
Z mężczyznami, bo oprócz Kozioła seniora ucztował z nami także wujek, poszło bez problemu. W zasadzie wystarczyło dobrze wyglądać. O dziwo, równie łatwo uporałam się z mamą Tomka. Ta zabrała mnie w pewnym momencie do kuchni na szczerą rozmowę. Zgodziła się na nasz wyjazd do Powiązek pod zaledwie jednym warunkiem – miałam w najbliższym czasie przekonać ją, że jestem gotowa udzielać chłopakowi niezbędnego w zawodowym sporcie, bezgranicznego wsparcia. Zgodziłam się bez namysłu. Byłam taka szczęśliwa! Zwłaszcza po tym, jak podarowała nam prezent, swoisty wkład w długie szczęście młodej pary. Zależało jej tylko, by prezent trafił pod choinkę z moich rąk. Tak miało być lepiej, przekonywała. Dziwne, ale po co narażać na szwank nasze nieoczekiwane przymierze?
Impreza układała się wzorowo. Kokietowałam starszych panów, dając się przy tym częstować kolejnymi kieliszkami wódki, oczywiście pod czujnym okiem uśmiechniętej Koziołowej, mojej nowej sojuszniczki. Między mną a Tomkiem istniało co prawda wynikające z paru nieporozumień napięcie, ale tego wieczora nie o niego przecież chodziło. Podczas rozpakowywania prezentów nastąpił niestety poważniejszy zgrzyt. Tomka zapytano o „prezent od Oli”. Ten – jak podejrzałam mu przez ramię – okazał się pięknie zapakowanymi kajdankami, kulką-kneblem oraz korkiem analnym, o którym dowiedziałam się później. Chłopak zrobił się na twarzy czerwony niczym strój Świętego Mikołaja i tylko dzięki mojej interwencji uniknęliśmy obyczajowego skandalu. Wkrótce mogliśmy sobie wszystko wytłumaczyć, bo nim zdążyłam poprosić Koziołową o wyjaśnienia, zostaliśmy wysłani w delegację na pasterkę.
Spacer obfitował w emocjonalne wyznania. Trasa była tak długa, że gdzieś po drodze zbłądziliśmy do mojego domu. Mieliśmy pełną swobodę. Rodzice wyjechali do dziadków i mieli wrócić dopiero następnego dnia.
Wolna chata i dwoje nastolatków? Wiadomo. Daliśmy się ponieść wyobraźni. Podczas miłosnej gry Tomek użył na mnie całego zestawu małego dominatora, w pełni przekonany, że o tym właśnie marzę. Nie marzyłam, ale pomimo trudnych chwil, było naprawdę fajnie. Do czasu.
To on pierwszy usłyszał z podwórza głos mojego ojca. Nie wiedzieć czemu, rodzice wrócili. Tomek w popłochu pozbierał porozrzucane po mieszkaniu ubrania. Gdy tylko mama z tatą weszli na klatkę schodową naszej kamienicy, wyszedł przez okno na piętrze po dachu dobudowanej pralni, omal nie wyrządzając sobie krzywdy. Zostałam sama. Zaaferowana szczęśliwym lądowaniem chłopaka, zapomniałam o własnym bezpieczeństwie. Kiedy zamknęłam w końcu okno, było za późno. Ojciec szedł już sprawdzić, dlaczego zostawiłam uchylone drzwi od pokoju. W ostatniej chwili rzuciłam się na łóżko. Nie pozostało mi nic innego jak nasłuchiwać jego kroków. Wszedł do środka i stanął tuż za mną.
I tak oto leżę, naga, z kajdankami, kneblem i korkiem wetkniętym wiadomo gdzie. W bezruchu, choć nie do końca, bo cała drżę. Trochę z zimna, ale przede wszystkim ze strachu. Próbuję skupić się na czymś błahym, lecz myśli bezustannie koncentrują się na starszym bracie, skatowanym niegdyś na kwaśne jabłko przez ojcowski pas. Nie mam już sił. Jestem pijana i tak zobojętniona stresem, że chcę tylko, by to się jak najszybciej skończyło.
Ojciec milczy. Stoi tuż przy mnie. Pewnie rozgląda się po pogrążonym w mroku pomieszczeniu. Może patrzy przez okno, może na niewyraźny kontur mebli lub ciuchy pozostawione na podłodze. Najbardziej prawdopodobne jednak, że patrzy prosto na mnie.
Co widzisz, tato?
Odpowiada mi puszczająca sprzączka skórzanego pasa.
Zaczynam panikować. Zabije mnie. Pewnikiem mnie zabije! Jeśli mi się poszczęści, zrobi to szybko. Mam wilgotne oczy. Gdyby nie kulka w buzi i wynikający ze strachu paraliż, pokajałabym się przed nim, a tak? Cisza w pokoju jest nie do zniesienia.
– Mogłem odpuścić tego karpia. – Sapie ciężko. – Ale się nawpierdalałem…
Znowu odzywa się pas. Tym razem mniej złowrogo.
Jestem zdezorientowana. Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Naprawdę?! Miotają mną skrajne emocje. Sytuacyjny absurd prowadzi mnie na skraj histerycznego śmiechu, który z trudem powstrzymuję.
Zwykle nie słyszę ich na miękkim dywanie, ale tatko jest duży. Kroki. Oddalają się. Tak długo, aż zamykają się za nim drzwi. Albo przed nim. Pragnę odwrócić się za siebie, bo desperacko potrzebuję potwierdzenia, że jestem bezpieczna. Brakuje mi odwagi. Robię to dopiero, gdy słyszę jego kaszel dobiegający z kuchni. W pokoju zostałam tylko ja i moje lęki.
Łkam cichutko ze szczęścia. Albo raczej z ulgi. Choć napięte mięśnie rozluźniają się przyjemnie, mijają minuty, nim stabilizuje się mój oddech, a ja sama dochodzę do siebie. Już spokojnie, wszystko będzie dobrze – wmawiam sobie, bo muszę w to wierzyć. Owszem, jestem cała i zdrowa, ale jeśli nic nie zrobię, najpóźniej rano rodzice zapukają do drzwi. Nie od razu wejdą do środka. Zrobią to po dziewiątej, najpóźniej koło dziesiątej. Istnieje cień szansy, że dadzą mi jeszcze pospać, lecz jeśli długo nie będę odpowiadać na ich słowa, podejdą sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ujrzą wówczas czerwoną kulkę wstydu w moich ustach, chwilę później odkryją całą resztę. I nic nie będzie w porządku.
