Murtagh - 15 (fanfiction)

Cierń przeciągnął się, żłobiąc podłużne ślady w rozmiękłej ziemi i ziewnął głośno. Rozprostował skrzydła, a promienie słoneczne zaigrały na nich feerią najróżniejszych barw. Machnął kilkakrotnie ogonem i podniósł się powoli na cztery łapy, z przyjemnością wyczuwając, jak Słońce piecze go w grzbiet, a potem z radosnym, nieskrępowanym rykiem wyprysnął w niebo, kręcąc ostrą beczkę. Murtagh leniwie otworzył jedno oko, wpatrując się w swego towarzysza, po czym ponownie zapadł w błogi sen. Uśmiechał się nawet leciutko.
Od czasu rozmowy ze złotym smokiem, w czasie której oznajmił przybyszom, że wyruszą razem do Alagaësii minęło już pięć tygodni. Jeźdźcowi udało się bowiem przekonać dzikie bestie, że tak szybkie pojawienie się smoków w krainie, która dopiero wyzwoliła się z jarzma wojen, mogłoby przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Po długich dysputach, w czasie których Murtagh niejednokrotnie musiał używać Pradawnej Mowy, by przekonać swych rozmówców o prawdziwości swych słów, smoki przyznały mu rację, decydując, by pilnować Szary Lud i w miarę możliwości ograniczać ich poczynania.
Dla dwójki przyjaciół stały się też mocnym oparciem, dzięki któremu oboje coraz lepiej zaczęli radzić sobie z cieniami przeszłości. Coraz rzadziej zdarzało się bowiem, by Murtagh czy Cierń budzili się gwałtownie w nocy, przerażeni dręczącymi ich koszmarami. Jednakże chyba największa zmiana zaszła w rubinowym smoku. Jego wzrok złagodniał i nie pałał już nienawiścią do wszystkiego, co się rusza, skrzydła nabrały ciemniejszego, burgundowego koloru, ogon się wydłużył i cały smok urósł dobrych kilka metrów, przez co stał się jednym z większych samców w stadzie. Młode samice zaczęły zabiegać o jego względy. Pewnego dnia jednak Cierń nie wytrzymał już tego ich ciągłego mizdrzenia się, pokazywania, jakimi to są wspaniałymi lotnikami, łowczyniami i w ogóle ach i och i pogonił je, jedną kalecząc mocno w tylną łapę. Ryk zranionej smoczycy wywabił Jeźdźca z ich jaskini.
- Coś się stało? - zapytał swego towarzysza, choć przez łączącą ich więź doskonale wiedział, co zrobił jego wierzchowiec.
- "Mam ich serdecznie dość!" - prychnął zirytowany Cierń, aż z jego nozdrzy poszedł ogień. -" Przyłażą tu, składają te swoje dary, jakbym sam nie mógł czegoś upolować!"
- Przesadasz — skarcił go czarnowłosy. - Chcą tylko, byś zwrócił na nie uwagę...
- "Już to zrobiłem! I teraz żałuję..."
- Czego? - zdziwił się Jeździec.
- "Tego, że zbliżyłem się do Virveny... Ona teraz czegoś dziwnego ode mnie wymaga, a przecież smoki nie wiążą się na całe życie!"
- Może po prostu okaż jej więcej zainteresowania — podpowiedział dobrodusznie Murtagh.
- "Przędzej jej gardło przegryzę, niż ją przy sobie zatrzymam!" - ryknął cicho, ale echo i tak zrobiło swoje, wobec czego młodzieniec skrzywił się, gdy zawibrowało mu w uszach.
- Zmieniłeś się — rzekł po dłuższej chwili. - Stałeś się bardziej bezwzględny, ale jednocześnie nie ma w tobie już tej nienawiści, którą zaszczepił w nas Galbatorix.
Cierń potrząsnął łbem, a jaskinię zalały kolorowe odbicia promieni słonecznych.
- "Ty też już nie jesteś tym, kim byłeś wcześniej. Twoje serce jest czystsze, niźli wcześniej, co wielce mnie raduje, jako twego towarzysza. Śnisz jednak wciąż o tej kobiecie..."
- Dobrze wiesz, co czuję do Nasuady... To raczej się nie zmieni — odburknął Jeździec, siadając na skórach, które służyły mu za posłanie.
- "Wiem to" - przytaknął jaszczur. - "Boli mnie jednak to, bo wiem, że nikogo innego nie pokochasz, a z nią być nie możesz..."
