Murtagh - 24 (fanfiction)

Nasuada westchnęła ciężko. Od samego początku wiedziała, że przekonanie swoich zastępców będzie bardzo trudne, ale nie sądziła, że będzie to zadanie wręcz a wykonalne!
- Wasza wysokość, racz przemyśleć jeszcze swą decyzję. Dobitnie uświadomiłaś nam, co czujesz do tego Jeźdźca, lecz jeśli wejdzie on w nasze szeregi, w królestwie zapanuje niekontrolowany chaos! - zaoponował pierwszy z brzegu zastępca. Ciemnoskóra kobieta ściągnęła usta w cienką linię i prychnęła niezadowolona.
- Zdaje mi się, że mam prawo przyjmować do mego królestwa kogo tylko zechcę, czyż nie? - zapytała jadowicie. - O ile jeszcze dobrze pamiętam, to ja jestem tutaj królową, a nie ludzie!
- Oczywiście, wasza miłości, lecz racz zważyć na to, kim jest owa osoba, którą chcesz przyjąć. Przecież to Jeździec, który kilkanaście miesięcy temu służył jeszcze Galbatorix'owi, który torturował cię w tych murach, wcześniej zabił Hrothgara, Oromisa i próbował dwukrotnie pojmać Eragona z Safirą!
- Doskonale cię słyszę, więc nie radziłabym ci podnosić głosu! - wycedziła kobieta przez zaciśnięte zęby. Temperatura w pokoju natychmiast zauważalnie spadła, jakby ktoś wniósł do środka kilka lodowych bloków... Nasuada zmrużyła niebezpiecznie oczy i wyprostowała się dumnie na tronie. Pozostali obecni w pomieszczeniu zamarli, widząc reakcję swej władczyni, bo choć zawsze uchodziła za osobę niezwykle twardą, to odkąd powrócił jej ukochany, stała się jeszcze bardziej stanowcza. Zwłaszcza w sprawach dotyczących młodzieńca...
- Murtagh zostanie oficjalnie przyjęty do królestwa, czy wam się to podoba, czy też nie! - kontynuowała, patrząc po zebranych surowym wzrokiem. - Darzę go głębokim uczuciem i pragnę, by trwał przy mym boku!
- Pani nasza, my po prostu się o ciebie troszczymy! Nie chcielibyśmy, by stało ci się coś złego z jego ręki...
- Możecie o to być zupełnie spokojni — odparła sucho. - Kiedy Murtagh i Cierń są przy mnie, nie grozi mi nic strasznego, a już na pewno nie z ich strony. Pragnę wam przypomnieć, bo najwyraźniej o tym zapomnieliście, że ta dwójka przybyła tu, by nas ostrzec i w obecnej sytuacji, wydaje mi się, że o wiele rozsądniej będzie, jak wreszcie wspólnie zastanowimy się, jak przygotować się na nadciągające zagrożenie!
- Jesteśmy pewni, że jego słowa są prawdziwe? - zgłosił swe wątpliwości siedzący najdalej od Nasuady siwowłosy mężczyzna, patrząc na młodą królową z wyraźną troską.
- Oczywiście! - prychnęła kobieta. - Powiedział to w Pradawnej Mowie, a jak wszyscy wiemy, w niej nie da się kłamać.
- Lecz można nie mówić całej prawdy...
- Zgadza się, lecz obecność dzikich smoków, które dobrowolnie tu wraz z nim przybyły, mówi sama za siebie!
- Lecz to on jako jedyny poznał Słowo! Jest niebezpieczny!
- Słowo znają również Eragon z Safirą...
- Lecz są poza granicami Alagaësii i sprowadzenie ich tutaj, gdyby Murtagh obrócił się znów przeciw nam, zajęłoby trochę czasu. Wiem, że co prawda jest jeszcze Arya z Firnénem, ale wątpię, by ci pokonali twego ukochanego...
Nasuada miała serdecznie już dość tych nadętych pacanów i rozmowy, która swym poziomem trudności przypominała tłuczenie kamieni na drodze... Najchętniej wróciłaby do swej komnaty i w niej czekała na powrót ukochanego z codziennego patrolu. Miała ochotę zaszyć się w niej na resztę dnia, zwłaszcza że od tygodnia nie czuła się najlepiej, ale musiała jeszcze odbyć rozmowę z Aryą i Jörmundurem. Westchnęła znów ciężko i wolno wstała ze swego miejsca. Jej doradcy natychmiast porwali się z krzeseł.
- Moja decyzja jest nieodwołalna i zostanie wprowadzona w życie w najbliższych dwóch tygodniach! - powiedziała twardo, patrząc po twarzach mężczyzn. U niektórych zauważyła nieznaczne skrzywienie warg, lecz żaden nie ośmielił się zaoponować. - Wyjdźcie! - rozkazała, odprawiając ich nerwowym ruchem dłoni. Wszyscy skłonili się jej jak na komendę i opuścili salę tronową jeden po drugim. Ciemnoskóra kobieta rozprostowała swą drobną sylwetkę, potarła dłońmi ramiona, jakby chcąc pozbyć się tego niematerialnego chłodu, jaki w czasie owej rozmowy panował w komnacie i rozpoczęła wolną przechadzkę po wysoko sklepionym pomieszczeniu. Odkąd cytadela została odbudowana po wybuchu, jaki wywołał Galbatorix i oczyszczona z trujących osadów, Nasuada kazała wynieść co cenniejsze rzeczy z dawnej sali tronowej, a ją samą zamknąć na głucho i dodatkowo zamurować. Teraz więc spacerowała wolno po zupełnie innej sali, o wiele mniejszej, która nie przytłaczała tak swym ogromem. Co prawda, podejmując decyzję o zamknięciu tamtej komnaty, pozbawiła się największej komnaty w zamku, gdzie spokojnie mogłyby odbywać się bale, ale nie bardzo miała ochotę przesiadywać w pomieszczeniu, które tak źle jej się kojarzyło! Również jej dawne więzienie zostało zamurowane, by nie przywracało niepotrzebnie smutnych wspomnień. Gdy powiedziała o tym Murtagh'owi, młodzieniec uśmiechnął się i pogratulował szczerze pomysłu.
Nasuada uniosła gwałtownie głowę, gdy drzwi otwarły się i do środka wszedł Jörmundur. Uśmiechnęła się szczerze do mężczyzny i przywitała serdecznie.
- Chciałaś się ze mną widzieć — powiedział. Jako jeden z nielicznych osób posiadał przywilej zwracania się do kobiety bez tytułu, ale tylko w warunkach prywatnych.
- Tak — przyznała. - Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy przed tygodniem? - zapytała niespokojnie. Przytaknął skinieniem, wpatrując się w nią w napięciu. - Przedstawiłam swój plan moim doradcom — oświadczyła. - Oględnie rzecz biorąc, nie byli zadowoleni z tego pomysłu — mówiąc to, skrzywiła się mocno.
- Jak przypuszczam, mało obeszło cię ich zdanie, czyż nie? - zapytał z nikłym uśmiechem na ustach.
- Zgadza się — potwierdziła. - Oświadczyłam im, że Murtagh zostanie przyjęty do królestwa nawet bez ich zgody.
Jörmundur skrzywił się nieznacznie i westchnął.
- Uważaj, by nie odwrócili się od ciebie — ostrzegł z troską w głosie.
- Jeśli spróbują to zrobić, stracą wszystko i wiem, że są tego boleśnie świadomi... Nie mniej jednak ważniejsze od tego śmiesznego sporu jest to, że grozi nam niebezpieczeństwo, o którym nawet byśmy nie wiedzieli, gdyby nie Murtagh z Cierniem właśnie. Szary Lud chce nas zniewolić, a my prowadzimy swary, które w obecnej chwili tracą na znaczeniu — powiedziała przygnębiona. - Musimy poważnie zastanowić się, co uczynić, by wyprzedzić ich atak.
- Dlatego mnie tu wezwałaś, tak?
- To chyba oczywiste... Poza tym chciałabym mieć w tobie sojusznika w rozmowie z Aryą.
- Sądzisz, że cię nie wesprze? Jest twoim zaprzysiężonym sojusznikiem. Gdyby tego nie uczyniła, byłaby to bezpośrednia zdrada.
- Wiem to... - mruknęła, przerywając w połowie, gdy gdzieś nad cytadelą rozległ się łopot skrzydeł, a po chwili zgrzyt szponów trących o kamień dziedzińca. Jörmundur widząc nagle roziskrzony wzrok kobiety, powiedział tylko:
- Spotkaj się z nim teraz. Porozmawiaj o wszystkim, spotkanie z Aryą możemy przełożyć na jutro.
- Jesteś pewny?
- Oczywiście — uśmiechnął się. - Te kilka godzin już nam nie zaszkodzą...
- W takim razie przyjdź jutro o tej samej porze — odparła. Po chwili, gdy jej zastępca wyszedł z komnaty, wkroczył do niej uśmiechnięty Murtagh. Podszedł sprężystym krokiem do ukochanej, objął ją mocno i złożył na jej ustach namiętny pocałunek.
- Jak spędziłaś dzisiejszy dzień? - zapytał łagodnie, gładząc ją po policzku.
- Standardowo... Rozmawiałam z moimi doradcami o przyjęciu cię do królestwa.
- I?
- I nie są zadowoleni tym pomysłem — wyjaśniła. - Ale mam to w głębokim poważaniu — odparła radośnie. - Już zbyt długo byliśmy bez siebie, by teraz z tego rezygnować, tylko dlatego, że komuś się to nie podoba...
- Lud może się zbuntować — zauważył markotnie.
- Nie zmienię swego zdania! - powiedziała twardo. - Nie ma tu już Eragona z Safirą, Arya z Firnénem zajęci są w Ellesmérze, a Elva... No cóż, ta dziewczynka jest tak nieobliczalna, że nie chciałabym cały czas całkowicie na niej polegać... No i jesteś jedyną osobą w Alagaësii, która poznała Słowo i jesteś w stanie potężnie nas wesprzeć.
- Ale jestem też ekstremalnie niebezpieczny... - mruknął.
- Nie dla mnie.

1 022 czyt.
100%4
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1536 słów i 8587 znaków.

Dodaj komentarz