Swędzi mnie nos. Nawet tak błaha rzecz urasta teraz do rangi wyzwania. Gdybym mogła, zwyczajnie bym się przecież podrapała, ale zamiast tego odwracam się z brzucha na plecy i ocieram o twarde wezgłowie. Od razu lepiej... Ile bym dała, żeby pozbyć się jeszcze ślinotoku, szumu w głowie albo chociaż zimnych stóp. W ogóle czuję się fatalnie z tym, jak moje wielbione na co dzień ciało jest bezradne wobec byle odrobiny stali. Muszę pozbyć się kajdanek, koniecznie. Niestety mają one to do siebie, że nie da się z nich uwolnić. Nagle nachodzi mnie genialna myśl: gdzieś przecież musi leżeć kluczyk!
Rozglądam się wokół. Teraz rozumiem, dlaczego tata mnie nie zauważył. Rzeczywiście jest cholernie ciemno. Nawet ja z trudem rozpoznaję zarysy w mroku własnych czterech ścian. Podnoszę się z łóżka. Miękki dywan przyjaźnie łaskocze mnie w stopy. Bez obuwia i z moją wagą, kroki są niesłyszalne, toteż powinnam być bezpieczna. Ostrożnie wyruszam na obchód pokoju.
Myśląc nad każdym posunięciem, powolutku idę do przodu. Od czasu do czasu trafiam na kolejne części garderoby: spódnicę, skarpetki, koszulę i… drugą koszulę? Widocznie Tomek wyskoczył w samej kurtce… ale hej! Przecież mam chłopaka! Przestaję się łudzić, że znajdę klucz, wszak ten może znajdować się dosłownie wszędzie – u mnie pod łóżkiem, w kuchni lub w innej dzielnicy Grzeszyna. Mam za to spore szanse na znalezienie telefonu. Gdzie on może być? O ile dobrze pamiętam, nie wyciągałam go z torebki. Unoszę głowę. Prześlizguję się wzrokiem po komodzie. Nic. Tak samo na innych meblach. Zaglądam nawet do szafy, choć nie wiem kiedy miałabym tam coś odłożyć po powrocie do domu. Coraz bardziej zdesperowana, szukam z drugiej strony łóżka, nawet na stoliku nocnym. Kiedy tracę już nadzieję, potykam się o coś i spadam na dywan. Niech to szlag! Normalnie podparłabym się dłońmi, ale w tych okolicznościach siłę upadku przyjmują na siebie kolana, a ja gwałtownym skrętem tułowia w ostatniej chwili ratuję twarz. Ale dało huk! Wyobrażam sobie, że rodzice przerywają wszystkie czynności i nasłuchują. Robię dokładnie to samo. Mija parę sekund, zanim wszystko wraca do normy. Dopiero wówczas zerkam na nogę, owiniętą w ramiączko torebki.
Ustawiam się do niej tyłem i delikatnie rozpinam zamek. W środku jest multum przedmiotów, wszystkie niezbędne. Najchętniej wysypałabym je na dywan, ale obawiam się hałasu. Na szczęście nie muszę wiele szukać – etui ze sztucznej skóry znajduje się na samej górze. Muszę szybko odblokować telefon, Tomek pewnie umiera ze strachu.
Albo nie?
Jedna lakoniczna wiadomość z pytaniem, czy „wszystko dobrze” sprawia mi zawód.
Nic nie jest dobrze, do cholery!
Tylko spokojnie… Pewnie nie chciał spamować, bo powtarzające się sygnały wiadomości mogłyby zaalarmować moich rodziców. Wszystko przemyślał. Stoi teraz gdzieś na podwórku przed kamienicą i czeka na cynk, żeby ruszyć mi na ratunek.
Z kajdankami na rękach postawienie się do pionu to cały proces. Podwijam nogi pod tyłek, po czym wstaję jednym, dynamicznym ruchem. Nabieram wprawy. Podchodzę z telefonem do okna. Żadnych oznak ruchu. Tylko ja mam widok z tej strony budynku, więc po co się jeszcze ukrywa?
Muszę do niego napisać. W tym celu siadam na skraju łóżka, kładę telefon na kołdrze i próbuję pisać. Stukanie po klawiaturze z dłońmi za plecami jest na tyle karkołomne, że nie mam cierpliwości na poprawianie tekstu. Wysyłam z literówkami.
„Prawoe mnoe nakrli . Musisz mipomoc”. – Prawdziwa damsel in distress.
Dobra… gdzie może być ten przeklęty klucz? Przez chwilę mam nadzieję, że może został na blacie w kuchni. Mogłabym zakradnąć się tam w środku nocy. Potem jednak wyobrażam sobie minę taty na widok kluczyka z grawerem Sex Masters i zaczynam się modlić, byle tylko kluczyk nie znajdował się w kuchni. Wciąż nie dostałam odpowiedzi od Tomka, więc piszę jeszcze raz:
„Masz klucz”.
Zimno mi. Muszę założyć majtki. Nie znalazłam żadnych na dywanie, bo w drodze do domu z nerwów cisnęłam nimi w Tomka. „Spokój” to moje drugie imię. Jeśli zaraz nie odpisze, nie będę miała czym rzucić. Na szczęście telefon wibruje dwa razy. Wiadomość:
„Mam. Wszystko będzie dobrze. Wytrzymaj do 10”.
Zaraz mnie krew zaleje. Cały dzień walczyłam nie dla siebie, lecz dla nas; częściowo wręcz dla niego. Jakby mało było nadstawiania karku, nadstawiłam nawet tyłek. I co? Hrabia każe mi czekać do późna tylko dlatego, że nie wypada mu odwiedzić mnie z samego rana?
„Mazs tu natychmiast przyjsc wdrapac sie na dach i wejsc przez pkno!!!” – No proszę, w złości potrafię całkiem szybko pisać. Komunikacja tekstowa ma tę zaletę, że zawsze można się rozmyślić. Ostatecznie kasuję treść. Pytam po prostu, czy nie może rzucić mi klucza przez okno.
„A co, jeśli nie trafię? Wtedy po nas”.
Nie po „nas”, tylko po mnie. To ja zbiorę cięgi, jakich świat nie widział. Niestety, ma trochę racji. Ten klucz to jedyny sposób na uniknięcie kompromitacji. Nie stać mnie na tak wielkie ryzyko.
„Przyjdz o 7”.
Odmawia. Tak myślałam! Zasłania się tym, że będzie mu “głupio” tak wcześnie do nas zapukać. Dociskam go:
„7!!!”
„Przyjdę o 10. Sama chciałaś się tak bawić i jeszcze mówiłaś, że będzie wolna chata”.
