Love me like you do cz. 12

Następne dni były dla Tanji nie lada wyzwaniem – nic, tylko leżeć, pamiętać o lekach… Do tego zaczął się wrzesień, a ona nie pojawiła się na uczelni. Silva i Eino zaczęli wydzwaniać z pytaniem, czy wszystko w porządku? Ta pierwsza deklarowała nawet wizytę, a kolega – wiadomo, że raczej nie miał ochoty przekraczać progu mieszkania Kietali.
    Na szczęście zarówno pani Krystyna, jak i Hanna świetnie wywiązywały się ze swojego zadania – dbały o to, by zawsze był obiad, oraz śniadanie dla gospodyni (choć poranne mdłości odstręczały ją od owego posiłku). Robiły domowe porządki i dogadzały przyszłej matce, czy też wspierały w ciążowych dolegliwościach. Gorzej tylko, gdy się spotkały… „Panią domu” dobiegały wówczas odgłosy ich kłótni, gdy to spierały się o to, która z nich zrobi coś lepiej. To znów, że tego nie robi się tak, a to tak. „Polskie zwyczaje” Krystyny również napędzały spory, gdyż Hanna ich nie rozumiała, a pani Venerinen nie chciało się ich tłumaczyć.
    Tanja prychała pod nosem, wyrzucając sobie, iż przez swoją „głupotę” nie może sama zająć się własnym domem. Tęsknie też spoglądała w kierunku balkonu. Gdy jego drzwi były otwarte, do pokoju wpadało cudownie świeże, odżywcze powietrze. Lato nie opuściło Helsinek zupełnie, toteż było przyjemnie ciepło, a wyżowa pogoda zdarzała się dosyć często. Jakże ją skręcało na myśl, co by to nie zrobiła, gdyby nie musiała tutaj leżeć! W Esplanadi musiało być teraz przecież tak pięknie, gdy drzewa przybierały te swoje kolory… Mogliby pojechać z „Aleksem” w to samo miejsce, co latem, by zobaczyć, jak wygląda ono teraz… Nie, pojadą tam w stosownym czasie, i to może nawet w trójkę?
    Jedynie myśl o nienarodzonym dziecku trzymała ją w ryzach. Świadomość tego, że otrzymała od losu drugą szansę: mogła przecież poronić przy tym upadku. Nie mogła więc tego zaprzepaścić. Powtarzała to sobie za każdym razem, gdy kusiło ją, by chociaż „na sekundę” wyjść na balkon. Może i nic by się takiego nie stało, ale wolała dmuchać na zimne. Zresztą dopóki nie przebywała w domu sama, i tak nikt by jej na to nie pozwolił. A gdyby tak któraś z „opiekunek” doniosła „Aleksowi” o jej „niesubordynacji”… już widziała tą kłótnię.
    Niestety, wystarczyły jakieś trzy dni bezczynności, by zaczęła marudzić. O ile przy Aleksim starała się hamować, by go nie denerwować, to matka była już „idealnym” celem, by to w niego ciskać żale, oraz demonstrować ciążowe humory (przed teściową odczuwała respekt z racji ich „porachunków”).
    Będąc jeszcze w Polsce, pani Krysia nauczyła się robić na drutach, dlatego uznała, iż nadszedł odpowiedni moment, by nauczyć owej sztuki młodszą córkę. Bynajmniej nie po to, by dziergała ubranka dla przyszłego potomka – może dzięki owemu zajęciu przestanie tak „ględzić”, pochłonięta robótką! Tyle, że i do uczenia jej także potrzebowała mnóstwo cierpliwości, gdyż Tanja z początku niczego nie łapała.
    Im jednak lepiej jej szło, tym biedniejszy był kot – obiecała sobie bowiem, że wydzierga dla niego sweterek, w rezultacie czego, ilekroć znalazł się w jej zasięgu, chwytała go w objęcia i „przymierzała” doń ledwie co zaczętą robótkę.
    Tak to minął tydzień przymusowego odpoczynku. Tego wieczora grali z Aleksim w karty – jakąś mało ambitną grę – byle tylko zabić dłużący się czas. W pewnym momencie pomiędzy nich wskoczył Aleks, na co Tanja usiłowała go złapać, lecz ten wyrwał się, jakby parzyła, albo co? A wszystko to przez „swetrowe przymiarki”.
