Pamiętnik Marty cz. 1

Robocze:
Autostop
1
- Uprzedzę twoje pytanie. Czy boję się wracać z pracy autostopem...? Ależ oczywiście, że często mam obawy... Ja, sama kobieta, słaba... a kierowcy to często chłopy na schwał, jak nie przymierzając - ty.
- Hmmm...
-  
2
Jadąc - fantazjuję. Czy to nie byłoby ekscytujące, gdyby ten typ nagle złapał mnie za kolano?
- Nie boi się pani tak sama jechać z nieznanym mężczyzną?
- Ojej... czyżby pan coś sugerował?

- Ależ taka słaba kobietka, jak ja, nie miałaby najmniejszych szans...
-Co by pani zrobiła?
- Chyba nie miałabym innego wyjścia, jak tylko ulec...
- Nie broniłaby się pani?
- Oczywiście, że broniłabym się... ale coś czuję, że mój opór byłby szybko przełamany...
Zastanawiałam się jak dalej prowokować.
- Tylko niech pan nie skreca do lasu.
Nie planował, więc podjudzałam
- Tylko naprawdę niech pan nie skręca, bo naprawdę będę musiała ulec...
Nie do końca przekonany - skręcił.

- Tylko niech pan nie każe iść mi na tylnie siedzenie.
- Czy jeśli zrobię panu dobrze ustami... zaniecha pan, aby  
- Alez jest pan okrutnikiem! W pańskim wzroku widzę, że musze panu dać...

ZA PIENIĄDZE
Do tej ważnej konferencji w Warszawie przygotowywałam się kilka tygodni. Sprawiłam sobie specjalnie śliczną garsonkę. Spódnica nie za krótka, ale gdy siadałam - efektownie ukazywała kolana.
Góra również w sam raz. Dekolt nie jakiś manifestacyjny, stonowany, ale jednak ślicznie prezentował rowek między mymi półkulami i ujawniał, że mam co nosić w staniku...
No i cóż. Spóźniłam się na autobus! Za długo przed lustrem poprawiałam makijaż. Ta szminka zbyt wyzywająca, ta zbyt mało eksponująca usta... No i spóźniłam się!
Nie pozostawało mi nic innego, jak łapać stopa. Gdy po jakiejś chwili zatrzymała się całkiem wypasiona limuzyna, postanowiłam oczywiście do niej - nie wsiadać... Siedziało w środku dwóch młodych mężczyzn... Miałam swoje zasady, w takich wypadkach - nie wsiadałam. A co, gdyby przyszło im do głowy nagle gdzieś skręcić i mnie zgwałcić? Ja, słaba kobietka, z dwoma facetami - nie miałabym najmniejszych szans.
A jednak moje wewnętrzne ja rozkazało - "Wsiadaj, głupia cipo! Widzisz, jaka to droga fura? Może to okazja by poznać całkiem  


POCZĄTEK

Pomyślałam sobie, że skoro tyle osób pisze pamiętniki, to dlaczego ja mam nie napisać?
Ale chciałabym, aby ten był wyjątkowy - uwzględniał tylko jeden aspekt mojego życia - erotyczny. W końcu erotyka w moim życiu odgrywa tak ważną rolę...

Od kiedy pamiętam, zawsze uwielbiałam się podobać mężczyznom, jakbym chciała ich zachęcać – „posiądźcie mnie”… Dlatego właśnie bardzo dbałam o wygląd, szczególnie – strój. Koniecznie chciałam być elegancka i kusząca. Co nie znaczy, że zakładałam mini o przesadnie skąpej długości, czy bluzki z dekoltami do pępka. O nie! Dalece obca była dla mnie taka „dziwkarska wulgarność”, tym bardziej że nie przystoiła ona również elegancji… Dlatego miast króciuchnej kiecki wolałam zakładać długie spódnice, z wysokim rozcięciem, dyskretnie odsłaniające moje udo, miast nachalnego dekoltu, wolałam czasem bluzeczkę z niesfornym guziczkiem, zbyt często się rozpinającym, tylko po to, by wykazać z jak misternej i seksownej koronki uszyty jest biustonosz.
Od zawsze też dbałam o wyszukane wyroby, noszone tam, czego nie widać, gdyż skrywa to spódnica… czyli pończochy i majtki, a także pas do pończoch. Jakąż frajdę sprawiała mi rozmowa z mężczyzną i świadomość, że on nie wie co noszę pod spódniczką…  I że nawet nie wie, jak bardzo chciałby wiedzieć! A są to często stringi z delikatnej koronki jak mgiełka! Tudzież nie mniej finezyjne manszety pończoch z misternymi wzorkami.
To dlatego, tak szybko podniecałam się, podczas rozmowy z mężczyznami…
Zawsze starannie malowałam usta i pazurki, nigdy nie zapominałam o biżuterii, by także w ten sposób podkreślić swą urodę i nadać jej jeszcze bardziej kobiecy charakter.

