Love me like you do cz. 21

- Kiepski w tym jestem – żachnął się, gdy ta już założyła łyżwy, lecz ten bynajmniej nie nosił się z takim samym zamiarem – pamiętasz może, jak poszliście kiedyś na łyżwy całą grupą, a ja do was dołączyłem? No to widziałaś, jaki ze mnie łamaga.
- To cię co nieco nauczę, no chodź – upierała się przy swoim.
- Ale będziesz wtedy miała przyjemność z jazdy! Fiu, fiu! – wywrócił oczami – idź, a ja popatrzę zza bandy.
- To w takim razie sama nie będę za czyjąś kasę! – usiadła na ławce z zamiarem zdjęcia łyżew.
- Rany, kasa to się zmarnuje! Już wszystko opłacone, właź na lód! – warknął, celując palcem w gładką taflę.
- To ja też będę patrzeć na innych. Bez ciebie nie wchodzę – odparowała, zadzierając głowę do góry.
- Jeny, i weź tu z babami…! – wymruczał do siebie, ale mimo to zapłacił jeszcze za siebie i także przywdział łyżwy – jak się zabiję, przekaż chowającym mnie moją ostatnią wolę. Chcę, żeby mi nad grobem zagrali „My desire” Interpol’u – burknął, gdy już zmierzali do wejścia na lód.
- Czemu akurat to? – zaśmiała się niepewnie.
- Bo ja wiem? Mój ulubiony song.
- Nie chcę wiedzieć, dlaczego – mruknęła do siebie, po czym wzięła go za dłoń, by pomóc mu złapać pion na śliskiej powierzchni – jak coś, to ja też nie jeżdżę za dobrze – przyznała, będąc już na tafli.
- I dopiero teraz to mówisz?! – spanikował i już na wstępie wywinąłby orła, lecz „nauczycielka” przyciągnęła go do siebie, dzięki czemu mógł bezpiecznie wczepić się w jej ramię.
- Ale chyba lepiej od ciebie! Co się cykasz? – wybuchła śmiechem.
- No zabawne, wiesz?! Nie umiem nawet ustać! – pisnął, z trudem panując nad rozjeżdżającymi się nogami.
- Moglibyście podać sobie z Tanją ręce w tej kwestii – jest tak samo kiepska, jak ty – śmiała się dalej, biorąc go pod ramię.
- Ale zabawne! Będziesz miała mnie na sumieniu! – ledwie to powiedział, a już stracił równowagę i przewrócił się do tyłu, ciągnąc za sobą towarzyszkę. Kaari upadła obok, parskając tak głośno, że ściągnęła na siebie uwagę pozostałych uczestników zabawy.
    Wśród nich była dziewczynka w okularach, która przyszła tutaj ze swoim tatą. Rozpoznawszy w „głośnej pani” znajomą twarz, czym prędzej podjechała do rodziciela, który ślizgał się bliżej bandy, i rzuciła mu coś na ucho. Mężczyzna podążył za jej wskazówką i natychmiast nadział się na sylwetkę swojej byłej – panny Venerinen. Widząc ją w towarzystwie Jyrkiego, taką rozbawioną i do tego mierzącą go „maślanym” wzrokiem, gniewnie zmarszczył brwi. I ona zarzekała się, że wcale nie zrywa z nim z powodu tego drugiego? „Żałosna krętaczka”.
- Ten pan, to jej mąż? – dopytywała zaciekawiona Julia.
- Nie, tylko podrzędny oszust. Taki sam, jak ona – mruknął z niesmakiem Arvo.
- A co to znaczy? – zmarszczyła czoło.
- Nieważne. Jak kiedyś spotkasz takiego pana, osobiście ukręcę mu łeb – ojciec wystawił do niej dłoń.
- Ale dlaczego? – dopytywała ciekawska córka.
- Nieważne, chodź, bo niedługo zamykają.
- No wstawaj! – tymczasem rozbawiona „krętaczka” usiłowała podnieść kolegę z lodu.
- Nie mogę! Już nie złapię pionu!
- Rany, normalnie Tanja w wersji męskiej!
- Mówiłem, że tak będzie! Zostaw mnie i jedź sama – westchnął, zasiadając na zimnym lodzie.
- Słyszysz? – nagle zastygła w bezruchu.
- No jakaś denna muza dla mas, i co? – wzruszył ramionami, rozpoznając w tle utwór Black Eyed Peas „Meet me halfway”, bardzo przed kilkoma laty popularny. No, ale ciężko byłoby oczekiwać w publicznym miejscu hard rocka, bądź metalu. Nawet w Suomi.
- Nie lubię zespołu, ale ten song akurat tak! – rozpostarła ramiona i zrobiła obrót wokół własnej osi.
- No to się baw! Mnie tam nie leży – podjął kolejną próbę podniesienia się z (dosłownie) lodowatego podłoża.
- Oj, już nie bądź taki książę ciemności! – zrobiła wokół niego „rundę”, aż zakręciło mu się w głowie od śledzenia jej sylwetki.
- Dobra jesteś! Trzeba było iść w kierunku jazdy na łyżwach – pochwalił zachwycony.
- Bez przesady – zahamowała gwałtownie – pomogę ci, biedaku, bo się jeszcze odmrożeń nabawisz – dodała ze śmiechem i pociągnęła go w górę.
    Po kilku nieudanych próbach wreszcie poderwała go do pionu, lecz przypłaciła to niemal własnym upadkiem, gdyż oczywiście na nią wpadł.
- Widzę, że dałem ci za mało lekcji, jeśli o muzykę chodzi. Żeby nie odróżniać metala od przeciętnego wielbiciela rocka i jego pochodnych? – zauważył, uważnie spoglądając jej w twarz, gdyż, siłą rzeczy, stali bardzo blisko siebie.
- Czyli do której grupy się zaliczasz? – odpowiedziała zadziornym spojrzeniem, po czym pociągnęła go za sobą za dłoń, usiłując na początek nauczyć trzymania jakiej takiej równowagi na łyżwach.