- Mam wrażenie, że od paru dni ma na ciebie jakieś uczulenie – zauważył zdziwiony Aleksi.
- Ma chyba dosyć mojej ciągłej obecności w domu – wzruszyła ramionami – myślałam dzisiaj nad imionami dla dziecka – dodała zaraz potem, zmieniając temat.
- Nie za wcześnie? – ziewnął, rzucając na stos kolejne karty.
- Gdybyś miał tyle czasu, co ja, też byś nad tym myślał – posłała mu ironiczny uśmiech – tak więc, co ty na to, gdyby córkę nazwać „Aleksandra”?
- Co to za imię? – skrzywił się – to może chłopca nazwiemy Tanno? Wybacz, ale mam z nim złe skojarzenia.
- „Aleksandra”, to piękne, polskie imię! – wzięła się pod boki – mama mi je wymieniała i to spodobało mi się najbardziej.
- To naszych rodzimych zabrakło?
- Tutaj też są Aleksandry, ale nie ma ich tak wiele, jak tam. Podoba mi się pierwszy człon, bo przypomina…
- O nie, już wiem, o co ci chodzi! – wszedł jej w słowo – wybij to sobie z głowy, jako ojciec mówię stanowcze NIE!
- Dlaczego znowu robisz mi na przekór?! – pisnęła oburzona.
- Jeszcze czego?! Aleksi, Aleks i Aleksandra pod jednym dachem, tak? A potem jeszcze chłopiec do kompletu, najlepiej Akseli! Tanja, wybacz, ale głupiejesz od tego siedzenia w domu!
- Chcę tylko, żeby dziecko miało polskie imię, skoro takie mam korzenie. Ja na drugie mam właśnie takie! Co prawda, ciężko mi je wypowiedzieć, no ale mam! – wyłożyła poruszona, dumnie zadzierając przy tym głowę.
- No widzisz, a ja nie mam drugiego, bo Hannie nie chciało się nad tym głowić, skoro i tak miała mnie zaraz wyrzucić, jak śmiecia – odrzekł przedrzeźniająco, na co małżonka się skwasiła, gdyż zszedł na nieprzyjemny temat – idąc tym tropem dajmy mu imię, popularne we wszystkich europejskich krajach, bo przecież nie wiem, skąd był mój tatuś. Ważne, że nie był Finem! – dodał cynicznie.
- Aleś ty uprzedzony! – rzuciła kartami, przyjmując zamkniętą postawę – w takim razie, jak jesteś taki mądry, sam wymyśl jakieś imię. No dalej! Ale „Aleksandra” i tak będzie na drugie!
- O nie, nie, nie! Już ja to znam: „Dam na drugie, a potem będę tak na nią wołać”. Wtedy ja zwariuję, bo nie będę wiedział, kogo masz w danej chwili na myśli! A na wymyślanie innych imion mam jeszcze kilka miesięcy.
- Słyszałeś, maleństwo? Twój tatuś woli odkładać najważniejsze sprawy na, kto wie, kiedy – nachyliła się, mówiąc do brzucha.
- To nie tak! Po prostu uważam, że na razie… Ludzie kochani, przecież ono nawet jeszcze niczego nie rozumie! – wycelował w nią palcem, demonstrując przy tym wielkie oburzenie.
- Nieważne! Niech się od początku przyzwyczaja do głosu… - urwała w pół zdania, gdyż rosnące w niej rozbawienie zmusiło ją do parsknięcia śmiechem. Ich kłótnia o imiona była co najmniej zabawna. Mąż przyglądał się jej przez chwilę, aż wreszcie i on się roześmiał.
- Dobra, tak bardzo skupiliśmy się na tej dziewczynce, że pominęliśmy możliwość narodzin chłopca. Dla niego też coś masz? – odchrząknął zaraz potem, rzucając ową, jakże odkrywczą myśl.
- Nie wiem… może Ville? – wzruszyła ramionami. Przez jego oblicze przebiegł cień jakiegoś dziwnego uśmiechu – co, nie podoba ci się? Myślałam, że z tym imieniem masz związane dobre wspomnienia – bąknęła zmieszana.
- Jasne, że tak. Tylko za bardzo wszystko ode mnie uzależniasz… jakbym był nie wiadomo kim.
