Murtagh - 45(fanfiction)

- Szybciej! – wrzasnął w myślach do smoka, który dawał z siebie wszystko. Cierń prychnął na to wzgardliwie, owiewając swego Jeźdźca gęstą chmurą dymu i zdobył się na największy wysiłek. Fírnen został za nim. Wkrótce opadł poniżej linii chmur akurat za plecami wrogiej kolumny. Miał zamiar zaatakować bezszelestnie, brutalnie i niehonorowo. Wkrótce okazało się jednak, że oboje nie docenili wojowników Szarego Ludu. W ich stronę pomknęły błyskawicznie wymierzone strzały. Czerwony jaszczur zrobił gwałtowny unik, jednocześnie ostrzegając w myślach kuzyna.
- „Zatrzymasz ich strzały?” – zapytał w myślach Murtagh’a.
- Spróbuję, ale bez gwarancji, że mi się powiedzie… Poza tym nie obronię nas przed ich magią, jeśli w końcu zdecydują się jej przeciw nas użyć – mruknął, osłaniając ich kolejnymi barierami, podczas gdy Cierń zataczał wysoko kolejne koła. – Gotowe…
Smok ryknął ogłuszająco i ściągnął obydwa skrzydła, pikując w stronę przeciwnika. Wkrótce otworzył szeroko paszczę i zalazł ich strumieniem ognia. Płomienie nie sięgnęły jednak Szarego Ludu. Zirytowany tym Cierń kłapnął szczękami, odcinając dopływ tlenu do łatwopalnej mieszanki i zrobił szeroki wiraż, odlatując jak najdalej.
- „Zapal grunt przed nimi… Może to ich powstrzyma, choć na jakiś czas” – usłyszeli naraz głos Aryi w swoich umysłach. Ona sama ze swoim smokiem kołowali na tyłach wroga.
Cierń syknął i odleciał w bok, po czym zawrócił, podpalając potężną połać ziemi pod sobą. Gdy skończył, pasmo ognia rozciągało się na szerokość stai i ciągnęło wzdłuż na całą szerokość maszerującej armii. A potem Cierń zawrócił w stronę Ilirei i pomknął niczym strzała, chcąc ostrzec stolicę jak najszybciej o planowanym ataku.
Docierając na miejsce po godzinie szaleńczego lotu, dostrzegł wokół zamku morze białych namiotów. Murtagh’owi zrobiło się zimno i gorąco jednocześnie.
- Inwazja! – pomyślał rozpaczliwie. Zanim jednak zdołał choćby wypowiedzieć jedno słowo, które miało rozpocząć atak, na wolne pole przed namiotami wyjechał konny jeździec w asyście straży. Sztandar, jaki załopotał nad jeźdźcami, nie przypominał żadnego z używanych przez wroga.
- „To król Surdy!” – wykrzyknął uradowany Cierń i zatrąbił radośnie, opadając ku nim łagodnym lotem ślizgowym. Wylądował wkrótce, żłobiąc w ziemi głęboką bruzdę i złożył skrzydła. Murtagh zsunął się zgrabnie z siodła i zeskoczył na trawę.
- Nareszcie jesteście! – wykrzyknął, zmierzając w stronę drugiego władcy. Orin zsiadł z wierzchowca, który zdradzał niepokój pojawieniem się krwiożerczej bestii tak blisko niego i uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób do młodego króla.
- Jesteśmy – przyznał, podając mu dłoń. – Przywiodłem ze sobą tylu ludzi, ilu zdołałem zgromadzić w tak krótkim czasie… Nie mniej jednak jest ze mną pięć tysięcy mężów.
- Wspaniale! – ucieszył się czarnowłosy. – Szary Lud po raz drugi zaatakował Dolinę Pallancar, ale udało nam się ich znów odeprzeć. Teraz jednak zmierzają w stronę Ilirei… Mam jednak dobrą nowinę. Urgale posiadają już własnego Jeźdźca.
- To zaprawdę znakomita wiadomość. Powiedz mi jednak proszę, co dzieje się z Nasuadą? Jormundur twierdzi, że królowa jest chora… Czy to prawda?
- Niestety… Zaniemogła nagle, a nasz medyk twierdzi, że ciąża ją wykańcza…
- Mam ze sobą własnego medyka. Chętnie zajmie się królową, jeśli tylko tak sobie zażyczysz…
- Proszę… Będę spokojniejszy… Wciąż drżę o jej zdrowie oraz dziecka… Boję się, że…
- Spokojnie… Wydam odpowiednie rozkazy mojemu człowiekowi… Tymczasem musimy umocnić pozycję Ilirei. Nie ma wątpliwości, że Szary Lud wkrótce w nią uderzy, a gdy to uczyni, musimy odeprzeć atak i sami zaatakować po dziesięciokroć. Już budujemy zasieki i katapulty. Do nocy skończymy również kopać wilcze doły daleko na naszych tyłach.
- Widzę, że nie próżnujecie… Kiedy się zjawiliście?
- Jakąś godzinę po waszym wylocie… Rozminęliśmy się najwidoczniej.
- Pewnie tak… Ale dlaczego nie zechciałeś zaczekać, panie na nasz powrót w zamku?
- Prawdziwy wojownik nie zważa na trud i znój, Murtagh’u…
- Zgadza się… Czy król Orik jest tu również?
- Jeszczem go nie spostrzegł, ale… - jego wypowiedź przerwały odległe odgłosy trąb. Dwóch władców spojrzało na siebie krótko, a potem Murtagh zgrabnie wspiął się na grzbiet Ciernia. Smok rozpostarł ogromne skrzydła i skoczył lekko w powietrze. Wznosząc się nad zabudowania stolicy, daleko na horyzoncie zauważył majaczące proporce. Cierń zawisł w powietrzu, dość leniwie poruszając skrzydłami i wytężając wzrok, by dostrzec, cóż to za armia maszeruje w ich stronę. Trąby odezwały się ponownie i wtedy nagle znad proporców oderwał się kanciasty kształt.
- Smok – pomyślał Murtagh, przełykając głośno ślinę. Cierń najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku, bo ryknął dziko i zaczął wzlatywać w górę. Murtagh przez cały czas obserwował szybko rosnący kształt, który w końcu zaczął nabierać wyglądu jaszczura. Światło zagrało fioletowo-złotymi odblaskami na jego łuskach, gdy zbliżyli się na tyle, by mogli się pozdrowić. Murtagh pierwszy wypowiedział pradawną formułę elfiego przywitania, w nowym Jeźdźcu rozpoznając przysadzistego krasnoluda. Ten wkrótce mu odpowiedział i jego smok podleciał do Ciernia. Był fioletowy i dużo mniejszy, chyba nawet młodszy od samicy, którą dosiadał Nar Garzhvog. Wkrótce obydwa jaszczury wzleciały w stronę stolicy, do której zbliżała się również armia prowadzona przez króla Orika. Dołączył on do Murtagh’a i Orrina już niecałe dwie godziny później. Po kolejnych czterech zjawiła się w zamku również reszta Jeźdźców. Rozpoczęła się narada. Smoki patrolowały okolicę.