Kolejnym atrybutem mojego erotyzmu, była fascynacja pewnego rodzaju aspektem przemocy. Od zawsze podniecała mnie myśl, że jestem zdobywana, nagabywana, brana bez pytania mnie o zgodę…
Może to efekt czasów szkolnych, gdy jako pierwsza w klasie zaczęłam nosić biustonosz… Chłopcy uwielbiali „strzelać” mi ze stanika. Z czasem pozwalali sobie na coraz więcej. Wytypowali mnie i Anię, jako dwie najatrakcyjniejsze dziewczyny w klasie i na nas skupili swe niecne poczynania. Urządzali sobie na nas „napady” – czyli chwytali którąś z nas i zaciągali w ustronne miejsce, najczęściej do toalety dla chłopców, po to, by tam się nad nami poznęcać, czyli – jak to określali – „zmacać”.
Oczywiście piszczałyśmy wniebogłosy, wzywając ratunku, rzecz oczywista, zazwyczaj – nadaremno.
Oczywiście, mimo wyrażanej całej rozpaczy, w głębi ducha byłyśmy arcyszczęśliwe, że to my zostałyśmy wybrane – nasze koleżanki niewątpliwie nam zazdrościły. Zaś my, prowadzone, jak cielątka na rzeź, doskonale zdawałyśmy sobie sprawę, co nas spotka – że niecierpliwe łapki nabuzowanych hormonami chłopaków wedrą się dosłownie wszędzie… I pod nasze bluzeczki… i pod nasze spódniczki… Nie będziemy ich w stanie powstrzymać, gdyż nasze dwie słabe, dziewczęce  rączęta, przegrają zmagania z kilku parami młodzieńczych łapsk… Które nie spoczną po pokonaniu naszych bluzeczek i spódniczek… dostaną się także, pod nasze staniczki i… majteczki…
Wszystkie nasze wypukłości, a także wszelkie zakamarki, zostawały solidnie spenetrowane...  
Niektórzy chłopcy okazywali się być delikatni, ale niektórzy - ani trochę. Ci potrafili dać się nam we znaki... Ściskając... i wciskając... Ugniatając... a nawet szczypiąc...
Mogłyśmy jedynie popiskiwać i pojękiwać...
Jednak na koniec, mimo że nieco obolałe i w pogniecionych spódniczkach i wymiętych bluzeczkach, wracałyśmy z tych miejsc - przeszczęśliwe...

Paradoksalnie, podobna sytuacja spotkała mnie dużo później, gdy już byłam początkującą nauczycielką. Dziewczynki poskarżyły mi się, że chłopcy rozpinają im staniki, wciągają do męskiej toalety… Postanowiłam zareagować i wytropić nicponi. Gdy weszłam do WC dla chłopców, nagle zgasło światło! Schwyciły mnie jakieś ręce w silnym uścisku. Nie miałam pojęcia jak zareagować, zaskoczenie odebrało mi głos, wiec nawet nie pisnęłam – w przenośni i dosłownie. Oszołomiona nie zareagowałam, gdy jakieś zwinne ręce rozpięły, przez bluzkę, mój stanik!
Usłyszałam potem chichot i tupot nóg i w jednej chwili zostałam tam sama.
Wychodziłam z męskiej toalety z rozpiętym biustonoszem… czułam się taka upokorzona… i to przez gówniarzy… ale i podniecona.
Na drugiej przerwie znowu tam poszłam… Ciągnęło mnie jak ćmę do ognia… I znów powtórzyła się scena. Zgasło światło. Znów poczułam chwyt kilku par rąk, jednak tym razem wydobyłam z siebie głos.
- Przestańcie... - z przerażeniem spostrzegłam jednak, że ton tego głosu nie brzmiał przekonująco.
Odpowiedział mu chichot.
Tym razem nie rozpięli mi stanika... Za to poczułam, że coś dzieje się z moją spódnicą! Tak. Zadzierają mi ją!
Poczułam się, jak przed laty, gdy chłopcy zaciągali mnie do swego kibla, by mnie tam dotykać, czy jak mówili - "zmacać"...
Miałam nadzieję, że teraz, wobec nauczycielki, nie dojdzie do takiego aktu naruszenia cielesnego.
Z jednej strony, potwornie się tego bałam, lecz z drugiej... przypomniało mi się to samo uczucie co niegdyś... Niezwykle podniecające... Poczułam dziwne pragnienie, że chcę tego... Chcę poczuć ich dłonie na swym ciele. Mało tego. Chcę, żeby były niedelikatne!
Jednak na to się nie odważyli, przez chwilę trwali bez działania, jakby nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Aż wreszcie, w pewnym momencie jeden odważył się - chwycił moje majtki i szarpnął je w dół. Poczułam, że opadły do kostek.
Nic nie oddałoby tego wstydu, który nagle poczułam. Stałam oszołomiona, gdy oni wybiegli z łazienki. Tych kilka sekund, gdy z powrotem naciągałam majtki na tyłek i przywracałam do ładu zadartą spódnicę, wydawały mi się wiecznością. Byłam niemal pewna, że zaraz zobaczą mnie uczniowie i nauczyciele z podciągniętą kiecką i gołą cipką...
Uczuciu upokorzenia, wręcz poniżenia, dorównywało jednak potężne podniecenie...