Miarka się przebrała. To nie ja tego chciałam, tylko jego popieprzona mamuśka, która za milczącym przyzwoleniem synka wchodzi z buciorami w nasze życie! Mogłam powiedzieć mu prawdę. Nadal mogę. Że to nie ja wymyśliłam te gadżety na prezent. Tylko wtedy złamię dane słowo i matka bez skrupułów uziemi go na amen. Przegrałam. Wiem o tym. Duch Koziołowej unosi się gdzieś w powietrzu. Niemal słyszę, jak ze mnie drwi.
„Bądź o 7:00 albo z nami koniec.” – Tym razem dbam o każdy znak, włącznie z interpunkcyjnymi. Niech wie, że w trakcie pisania ultimatum miałam dość czasu na zmianę zdania i usunięcie wszystkiego w cholerę. Mimo to wysyłam, a następnie wyłączam telefon.
Rozmawianie za pomocą tekstu ma tę wadę, że po wciśnięciu „wyślij” nie ma odwrotu. Co ja zrobiłam?! Niemal od razu żałuję tej decyzji, bo właśnie odtrąciłam jedyną osobę, która mogła mi pomóc. Sama niewiele zrobię.
Przez chwilę leżę tak, pogodzona ze swoim losem. Rozmyślam nad tym, co może się stać. Scenariuszy jest wiele. Jeśli ukochany przybędzie mi na ratunek o siódmej, rodzice będą na nogach od piętnastu, może trzydziestu minut, bo zawsze wcześnie wstają. Zaskoczy ich wizyta Tomka. Pewnie powiedzą, że jeszcze śpię, ale dadzą mu wejść, bo za bardzo go lubią. Wstąpi więc do pokoju i zakończy najgorsze godziny mojego życia, a za paręnaście lat nie będę już tego tak często wypominać. Jeśli jednak przyjdzie o dziesiątej, będę miała czerwone dupsko od skórzanego pasa. Tomek usłyszy rozpaczliwe krzyki na długo przed wejściem na podwórze. Prawdopodobnie zawróci do domu.
Oby mnie posłuchał. Tylko co, jeśli nie? Nie mogę czekać bezczynnie w oczekiwaniu na cud. Muszę jakoś dopomóc szczęściu.
Najpierw potrzebuję majtki. Zanim jednak to, trzeba jeszcze wyjąć ten pieprzony korek. Przewracam się na brzuch, palcami sięgam po końcówkę. Delikatnie pociągam ją do góry. Idzie ciężko, a gdy trafiam na najgrubsze miejsce, wydaję z siebie niekontrolowany dźwięk. Pierwszy raz pomaga mi kulka w ustach, bo bez niej mogłabym ponownie sprowadzić do pokoju ojca. Odpuszczam korek. Gdybym miała w sobie więcej samozaparcia, prawdopodobnie dałabym radę go wyciągnąć. Może nieprędko, ale zawsze. Tyle że jestem zmęczona. Godzę się z ciałem obcym w tyłku i po prostu wstaję z łóżka. Wyciągam z szuflady pierwsze majtki, które nie są stringami.
Założenie ich wymaga anielskiej cierpliwości. Nigdy bym nie pomyślała, że z rękami za plecami życie może być aż tak trudne. Rodzice są już chyba w łóżku, więc pozwalam sobie na odważniejsze wygibasy i po paru minutach majtki trafiają na swoje miejsce. Od razu lepiej! W drodze do łóżka wyjmuję jeszcze z torebki pilnik do paznokci.
W każdej pozycji jest mi niewygodnie. Leżąc na plecach, dociskam zbolałe nadgarstki, zaś na brzuchu ciężko mi się oddycha. Bokiem jest niestabilnie, ale mogę chociaż wygodnie używać pilnika. Próbuję nim przepiłować wybrane spoiwo. Gdyby udało mi się zniszczyć łańcuch, wciąż miałabym na rękach bransolety, ale mogłabym wyjąć kulkę z ust i spokojnie przetrwać do nadejścia pomocy. Po paru minutach zdaję sobie sprawę z bezsensu całej operacji. Mam dość. Koziołowa raczej nie szczędziła grosza na akcesoria, bo nie wyczuwam palcami nawet małej ryski na stali. Może wyjdę do kuchni po nóż? Nie, to nic nie da. Wypuszczony z rąk pilnik bezgłośne ląduje na dywanie.
Chce mi się spać. Marzę o obudzeniu się przy Tomku siedzącym na skraju łóżka. Z niewygody nie potrafię jednak zmrużyć oczu. Nie pomaga fakt, że jeśli chcę zasnąć, muszę zrobić to w takiej pozycji, by rano nie zwrócić uwagi zaglądających do pokoju rodziców. Wiele minut kotłuję się pod kołdrą, zanim udaje mi się dobrze przykryć. Odwracam głowę tyłem do drzwi i chowam ją częściowo pod pierzyną.
Trzy godziny później – a może to dopiero dziesięć minut? – wciąż leżę, jak leżałam. Z tą różnicą, że potwornie chce mi się pić. Poduszkę pokrywa dużo śliny. Niestety nie mam jak uzupełnić płynów. Chcę się nieco przesunąć, ale nagle ktoś łapie za klamkę.
Zerkam dyskretnie w kierunku drzwi. Czarny zarys przeciska się przez wąską szczelinę. Jest za mały na ojca. Posturą przypomina mamę, ale ma zupełnie inną fryzurę. Tajemnicza postać zbliża się niespiesznie do łóżka. Nie, to niemożliwe…
– Widzę, że spodobał ci się prezent. – Głos Koziołowej przyprawia mnie o dreszcze. Niech lepiej nie mówi tak głośno, bo obudzi rodziców!
– Mphm! – Próbuję prosić o ratunek.
– Masz rację, nie ma co przedłużać. – Zdejmuje ze mnie kołdrę. Odwracam się więc na brzuch, żeby ułatwić jej rozpięcie kajdanek. – Zdecydujmy już dzisiaj, czy nadajesz się na żonę dla mojego synka.
Co?! Z niedowierzaniem obserwuję przez ramię, jak starannie, bez pośpiechu składa pierzynę w kostkę i kładzie ją na podłodze. Ma na sobie elegancki komplet z wigilii. Każdym ruchem roznosi woń nachalnych perfum, jednych z tych, których używają tylko starsze kobiety po pięćdziesiątce. Jej zapachy wypychają moje. Ledwo tu weszła, a już wprowadza własne porządki. Nie podoba mi się to. Zwłaszcza od momentu, kiedy siada na skraju łóżka. Dokładnie w tym miejscu, gdzie chciałam zobaczyć chłopaka.