    Jyrki był pojętnym uczniem i po kilku minutach potrafił już ustać, a nawet usiłował jechać, lecz niestety ogłoszono, iż niebawem zamykają lodowisko, więc należało już opuścić taflę. Ponieważ muzyk nie był takim „tchórzem”, jak Tanja, która broniła się rękami i nogami przed ponownym wejściem na lód, obiecali sobie z panną Venerinen, że jeszcze tutaj wrócą.  
     Zabawa, którą Jyrki przypłacił wieloma siniakami, wprawiła ich w świetny nastrój. Dzięki temu kontynuowali spacer do domu (bardzo pokrętną drogą, bo naokoło) drocząc się i raz po raz wybuchając śmiechem.
- To jesteś tym metalem, czy nie? – dopytywała rozbawiona Kaari.
- Jeszcze się nie poznałaś? – wywrócił oczami – to, że lubię czarny kolor, nie musi mnie od razu zamykać w danej subkulturze. Podrzucałem ci sam metal? Co?
- Wow, jaki kwiecisty język – udała powagę, po czym na nowo parsknęła.
- Naćpałaś się, czy jak? – zawtórował jej.
- Są różne odmiany rocka: alternatywny, progresywny, indie, soft, hard… do której grupy odbiorców się zaliczasz? – wyliczyła, wskakując na schodek, prowadzący do fontanny, potocznie zwanej „Córą Bałtyku” – tej samej, przy której niegdyś siedziała Tanja. Tuż po tym, gdy Aleksi został aresztowany. Mimo, że budowla pełniła rolę wodotrysku, to zainstalowana w 1908 roku figura kobiety, była prawdziwą ikoną miasta. Wieczorną porą postać nagiej nimfy z brązu była podświetlona, lecz, z racji zbliżającej się zimy dopływ wody był odłączony.
- No proszę, robisz postępy! Z każdego po trochu – muzyk odparł na pytanie, uważnie śledząc krok panny Venerinen. Z całej tej euforii jeszcze gotowa potknąć się na schodku i „zaliczyć glebę”.
    Wtem przystanęła, na nowo wybuchając śmiechem.
- Wiesz, gdzie my jesteśmy? – udała przerażenie – jarzysz to miejsce, nie?
- No Havis Amanda – odrzekł, mając na myśli „poprawną” nazwę fontanny. Towarzyszka zaczęła robić jakieś miny, to znów celować w postać nimfy, by na koniec znowu się roześmiać. No tak, miała na myśli to, że… No cóż, do monumentu przyległ mit, jakoby… miał wspomagać potencję mężczyzn. Wystarczyło tylko schlapać się wodą z fontanny i trzy razy wyrzec po fińsku słowo „miłość”. Wątpliwe (czy raczej po prostu niemożliwe), by w istocie dawało to jakiś efekt, ale latem z pewnością przewijały się tutaj miliony turystów, zawzięcie chlapiących się wodą. Bynajmniej nie po to, by doceniać walory artystyczne zabytku – dobra, przestań już! – zawołał, zrozumiawszy aluzję.
- Nie zbliżaj się do mnie! – wystawiła przed siebie ręce, po czym uciekła wyżej i wdrapała się na marmurowy gzyms, tworzący zabudowę podstawy fontanny.  
- Nawet wody w niej nie ma, co się cykasz? – udał oburzonego. Kaari natomiast rozłożyła ramiona i zaczęła spacerować po wąskim „murku”, jakiego zaokrąglone krawędzie stwarzały doskonałą okazję do tego, by poślizgnąć się i runąć spektakularnie na twardą kostkę, bądź do wnętrza pustej teraz fontanny – dobra, złaź już, bo jeszcze spadniesz – rzucił po chwili, najwidoczniej mając tego wieczora bardziej trzeźwy umysł. No cóż, panna Venerinen nieźle mu się rozbrykała. Chyba nigdy przedtem jej taką nie widział: szczerze rozbawioną i w stu procentach wyluzowaną. Taka musiała być naprawdę, po zrzuceniu „maski codzienności”. Jak najbardziej mu to odpowiadało, ale nie ma nic za darmo i jednocześnie zmuszało go to do czuwania nad sytuacją. Chociażby teraz – nad jej fizycznym bezpieczeństwem.
    Lekkomyślna Kaari przemieniła się chyba w małą dziewczynkę, bo zignorowała sobie jego ostrzeżenia i zaczęła się z nim droczyć:
- A co? Boisz się o mnie? – wystawiła język, udając przy tym, że traci równowagę i spada do tyłu, wprost na twardą posadzkę pustej teraz fontanny.
- Dobra, na serio. Poślizgniesz się i wylądujemy na SOR-ze ze złamaniem, i tyle będzie z wesołego wieczoru – wystawił doń ramię, by pomóc jej zejść.
- No to mnie łap! – już chciała skoczyć, lecz chwycił ją w pasie i siłą zdjął ze śliskiego gzymsu. Panna nic sobie jednak nie robiła z „powagi sytuacji” i roześmiała się, zakładając ręce za jego szyję. Odstawił ją na ziemię, bynajmniej nie zwalniając uścisku – panikujesz! – parsknęła, odsuwając się nieco do tyłu. Pod wpływem jego wzroku w mig jednak spoważniała. Nie, nie dlatego, że był on potępiający, czy też wyrażał złość o to, że „robi sobie jaja” z ewentualnej wycieczki do szpitala. Oto mierzył ją, jak mężczyzna, który trzyma w ramionach kobietę, co to szalenie mu się podoba. Której zarówno twarz, jak i ciało są tak blisko niego. Której oddech, ciepły oddech może poczuć na własnej skórze. Wdychać zapach jej perfum i włosów. Spoglądać w oczy, które wielbi, by wreszcie spojrzeć nieco niżej – na usta, jakie pragnąłby pocałować. I bynajmniej nie było to „cudowne” działanie fontanny.