- Bo jesteś dla mnie ważny i wszystko, co z tobą związane, dobrze mi się kojarzy. A na imię naprawdę nie mam pomysłu, więc przypomniałam sobie o twoim przyjacielu i pomyślałam, że może byłoby ci bardzo miło, gdybyś go w ten sposób uhonorował – wyjaśniła, jeżdżąc palcem po prześcieradle. Uporczywie wbijała przy tym wzrok w pościel, jakby wstydziła się tego, co mówi.
- No pewnie, to miło z twojej strony. Ale nie musisz na każdym kroku udowadniać mi, jak to mnie kochasz. Wiem o tym – położył dłoń na jej ręku. W odpowiedzi pociągnęła go za nią, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że ma się do niej przybliżyć. Tak więc zrobił, a ona od razu objęła go za szyję.
- A może po prostu tak lubię? – uniosła zadziornie ramiona, wiercąc go figlarnym spojrzeniem.
- Nie kuś…
- Pocałować mnie chyba możesz? – ciągnęła tym samym tonem. Ochoczo więc spełnił jej prośbę, obdarzając mnóstwem całusów. Na tym należało jednak poprzestać, gdyż lekarz tymczasowo zabraniał bliższych kontaktów. Przypomniała więc o owym fakcie, znacząco się odsuwając, choć jemu było to nie w smak. Zupełnie, jak za dawnych czasów, gdy to, powodowana strachem, trzymała go na dystans. Teraz miała chociaż ku temu bardzo ważny powód – to co? Na drugie Aleksandra, prawda? – rzuciła żartem, by rozładować ciężką atmosferę. A przynajmniej w jej oczach taka właśnie była, bo przypomniała jej o dawnych dziejach i tych dniach, gdy to jeszcze zdarzało się jej uciekać przed własnym mężem.
- Ty żmijo, chciałaś mnie obłaskawić! Przyznaj się! – połaskotał ją delikatnie w okolicach brzucha, na co parsknęła rozbawiona i odwzajemniła się tym samym.
- W takim razie sam rusz głową i pomyśl nad imionami, jak to ci się nie podoba. Wtedy się skonfrontujemy. W końcu czas nie stoi w miejscu! – „pstryknęła go” w nos.
- Taa… jak cię znam i tak dasz to swoje polskie imię – przeciągnął się, kładąc na łóżku.
- Już nie gramy? – zdziwiła się.
- Znudziło mi się, pooglądajmy telewizję.
- Co tylko chcesz – posłała mu całusa i ułożyła się obok, oczywiście się doń tuląc.

***

    Przez miniony czas Kaari widywała się z Arvo, gdyż nie miała odwagi z nim zerwać. Tym bardziej, gdy patrzył na nią, niczym „skrzywdzony szczeniak”. A działo się tak, ilekroć nie chciała go pocałować, czy się przytulić. Dlatego (nie) cierpliwie znosiła docinki i wrogie spojrzenia jego córki, gdy kilka razy zaprosił ją do siebie na obiad. Ileż jednak musiała się nagłowić, by wymyślić jakąś wymówkę, byleby tylko wrócić stamtąd do domu! Wdowiec uparł się bowiem, że już czas na to, by zacieśnić ich więzi (bez względu na zdanie Julii). Tyle, że panna Venerinen (jak wiadomo) nie miała na to najmniejszej ochoty.
    W rezultacie zaczęła przypominać Tanję, która swego czasu tak bardzo unikała bliższych kontaktów. Nie, panna Venerinen nie potrafiła udawać w tak delikatnej kwestii, iż wszystko się jej podoba, jest szczęśliwa i tak właśnie chce. Całując się – owszem. Ale nie, jeśli chodziło o tak intymne sfery! Tutaj jej „zdolności aktorskie” umierały.
    Arvo zaczął więc myśleć, że udzieliła się jej trauma młodszej siostry. Jednakże nie potrafił być wyrozumiały, gdyż wszystko to było po prostu absurdalne. Całkiem możliwe, że Kaari po prostu nie odwzajemniała jego uczucia. A, że nie należała do tych, co to bez niego dają upust swym pragnieniom (bądź on nie potrafił ich wzbudzić), było tak, a nie inaczej. Na razie jednak nie potrafił z niej zrezygnować. Była zbyt urocza i taka śliczna w swej postaci. Postanowił dać jej czas – a nuż coś się zmieni na jego korzyść?