– Nie tylko panowie rozbierali cię wzrokiem, wiesz? Ja też, choć z zupełnie innych powodów. Tomasz zasługuje tylko na to, co najlepsze.
Zaciska rękę na mojej kostce. Wzdrygam się od zimnego, władczego dotyku. Każdy, najdelikatniejszy choćby ruch opuszków zostawia na skórze nieprzyjemny ślad oceny. Nie umknie jej żadna niedoskonałość, żaden pominięty przez ostrze maszynki włos. Dłoń przesuwa się wzdłuż łydki, za kolanem do uda. Momentalnie dostaję gęsiej skórki. Oby tego nie zauważyła, bo kobiety jej pokroju są niczym rekiny – pod żadnym pozorem nie można pozwolić, by poczuły krew. Chcę, żeby przestała, ale mam psychiczną blokadę. Po prostu nie mogę się ruszyć.
– Fiu, fiu, nogi modeleczki… Nie takie krzywe, co u poprzedniej. Jak jej było? Martyna. Ty znasz Martynę, chodzicie przecież do klasy. Dzień po tym, gdy Tomek zasugerował, że ta siksa gotuje lepiej ode mnie, spadła u nas ze schodów. Zawołałam ją do siebie. Biedactwo nie dosłyszało ostrzeżeń przed świeżo umytą podłogą… Złamana ręka; przypadki chodzą po ludziach. Podczas tygodnia w szpitalu skutecznie zohydziłam ją Tomaszowi.
Nie wierzę własnym uszom. To ona stała za nieszczęściem Martyny?! Mój dotychczasowy lęk przerodził się w jawny strach. Tylko dlaczego w ogóle mi o tym mówi?
– Ty nie zrobisz tego błędu, prawda? Wyglądasz na taką, co rozumie swoje położenie – kontynuuje.
– Mhm – udzielam jedynej słusznej odpowiedzi.
Koziołowa, skupiona do tej pory na nogach, przesunęła dłoń jeszcze wyżej. Wstrzymuję oddech. Nigdy nie czułam się równie wykorzystana. To dźga mnie w pupę żylastym paluchem, to zaciska całe łapsko na pośladku. Im mocniej czerpie z dobrodziejstw mojej młodości, tym skuteczniej odbierają mi podmiotowość.
– Sprężyste, jędrne, mięciutkie. Takie, dla których wybacza się inna wady. Najwyższa jakość. Zarówno wizualnie, jak i w dotyku – cmoka zadowolona. – Wcale się nie dziwię, że tak goni za tą dupeczką.
Uwielbiam komplementy, lecz w tych słowach zawarta jest nieopisana pogarda. Sugestia, jakobym nie miała do zaoferowania nic więcej i jestem tylko uroczym zestawem dziur dla synulka. Nie ma prawa mnie tak traktować!
Tylko kto jej zabroni?
Bez żadnego wysiłku obraca mnie na plecy. Odruchowo próbuję zasłonić biust, ale ręce zostają pod plecami. Koziołowa kładzie się bokiem. Jedną dłonią podtrzymuje głowę, drugą zaś kładzie na moim brzuchu. Kiedy tak stuka po nim pomalowanymi paznokciami, mam okazję bliżej jej się przyjrzeć. Nie jest piękną kobietą, za to dobre kosmetyki i życie na wysokim poziomie wyraźnie spowolniły proces starzenia. Ma siłę, spryt, kontrolę nad życiem mojego chłopaka oraz biżuterię, którą sama chciałabym nosić.
Kwestią czasu było, aż złapie mnie za piersi. Nie jestem tym zaskoczona, co jednak wcale nie łagodzi przykrych doświadczeń związanych z egzaminem na doskonałą żonę.
– Przydałyby się o rozmiar większe – krzywi się. – Może jeszcze trochę urosną? Jeśli nie, będą przypominały Tomaszowi, że nie można mieć wszystkiego.
Robię się czerwona na twarzy, w oczach nie mam już strachu, bo wzmaga się we mnie gniew. Gdybym tylko mogła, chyba zdzieliłabym w ten przemądrzały pysk! Tłumaczę sobie, że przecież skoro jestem z Tomkiem, to widocznie jemu się podobam. Jeśli jest taka niezadowolona, niech mnie, do cholery, przestanie obmacywać! Niby są małe, a tak je wyściskuje, jakby próbowała sprawdzić, czy mam chociaż pod spodem wielkie serce…
Moje serce. Nie bije. Co jest, u licha…
Koziołowa wstaje z łóżka. Mówi coś o dyscyplinie i utrzymaniu porządku w pokoju, ale nie słucham jej. Dlaczego moje serce przestało bić?! I skąd w ogóle znalazła się tu ta szmata? Dlaczego wcześniej się nad tym nie zastanawiałam? Próbuję wszystko sobie zracjonalizować, ale nic nie trzyma się kupy. Bez sensu… Tomek raczej nie powiedziałby matce o całym zajściu, a już na pewno nie poprosiłby o pomoc. Gdyby nawet, moi rodzice by jej nie wpuścili. Bynajmniej nie tam, gdzie akurat śpię.
Sen.
Czy ja śnię? Czyżby to wszystko nie działo się naprawdę? Szaleństwo ostatnich scen przywodzi na myśl fazę REM, zwaną snem paradoksalnym. Dzięki wieloletniemu zapisywaniu snów potrafię śnić świadomie, nie opanowałam jednak kontroli nad wydarzeniami ani wychodzenia z marzenia sennego czy – jak w tym przypadku – koszmaru. Nawet jeśli wcale nie jestem zniewolona przez Koziołową, to i tak tkwię w więzieniu własnego umysłu. W świecie pozbawionym logiki czy zależności przyczynowo-skutkowych. Tu nie ma praw, nie ma zasad. Władzę pełni wolna, niczym nieskrępowana fantazja, w procesie nieodgadnionych procesów neurologicznych.
Podczas gdy mama Tomka zgrywa perfekcyjną panią domu, sprawdzając kurz na meblach i porządek w szafach, poznaję na nowo przestrzeń wokół siebie. Pokój wydaje się dziwnie obcy. Znajdujące się na komodzie zdjęcie, na którym przytulamy się z Tomkiem, stoi chyba pod innym kątem, do tego cyferki elektronicznego zegara są rozmazane niczym twarze w Google Maps. Żeby było ciekawiej, za oknem mam widok na morze, choć w rzeczywistości nie mieszkam nawet blisko wybrzeża. Ot, skutek uboczny nocnej utylizacji śmieci na poznawczym wysypisku myśli.