A tu - część robocza - do wesela:
No przesadziłam z tą kiecką na wesele. Ma stanowczo za duży dekolt... za dużo pokazuje moje cycki...

Posadzono mnie obok dwu wolnych mężczyzn. Natycmiast skojarzyli mi się z bohaterami seriali telewizyjnych - jeden to wypisz - wymaluj - Czerepach z Rancza, drugi to Paździoch z Kiepskich.

Czerepach
- Oprowadzę panią po okolicy. O w tamtych, dawniej szopach - dziedzic zaciągał tam dziewki służebne. Celowo wybierał takie z najbiedniejszych rodzin, albo takie bez ojca, żeby mu się nie stawiały.
- O Boże! Biedne dziewczęta... Pewnie bezlitośnie wykorzystywane...
- A tak... pdobno je lubił zawstydzać... upokarzać...
- Boże! Co on im robił?!
- No... nie przyznawały się... to że je chędożył, to pewne... Chyba lubił im dawaćklapsy... mocne klapsy... To że musiały przed nim podciągać spódnice... to już samo w sobie... A może musiały mu... no wie pani... brać jego męskość do ust...
- Co za czasy... a co się działo z tymi dziewczętami?
- Nie mialy łatwej doli. Raz, że we wsi były traktowane, jako "popsowane" przez pana, więc nie miały szans na zamążpójście... a wie pani... wtedy niewiasta bez mężczyzny... cóż mogła...
- A nie zdarzało się, że potem... chodziły z brzuchami?
- Ależ oczywiście! Podobno niejednej zmajstrował pacholę...
- A wtedy?
- Cóż... gonił natychmiast z dworu! Podobno skromną im wtedy dawał odprawę...
- Matko! Gdzie takie dziewczyn trafiały?
- Może się pani domyśleć... na pewno nie zostawały na wsi. Wędrowały do miasta. A tam... z dzieciakiem... tylko wybranki losu trafiały na służbę... Inne do domów uciech. - Wypowiadał to jakby z wielką satysfakcją. Delektował się słowem. - Czekal je los prostytutki...

Sama zdziwiłam się, dlaczego ta rozmowa z Czerepachem tak mnie podniecała. Wyobraziłam sobie, że jestem taką folwarczną dziewką, która musi przed panem zadrzeć spódnicę... Następnie, w celu zmuszenia mnie do posłuszeństwa - dostaję silne klapsy na goły zadek... Wreszcie - wtedy na wsi to musiało być upokorzenie - klękam przed dziedzicem by wziąć do buzi i ssać jego fiuta! Wreszcie... zostaję tęgo wychędożona... Bolejąc nad moim losem - wszak straciłam rzecz bezcenną - mój wianek.

- Co się pani tak zamyśliła? - Budzi mnie piskliwy głosik Czerepacha. - Czyżby zadumała się pani nad losem tych biednych niewiast?
- Owszem... - Odpowiedziałam, oczywiście nie dodając, że wyobraziłam sobie, jak trzymając się za bęben, zmierzam do miasta, by trafić do jakiegoś obskurnego domu publicznego, jako ladacznica...
- A wie pani... że nasz łapserdak zbrzuchacił też pewną guwernantkę? Podobno porządna, cnotliwa pani nauczycielka francuskiego, a przyprawił jej brzucha!

- Chce pani zobaczyć? Tam zostało łoże po starych czasach.

Paździoch

Historyczka

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 2027 słów i 11465 znaków, zaktualizowała 15 wrz o 7:22.

5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • enklawa25

    <3

  • Jedrekmast1973

    Oczywiście wszystko co piszesz jest prawdą...

  • Historyczka

    Uwaga! To opowiadanie piszę na bieżąco, co jakiś kwadrans dodaję nowe kwestie, więc nie myślcie, że skończyłam... :)

  • HeheheCO

    Interesujące. I bardzo ciekawe, w sumie jak wszystkie twoje opowiadania.

  • Historyczka

    @HeheheCO Dziekuję! A co ciebie tu najbardziej zaciekawiło?

  • HeheheCO

    @Historyczka nie ma co! No, ogólnie to twój styl pisania jest bardzo oryginalny, przez co ciekawy.

  • Jakub

    kapitalnie oddany klimat...