    W tym akurat momencie mocno się irytował, gdyż Kaari znowu wyraźnie kogoś wyglądała, gdy podczas przerwy spożywali posiłek w bufecie. Właściwie, to nie musiał zgadywać, o kogo jej chodzi – to tutaj pracował „ten cały” chłopak Kaisy. Sympatia najwyraźniej bardzo go lubiła. To było podejrzane…
    Gdy wreszcie Jyrki pojawił się na sali, nieomal, a przewróciłaby kubeczek z kawą, gdyż zerwała się od stołu, by mu pomachać. Uśmiechała się przy tym tak szeroko, że wdowca aż skręcało ze złości. Odwrócił się, by zobaczyć jego reakcję – „pomywacz” odpowiadał jej tym samym, lecz dojrzawszy jego twarz, od razu przystopował, niemrawo kiwając mu głową. Arvo odpowiedział tym samym i z powrotem zwrócił się ku Kaari. Ta wyraźnie się speszyła, kątem oka obserwując reakcję muzyka. Patrzył w ich stronę, a właściwie na nią. Wreszcie puścił oczko, na co parsknęła śmiechem. Do środka weszła jednak Kaisa i tym samym mina na nowo jej zrzedła.
- Co ci tak wesoło? – spytał podejrzliwy Arvo, przy okazji obserwując przemierzającą pomieszczenie młodszą koleżankę.
- Mnie? A to nie wolno mieć dobrego humoru? – panna Venerinen wzruszyła ramionami.
- Nie wiem… poprawił ci się dopiero wtedy, gdy zobaczyłaś tego… chłopaka Kaisy – zaakcentował ironicznie.
- Daj spokój – skrzywiła się – chyba nie będziesz o niego zazdrosny? – potrząsnęła głową z niedowierzaniem.
- A mam ku temu powód?
- To było pytanie retoryczne? – mruknęła sarkastycznie, mimowolnie zerkając na stojącą nieopodal parę. Właściwie, to Jyrki zamiatał pod stołem, a jego sympatia coś tam „paplała”, wpatrując się weń, jak w obrazek. W pewnym momencie nawet spojrzał w kierunku Kaari, dzięki czemu ich spojrzenia się spotkały.
    Poczuła jakąś irracjonalną radość – adekwatnie do tego, co zarzucał jej Arvo. Owa, jakże dziwna gierka, jaką prowadziła z byłym sprawiała jej wiele zadowolenia, schlebiała. Chciała, by na nią patrzył i posyłał jej uśmiechy.
- Nigdy nie zrozumiem, jak można być w dobrych stosunkach z kimś takim? – „marudził” towarzysz.
- Oj, przestań już! – wywróciła oczami – nie chce mi się znowu powtarzać tego samego. Ja się nie czepiam do twoich znajomych.
- Moje koleżanki nie są młodsze i ładniejsze od ciebie – zauważył kąśliwie.
- Nie cierpię zazdrośników! – syknęła znacząco, podrywając się przy tym z miejsca.
- Flirtujesz z innym, a ja mam to po prostu tolerować?! – zawołał z wyrzutem.
- Aha, czyli według ciebie odejdę do faceta, który jest zajęty, a dodatkowo jego dziewczyną jest moja koleżanka? Lecz się! – zmierzyła go pogardliwie i opuściła bufet. Arvo oczywiście pobiegł za nią, choć w tym momencie była raczej nie do okiełznania.
    Jyrki, jak się można domyślić, zerkał na nich od czasu do czasu, interpretując po swojemu zaistniałą sytuację.
- Chyba się pokłócili – wyrzekł swoje spostrzeżenia na głos – Kaari z tym swoim – dodał prędko, gdyż Kaisa nie miała pojęcia, kogo też ma na myśli. Ona bynajmniej nie zwracała uwagi na ową parę, a swego chłopaka.
- A… nawet tam nie patrzyłam – machnęła ręką – ale to raczej normalne. Ten związek nie przetrwa, Kaari go nie ten teges – dodała ze śmiechem.
    Słysząc owe rewelacje, uniósł brew, śmiejąc się przy tym w duchu. Nie, nie była to radość z owego faktu – raczej poczucie triumfu (o ile ten nie równa się uczuciu zadowolenia). Panna Venerinen doigrała się przecież – nadal się jej nie układało, choć starała się ze wszystkich sił, wręcz na przymus. I właśnie dlatego to było takie zabawne. On nie musiał szukać Kaisy – sama do niego przyszła. Ponadto Kaari wyraźnie tęskniła za jego towarzystwem, czego dowodem było jej ostatnie zachowanie.  
