,,Mięso" cz. 70

Cz. 70
2 LATA PÓŹNIEJ…




- Mamo, ja ciem jeść- krzyknęła rozzłoszczona Amanda. Uderzała obiema rączkami w stół kuchenny, choć niedawno Marta podała jej naleśniki, których pochłonęła aż pięć.
- Skarbie. Potem sobie dojesz. Nie pamiętasz, że zaraz jedziemy w odwiedziny do wujka Sebastiana?
- Ale ja nie ciem mamo. Tam nie ma jedzenia.
Marta podeszła do córki i mocno ją uścisnęła.
- Skarbie, mnie też nie cieszą takie odwiedziny, ale musimy trzymać się razem, jako rodzina, prawda?
- A tata jakoś sobie posiedł i było dobzie.
Dla Marty był to bardzo trudny okres. Krzysztof był zły na cały świat, a w szczególności na Martę za to, że chciała zaadoptować Amandę.
Początkowo nie było tak źle. Oboje sądzili, że to, co Amanda miała na policzku jest tylko jakąś malutką naroślą, która z biegiem czasu przejdzie, gdy mała dorośnie.
Tak się jednak nie stało.
Narośl na policzku Amandy rosła niemal w oczach. Teraz miała wielkość dwóch palców od kciuka i nie wyglądała najlepiej.  Określili to, jako surowe mięso niepokryte skórą.  
Lekarze rozłożyli ramiona twierdząc, że jest to nieoperacyjne. Mała do końca życia miała z tym chodzić, choć bardzo szpeciło jej małą twarzyczkę.
Z tego powodu rozwiódł się z nią Krzysiek. Marta samotna była już od pięciu miesięcy, choć tak naprawdę, to wyprowadził się od niej już cztery miesiące po tym, jak Amanda wprowadziła się do ich domu. Od tamtego czasu minęło już przeszło półtorej roku.
- Mamo, a tam będą panowie policjanci?- Spytała, jakby nagle sobie o tym przypomniała.
- Oj i to bardzo dużo. Muszą przecież pilnować swoich więźniów, aby nie zrobili sobie krzywdy.
- Uuu, to pewnie mają i kajdanki i pistolety i magazynki na naboje i bardzo dużo amunicji, tak? Tak? Tak, mamo?
Marta westchnęła. Nie bardzo wiedziała, skąd u niej taki pociąg do broni, ale przecież nie mogła jej zabronić lubić tego, co lubiła.
Choć niekoniecznie takie właśnie zabawki interesowały czterolatki.
Krzysiek odszedł od Marty z jeszcze jednego powodu. O tym jednak dowiedzieli się dopiero od lekarza małej.
Amanda była karlicą. Nie taką prawdziwą, ale jednak. Szacowano, że urośnie maksymalnie do metra dziesięć, co tym bardziej rozzłościło Krzyśka.
- Oddajmy ją- nakazywał prawie każdego wieczoru.
- Zrozum skarbie, że nie mogę. Nie potrafię. Ja już ją pokochałam.
- To dziwadło? Czy przyjrzałaś się jej dokładniej? Jak ona będzie przy nas wyglądała? Dwoje przystojnych rodziców i karzeł?
Za te słowa Marta znienawidziła Krzyśka. Nie umiała pojąć, jak można tak mówić o małym i chorym dziecku.
- Ona zostanie- odparła najspokojniej, jak tylko potrafiła.
- Dobrze- postawił się.- Ale w takim razie, to ja odchodzę.
Wyprowadził się tego samego dnia.

Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller, użyła 530 słów i 2853 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Zestaw na tak. Reszta to milczenie.....

  • Ewelina31

    @AnonimS  ;)