    Zdecydowanie powinna uciekać teraz, gdzie pieprz rośnie. Wyrwać się, zbesztać go. Zamiast tego odwzajemniała się tym samym, prędko przywołując na pamięć te czasy, gdy usiłował ją pocałować, a ona odwracała głowę. To znów, gdy tamtego dnia sama nań „napadła”, tuż po tym, jak pokłócili się o całus właśnie. To nigdy nie były takie gesty, „jak trzeba”. Teraz ciało i dusza domagały się ich z niepohamowaną siłą. Pomimo istnienia Kaisy, czy zranionej dumy.  
    Owa chwila wydawała się wiecznością, choć patrzyli na siebie zaledwie przez kilka sekund. Wreszcie, uważnie obserwując jej reakcję, nachylił się i delikatnie musnął jej wargi. Natychmiast odpowiedziała tym samym, jeszcze szczelniej oplatając go ramionami.
    Lecz oto poczuli na twarzach coś zimnego – niczym zimny prysznic, deszcz postanowił ostudzić ich zapał. Lunęło, jak z cebra. Jak to nieraz miewa się latem, gdy oto znienacka nadchodzi potężna ulewa. Pocałunki w takich warunkach wyglądają niby romantycznie, ale nie wtedy, gdy masz wrażenie, że uderzają cię lodowe bicze. Rozstąpili się więc. Chwycił ją za dłoń i pędem rzucili się do ucieczki przed zimnym opadem. Gdzie tu się jednak schronić, skoro drzewa były pozbawione liści, a więc utraciły właściwości naturalnych parasoli? Na szczęście ktoś nie domknął drzwi w jednej z kamienic, toteż postanowili przeczekać ulewę w klatce, gdzie było o wiele cieplej, aniżeli na dworze. No i nie zacinał deszcz.  
    Gdy tylko weszli do środka, zapaliło się działające na czujnik światło. Mogli więc dostrzec na swych twarzach płonące rumieńce – skutek nie tylko wysiłku. Tym razem Kaari nie potrzebowała czasu do namysłu i rzuciwszy towarzyszowi przelotne spojrzenie, z powrotem znalazła się w jego objęciach.
    Całował zachłannie i z pasją, na co odpowiadała tym samym. Pozwalała też, by obdarzał ją czułościami również obok ust – to jest muskał policzki, czoło, nos… Nie narzekała przy tym, iż „kłuje ją brodą”. Wprost przeciwnie – całowała jego szorstkie policzki, odsłaniając przed nim szyję, na której również chciał złożyć pocałunek. Pragnąc jeszcze mocniej poczuć jej bliskość, rozpiął jej wiśniowy płaszczyk i położył dłonie na jej talii, nie przestając przy tym całować.
    Już dawno nie czuła się tak wspaniale. Gdzież tu porównywać ową sytuację do randek z Arvo? Gdzie takowe gesty wręcz ją obrzydzały? Jakże żałowała teraz tych straconych miesięcy, tego, że początkowo go odpychała. Bo przecież tego właśnie chciała – by był blisko. Trzymał w swych ramionach i całował. By błądził rękoma po jej plecach dokładnie tak, jak teraz.
    Wtem dobiegło ich skrzypnięcie drzwi, toteż oderwali się od siebie, zastygając w bezruchu. Do środka wszedł jeden z mieszkańców kamienicy, którego także zaskoczył deszcz. Przywitał się uprzejmie, na co odwzajemnili się niemrawym mruknięciem, i czym prędzej pobiegł na górę, przemoczony do suchej nitki.
    Te kilka sekund wystarczyło do tego, by Jyrkiemu wróciła możliwość racjonalnego myślenia. A było co rozważać: dlaczego Kaari tak się zachowywała, skoro rzekomo miała chłopaka? Dlaczego on tak robił, jeśli w domu czekała na niego Kaisa?!
    Chwycił się za głowę i przejechał rękoma po wilgotnych włosach. Panna Venerinen od razu wbiła weń pytający wzrok, unosząc przy tym dłoń do jego policzka.  
- Co my właściwie robimy? – wychrypiał, patrząc jej prosto w oczy.
- Dalej mnie chcesz – odrzekła rozmarzonym tonem, ponownie chcąc objąć go za szyję, lecz cofnął się do tyłu, patrząc nań w jakiś dziwny sposób. Zupełnie, jakby miał przed sobą… ladacznicę, albo co? – co jest? – speszyła się.
- Nie dam się drugi raz naciągnąć na to samo! Przecież masz tego swojego fagasa! Co, już ci się znudził?! – pokiwał drżącym palcem.
- To nie tak! Zmyśliłam go, nawet nie istnieje! – zaczęła się gorączkowo tłumaczyć.
- Ja nie mogę być blisko ciebie! Dlaczego się na to zgodziłem?! – zaczął nerwowo krążyć wokół. Wyglądało na to, że wcale jej nie słucha. Przecięła mu więc drogę, chwytając za fraki.
- Posłuchaj mnie! Ja… ja zmieniłam zdanie. Chcę być z tobą, słyszysz? – złapała go za twarz, chcąc uchwycić jego wzrok. Popatrzył więc na nią, mierząc przez moment w milczeniu. I znowu wydawało się, że upłynęła wieczność, nim na nowo otworzył usta.
- Ile bym kiedyś dał, żeby usłyszeć coś takiego właśnie od ciebie… - wyszeptał, biorąc ją za ramiona, po czym zmierzył od góry do dołu – nareszcie mógłbym cię mieć tylko dla siebie… duszą i ciałem…
- Tak, właśnie tak! – podchwyciła z uśmiechem, chcąc się do niego przytulić, lecz wyszarpnął się, robiąc krok do tyłu.
- Tylko, czy to jest tego warte? – mruknął jeszcze, po czym skierował się do wyjścia.