    I bardzo dobrze, nie mógł wymarzyć sobie lepszego scenariusza dla dalszych wydarzeń po ich „tragicznym” związku.
    Tanja z lubością przeglądała album ze zdjęciami. Towarzyszyła jej Hanna, która na moment oderwała się od swoich zajęć. Właściwie to owa „prezentacja” wyszła z jej inicjatywy – gdy ścierała kurze, natknęła się na zdjęcie Aleksego ze studiów i wziąwszy ramkę do ręki, ruszyła z nią do synowej, by zapytać, czy ma takich więcej. Syn bynajmniej nie dbał pieczołowicie o takie pamiątki, jak zdjęcia, toteż te „walały się” byle gdzie. Jednakże Tanja, gdy jeszcze była na chodzie, kupiła album i posegregowała je, dodając do nich te, które przyniosła ze sobą.
    Tak więc teraz uważnie lustrowały owe fotografie, to wzruszając się, znów śmiejąc itd. Aleksi nie miał zbyt wielu zdjęć z dzieciństwa, gdyż w sierocińcu bynajmniej nie robiono ich, ile wlezie. Te, które posiadał, otrzymał zazwyczaj od innego wychowanka, bądź były to specjalne okazje, z racji których zrobiono odbitki dla mieszkańców „bidula”. Wśród skromnej kolekcji znajdowało się kilka zdjęć z zastępczymi rodzicami. Jak sam wyznał żonie, kobiety chciały w ten sposób dać mu coś na pamiątkę. Jak dla niego było to zwyczajnie śmieszne – nie chciały go adoptować, ale by je pamiętał, a i owszem.
    Hanna poświęcała każdej niemal fotografii dość długą chwilę. Tanja już się napatrzyła (nie pierwszy zresztą raz), więc chciała odwrócić stronę, lecz ta chwytała ją za dłoń, dając w ten sposób do zrozumienia, że jeszcze nie przestudiowała każdego szczegółu. Synowa pozwalała jej więc patrzeć, mierząc przy tym ze współczuciem.  
    Jej dziecko jeszcze się nie urodziło, ale już teraz trudno było jej wyobrazić sobie, iż miałoby rosnąć z dala od niej. Miałaby nie widzieć, jak zaczyna chodzić, nie słyszeć jego pierwszego słowa, nie mogła opiekować się nim podczas choroby… Hanna świadomie pozbawiła się owej możliwości. Miała, co prawda, swoje powody, lecz teraz wyraźnie było po niej widać, iż tego żałuje. Z pewnością było to tym trudniejsze, że nie mogła cofnąć czasu i syn był już dorosłym mężczyzną, który oczekiwał narodzin własnego potomka.
    Powinna zatem, pomimo zatargów z teściową, pozwolić jej być obecną w życiu przyszłego wnuka. To będzie tak, jakby miała do czynienia z małym „Aleksem”. Wszak, owo dziecko będzie jego częścią. A jeśli dodatkowo urodzi się chłopiec, który będzie bardzo podobny do ojca – toż to będzie, jak znalazł!
- Był ślicznym dzieckiem – wzdychała Hanna.
- Prawda? I nadal taki jest – wtórowała jej Tanja.  
- Ale na tych zdjęciach jest taki smutny… - zauważyła, mając na myśli grupowe ujęcia z sierocińca. Synowa zmierzyła ją z obawą. Jeszcze gotowa się jej rozpłakać, powodowana tym właściwym sobie poczuciem winy, a ona ani nie potrafi, ani nie chce jej pocieszać! W takim razie palnęła pierwsze lepsze, co jej przyszło do głowy:
- Aleks jest podobny do swojego ojca?
- Bardzo – odrzekła, głaszcząc jedną z fotografii opuszkami palców – ale tylko wizualnie… chociaż, ja wiem? Nie znałam za dobrze tego człowieka.
- Dobry na pewno nie był, skoro zrobił coś takiego – orzekła Tanja, natychmiast się pesząc, gdyż zorientowała się, że schodzi na nieciekawy temat. Ona sama nie lubiła wspominać historii z Perttu, więc nie powinna prowokować innych.  
    Bardzo „gryzła ją” kwestia narodowości ojca Aleksego. Hanna powinna pamiętać coś takiego, skoro ów mężczyzna był autorem jej traumatycznych przeżyć. A przynajmniej tak uważała ona. Nie miała jednak odwagi, by nadal wypytywać teściową. Nawiązała więc, jak gdyby nigdy nic, do jednej z fotografii.
