Murtagh - 3 (fanfiction)

"Wróć więc do niej! Masz jeszcze czas" – prychnął Cierń, puszczając z nozdrzy obłok pary.
- Nie mam żadnego czasu. Odszedłem, bo nie chcę stawiać jej w niezręcznej sytuacji — warknął Murtagh, wstając i zmierzając na skraj polany, gdzie bieliły się kości zabitego stworzenia.
- "Przecież pomogliśmy Vardenon i Eragonowi w zabiciu Galbatorixa!"
- Ale wcześniej walczyliśmy przeciw nim... Nie. Lepiej będzie, jeśli pozostanę w cieniu.
Nagły wstrząs szarpnął ziemią, wytrącając mężczyznę z równowagi, gdy olbrzymi jaszczur podniósł się gwałtownie z ziemi.
- "Więc chcesz uciekać?" - warknął, trącając swego Jeźdźca w ramię. Kontakt z twardym pyskiem smoka pozostawił na skórze Murtagha bolesnego sińca.
- Ał! Co ci odwala?... Dziwisz się moim decyzjom tak, jakbyś ich już wcześniej nie znał — odezwał się z dezaprobatą. Cierń pokręcił tylko głową i nagłym skokiem ponad Murtaghiem, wzbił się w powietrze. Uderzył mocno skrzydłami i śmignął wysoko w górę. Jeździec patrzył za nim lekko przymrużonymi oczami, dopóki nie znikł mu z pola widzenia. Łącząca ich więź osłabła, ale nadal czuł emocje smoka, które były dużo bardziej złożone od jego własnych.
Mężczyzna usiadł w wysokiej trawie, zupełnie nie zwracając uwagi na smród truchła, a właściwie nikłych pozostałości po nim. Zamyślił się, podpierając brodę na kolanach. Prawda była taka, że zupełnie nie wiedział, co ma o sobie myśleć. Był synem Zaprzysiężonego. Bardziej bestii niż człowieka. On sam był Jeźdźcem, przed którym trzęsły się narody. Zniszczył krasnoludzkiego króla Hrothgara, pod wpływem zaklęć Galbatorixa zabił Oromisa i Gleadra, porwał i torturował dowódcę Vardenów, Nasuadę. Kobietę, którą z czasem zaczął darzyć uczuciem, o które nigdy siebie nie posądzał. Teraz ją opuścił. Nienawidził siebie za to, ale jednocześnie wiedział, że tak będzie lepiej. Że Nasuadzie bardzo ciężko byłoby przekonać swych poddanych, by zostawili go w spokoju. Najpewniej nie uzyskałby przychylności krasnoludów, z elfami mogłoby być podobnie. Siedziałby zamknięty w czterech ścianach jakiegoś pałacu, pogrążając się w swych ponurych myślach, podobnie jak wtedy, gdy był więźniem w Farthen Dûr.
Wstał gniewnie ze swego miejsca na ziemi i z całej siły kopnął leżący nieopodal niego sporawy kamień. Poczuł ból w palcach, gdy fragment skały zatoczył piękny łuk i wpadł w krzaki. Klnąc na samego siebie, zaczął rozglądać się za czymś, co przyniosłoby mu ukojenie w tych chwilach psychicznej męki. Zerknął na juki złożone przy sidle Ciernia i doznał olśnienia. Przecież schował do nich dwa bukłaki znakomitego piwa, które niemal tuż przed bitwą zwędził z królewskich spiżarni! Podbiegł do juk i wygrzebał z nich bukłak. Otworzył go gwałtownie, czym sprawił, że część zawartości wychlusnęła mu na zniszczony kaftan. Mruknął z dezaprobatą na swój czyn i pociągnął z manierki spory łyk szlachetnego trunku. Zapiekło go w gardle, gdy mocny alkohol spłynął w dół. Zamrugał oczami, w których pojawiły się łzy. Czuł, że jeśli się nie upije teraz, to emocje wezmą nad nim górę, a nie bardzo miał na to ochotę. Pociągnął kolejny łyk, rozkoszując się gorzkawym smakiem wina. Nie miał pojęcia, że to ścierwo, Galbatorix, znał się na tak wyśmienitych trunkach. Żałował w tej chwili, że tego gnoja nie ma gdzieś w pobliżu, bo bardzo chętnie sam wbiłby mu miecz w serce. Zerknął na swą szkarłatną klingę i nieomal nie zwrócił tego, co zdążył już wypić. W swym sercu chował głęboki żal do Morzana, że ten w ogóle go spłodził, że teraz musiał nosić przy boku jego miecz. Zazdrościł nawet swemu bratu, że jego ojcem był Brom, pogromca Zaprzysiężonych, przyjaciel elfów i twórca Vardenów. Znany bard.
- Jak ja cię nienawidzę, ojcze!!! – wrzasnął na całe gardło, a jego wściekły głos spłoszył ptaki z koron pobliskich drzew. Wyszarpnął miecz z pochwy i patrząc na niego z nienawiścią, cisnął go daleko przed siebie, po czym usiadł ponownie na ziemi. Zerknął na bukłak i wziął z niego kolejny łyk. W głowie zaczynało mu już przyjemnie szumieć. Przypomniał sobie, jak przyszedł do uwięzionej Nasuady. Widziała go wtedy po raz pierwszy w takim stanie i teraz cieszył się, że nie widzi go po raz kolejny. Nie zniósłby widoku jej współczujących oczu. Zaśmiał się ochryple, przypominając sobie również, jak w tym haniebnie przykrym dla niej czasie, prowadzili niemal światowe rozmowy na różne tematy. Jak odnajdywali się wzajemnie.
Z jego gardła dobiegł go urywany szloch, oparł czoło o zaciśniętą na skórzanym worku z piwem pięść i pozwolił, by z jego oczu popłynęły gorzkie łzy. W ten właśnie sposób miał nadzieję pozbyć się nadmiaru natrętnych, męczących myśli. Chciał wylać swój cały gniew na ojca i na obalonego króla. Pogodzić się z tym, co przeżył w czasie nauki u Galbatorixa. Mimowolnie powracał myślami do godzin spędzonych w ponurych komnatach Urû'baenu, gdzie poddawany był torturom, byleby tylko zaoszczędzić tych cierpień Cierniowi. Pamiętał, jak bardzo oboje cierpieli, gdy król ukarał ich za podwójne niepowodzenie na Płonących Równinach. Podobnie jak po porażce w Dras Leonie. Przypomniał sobie również, jakie wewnętrzne katusze przeżywał, torturując Nasuadę na rozkaz Galbatorixa. Wspomnienia te sprawiły, że rozpłakał się jeszcze rzewniej, wstydząc się zarówno tego, że popełnił te czyny, jak również tego, że płacze. Przecież Smoczy Jeźdźcy uchodzili od wieków za osoby twarde, nieznające uczucia lęku, niepoddające się swoim słabościom. A tymczasem on właśnie to robił. Płakał, zamiast wziąć się w garść. Zapijał swoje smutki mocnym alkoholem. I to bynajmniej nie jakimś podrzędnym. Był tak zdenerwowany, że niewiele myśląc, sięgnął do bariery w umyśle i przełamując ją, zanurzył się w rzece magii. Skupił się na grupie trzech drzew i rzucił zaklęcie.
- Jierda! - warknął. Z zafascynowaniem patrzył, jak potężne drzewa łamią się wpół, sypiąc w koło liśćmi i mniejszymi gałązkami. Znów sięgnął po magię, wyrzucając w górę masę ziemi, gdy zaklęcie wyżłobiło głęboki rów. A potem znów rzucił zaklęcie, i znów, i znów i znów. Za każdym razem, gdy niszczył kolejną rzecz, pociągał spory łyk wina, aż w końcu kompletnie się spił, śmiejąc się do rozpuku z efektów swojej furii.
  