A więc to tylko zły sen. Bardzo zły, wywołujący silny dyskomfort, strach i bezsilność. Muszę się stąd czym prędzej wydostać! „Uszczypnij mnie, ja chyba śnię” – szczypię i nic. W plecy, tyłek, nadgarstki. Próbuję także wbić paznokcie w przedramię, ale nie pomaga. Jest jeszcze jeden sposób. Wystarczyłoby obudzić senne wersje rodziców. Wejdą wówczas do pokoju, przepędzą domniemaną złodziejkę, po czym historia dobiegnie końca. Gdyby tylko nie ten knebel… Poruszam głową to w lewo, to w prawo. Albo mi się zdaje, albo czerwona kulka w ustach nie penetruje podniebienia równie głęboko, co wcześniej. Ponawiam ruchy. Sprzączka z tyłu ewidentnie się poluzowała! W końcu wypluwam z ust irytujący przedmiot. Już mam krzyknąć na pomoc, ostatecznie zakończyć ten horror, gdy nagle Koziołowa przerywa krzątaninę po pokoju. Odwraca się w moją stronę z cienką warstwą kurzu na palcu wskazującym. Widzi, że odzyskałam część swobód. Jej triumfalny uśmieszek odbiera mi pewność siebie.
– Nie podchodź bliżej, bo krzyknę! – ostrzegam.
– No dalej, słonko. Pokażemy tatusiowi, jak się grzecznie bawisz pod jego nieobecność.
– To tylko zły sen. Jeśli to zrobię, znikniesz raz na zawsze.
– Jeśli to zrobisz – poprawia mnie – krzyk twój wyrwie się poza sen, a wówczas pan Malarz przekona się na własne oczy, jaką kurewkę trzyma pod swoim dachem.
– Jesteśmy w REM. Faza ta charakteryzuje się rozluźnieniem mięśni, co zapobiega wykonywaniu nagłych, wynikających z treści snu ruchów. – Teraz to ja się uśmiecham.
– Ale nie wygasa powstałych podczas naszego miłego spotkania emocji, które po przebudzeniu uderzą w ciebie ze zdwojoną siłą.
– Mam knebel.
– Czyżby? A może na jawie też się poluzował? Zaryzykuj. Sama chętnie się przekonam.
Teraz już wiem, o co chodzi. W sennym koszmarze mogę co najwyżej otrzymać parę ran, które odejdą w niepamięć kilka minut po przebudzeniu. Jeśli jednak Koziołowa zmusi mnie do ucieczki w krzyk, być może doprowadzi do mojego realnego upadku. To jej prawdziwy cel.
Krzykiem istotnie zakończyłabym jej żywot, ale nie mogę tego zrobić. Tym samym tracę swój jedyny oręż. Starsza kobieta, wyczuwając moje wahanie, zbliża się do łóżka. Ostatnią wymianę zdań uznaje za zakończoną. To tylko nieistotne didaskalia.
– Jestem zawiedziona. Na dywanie bałagan, w szafach ubrania poskładane w taki sposób, że czeka cię potem ogrom prasowania. Do tego ten kurz… Masz pojęcie, jak to obniża jakość snu u sportowca? – Znienacka łapie mnie za podbródek i ogląda twarz niczym błyskotkę u jubilera. – Na szczęście zdążę cię podszkolić. Zresztą tej buzi też można wiele wybaczyć. No popatrz na siebie… Z taką to można odbierać sportowe wyróżnienia na największych galach, nie to co z tym kanciatym dziwadłem, Krystyną Mak!
Próbuję się wyszarpnąć, ale za mocno mnie trzyma. Świadomość znajdowania się wyłącznie we śnie dodaje mi odwagi. Z oczu strzelam czystą nienawiścią.
– Ja wiem, co oznacza to spojrzenie… Ola, ty masz przemożną potrzebę zrobienia loda! – Chichocze.
Jedynie Tomek wie o tej szczególnej ekspresji mimicznej. Kolejny dowód, że to tylko zły sen. Koziołowa przez moment sprawia wrażenie przyjaznej. Oczywiście nie daję się nabrać. Odwracam od niej wzrok, bo nie mogę dłużej patrzeć na tego babsztyla. Ponad krzesłem, z którego zamykałam okno po ucieczce chłopaka, widzę kojące fale, bujające się w mroku na drzemiącym morzu. Widok ten usypia moją czujność.
– Olu…?
Odwracam się. Starsza kobieta stoi wyprostowana z niemniej wyprostowanym fallusem między nogami. Jest żylasty i zdecydowanie za długi. Nie. Tego już za wiele. Obudź się!
– Zaprezentuj, jak mu dogadzasz.
– Dlaczego miałabym to zrobić? – prycham.
– Jeśli będziesz dostatecznie dobra, zaliczę ci małżeńską maturę bez egzaminu dupnego.
Czy ja się przesłyszałam?! Blednę jak ściana. Do tej pory nawet nie myślałam, dokąd to wszystko zmierza. Nie mam najmniejszej ochoty pokazywać jej, co potrafię. Nachodzi mnie diabelski pomysł. Co, jeśli to nie ja się wydrę, lecz ona? Zbudzi wówczas moich wyśnionych rodziców, a ja obudzę się bez krzyku. Bingo!
Tymczasem Koziołowa wstaje na łóżko. Próbuję się podnieść do odpowiedniej pozycji. Skucha. Ponawiam próbę, lecz tym razem kobieta pomaga mi, ciągnąc do góry za włosy. Pieprzona szmata. Udaję, że mi to nie przeszkadza i siadam wygodnie z kostkami pod pupą. Unoszę się nieco na nogach, dopóki głową nie znajduję się na wysokości penisa. Wtedy wykonuję ruch do przodu. Zamierzam ugryźć ją tak mocno, jak tylko potrafię.
Tylko że Koziołowa w czas pstryka palcami, a biologiczny organ zamienia się w przypinane paskiem, twarde jak kamień dildo. Czuję trzask w podniebieniu i potworny ból, który promienieje aż do czoła.
Zęby. Zęby we śnie to wróżba nadchodzącej tragedii.
Ostrożnie przejeżdżam po nich językiem. Na szczęście wszystkie są całe.
– Jaka waleczna… niech to będzie ta wada, którą wybaczam ci za pośladki. – Koziołowa w ogóle nie jest zdziwiona moim atakiem. Wygląda wręcz na znudzoną, jakby chciała czym prędzej przejść do czegoś ciekawszego.