    Tak bardzo oddały się owemu zajęciu, że nawet się nie spostrzegły, kiedy do domu wrócił „obiekt” ich zaciekłej obserwacji. Słysząc dźwięk zamykanych drzwi, Tanja prędko rzuciła album na podłogę, po czym wsunęła go pod łóżko. Wszystko to z rozkazu Hanny, która przeraziła się, że Aleksi może mieć jej za złe to, iż przeglądała jego zdjęcia.  
    Tymczasem ten stanął w progu, zaskoczony widokiem, jaki zastał: matka siedziała przy żonie, a do tego miały takie miny, jakby właśnie przyłapał je na plotkowaniu na swój temat. Co by to nie było, ważne, że chyba się dogadywały. Pomimo tego, że jego własna więź z Hanną nie była ze stali, nie chciał, by Tanja czuła dyskomfort z powodu przekonania, iż Lehtinen jej nie lubi.
- Skończyłeś wcześniej? – zagaiła zdziwiona małżonka.
- O czasie. To was chyba coś pochłonęło tak bardzo, że nie zauważyłyście, która godzina – wszedł w głąb, zdejmując niewygodny krawat. Tanja jak zwykle wyciągnęła ku niemu ramiona, toteż przywitał ją pocałunkiem, choć przy Hannie trochę się krępował. Ta zaproponowała, że poda mu obiad, lecz zaprotestował twierdząc, iż sam się obsłuży. Matka nie pełniła przecież w jego domu roli służącej. Skoro wrócił, mogła udać się do siebie i zająć własnymi sprawami.
    Gdy przechodziła obok niego, położyła dłoń na jego ramieniu, śląc przy tym ciepły uśmiech. Wyglądała… jakby na wzruszoną? Odruchowo spojrzał w kierunku Tanji, lecz ta tylko uniosła ramiona. Dla niej takie gesty ze strony rodzica nie były żadnym zaskoczeniem. Aleksi jednak pomyślał, że żona musiała rozmawiać o nim z Hanną i stąd to „dziwne” zachowanie.
    Po skończonym posiłku wyznał Tanji, że dzwonił do niego Hannu z zaproszeniem na spotkanie. Bowiem kilku pracowników prokuratury (w jakiej pełnił niegdyś funkcję prokuratora) postanowiło zorganizować wspólne wyjście dla obecnych i byłych pracowników owej placówki – za wyjątkiem szefa oczywiście. Tego, to chyba nikt tam nie lubił.
- Pójdziesz? – zapytała żona.
- Nie… po co? – odrzekł bez wyrazu.
- Przecież widzę, że chcesz iść – zauważyła błyskotliwie. Po owej uwadze milczał przez moment, walcząc ze samym sobą.
- Nie zostawię cię samej – ciągnął zaraz potem bezbarwnie, jakby usiłował sam sobie wyperswadować ów pomysł, jednocześnie rwąc się do niego ze wszystkich sił.
- Zadzwonię do Kaari, albo Enni… może do rodziców. Powinieneś się rozerwać, powspominać stare czasy – zapewniła z uśmiechem – to kiedy to będzie?
- W przyszłą sobotę – odparł z takim westchnieniem, jakby bał się owej daty.
- I super! Załatwię sobie jakieś towarzystwo, nie martw się – pogładziła go po plecach, gdyż siedział obok niej – ale nie przesadzaj z alkoholem – dodała „groźnie” i natychmiast się roześmiała, by nie odebrał jej śmiertelnie poważnie i tym samym się nie zdenerwował. Jemu jednak do śmiechu nie było, gdyż nie był do końca pewien, czy aby dobrze zrobi, idąc na owo spotkanie. Jednakże perspektywa zobaczenia się ze starym kumplem, oraz Celli była taka kusząca… Tym bardziej, że ich więź mocno osłabła, żeby nie powiedzieć, iż całkiem zanikła. Co prawda, gościli kilka razy po ślubie u Hannu, ale to już nie było to samo. Ostatnie wydarzenia, oraz ogólny brak czasu nie pozwalał na to, by spotkać się tylko we dwójkę i pogadać, jak za starych czasów. A nuż będzie to pretekst do tego, by coś z tym wreszcie zrobić?