- Gdzie ty idziesz…? – wykrztusiła zaskoczona. Widząc jednak, że ten bynajmniej nie żartuje i w istocie sobie poszedł, czym prędzej wybiegła za nim. Tam od raz uderzyła ją zimna ściana deszczu – Jyrki, zaczekaj! Wracaj tu! – krzyknęła mimo to, choć przeraźliwy chłód, oraz ostre krople skutecznie odbierały jej głos.
    Nawet się nie odwrócił. Ot tak zostawił ją tutaj samą, z dala od domu. Zmierzał przed siebie, niczym robot, który ma zaprogramowany jeden cel i tylko na nim może skupiać swoją uwagę. Zimny deszcz już dawno ugasił jego płonące zmysły. Teraz pozostał tylko gniew – na siebie, że okazał się taki słaby. I na nią, bo „obudziła się” dopiero teraz. A może i nie? Może była złakniona uczucia, bo ten jej „fagas”… Czy ona plotła coś o tym, że on nie istnieje? Że go zmyśliła? Po co? W imię czego? Zresztą, po co mu to wiedzieć?! W jego własnym domu czeka na niego realna kobieta, która, w swej niewiedzy, posłała go wilkom na pożarcie.  
    Tak, biedna Kaisa myśli, że spełniła dobry uczynek, a tymczasem popchnęła swojego chłopaka niemal do zdrady. Nie, on od dawna cudzołożył – Kaari Venerinen była przecież w jego myślach prawie bez przerwy od trzech lat. Trzech długich lat. Dzisiaj wreszcie „podała mu się na talerzu”, a on… uciekł. Nie, dobrze zrobił! Mimo że była, jaka była, nie zasługiwała na to, by potraktować ją, jak „zwykłą szmatę”. Choć to byłaby najlepsza zemsta – dostać „swoje”, a następnie postawić na niej krzyżyk. Nie, nie potrafił tak. Była dla niego zbyt cenna i do tego w tym momencie był na nią tak cholernie wściekły! Dlaczego mieszała mu w głowie teraz, gdy rzekomo ułożył sobie życie?!
- Cholera, jasna cholera! By to szlag trafił, wszyscy diabli! – klął po drodze, bijąc pięściami powietrze. Przemókł, bodaj do suchej nitki. Wyziębione ciało zaczęły przechodzić dreszcze, a do domu daleko. Ale jego myśli i tak wracały do tego, co się wydarzyło. Do bijącego od niej ciepła, tego uroczego spojrzenia, oraz warg, które nareszcie pozwoliła mu całować. I tej szyi, której skóra miała gorzki posmak – z pewnością dlatego, że spryskała ją perfumami. Nie, w całej swej postaci była jedną wielką goryczą. Najpierw była nieosiągalną dlań chmurą, potem kwaśna, niczym limonka, gdy zwodziła go w tą, to znów drugą stronę, aż wreszcie stała się gorzka. Jej posmak był cierpki, choć jednocześnie taki słodki. Nie mógł żyć z nią, ani bez niej. Ot, taki paradoks.
    Stała pod wiatą przystanka tramwajowego, drżąc z zimna. Miała ochotę śmiać się i płakać jednocześnie. Zostawił ją, uciekł. Ale jeszcze nic nie było stracone – wystarczy porozmawiać, gdy emocje nieco opadną. Powtórzy mu wówczas, że jej „tajemniczy wielbiciel” nie istnieje i Kaisa miała rację, wskazując właśnie na niego.
    No właśnie: Kaisa. Samolubne serce nakazywało zapomnieć o niej i biec do celu po trupach. To jednak, niczym księżyc, miało i tą jaśniejszą stronę, która kategorycznie sprzeciwiała się takiemu obrotowi spraw. Przecież „młoda” ma swoje uczucia, ona też kocha i nie chce zostać zdradzona. A tak właśnie będzie, gdy odkryje się przed nią ze swym afektem wobec muzyka – JEJ chłopaka.
    Niestety, lecz ktoś musiał ucierpieć w tej pokręconej relacji, nie było innego wyjścia. Niejeden zapewne nazwałby ją toksyczną. Ale ona nie chciała dopuścić do siebie owego słowa. Przecież zarówno ona, jak i on żywili do siebie uczucie, więc nie można było przypiąć temu łatki z dopiskiem „patologia”. Tak sądziła. Ale ta Kaisa… tak bardzo nie chciała jej krzywdzić! Ilekroć przypomniała sobie te wszystkie sms’y, jakie jej przysłała, oraz tą chęć sprawienia jej przyjemności poprzez owo wyjście do kina, serce ściskał jej żal, przemieszany z wyrzutami sumienia. Lubiła ją bardziej, aniżeli sądziła i naprawdę nie chciała wyrządzić przykrości. Poza tym musiałaby zrezygnować z jej sympatii, bo nie znała chyba nikogo, kto nadal przyjaźniłby się kimś, kto odbił mu chłopaka, bądź dziewczynę. Tak się po prostu nie dało – niechęć, żeby nie powiedzieć nienawiść, i złość były silniejsze. Nie istniało chyba uczucie ponad to. Zdrada była murem nie do przebicia. Ta namacalna, bo duchowo zdradzała ją od chwili, w której uświadomiła sobie, iż nie darzy Jyrkiego wyłącznie zwykłym, koleżeńskim afektem. Dzisiaj „cudzołóstwo” nabrało realniejszych kształtów. Ale, jak każdy grzech, było przyjemnym doznaniem. Bo zakazany owoc kusi najbardziej.
    Nie, po tym, co się wydarzyło, miała już pewność, że się jej nie wydaje. Chciałaby, żeby tak było zawsze – by każdego dnia brał ją w objęcia i obdarzał czułościami. Żartował z nią, drażnił się, denerwował na nią, a ona mogła go przepraszać. Dokładnie tak, jak Tanja z „Aleksem”.
    No właśnie – Tanja.  

