Murtagh - 46(fanfiction) - ostatni

- Na czyje zlecenie działałeś?! – warknął rozsierdzony Jeździec, patrząc wyniośle na poturbowanego medyka.
- Nie twój psi interes! – odszczeknął się tamten natychmiast, pomimo wybitych zębów i krwi wypełniającej mu usta.
- Zwracasz się do swego króla, człowieku! – zdenerwował się Eragon.
- Nigdy nie był moim królem i żałuję, że nie udało mi się doprowadzić do śmierci tej kurwy i jej bękarta!
- Ogłuszcie go! – zażądał Orin, przytrzymując mocno, wyrywającego się w stronę medyka Murtagh’a. – Najważniejsze, że przyznał się do szkodzenia Nasuadzie – dodał, gdy Arya powaliła związanego mężczyznę. – Spokojnie, Murtagh’u.
- Przez to ścierwo Nasuada oraz moje dziecko nieomal stracili życie! – wydarł się.
- Teraz już nic im nie grozi, a tego tutaj spotka zasłużona kara...

- Nie wiem, jak ty, ale ja nigdy nie sądziłem, że szkolenie nowych Jeźdźców będzie aż tak wyczerpujące – sarknął Murtagh, wracając z bratem z nocnego treningu.
- Ja też nie, ale trzeba przyznać, że ta piątka robi niesamowite postępy... – odparł Eragon, zatrzymując się i opierając o ścianę. – Jak czuje się Nasuada?
- Odkąd przejął nad nią opiekę medyk Orina coraz lepiej – uśmiechnął się słabo. – Straż czuwa przy niej nieustannie i nie pamiętam już nawet ile zaklęć ochronnych nałożyłem na nią i na komnatę...
- Jestem pewny, że wkrótce Nasuada stanie na nogi i wraz z nami świętować będzie nasze zwycięstwo...
- O ile oczywiście zwyciężymy.
- Wątpisz?
- Oczywiście, że nie! Po prostu staram się brać pod uwagę każdą możliwość, nawet tę najbardziej przykrą...
- Co zrobisz, jeśli przegramy? – zapytał z zaciekawieniem.
- Jeśli przegramy, a ja przeżyję, postaram się przebić do pałacu i wywieść ją stąd, być może nawet na Cierniu... Jeśli jednak poniosę śmierć w walce, Nasuada opuści pałac tajnym korytarzem, który wyprowadzi ją daleko poza Ilireę...
- Miejmy jednak nadzieję, że tak się nie stanie. – Eragon poklepał go po ramieniu i odszedł do swojej komnaty. Murtagh natomiast wślizgnął się cicho do królewskiej sypialni i starając się nie obudzić ukochanej, pozbył się przepoconego odzienia i po szybkim spłukaniu ciała w chłodnej wodzie, wpełzł pod baranicę, obejmując czule czarnoskórą kobietę i ciesząc się w duchu jej bliskością.

Kilka miesięcy później.

Cierń ryknął, wypuszczając z pyska najgorętszy strumień ognia, jaki był w stanie przywołać ze swych trzewi. Wojownicy w dole wrzasnęli z bólu, lecz był to krótki okrzyk, gdyż zaraz potem zostali spopieleni. Dzięki starożytnej magii, którą Murtagh’owi i Eragonowi udało się wcielić w życie, a także dzięki Słowu, smoczy ogień stał się wreszcie śmiertelny dla Szarego Ludu, broniącego się dotychczas swoimi czarami. Zamknął paszczę, kłapiąc głośno szczękami i zrobił nawrót. Tymczasem nieopodal niego Safira, Fírnen i Gremba zalali rzeką ognia wrzeszczący motłoch. Daleko na horyzoncie niczym drogocenne kamienie umieszczone na nieboskłonie, połyskiwało jeszcze osiem innych smoków, zażarcie walczących z przeciwnikiem. Wrogą armię ze wszystkich stron otaczał zwarty kordon walczących ramię w ramię ludzi, krasnoludów, elfów i Urgali, którzy ostrzeliwali nieprzyjaciela, gdy tylko smoki zamykały paszcze. Niestety Szarego Ludu było więcej, niż na początku się spodziewano. Atak, który tego dnia trwał już od dobrych dwóch godzin zainicjował stary Gremba, wspomagany przez kilka Eldunarí, rozwścieczony zabiciem przez Szary Lud dzikiego młodzika. Zastosowano jednak podstęp, który sprawił, iż Szary Lud sądził zapewne, iż stolicy broni tylko piątka smoków. Dzięki wykopaniu pod polami Ilirei potężnych tuneli, w decydującym momencie ataku, nieprzyjaciel został wzięty w dwa ognie. A że pod stolicą zgromadzili nieopatrznie całe swe siły...
Murtagh rozejrzał się dokoła, dostrzegając wiele pożarów, jakie udało im się wzniecić. Niestety nie obyło się bez pewnych strat w mieście i ludziach, ale wreszcie zagrożenie zostało zażegnane! Szary Lud poszedł w rozsypkę.
Jednakże na dobrze zasłużony odpoczynek mogli udać się dopiero w kilka godzin po zapadnięciu zmierzchrzu, bowiem dobijanie maruderów, znoszenie rannych i wygaszanie pożarów zajęło im resztę dnia. Ani Eragon ani żaden z pozostałych Jeźdźców nie miał wątpliwości, że jedynym słusznym rozwiązaniem ich problemów, jest wybicie Szarego Ludu. Oczywiście wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że po nich przyjdą inni, którzy będą chcieli zawładnąć tą krainą, lecz ta nie była już tak bezbronna. Zakon Smoczych Jeźdźców nareszcie się odbudował.

Murtagh rozejrzał się w poszukiwaniu swego brata, lecz w mroku nocy i nadal wzbijającym się w niebo dymowi wcale nie było to łatwe. Nawet mając tak doskonały wzrok Jeźdźca... Ujrzał go wkrótce wśród rozwrzeszczanych mieszkańców Doliny Pallancar i klanu Durgrimst Ingeitum. Po chwili wahania poprosił Ciernia, by ten wylądował nieopodal.
- Murtagh! – ryknął uszczęśliwiony Roran, gdy potężny gad pojawił się w blasku niezbyt odległego ogniska. Jeździec rozpiął paski przytrzymujące nogi i zgrabnie zsunął się po łapie smoka, by już w chwilę potem znaleźć się w niemal żelaznym uścisku ramion kuzyna. – Bracie!
- Roran – wydyszzał, mocno przytłamszony i klepnął go w ramię. – Cieszę się, że w końcu uznałeś mnie za członka swojej rodziny...
- Zawsze nim byłeś, tylko musiałem do tego dojrzeć – wyszczerzył się, wciąż brudny od posoki zabitych nieprzyjaciół. Po chwili obejrzał się w stronę Eragona. – Czczą go niczym boga...
- Zawsze tak było i jemu nigdy to nie przeszkadzało...
- Masz rację... A tobie?
- A ja się cieszę, że już wkrótce będę mógł wziąć Nasuadę w ramiona... Zbliża się termin porodu i chciałbym być wtedy przy niej – odparł spokojnie. – Należy też jednak przygotować ucztę. W końcu zwyciężyliśmy...

Świętowali już dwa dni. Bitwa była już tylko przykrym wspomnieniem sprzed tygodnia pełnego żałoby i licznych pogrzebów oraz zajmowania się rannymi. Najznamienitsi pozajmowali największe komnaty w zamku, reszta bawiła się przy suto zastawionych stołach na dziedzińcu oraz uprzątniętych polach przed stolicą. W pewnym oddaleniu od hyrżo płonących ognisk, odpoczywały zmęczone smoki. Safira przysypiała z pyskiem złożonym na skrzydle Fírnena po złożeniu niemal tuzina jaj.
- Aryo, pragnę prosić cię o wybaczenie ze względu na zniszczenie twych przodków – odezwał się w końcu eragon. Elfka spojrzała na niego mocno zmęczonym wzrokiem i uśmiechnęła się lekko.
- Nie mam czego ci wybaczać, Eragonie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co stałoby się w Du Weldenvarden, gdyby Alagaësia padła...
Murtagh uśmiechnął sę tylko, obejmując czule Nasuadę, która masowała się lekko po dużym brzuchu. Teraz jednak wstała powoli.
- Przepraszam was na moment – powiedziała cicho, całując czule męża i wyszła z komnaty.
- Zdrowie wszystkich tych, którzy przeżyli! – powiedział donośnie Roran, wznosząc kielich najlepszego wina. Zgodnie wypito toast, by następnie uczcić pamięć poległych.
Murtagh’owi coś jednak nie dawało spokoju. Jakiś trudny do opisania wyraz jej oczu i jej poważna od kilkunastu minut mina podpowiedziały mu, że coś jest nie tak... Nie mógł tak jednak swobodnie odejść od stołu, bo co rusz, ktoś wznosił nowy toast. Dopiero po godzinie podniósł się ze swego miejsca i ruszył do drzwi. Te jednak otwarły się od zewnątrz i do środka wkroczył poważny dowódca Nocnych Jastrzębi. Skłonił się Murtagh’owi i powiedział spokojnie:
- Wasza wysokość, królowa pragnie się z tobą zobaczyć.
- A gdzie ona teraz się znajduje? – zapytał młodzieniec, wychodząc z komnaty.
- W królewskiej sypialni, panie.
- Dziękuję, możesz odejść.
Podążył do znajdującej się dwa piętra wyżej komnaty. Przystanął, z ręką na klamce. Myśli pędziły mu w głowie jak oszalałe. Co się stało? Dlaczego tak nagle go wezwała?
Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Jego nozdrzy natychmiast doleciał metaliczny zapach krwi, lecz zanim zdążył się śmiertelnie przerazić, usłyszał cichy głos Nasuady, wołający go i jeszcze jeden dźwięk. Słabiutkie kwilenie dziecka.
- Nasuado! – podbiegł do ukochanej, klękając przy niej. W ramionach trzymała malutkie zawiniątko o lekko ciemniejszej skórze i kruczoczarnych włoskach.
- Nasza córeczka, Murtagh’u – wyszeptała, uśmiechając się słabo.
- Kochanie, dlaczego mi nie powiedziałaś, co się dzieje?
- Nie chciałam cię martwić, poza tym i tak byłeś już taki zmęczony.... Ale już wszystko w porządku, Cierń użyczył mi swej siły – wyjaśniła pogodnie, podając mu dziecko.
Wziął ją ostrożnie i w jego oczach pojawiły się łzy radości.
- Bogowie... Moja córka – uśmiechnął się. – Kocham was, Nasuado.

KONIEC

628 czyt.
100%31
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1583 słów i 9162 znaków, zaktualizowała 10 lut o 11:17.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 18 stycznia

    Bardzo sympatyczne zakonczenie. Pozdrawiam