– Ile on ma centymetrów? – pyta o wymiary Tomka.
Milczę. Jeszcze tego brakowało, żebym rozmawiała z nią o takich rzeczach. Zresztą powiem, że dwanaście, to jeszcze się obrazi. Jak zwykle czego nie zrobię, będzie źle.
– Możesz powiedzieć. I tak wyczytałam to już z twoich myśli, a odmową tylko pogorszysz swoje położenie.
Czy to możliwe, że czyta mi w myślach?!
– Możliwe. – Uśmiecha się serdecznie.
– Dwanaście centymetrów. Niecałe trzynaście. Ale… nigdy nie widziałam większego.
– Dobra odpowiedź.
Koziołowa ponownie pstryka palcami. Z powietrza do wyciągniętej dłoni spada gruby flamaster. Chwyta go z wprawą i od ręki zaznacza na jasnym trzonku trzynaście centymetrów. No nieźle.
– Do dzieła – zachęca prostym gestem.
Nie chcę tego robić. Z drugiej strony, to nie dzieje się naprawdę i jeśli mogę w ten sposób skrócić swoje męki… Koniec końców to tylko zły sen.
Biorę głęboki wdech. Wiem, że muszę to zrobić, ale odczuwam wewnętrzny opór. Kiedy klęczę uniżona przed chłopakiem, jest to normalna kolej rzeczy. Potrafię wręcz czerpać satysfakcję z wielkiego planu natury. Jednak to samo zachowanie przed inną kobietą to niepojęta ujma. Nie ma nic gorszego niż porażka z równą sobie. Zwłaszcza że facet w najgorszym razie egoistycznie dąży do własnej satysfakcji, a kobieta zawsze chce upokorzyć tę drugą. I doskonale wie, jak to zrobić.
Nie chcąc, by przejęła inicjatywę, ostrożnie obejmuję ustami czubek fallusa. Na plecach czuję nieprzyjemne mrówki wstydu. Prostuję się. Trochę, by odgonić emocjonalne owady, a trochę dlatego, że sztuczne tworzywo jest twarde i mało elastyczne. Zazwyczaj nie wystarcza mi czasu na zrealizowanie choćby połowy moich pomysłów, lecz teraz jest inaczej. Nie mam koncepcji na to, co dalej.
– Mogę prosić o zdjęcie kajdanek? – pytam błagalnie.
– Ręką, słonko, to może sobie sam dogodzić. Wyobraź sobie, że jesteś przed Tomaszem i bierz się do roboty, bo ci zaraz pomogę.
Zważywszy na nasze dotychczasowe relacje, jej rada jest zaskakująco pomocna. Ze strachu wsuwam głębiej sztuczny członek. Przez suchotę w gardle porządne nawilżenie choćby połowy wyznaczonej przez Koziołową długości przychodzi mi z trudem. W trakcie całego procesu konsekwentnie unikam kontaktu wzrokowego w nadziei, że ocalę chociaż resztki samooceny. Udaje się. Jestem tylko ja i fallus.
– Ssij – dopinguje.
A co ja robię?
– Ciągnij. Mocniej.
No tak. Koziołowa długimi minutami nie daje o sobie łatwo zapomnieć. Kiedy wreszcie kończą jej się synonimy, wsuwa rękę w moje włosy. Zamieram w obawie przed nabiciem na pal, ale ona tylko podkreśla swoją obecność. Czasami głaszcze po policzku i wzdycha, jakbym dawała jej autentyczną rozkosz. Deprymuje mnie. Wiem jednak, że muszę robić swoje. Jeśli dobrze się spiszę, odzyskam wolność.
Przyzwyczaiłam się do sztywności strap-ona, co pozwala mi złapać rytm. Nie poruszam się już na czwartym centymetrze, dawno przesunęłam się bliżej ósmego lub dziewiątego. Ciągłej stymulacji poddawany jest nie tylko sztuczny penis, lecz także moje podniebienie, czego efektem jest dodatkowa ślina. Pojawiają się odgłosy. Nie dużo, ale zawsze coś. Chyba świetnie sobie radzę.
– Dla takiego lachociąga zawsze będzie chciał wrócić do domu… – Koziołowa jest tego samego zdania.
Gryzie mnie coś w słowie, jakim mnie nazwała. Chciałabym się na niej odegrać, ale przytomnie dochodzę do wniosku, że nie ma lepszego sposobu niż wyrwanie się z jej sideł. Do tego muszę wspiąć się ustami na wyżyny swoich możliwości.
Od pewnego czasu próbuję wziąć Tomka w całości. Jeszcze nigdy mi się nie udało, choć niewiele brakuje. Teraz, gdy mam świadomość przebywania we śnie, nie muszę się ze sobą pieścić. Działam szybciej, z większą determinacją. Mam jeszcze około dwóch centymetrów do kreski narysowanej przez Koziołową. Ta niewielka odległość będzie najtrudniejsza do pokonania. Próbuję się zrelaksować i z każdą kolejną próbą dotrzeć chociaż odrobinę dalej. Krztuszę się raz po raz, ale odnoszę wrażenie, że fallus wchodzi coraz głębiej. Brakuje mi już tak niewiele… Wpycham go najdalej, jak potrafię, po czym obracam lekko głowę, próbując wkręcić brakujące milimetry. Udało się! Triumfalnie zaciskam usta na kresce, symbolicznej linii mety. Do oczu napływają mi łzy. Pomimo maksymalnego wypełnienia, ze wzrokiem uniesionym ku matce Tomka, udaje mi się zrobić coś na kształt uśmiechu. Ona nie wygląda na szczęśliwą.
Niedługo pozwala mi nacieszyć się sukcesem. Wysuwa oślinione dildo z moich ust, po czym strzela z liścia w policzek. Od siły uderzenia przewracam się na plecy. Jestem tak oszołomiona, że nie wiem jak zareagować!
– Co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że jesteś tutaj gwiazdą? Nigdy więcej nie bierz go w całości! – poucza mnie.
– Przecież on to lubi. Albo raczej marzy, żebym wreszcie zdołała mu tak zrobić.
– Tu chodzi o coś więcej niż chwila przyjemności. O ego. Od dzisiaj tylko udajesz, że próbujesz go połknąć. Zatrzymujesz się przed końcem nasady, a potem opowiadasz mu, jaki jest bezkreśnie ogromny. Zrozumiano?