***

    Jyrki opuścił bufet i natychmiast natknął się na Kaari, która kręciła się nieopodal.
- Czekasz na tego swojego? – zagaił, na co zwróciła się ku niemu.
- Nie, na ciebie – odparła z kamienną twarzą. W odpowiedzi wycelował w siebie palcem, nie wierząc w to, co słyszy. A może to była ironia? – masz chwilę? Chciałabym pogadać – ciągnęła w taki sposób, jakby nie miała zamiaru przyjąć odmowy.
- Brzmi poważnie… Dobra, chwilę mogę poświęcić – wzruszył ramionami, udając obojętność. Niech sobie nie myśli, że może jest wielce rad, iż chce go wyciągnąć… właściwie, na co? Chyba go ofuknie, sądząc po tonie głosu i wyrazie twarzy. Pytanie tylko, za co? O to, że do niej dzisiaj mrugnął? Sama go przecież prowokowała! „Gapiła się” i uśmiechała! Ale no nic, zaraz się przekona…
    Wstąpili do pierwszej lepszej kawiarni i zajęli miejsce przy stoliku. Rozmowa nie miała zająć im dużo czasu, więc niczego nie zamawiali. Początkowo Kaari milczała, nerwowo obracając na stole swój telefon, gdyż nie miała pojęcia, jak zacząć. Do tego towarzysz wiercił ją zaciekawionym wzrokiem, co dodatkowo ją peszyło.
- Chciałam prosić o radę – zaczęła wreszcie – właściwie to… spytać o punkt widzenia, jesteś w końcu facetem… - plątała się.
- No raczej? Wal śmiało – oparł się wygodnie o blat, oczywiście nie spuszczając zeń tego przenikliwego spojrzenia.
- Boże, to trudne! – jęknęła, zasłaniając twarz rękoma.
- „Co to? Zaraz walnie mi stwierdzeniem, że żałuje naszego rozstania?” – pytał siebie w duchu.
- Trudno, powiem wprost – zabrała dłonie, a on wręcz wstrzymał oddech – muszę zerwać z Arvo, ale chcę zrobić to jak najdelikatniej. Żeby nie cierpiał tak bardzo… Dlatego chciałam się zapytać, jak twoim zdaniem, powinnam to zrobić? – wyrzuciła wreszcie z siebie.
    Osłupiał. Czy ona mówiła poważnie? Naprawdę przyszła z czymś takim właśnie do niego, którego potraktowała nadzwyczaj szorstko?! W jego wypadku bynajmniej nie rozczulała się, czy go skrzywdzi, czy nie. On miał przecierać szlaki, tak? No chyba się przesłyszał! Ale nie, niech jej będzie – sama się prosiła.
- No cóż… - podrapał się po brodzie, udając zamyślenie – może na przykład zwab go gdzieś, zamknij się ze swoją siostrą w pokoju i zrób tak, by podsłuchiwał, a wtedy powiesz, że…
- Ja pytam poważnie! – oburzona, weszła mu w zdanie.
- Za to dla mnie twoje zachowanie jest kpiną – zmierzył ją wymownie – pytasz o takie coś właśnie mnie? Co to, nie masz przypadkiem brata?
- Myślałam nad tym, żeby udać się z tym do niego. Ale to w końcu ty zostałeś wyrolowany, więc pomyślałam, że wczujesz się w jego sytuację i tym samym podpowiesz mi, jak odprawić go w miarę bezboleśnie.
- Dobrze się czujesz? – wykrzywił się pogardliwie – potraktowałaś mnie, jak śmiecia, a teraz przychodzisz po życiowe porady? Nie uważasz, że to jakby bezczelne?
- Ale nie przesadzaj! Wyszło źle, ale tylko dlatego, że nas podsłuchałeś!
- W innym wypadku, ile byś to jeszcze ciągnęła? Aż sam doszedłbym do wniosku, że to nie ma sensu i to ja zerwałbym z tobą? – zasypał ją pytaniami, lecz nie pozwolił jej odpowiedzieć – wiesz, jaki jest twój problem? Jesteś tchórzem: nie tylko nie potrafisz uczciwie ocenić swoich uczuć, ale i wyjawić ich innym. Za każdym razem wystarczyło powiedzieć „Słuchaj, to nie to, co myślałam. Jesteś naprawdę fajnym facetem, ale nie dla mnie, bo ja sama nie wiem, czego chcę! Kto byłby dla mnie odpowiedni. Prawdopodobnie jakiś książę na białym koniu, ale ewentualnie może być renifer” – wyłożył poruszony.