- Mógłbyś mnie nie dobijać? - syknął ze złością Murtagh, kładąc się na skórach i zamykając oczy. Cierń prychnął z dezaprobatą, wycofując się z jaskini. Skoczył w powietrze i lekko poszybował na spotkanie ze swymi dzikimi kuzynami, którzy już czekali na niego, jak co tydzień, by pomóc mu w dalszej walce z przykrymi wspomnieniami, choć już te były coraz rzadsze i mniej bolesne. Tymczasem Murtagh przekręcił się na bok i niedługo potem zasnął. Jakiś czas później w jego umyśle pojawił się obraz radosnej Nasuady. Dziewczyna ubrana była w jakąś zwiewną, ale elegancką suknię, koloru bławatka, sięgającą jej do kostek. Na głowie miała maleńki diadem, a z całej jej postaci biło dostojeństwo i władza. Po chwili w śnie Murtagh ujrzał samego siebie podchodzącego lekkim krokiem do ukochanej. Oczami wyobraźni sennej widział, jak obejmuje dziewczynę w pasie, a następnie całuje ją delikatnie, kładąc ręce na jej lekko zaokrąglonym brzuchu. Lecz wtedy sen się zmienił i kobieta nie była już w ciąży. Zapłakana klęczała nad maleńkim grobem, a on stał za nią ze spuszczoną głową. Gdzieś za nimi swe lamenty wznosił do nieba Cierń. Gdy kobieta spojrzała Murtaghowi w oczy, scena znów się zmieniła. Tym razem ujrzał wysoko sklepioną, prostą komnatę, pośrodku której stała samotnie ciemnoskóra Nasuada, odziana w bordową suknię, a jej twarz wyrażała głęboki smutek, przeplatany żalem i złością. Po chwili w śnie ujrzał siebie skutego łańcuchami, klęczącego przed majestatem swej pani. Za nim pojawił się w ciemności kat z wielkim toporem...
Wrzask przerażonego młodzieńca przeszył ciszę pieczary. Murtagh zerwał się na równe nogi, jednocześnie dobywając Zar'roca, który zawsze przy nim leżał. Zamrugał oślepiony promieniami Słońca i rozejrzał się prędko, szukając grożących mu niebezpieczeństw. Zdając sobie jednak sprawę, że nieprzyjemna scena była jedynie przykrym snem, z westchnieniem ulgi odłożył broń na posłanie, a następnie szybkim ruchem ściągnął z siebie tunikę, w którą był odziany. Chłodne powietrze omiotło jego rozpalone ciało. Podszedł do zagłębienia przy lewej ścianie groty i uklęknął, zanurzając dłonie w zimnej wodzie. Nabrał jej sporo i oblał nią twarz i kark. Zatrząsł się z zimna, jednocześnie pozbywając się sprzed oczu resztek snu, którego nigdy wolałby nie widzieć.
- "To wydarzenia,... które spełnią się, gdy zawiedziesz." - usłyszał w myślach starczy głos szmaragdowego samca, który pomagał mu uporządkowaniu wspomnień i uporaniu się ze złymi doświadczeniami.
- Ale co to znaczy? Kiedy zawiodę? - zdziwił się młodzieniec. Serce tłukło mu się w piersi na samą myśl o tym, że mógłby aż tak zawieźć ukochaną.
- "Tu nie chodzi o kiedy, lecz o, jeśli. Pilnować się musisz, Murtaghu, by błędów nie popełniać..."
- A więc to przepowiednia?!
- "Raczej ostrzeżenie, byś rozważnie działał."
- Czy w takim razie wrócę do Alagaësii?
- "To tylko od twych czynów zależeć będziesz, człowieku... Lecz pamiętaj. Owoc działalności twych lędźwi, nigdy nie może stać się narzędziem do tego, by władzę przejąć!"
- Spłodzę potomka? - Murtagh był tak skołowany, że aż usiadł ciężko na kamiennej posadzce.
- "Losy twe jeszcze niepewne są. To, że wrócisz do kraju swych przodków, już dawno zostało spisane, lecz to, co ma wydarzyć się później, wciąż mgłą tajemnicy spowite... Ufaj swemu smokowi, Murtaghu i nie słuchaj doradców królowej..."
- Królowej? Jakiej królowej? Nasuada została wybrana? - chciał wiedzieć.
- "Więcej ci rzec nie mogę, Jeźdźcze. Do tego sam dojść musisz... Sen twój był jeno ostrzeżeniem i różnie go traktować należy, lecz pewne jest to, że jeśli źle wybierzesz, to życie swe stracisz..."

1 583 czyt.
100%52
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1405 słów i 7839 znaków.

2 komentarze

 
  • EloGieniu

    EloGieniu · 19 lis 2016 · 194066545

    Jest wogóle taki kolor jak bławatka?!

  • Hermes1

    Hermes1 · 18 lis 2016

    Boze kocham Eragona wlasnie dzis go przeczytalam do komca boze boskie pisz dalej plis