– Nie. – Bezwzględna stanowczość w głosie dziwi nawet mnie samą. – Jeśli mam dzielić łóżko z Tomkiem, nie będzie w nim miejsca dla chorej mamuśki. Zamierzam robić to, co chcę. Zrozumiano?
– Ach, tak? – Siada mi na brzuchu i patrzy na mnie z góry. Jest cięższa niż sądziłam. Z trudem łapię oddech. – Wydaje ci się, że jak masz słodką buźkę, to możesz do mnie pyskować?
– Tak! – odpowiedziałam odrobinę za głośno. – I wiesz co? Mam już dosyć twoich przytyków. Pogódź się, że nigdy nie byłaś i nie będziesz tak ładna, jak ja, zazdrosna żmijo.
W moich żyłach, zamiast krwi, płynie tyle wysoce toksycznego jadu, że mogłabym dogadywać Koziołowej godzinami. Dobra myśl! Zatruję jej życie. Niech sama poczuje się uwięziona ze mną we śnie. Co za podła, bezczelna…
– Sss… – syczę z bólu.
Koziołowa łapie mnie za sutki i pociąga w górę. To jest cios powyżej pasa. Wie, że mam rację, dlatego musi uciekać się do przemocy. Świadomość tego dodaje mi determinacji. Silę się na uśmieszek.
– Natychmiast to odszczekaj! – rozkazuje.
– Faza REM trwa od dziesięciu do trzydziestu minut, w zależności od cyklu. Nie wiem ile zostało, ale jeszcze moment i wracam do rzeczywistości. Obiecuję ci, że gdy z tobą skończę, będziesz widywała synka tylko w wigilię. Co dwa lata!
Koziołowa nie odpuszcza. Z mojej zastygłej w grymasie, napiętej twarzy powoli znika wola walki. Przekornie wydaję z siebie ciche pomruki świadczące o tym, że nie zamierzam się poddać. Próbuję nawet kopać, ale gdy tak na mnie siedzi, jest to kompletnie niemożliwe.
– Taka mądra, a nie wie, że sen załamuje czasoprzestrzeń…
Elektroniczny zegar, wcześniej rozmazany, teraz wyraźnie wskazuje ósmą rano. Niedługo jest mi dane na niego patrzeć. Szarpię się mimowolnie, bo Koziołowa zaczyna wykręcać mi sutki. Jestem zrozpaczona. Nie mam szans dźwignąć jej cielska! Wyginam się w łuk, ale nie przynosi to ulgi w bólu. Po czole spływa mi pot, dyszę ciężko w agonii. Do tego zegar cofnął się o pięć godzin! Jak mogłam być taka głupia! Przecież każda minuta realnego snu może trwać sekundę, godzinę albo całą wieczność. Nie mam wątpliwości, że jeśli czegoś nie zrobię, Koziołowa skaże mnie na to ostatnie…
– Może i sen jest fikcją, za to twój ból całkowicie prawdziwy. Magiczne słowo – rozkazuje.
Prędzej umrę, niż ją przeproszę. Ani myślę jej słuchać, więc dokręca mi śrubę. Tym razem w drugą stronę. Liczby na zegarze zaczynają wariować. Rosną w zastraszającym tempie aż do momentu, gdy na wyświetlaczu widnieją same ósemki. Mrugają wściekle, jakby lada moment wyświetlacz miał wybuchnąć. Szeroko otwieram usta, bo ból jest nie do zniesienia. Bezgłośne dotąd odgłosy są słyszalne w całym pokoju. I oby tylko tu.
– Magiczne słowo! – powtarza.
– Przepraszam…
Co za ulga… Zmęczenie okazuje się zbawienne, bo skupiona na ciężkim oddechu, nie przeżywam zanadto odniesionej porażki.
– Wybaczam, ale nie zapominam. Bielizna nie będzie ci dłużej potrzebna.
Koziołowa obraca mnie na brzuch i chwyta za materiał. Uprzedzona o jej zamiarach, kurczowo zaciskam palce na majtkach. Ciągnie i szarpie z całej siły; wszystko na nic. Coraz bardziej poirytowana, prycha gniewnie, klnie coś pod nosem. Ale się wkurzyła! Maleńkie zwycięstwo sprawia mi wielką satysfakcję. Szkoda, że po chwili namysłu przenosi swoją złość bezpośrednio na mnie. Bezlitośnie wykręca mi palce, aż kości trzeszczą. Pod nieustannym naciskiem stopniowo luzuję chwyt. Wystarcza, że na ułamek sekundy tracę czujność, by rozebrała mnie do naga.
Bodaj przez całą wizytę Koziołowej nie czułam tak palącego wstydu. Nie chodzi nawet o goliznę, co korek, którego wcześniej nie chciało mi się wyciągać.
– Dopiero go dostałaś, a już nie potrafisz się z nim rozstać… – nabija się. – Będę musiała go na chwilę wyjąć.
Ku mojemu zaskoczeniu, robi to delikatnie. Posuwa mnie korkiem z anielską cierpliwością, obracając go to w lewo, to w prawo. Pieści się ze mną nawet bardziej niż ja wcześniej. Z trudem przyznaję przed sobą, że robi to lepiej od Tomka. Paradoksalnie, jej szacunek do moich uczuć jest niezwykle niepokojący. Pierwszy raz od dawien dawna nie mam w sobie żadnego przedmiotu. Stan ten pewnie nie potrwa długo. Jest takie powiedzenie: „życie nie znosi próżni”. I rzeczywiście. Rozwiera mi pośladki i ogląda ze wszystkich stron.
– Nieużywka? To mi się podoba – komentuje.
– Tak – mruczę.
Poprawia się na łóżku, intensywnie nad czymś myśli.
– Kiepsko zaczęłyśmy, ale może spróbujemy od początku? – Koziołowa rzuca zaskakującą propozycję niczym koło ratunkowe. – W geście dobrej woli przyniosę lubrykant, dobrze?
Więc to naprawdę się wydarzy. Już nawet nie chce mi się walczyć. Zaczynam pochlipywać. Nurt sennej opowieści tłumi świadomość, przez co muszę sobie przypominać, że to tylko zły sen. Wiedza ta wcale nie zdejmuje jednak ładunku emocjonalnego.
– Dobrze…
Koziołowa podnosi się z łóżka. Dlaczego nie przywołuje lubrykantu magicznym gestem? Nie wiem, ale mam to gdzieś. Czekam, aż cichaczem opuści pokój, po czym zrywam się na równe nogi.
Co za idiotka!
