc o zebraniu sił…
- Przekażę wiadomość – zaoferowała się niespodziewanie Arya. – Lecz zaraz potem będę musiała udać się do Ellesmery i o wszystkim poinformować moich ludzi.
- Dobrze…
- Wyruszę razem z Aryą. Odwiedzę Carvahall, a potem udam się po pomoc. Eldunarí na pewno zechcą udzielić nam swego wsparcia. A jaja być może właśnie tutaj odnajdą swoich partnerów i będziemy mogli szkolić Jeźdźców.
- Nie zwlekajcie więc – powiedziała poważnie Nasuada. Cała trójka podniosła się natychmiast i opuściła pomieszczenie. Murtagh objął ramieniem Nasuadę i pocałował delikatnie w dłoń.
- Jestem rady, że nic ci nie jest, najmilsza – wyszeptał. – Dzięki tobie znalazłem w sobie dobro i szczęście…

445 czyt.
100%3
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1244 słów i 7248 znaków.

Dodaj komentarz