***

    Zamknął za sobą drzwi wejściowe i oparł się o nie, przymykając oczy. Było mu zimno i niewygodnie w przylegających do ciała, mokrych ubraniach, ale nie miał ochoty ruszać się z tego miejsca. Iść do pokoju, w którym czekała na niego Kaisa.
    Było mu wstyd na nią patrzeć, ale pewnie dlatego, że to ona zaaranżowała owo spotkanie, a on ją zawiódł. Bo wcale nie była niczemu winna – miał iść z Kaari i swoją siostrą, a nie samą tylko panną Venerinen! Gdyby była z nimi Helvi taka sytuacja po prostu nie miałaby racji bytu! Chyba, że odstawiłby młodą wcześniej do domu, a potem… Nie, tak chyba musiało być – a przynajmniej z jego strony, bo zwyczajnie nie mógł oprzeć się urokowi byłej. Tak, gdzieś tam w głębi siebie żałował, iż ją tak zostawił i uciekł. Tylko jak niby mieliby zakończyć to spotkanie? „Dobra, to znowu będziemy parą, a Kaisa niech spada”? Naprawdę zmieniła zdanie? A może w ten sposób mści się na nim, bo ma inną, więc rzekomo o niej zapomniał? I ma w końcu tego faceta, czy nie?
    Przetarł twarz i ciężko westchnął. Był dorosły, więc należało wbrew wszystkiemu stawić czoła rzeczywistości. Odbił się więc od drzwi i właśnie wtedy z pokoju wyjrzała Kaisa.
- Jesteś wreszcie? Słyszałam, że drzwi się zamknęły, ale nikt nie wchodzi… myślałam już, że się przesłyszałam. Ale cię zmoczyło! Gdzie jeszcze byliście? Film skończył się dawno temu. Ściskałeś się z tą siostrą, czy jak? Przeszedłeś jej perfumami, muszą być super mocne, skoro nawet deszcz ich nie zmył – jak zwykle zaczęła „nadawać”. Minął ją bez słowa, nawet nie zdejmując mokrej kurtki – co jest? Źle się bawiłeś? Film był do bani, czy jak? – podążyła za nim, drążąc uparcie, a on w taki też sposób milczał.  
    Wszedł do ciepłego pokoju i usiadł w fotelu. Sympatia była już mocno zaniepokojona. Coś się stało, i to poważnego.
- Tak, obściskiwałem się. Tylko z żadną siostrą – ozwał się w końcu. Kaisa skrzywiła się, nie bardzo rozumiejąc, co też ma na myśli. Jakie… obściskiwanie? Co on plecie?! – to była moja była – wyrzucił wreszcie z siebie, nerwowo wyłamując palce.
- Poczekaj… niech połączę wątki – wystawiła przed siebie ramię – spotkałeś ją po kinie, czy co? To z nią byłeś do tej pory, tak? – dodała zaraz potem, z trudem zachowując panowanie nad sobą. Oby tylko stroił sobie z niej żarty, choć jego zachowanie i ten „ohydny odór” damskich perfum raczej na to nie wskazywały.
- Nie, byłem z nią cały wieczór, nawet w tym durnym kinie! Taki jestem dobry, że zabrałem zamiast tej, którą chciałaś, ją. Chciałem, żeby ze mną była, i tylko ona! Nikogo więcej! – wykrzyczał, oczywiście na nią nie patrząc, gdyż za bardzo się wstydził.
    Słuchaczka zachwiała się niepewnie, toteż chwyciła się oparcia drugiego fotela, po czym zasiadła na nim niezwykle ociężale, jakby ważyła z tonę.
- Zabrałeś na randkę, za MOJE pieniądze, jakąś dziwkę?! – mówiła powoli, by na koniec podnieść głos.
- Nie nazywaj jej tak! – nareszcie na nią spojrzał.
- A co mam powiedzieć o… o szmacie, która odbija mi faceta?!
-  To moja wina! To ja to zaaranżowałem! Jest porządną kobietą, nie obrażaj jej!
- Porządną?! – parsknęła kpiąco – nie rozśmieszaj mnie! Zgodziła się iść z zajętym na randkę, to ma być właściwe prowadzenie się?! Co robiliście?
- No daj spokój! – skrzywił się.
- Co robiliście?! – powtórzyła z naciskiem.
- No byliśmy w tym głupim kinie i…
- Nie o to pytam! Przeleciałeś ją?!
- Jesteś obrzydliwa – wykrzywił się z pogardą.
- Ja? – wybuchła śmiechem – tak, czy nie?! No dalej, dobij mnie!
- Nawet jej nigdy dobrze nie pocałowałem! Nie dawała się! Dopiero dzisiaj… dzisiaj coś się zmieniło. Zachowywała się tak, jakbym nareszcie coś dla niej znaczył… chciała, żebym był blisko, odwzajemniała to, ale ja uciekłem… zostawiłem ją tam… może chciałem się w ten sposób zemścić? A może po prostu to do mnie nie docierało? Jakbym tylko śnił?
    Słuchając owej przemowy, Kaisa zakryła rękoma twarz, gdyż łzy bombardowały ją od środka, rozrywały gardło, domagały się ujścia, a nie chciała okazywać przed nim słabości. Gdy najgorsze minęło, wciągnęła haust powietrza i na nowo na niego spojrzała, choć i tak patrzył w innym kierunku, zapewne malując w powietrzu postać tej swojej „cholernej divy”.
- Ty ją nadal kochasz – potrząsnęła głową na boki – to do czego ja ci byłam potrzebna? – dodała z pretensją, lecz nic się nie odezwał, bezradnie zwieszając głowę – wiesz, co? Żal mi cię. Po prostu żal, bo jesteś przykry, tak cholernie żałosny. Sam się ukarałeś łażeniem za jakąś… flądrą, która miała cię w dupie, a teraz w jeszcze bardziej żałosny sposób błagasz o okruchy z jej stołu. Jesteś zerem, słyszysz? Nie jesteś mężczyzną, tylko żałosnym ZEREM! – pokiwała drżącym palcem – bo prawdziwi mężczyźni albo kończą to, co zaczęli, albo rzucają śmieci za siebie i idą dalej! Ale ty lubisz paprać się w gównie, wracać do wymiocin, jak parszywa świnia… ale ja nie zamierzam siedzieć w tym szambie razem z tobą – zmierzyła go z wyższością.
- Nie zamierzam cię zatrzymywać. Zrobisz, jak zechcesz – odparł z kamienną twarzą.
- I bardzo dobrze! Gdyby nie ta przeklęta choroba, już by mnie tu nie było. Szkoda, że nie zgodziłam się, żebyś to ty zamieszkał u mnie, bo już byś był za drzwiami, ty parszywa gnido! – wysyczała z pogardą i skierowawszy się do drzwi, z hukiem je za sobą zamknęła.
    Gdy tylko zniknęła, zgodnie z tym, co sama przed chwilą powiedziała, ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się, jak małe dziecko. Tak, nie był „facetem”, tylko tchórzem! Stało się tak, jak mówił Aleksi, i stracił wszystko, co miał – nawet honor, bo złożył go u stóp panny Venerinen, która zawsze go tylko zwodziła.

***

    Pomimo późnej pory, ktoś mocno dobijał się do państwa Kietala. Gdy okazało się, że to Kaari, to Tanja poszła otworzyć drzwi, a Aleksi został w łóżku, bezwiednie przełączając kanały w telewizji. Był ciekaw, co się znowu stało, bo bez powodu nie przychodziłaby do nich o takiej godzinie, ale nie aż do tego stopnia, by opuszczać ciepłe posłanie. Zresztą, jeśli to coś strasznego, to do pokoju zaraz wparuje spanikowana żona. Na szczęście kot drzemał, więc, w razie czego, nie potknie się na nim.
    Gdy Tanja otworzyła, oto ujrzała przemokniętą do szpiku kości, trzęsącą się z zimna zgarbioną postać, której oczy jednak lśniły nienaturalnym blaskiem, przez co tak bardzo nie pasowały do reszty „opakowania”.
    Gospodyni czym prędzej poszukała ubrania na zmianę, zrobiła gorącej herbaty, oraz podała przybyłej suszarkę, by mogła wysuszyć mokre włosy. Następnie skierowała się do sypialni, by poinformować męża, że na razie do niego nie wróci.
- Czyli nikt nie umarł? – ziewnął przeciągle, ot tak zmieniając kolejny kanał.
- Raczej na to nie wygląda… jeśli to coś związanego z kudłaczem, możesz spodziewać się szturmu na swój telefon – odparła na to Tanja, toteż odruchowo spojrzał na swoją komórkę – jak na razie milczała.
- Zastępuj mnie godnie – podeszła bliżej, zwracając się do kota, po czym posłała mężowi buziaka na odległość i zawróciła do drzwi.
- Powodzenia – usłyszała jeszcze za plecami, więc odwróciła się i posławszy mu uśmiech, wyszła – coś ostatnio nie narzekają na nudę… - mruknął do siebie – Aleks, chodź tu. Słyszałeś panią – kiwnął na kota, ale ten oczywiście go zignorował, i „bezczelnie” zwinął się w kłębek na przeciwnym krańcu łóżka.
    - Było tak, jak zawsze chciałam… jak zawsze marzyłam – relacjonowała w jakiś czas potem Kaari, której policzki płonęły pod wpływem rumieńców, a oczy lśniły, niczym w gorączce – patrzyliśmy na siebie i mnie pocałował. To była najbardziej romantyczna chwila w moim życiu…
- To dlaczego jesteś tutaj, a nie z nim? – zauważyła zasłuchana siostra.
- Bo sobie poszedł, zostawił mnie… - podrapała się nerwowo w głowę, jakby obawiała, że Tanja zaraz zwyzywa jej towarzysza wieczoru – to nie jest takie proste. Wiesz, że mieszka z Kaisą. MIESZKA, rozumiesz? W takim wypadku, to musi być coś poważnego.
- To po co zawraca głowę tobie? – skrzywiła się.
- Bo o mnie nie zapomniał, nadal coś do mnie czuje! – odparła z entuzjazmem, którego, niestety dla niej, gospodyni nie mogła podzielić.
- A ty? – zapytała tylko, zachowując stoicki spokój.
- Ja też! To znaczy… wiem, że chciałabym spróbować z nim budować wspólną przyszłość. Uwielbiam przebywać w jego towarzystwie, bawi mnie, sprawia, że się rozluźniam! Nie chcę się z nim rozstawać. Wkurza mnie, ale złość zaraz mi przechodzi. A gdy trzyma mnie w ramionach i całuje… to było takie piękne i gdyby ten facet nie wszedł…
- Czekaj, czekaj. Równie dobrze mogłaś się nim zauroczyć, bo stał się niedostępny. Rozumiesz, o co mi chodzi? To, co jest dla nas nieosiągalne, automatycznie staje się atrakcyjne.
- Co jest z tobą? Jeszcze niedawno mnie do niego zachęcałaś, a teraz wątpisz w to, co czuję? – oburzyła się.
- No bo to przemyślałam i sama już nie wiem… on faktycznie ma do ciebie słabość od zawsze, ale ty… - zmierzyła ją z wahaniem, gotowa na słowny atak. Kaari w istocie się uniosła:
- Czyli twoim zdaniem to sobie wymyśliłam, tak?! Ryzykuję wszystko dla głupiego kaprysu?! Kaisa uważa mnie za swoją przyjaciółkę, a ja takich nie zdradzam! A co robię w tym wypadku? To pierwszy raz, kiedy się tak zachowuję. Nie może mi się wydawać!
- No dobra, i co teraz zrobisz? – młodsza siostra za wszelką cenę usiłowała sprowadzić ją na ziemię.
- Muszę z nim pogadać i jeszcze raz wyznać mu to, co czuję, bo nie za bardzo mnie dzisiaj słuchał – westchnęła, bezradnie przygryzając wargę.
- A co, jeśli nie zechce rzucić tej swojej? – popatrzyła wymownie, na co rozmówczyni bezsilnie objęła się za głowę. To była taka trudna sytuacja! Nikt tutaj nie mógł wyjść z tego bez szwanku. Ktoś musiał zostać zraniony – albo ona, albo Kaisa. Gdyby nie miała wyciszonego telefonu, wiedziałaby, że koleżanka usiłowała się do niej dodzwonić, aż wreszcie przysłała dramatycznego sms’a z informacją, że chłopak ją zdradza. Owszem – ani przez sekundę nie przeszło jej przez myśl, że Jyrki nie wspomniał przecież, iż nie zabrał obu panien, tylko tyle, że nie była z nimi jego siostra. Ale Kaisa nie brała przecież pod uwagę możliwości, że to właśnie Kaari może być jego „eks”. Nie rozpoznała jej perfum, bo tego wieczora spryskała się nowym zapachem.
    Tanja dopięła swego i przybyła nareszcie zaczęła dostrzegać konsekwencje swojego występku. Nie wiadomo tylko, na czym skupiła się bardziej – na załamanej Kaisie, czy samej sobie, odrzuconej przez dumnego muzyka, który nie miał zamiaru rezygnować z tego, co było trwałe? W każdym razie zasłoniła twarz, bowiem do jej oczu napłynęły łzy bezradności – Zostaniesz tutaj na noc, w takim stanie nigdzie cię nie puszczę – westchnęła, łapiąc starszą siostrę za przedramię, po czym poszła po swój telefon, by powiadomić o tym, jak zawsze czujną, toteż i panikującą matkę.
    Komórka była w sypialni, na nocnej szafce, toteż tam się udała. Zastała Aleksego śpiącym, z pilotem w ręku. Wyjęła mu go więc ostrożnie i szczelniej przykryła kołdrą. Uśmiechnąwszy się do siebie, ucałowała go delikatnie w czoło. Jakie to szczęście, że oni mieli już za sobą takie zawirowania. A przecież było tego naprawdę sporo. Może zrobiło się „nudno”, od kiedy uporała się z problemami w kuchni i innymi takimi, ale i tak zdecydowanie wolała stabilizację od zastanawiania się, czy „Aleks” ją w ogóle kocha. Zresztą po narodzinach dziecka karuzela ruszy od nowa.
    Biedna Kaari… sama nie wiedziała, co byłoby dla niej lepsze: by tylko wydawało się jej, że zakochała się w muzyku, czy by było tak naprawdę? Ale tak ciężko było jej w to uwierzyć po tak długim czasie! No i pytanie, czy ten ukorzy się do tego stopnia, by przyjąć kogoś, kto najpierw zwyczajnie nim wzgardził? Bo co to tam dla „faceta” chwilowo ulec i skorzystać z okazji? W końcu to tylko moment, a nie wizja długotrwałego związku z kimś, kto początkowo tobą pogardzał. Jeśli Kaari w istocie coś do niego czuje, a on ją odrzuci, znowu będzie mocno cierpieć. A jeśli jednak ją przyjmie, to będzie z kolei biadać nad utraconą przyjaźnią tej drugiej. Poplątane. Ale starsza siostra samoistnie wywołała ową burzę – mogła trzymać się od niego z daleka tak, jak jej radziła, i nie byłoby tej całej „kaszany”.  
    Westchnęła ciężko, gładząc się po brzuchu, po czym sięgnęła po telefon i wyszła do przedpokoju, by nareszcie zadzwonić. Ledwie jednak przekroczyła próg, a komórka zabrzęczała, zwiastując połączenie od Krystyny. Oczywiście już się do niej dobijała, bo dzwoniła do Kaari, a ta nie odbierała! Było już tak późno, więc z pewnością ją zabili i leży gdzieś tam w rowie! Albo u stóp pomnika Runeberga. Tak, z pewnością szwendała się po Esplanadi i ktoś ją napadł.  
    Tanja ponownie odetchnęła, gdyż wiedziała, że będzie to niełatwa rozmowa, i nareszcie odebrała.

1 728 czyt.
100%139
nutty25

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 6145 słów i 33924 znaków.

9 komentarzy

 
  • Nieznajomaa

    Nieznajomaa · 7 lut 2017 · 193143512

    Kiedy next?

  • Freya

    Freya · 5 lut 2017

    O, Julka... ale tak krótko - łeee. Trąciłaś akuratnie tę strunę, która cieszy się najlepszym brzmieniem dla czytelniczek Zapowiada się ciekawy galimatias towarzyski - może jednak polecą kudły

  • Lil

    Lil · 5 lut 2017 · 193893592

    Świetne

  • majli

    majli · 5 lut 2017 · 287366576

    Kobieto, zabijesz mnie.    
    I jak ja mam normalnie funkcjonować do następnego rozdziału? Kocham ich z osobna, ale najbardziej razem.   

  • Beno1

    Beno1 · 5 lut 2017 · 202077553

    wiedziałam, ze tak będzie  

  • Wiktor

    Wiktor · 5 lut 2017 · 275272571

    Witaj. Dzięki za obie części tak szybko  dodane. No i się porobiło. W końcu Karii wyznała Jyrkiemu co czuje. Ciekawi mnie bardzo co z tego wyniknie

  • nomatterwho333

    nomatterwho333 · 5 lut 2017

    Omg   pocałowali się  
    Dziwne, że Kaisa się nie domyslila, że to Kaari   
    Czekam na następny

  • jaaa

    jaaa · 5 lut 2017

    Cuuuuuudoooo

  • Farmaceutka

    Farmaceutka · 5 lut 2017

    Cudowny. Choć ostatnio mało jest Tanji i Aleksiego.