Odkąd zrozumiałam, że potrafi zaglądać mi do głowy, bałam się nawet mentalnie szkicować swój plan. Teraz, gdy zostawiła mnie samą, wchodzę na krzesło pod parapetem i z mozołem otwieram okno. Mroźny wiatr owiewa moje zroszone potem ciało, gęsia skórka ponownie oblewa ramiona. Wzdrygam się. Ostrożnie staję w ramie okna, choć ostrożność to tylko pusty rytuał. Lśniący od mrozu chodnik na dole, o który zaraz się rozbiję, to furtka do ucieczki z krainy absurdu.
W tej samej chwili Koziołowa wraca do pokoju. Nie waham się ani sekundy – rzucam się w próżnię.
Długo musiałam czekać na jej błąd, lecz teraz słodycz triumfu rozgrzewa mnie od środka. Wolna jak ptak, lekka niczym piórko. Mimo to ostro przecinam powietrze. I dobrze. Tuż przed zderzeniem z ziemią serce skacze mi pod gardło, a w oczy zagląda strach, mocno zaciskam powieki.
Spadam na coś miękkiego. Zbyt miękkiego. Pod spodem chrzęszczą sprężyny, a ja odbijam się swobodnie od materaca jak piłka, nim przylegam brzuchem do ciepłego materiału. Coś jest nie tak…
– Trochę się przewietrzyło, od razu lepiej. – Komentuje Koziołowa, zamykając okno. – To co, gotowa?
Nie wierzę w to. Nie, nie, nie! Nie odpowiadam jej. Nie mogę pogodzić się z tym, że wróciłam do punktu wyjścia. Nawet nie zamierzam. To niesprawiedliwe. Jestem obrażona na świat i nie będę dłużej brała w tym udziału. Niech się dzieje, co chce.
Leżę w bezruchu ze wzrokiem wbitym w ścianę, bez najmniejszego zamiaru interakcji z otoczeniem. Koziołowa przygniata mi uda swoim ciężarem i polewa obiecanym lubrykantem. Ze wszystkich sił staram się zignorować jej palec. Au! Palce… Nim się obejrzę, przykłada dildo. Próbuję zachować zimną krew, ale zdradza mnie drżące ciało.
– Podobno o seksie analnym wiesz tylko tyle, że bardzo boli. – Koziołowa próbuje nawiązać kontakt. – Bez obaw. Wiesz wszystko, co trzeba.
– Aua! – Bez kontroli wyrzucam z siebie ćwierćkrzyk.
Przytomnie wgryzam się zębami w prześcieradło, dzięki czemu tkanina chłonie moje łzy i stłumione jęki. Koziołowa wchodzi we mnie bez pośpiechu. Wolę nie wiedzieć, co by się stało, gdybym nie zdobyła u niej tych paru plusów. Mimo to jest mi ciężko, bo paskudne pieczenie rozlewa się po całym ciele. Nieuchronność doznań potęguje poczucie bezradności. To coś, do czego nie da się przyzwyczaić.
– Nie musisz tego polubić. – W głosie Koziołowej nie słyszę ani krzty zmęczenia. – Nawet lepiej, jeśli ci się nie spodoba. Wystarczy, że od czasu do czasu przypomnisz mu w ten sposób, do jak wielkich poświęceń jesteś gotowa.
Po moim trupie!
Ledwie dokańczam myśl, a moich uszu dobiega znajome pstryknięcie palcami.
Pozornie nic się nie zmieniło, ale jestem usztywniona jak przed penetracją. Koziołowa od początku ustawia się przy mnie ze strap-onem. Dildo jest gotowe do akcji, przełykam ślinę. „Sen załamuje czasoprzestrzeń”, a ona wygina go dowolnie na swoją modłę. Skoro cofnęłyśmy się w czasie, to znaczy, że…
… Drugi raz wchodzi we mnie po raz pierwszy.
Wbijam zęby w prześcieradło.
– Nie musisz tego polubić… – mama Tomka powtarza swoją kwestię, a do mnie dociera, że jest zupełnie na odwrót.
„Może i sen jest fikcją, za to twój ból całkowicie prawdziwy”. Jeśli chcę przetrwać, muszę nauczyć się z nim żyć.
Zaciskam zęby jeszcze mocniej. Wytrzymam, dam radę! – dopinguję się. Koziołowa robi co w jej mocy, by nie ułatwić mi życia, ale paradoksalnie, z każdym pchnięciem jest trochę łatwiej.
– Wiedziałam, że ci się spodoba – triumfuje. – Wszystkie kurewki to lubią.
Warczę zwierzęco, pełna furii, ze wszystkich sił próbując znieść potworne pieczenie. Ledwo docierają do mnie jej słowa. Najbardziej boli myśl, że Koziołowa mnie skurwiła. Że okazała się sprytniejsza. Przegrałam. Ręce wciąż mam spętane za plecami. W przypływie sprawstwa wystawiam jej środkowe palce. Tymczasem nieznana siła wyciąga prześcieradło z moich ust.
Materiał jest chyba za twardy na prześcieradło… to knebel, siłą zaś – Tomek! Widzę go niewyraźnie przez zmęczone oczy. Kuca nade mną z zatroskaną miną. Coś mówi, ale słyszę tylko własny oddech, świadczący o tym, że za długo nurkowałam we własnych lękach. Miałam zły, bardzo zły sen, na próżno jednak próbuję przywołać go z pamięci.
– Zrobić wam kawę? – Mama wściubia głowę w szczelinę między drzwiami a futryną.
W całości zakryta kołdrą, kiwam tylko głową, żeby nie zdradził mnie drżący głos. Zostajemy z Tomkiem sami. Obchodzi łóżko i zagląda pod kołdrę. Zamiast od razu zdjąć mi kajdanki, rozchyla pasek majtek.
– Też masz niedosyt? – komentuje korek.
Nie mogę uwierzyć, że pozwala sobie na głupie teksty. Nie to jest jednak najgorsze. Gdy wyczytuję na zegarze dziesięć po jedenastej, łzy cisną mi się do oczu. Zostawił mnie do późna, wbrew moim groźbom.
Dowiodłam Koziołowej mojego poświęcenia; jeszcze wczoraj gotowa byłam zrobić dla Tomka wszystko. Choć trudno w to uwierzyć, nie chcę mieć już z nimi nic wspólnego. Odkaszluję, żeby poprawić głos:
– Po prostu mnie uwolnij.
I wynoś się w cholerę.
Drogi Czytelniku, przeczytałeś do końca? Pozostaw po sobie komentarz. To najlepsza nagroda dla twórcy. Jeśli opowiadanie przypadło Ci do gustu, zapraszam do innych tekstów z Veersum!
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz