Murtagh - 37 (fantiction)

Cierń warknął i opadł niżej, przebijając się przez powałę gęstych chmur i dymu unoszącego się z kominów.
- Widzisz coś niepokojącego? – zapytał Murtagh elfkę, która wraz z Firnenem miała wlecieć do miasta od przeciwnej strony.
- Kompletnie nic. Wygląda na to, że faktycznie poradzili sobie z napastnikami – odezwała się w jego myślach.
- Osobiście lekko mnie to niepokoi – przyznał.
- Mnie również – powiedziała Arya. – Porozmawiałabym z ludźmi. Może dowiemy się czegoś nowego.
- Dobry pomysł… Cierń, ląduj na głównym placu!
Czerwony jaszczur ryknął cicho i ściągnął lekko prawe skrzydło, by opaść delikatną spiralą. Firnen wylądował nieopodal niego kilka chwil później. Jeźdźcy rozejrzeli się uważnie po pustych ulicach.
- Uciekli – zauważył Murtagh.
- Najwyraźniej się nas wystraszyli – mruknęła i zsunęła się po nosze szafirowego smoka, stając przy jego przedniej nodze.
- Eka aí fricai un Shurt’tugal!*
Gdy przez kilka minut nic się nie wydarzyło, Murtagh postąpił podobnie. Dopiero wtedy, gdy przebrzmiały jego słowa, jedne z drzwi otwarły się szeroko i wyszedł z nich niewysoki mężczyzna odziany w zdobną szatę w otoczeniu sześciorga zbrojnych w miecze mężczyzn.
- Czego tu chcecie? – zapytał donośnie, zatrzymując się w połowie drogi. – I kim jesteście?
- Jam Murtagh Mozarsson. Jeździec, mąż królowej Nasuady i król Alagaësii – powiedział dumnie brunet. – Jestem tu, by wam pomóc.
- Kvetha Fricai!** – rzekła Arya. – Jam Arya Dröttning. Elfia królowa Du Weldenvarden. Jeździec i sojusznik w pokoju i wojnie królowej Nasuady i króla Murtagh’a… Wczoraj dotarł do nas twój oddział, mój panie.
Mężczyzna wyraźnie się rozluźnił, słysząc tę wiadomość.
- Najmocniej przepraszam za swe słowa, wasze wysokoście – powiedział natychmiast, kłaniając się nisko. – Zapraszam do mego domu.
Jeźdźcy popatrzyli na siebie i ruszyli za mężczyzną, który musiał być w mieście najwyraźniej kimś ważnym. Smoki pozostały na placu. Po chwili zbliżyła się do nich niewielka grupka dzieci.
Mężczyzna wprowadził przybyłych do obszernego pomieszczenia i natychmiast zaproponował napitek i jadło.
- Dziękujemy, ale nie jesteśmy głodni – podziękował Murtagh grzecznie, jednocześnie ostrożnie rozglądając się po pomieszczeniu. Zauważył, że ochrona namiestnika lekko się powiększyła. Ludzie przywdziali zbroje… - Widzisz to? – zapytał w myślach Aryę.
- Widzę, bądź ostrożny – odparła.
- Więc otrzymaliście od nas informację o napaści dokonanej na nas przez Szary Lud, tak? – zapytał, przyjmując od sługi kielich ciemnoczerwonego wina. Jeźdźcy ponownie odmówili.
- Owszem, otrzymaliśmy – przytaknął Murtagh. – Chcielibyśmy jednak poznać wszelkie okoliczności tego ataku, jak również waszej obrony.
- Oh, to było straszne! Straszne! – wzdrygnął się efektownie. Może nawet za bardzo, niż na to zasługiwała opowieść. – Zostaliśmy zaatakowani od strony morza. Prawie nie zauważyliśmy ich przybycia.
- Więc jakim sposobem się obroniliście? – zainteresowała się Arya. – Atak z zaskoczenia raczej nie przemawia na waszą korzyść…
- Wszystko działo się tak szybko – odparł mężczyzna. – Nasze miejskie siły zmobilizowały się z niektórymi mieszkańcami i cudem odparły atak, choć oczywiście nie obyło się bez ofiar wśród naszych.
- Jak? – zapytał brunet. – Szary Lud jest niebywale silny. Trudno pokonać ich wojowników.
- Mieliśmy po prostu niebywałe szczęście. Po prostu.
Jeźdźcy spojrzeli po sobie.
- A kim właściwie tutaj jesteś, mości panie? – zapytała sucho Arya, siadając wygodniej. Jej ręka spoczęła na nodze, bardzo blisko pasa z mieczem i rękojeści. Murtagh spojrzał na nią ukradkiem i skontaktował się z Cierniem:
- Uważajcie na siebie. Nie podoba mi się ta sytuacja…
- „Mamy się na baczności, Murtagh’u. Zauważyłeś, że tu nie ma żadnych ludzi? Nikogo oprócz tych pisklaków, które się tu bawiły…”
- Jestem namiestnikiem, wasza wysokość – powiedział w tym czasie mężczyzna. – Niestety nasz burmistrz postradał życie w czasie ataku, a miastem pomimo wszystko należy zarządzać. Dlatego też ludzie mianowali mnie na swego zarządcę. Zwą mnie Norim.
- Być może dalej się nas boją – zauważyła Arya w myślach. – Albo to coś poważniejszego… Odlećcie tak, by każdy to widział i zniknijcie gdzieś, Zobaczymy, co zrobią…
- „Zgoda” – odezwał się Firnen.
Wszyscy w sali zwrócili uwagę na odlot smoków. Ich zniknięcia nie dałoby się z resztą nie zauważyć. Jeźdźcy spostrzegli jednak coś innego. Nagły, niebezpieczny błysk w oku namiestnika.
- Gotuj się na wszystko. – Arya zwróciła się do towarzysza.
- Dlaczego wasze smoki odleciały? – zainteresował się Norim, patrząc uważnie na swych gości.
- Muszą coś zjeść, mości lordzie – skłamała gładko Arya. – Za nimi długi lot…
- Nie wyglądały na zmęczone – odezwał się namiestnik. Dwójka Jeźdźców przemilczała zgodnie jego uwagę, patrząc mu prosto w oczy. Po chwili odwrócił wzrok. Murtagh natomiast spojrzał odruchowo w okno i znieruchomiał lekko, widząc na placu gromadzących się zbrojnych.
- Będzie zabawa – mruknąłw myślach do elfki.
- Niestety – westchnęła. Spojrzała ponownie na siedzącego naprzeciw nich mężczyznę i powiedziała spokojnie. – Chcielibyśmy rozejrzeć się w mieście. Być może zdołamy znaleźć coś, co podpowie nam, jak się bronić przed kolejnymi atakami.
- Zapraszam więc – odparł beznamiętnie, podnosząc się za swego miejsca. Jeźdźcy niezwłocznie uczynili to samo i ruszyli za nim.
- Atakujcie, gdy tylko uznacie to za słuszne – powiedział Murtagh Cierniowi.
- „Nie wygląda to dobrze” – przyznał smok, szybując wysoko na niebie, poza granicami miasta.
- Szykujcie się na wszystko – ostrzegł jeszcze Jeździec, krocząc spokojnie koło elfki, która nie spuszczała dłoni z rękojeści miecza. Widział napięte mięśnie jej karku, gdy szykowała się na niespodziewane, a jednocześnie była tak granitowo spokojna, że aż jej tego zazdrościł. Sam umierał ze strachu o Nasuadę. Nie miał pojęcia, czy była to sprytnie przyszykowana zasadzka, czy może tylko zbieg okoliczności. Nie mniej jednak nie miał jak skontaktować się z bratem, by ostrzec ich przed niebezpieczeństwem.

Tymczasem w Ilirei Eragon powoli przychodził do siebie po weselu brata. Wyrzucał sobie, że puścił Aryę samą. Nagle spostrzegł stojącą samotnie na tarasie Nasuadę.
- Jak się czujesz? – zapytał cicho, podchodząc do niej.
- Dobrze, choć martwię się o Murtagh’a – powiedziała.
- Rozumiem, przyjaciółko. Lecz mój brat jest silnym wojownikiem. Poradzi sobie. No i jest z nim Arya…
- Wiem, Eragonie. Ale i tak drżę o niego. Nie mogę go stracić. Nie teraz, gdy mamy zostać rodzicami.
- Będzie dobrze, zob… - przerwał, gdy do ich uszu dobiegł stłumiony krzyk. Eragon natychmiast wykonał zwrot na pięcie, uważnie lustrując otoczenie.
- Co to było? – zapytała zaniepokojona kobieta.
- Postarajmy się tego jak najszybciej dowiedzieć. Idź do komnaty. Nocne Jastrzębie obejmą wartę… Idź!
Sam prędko dobył Brisingra i, pomimo że wciąż łupała go głowa, pobiegł do lochów, gdzie mieściła się kuchnia dla rycerzy i służby. Już w progu natknął się na zwłoki zamkowego strażnika.

*Jestem Jeźdźcem i przyjacielem!
** Bądź pozdrowiony, przyjacielu!

517 czyt.
100%61
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1298 słów i 7637 znaków.

1 komentarz

 
  • Mmakao

    Mmakao · 19 lip 2018

    Kiedy następna część?
    Pozdrawiam