W takim właśnie stanie zastał go powracający na polanę Cierń. Nie wiedział on wcześniej co dzieje się z jego Jeźdźcem, bo ten otoczył swój umysł wysokim murem, nie pozwalając smokowi wyczuwać swoich emocji. Murtagha owionął mocny podmuch wiatru spod potężnych skrzydeł czerwonego smoka, od którego przewrócił się bezwładnie w trawę. Obok niego leżał opróżniony już bukłak, a drugi trzymany był przez Jeźdźca w rękach. Cierń prychnął nisko, wypuszczając z nozdrzy obłok dymu, który natychmiast rozwiał się na wietrze, wzniecanym przez uderzenia skrzydeł. Lekko balansując na prądach powietrznych, skręcił skrzydła i osiadł na ziemi, dotykając ją najpierw tylnymi łapami. Rozejrzał się po pobojowisku, jakie teraz zdobiło uroczą niegdyś polanę i ryknął ogłuszająco, wypuszczając w niebo pióropusz szkarłatnego ognia. Ciepło od niego buchające dotarło też do leżącego na ziemi mężczyzny. Spojrzał on na swego smoka niezbyt przytomnie, lecz po chwili wstał niczym rażony piorunem. Widok jego bestii sprawił, że momentalnie odzyskał część logicznego myślenia. Odrzucił w bok manierkę i chwiejąc się mocno na nogach, podbiegł do smoka, z trwogą zauważając coraz liczniejsze rany, które wyglądały tak, jakby jaszczur stoczył jakąś zatrważającą bitwę. Albo… zaatakował sam siebie.
- Co się stało? – zapytał, otwierając jednocześnie przed nim swój umysł. Wyczuł emanujący ból smoka.
- "Nic” – Cierń wyraźnie był nie w humorze. Odwrócił łeb i poczłapał na koniec polany, gdzie zwinął się w kłębek i zaczął lizać swoje rany. Zmartwiony tym Murtagh, przywołał magię i za pomocą kilku słów, pozbawił się uczucia wirowania w głowie i zaćmionych zmysłów.
- Cierń... Z kim stoczyłeś walkę?
- "Z samym sobą!" - ostre warknięcie bestii sprawiło, że Jeździec zatrzymał się niezdecydowany. A więc ziściły się jego najgorsze obawy! Cierń nie potrafił poradzić sobie z przemianą, do której za pomocą starożytnej magii zmusił go Galbatorix.

1 814 czyt.
100%2
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1559 słów i 8792 znaków, zaktualizowała 8 cze 2016.

Dodaj komentarz