Pod koniec obrad, które wciąż się przeciągały pomimo zmęczenia, jakie wszystkich już ogarniało, do komnaty wszedł cicho medyk Orrina. Podszedł do swego władcy i coś naszeptał mu do ucha. Murtagh natychmiast spostrzegł, jak mocno zmienił się wyraz twarzy króla Surdy na zasłyszane informacje.
- Co się dzieje? – zapytał niespokojnie, tym samym przerywając wywód Grimrra Półłapego. Wszyscy umilkli, zdając sobie sprawę, iż chodzi o coś ważnego.
- Wasza wysokość – powiedział medyk, kłaniając się przed Murtagh’iem. – Przed kilkoma minutami skończyłem badać jej wysokość.
- I? – zniecierpliwił się Eragon.
- Już mówię – skłonił mu się posłusznie. – Jestem zdania, że problem słabego stanu zdrowia królowej nie leży po stronie jej organizmu, a tym bardziej jej błogosławionego stanu zdrowia…
Murtagh spojrzał na niego zdumiony.
- Jesteś tego absolutnie pewny, mój panie? – zagrzmiał Orik, obracając w dłoniach Volunda, młot przodków.
- Jestem, panie… Mogę również śmiało stwierdzić, iż stan ów wywołany został jakimś czynnikiem z zewnątrz i według mnie raczej nie chodzi tutaj o obecny konflikt, wasze wysokoście…
- Sądzisz więc, że ktoś specjalnie zaszkodził mej żonie? – zdenerwował się i jednocześnie przeraził Murtagh.
- Tak, wasza królewska mość…
- Zawołajcie do mnie natychmiast królewskiego medyka – zwrócił się do strażników obecnych w komnacie. Dwóch z nich skłoniło się natychmiast i opuściło komnatę. – Jak teraz czuje się królowa?
- Jest osłabiona, ale podałem jej zioła, które według mnie powinny zniszczyć w niej toksynę.
- Toksynę? – zapytała milcząca dotąd Arya, patrząc na mężczyznę jak sowa.
- Tak, toksynę. Śmiem twierdzić, że królowa była systematycznie, acz wręcz niezauważalnie podtruwana.
W komnacie zapadła ciężka cisza. Murtagh zacisnął dłoń na rękojeści Za’roca tak mocno, że aż zbielały mu knykcie.
- Zabiję tego psiego syna, jeśli tylko okaże się, że to jego sprawka – warknął w końcu.
- Spokojnie… Najpierw musimy dowiedzieć się, czy to w ogóle on za tym stoi… Jeśli nie, przeprowadzimy śledztwo – powiedział pojednawczo Eragon, lecz Murtagh spojrzał na niego tak, że ten natychmiast umilkł. – Nie będzie procesu… Po prostu odrąbię mu łeb!
Jakiś czas później.
- Wasza wysokość – w komnacie zjawił się dowódca straży. – Medyka nie ma na terenie stolicy…
- Znaleźć go i sprowadzić do Ilirei najszybciej jak to tylko możliwe! Ma być żyw! Sam go wykończę – syknął rozwścieczony Murtagh, wstając gwałtownie od stołu. Strażnik skłonił mu się natychmiast i wyszedł.
- Murtagh’u, nie działaj pochopnie – powiedziała miękko Arya.
- Ja tylko staram się utrzymać moją rodzinę przy życiu, wasza wysokość – warknął przez mocno zaciśnięte zęby. – To jedyne, co w życiu uczyniłem dobrego i nie pozwolę, by jakiś idiota mi to odebrał!

477 czyt.
100%42
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1545 słów i 9089 znaków.

2 komentarze

 
  • Fan

    Fan · 2 stycznia · 201441554

    Świetne opowiadanie 😊😊😊 uwielbiam Alagaesje i Smoczych Jeźdźców z niecierpliwością czekam na kolejną część

  • AnonimS

    AnonimS · 1 stycznia

    Bardzo ciekawa część.  Przydałoby by się teraz mieć takiego smoka... Dziewice by mi sprowadzał ....pozdrawiam