- Tak, wiem. Masz rację – westchnęła ciężko, wbijając wzrok w blat stołu – naprawdę przepraszam za to, jak to było z nami… aż dotąd mam wyrzuty sumienia… dlatego nie chcę powtarzać tego z Arvo – uniosła twarz, patrząc nań nieśmiało.
- Już to zrobiłaś – wymierzył weń znaczące, acz przepełnione chłodem spojrzenie. Na ten widok aż przeszły ją ciarki – trochę mi go żal, chociaż nie znam faceta. Biedny ten, kto staje na twojej drodze. Bez wyjątku.
- Nie mów tak, bo czuję się, jak jakaś… antybohaterka, która jedyne, co robi, to roluje facetów – rzuciła jękliwie.
- A co mam innego powiedzieć? Swego czasu nawet myślałem, że może to taka twoja zemsta za siostrę. Okręcić sobie wokół palca byłego kumpla świra, a potem z hukiem rzucić. Może bym tak nawet wolał? Spróbowałbym chociaż zrozumieć, ale po tej historii teraz widzę, że ty tak robisz i z innymi, a to mi się nie podoba. Miałem o tobie inne zdanie. A przynajmniej byłaś inna, gdy cię poznałem… taka niewinna… - sam nie wiedział, po co mówi jej to wszystko, i skąd w ogóle u niego taka odwaga.  
    Rozmówczyni była już bliska płaczu. Oczywiście nie miał na celu doprowadzić ją do takiego stanu. To wyszło spontanicznie, po prostu nagle zapragnął, by jej wszystko wygarnąć. Wszak, odkąd zerwali, nawet szczerze nie porozmawiali. Teraz jednak, skoro sama to zainicjowała, niech wysłucha jego racji.
- Ja wtedy naprawdę chciałam dobrze… teraz też… ale pogubiłam się – obracała telefon coraz szybszym ruchem, jej dłonie drżały – myślałam, że pragnę faceta z samochodem, własnym mieszkaniem, ułożonego i spokojnego… właśnie: myślałam. W tej chwili już tak chyba nie jest… nie podoba mi się, nudzę się w jego towarzystwie i nie znoszę jego córki! – wyrzuciła z siebie, jak na jakiejś sesji u terapeuty.
    Jyrki słuchał tego wszystkiego, od czasu do czasu potrząsając głową. Czyż on sam nie powiedział jej kiedyś, że może wcale nie pragnie tego swojego stabilnego życia, jak się sama zarzeka?
- Nie mnie powinnaś to mówić, tylko wiesz, komu – zauważył po chwili milczenia.
- Wiem, ale potrzebowałam się wygadać… bo tak naprawdę nie mam do kogo – prychnęła gorzko – Tanja tylko by mnie wyśmiała, a Kaisa… o czym tu mówić?
- Toteż uznałaś, że były, którego potraktowałaś tak samo, jak obecnego, będzie najlepszym słuchaczem? – westchnął, padając na oparcie krzesła.
- Powiedziałam ci już, dlaczego chciałam się spotkać… poza tym uważam cię za swojego… przyjaciela – przyznała, na co parsknął pod nosem. Oczywiście: wieczne „friend-zone” – a przynajmniej tak myślałam, skoro nadal chciałeś ze mną rozmawiać po tym wszystkim? – dodała, mierząc go nieśmiało.
- Owszem, czemu nie? Jako koleżanka jesteś naprawdę fajna. Pamiętasz, jak mi zacięcie wpierałaś, że będziesz tylko i wyłącznie właśnie nią, i nic więcej? – spojrzał pytająco, na co lekko się uśmiechnęła. To były, mimo wszystko, miłe czasy – i może na tym trzeba było poprzestać? No, ale teraz awansowałem do rangi przyjaciela, to już coś! Niech tak będzie: traktuj mnie, jak kumpla – wzruszył ramionami. Na owe słowa wyraźnie się ożywiła, po czym spontanicznie poderwała z krzesła i podbiegła doń… obejmując, jakby miała przed sobą obrażoną koleżankę. Ów gest zaskoczył go do tego stopnia, że nawet na niego nie odpowiedział. Panna Venerinen nie speszyła się jednak, przepraszając za swój „wyskok”. Ależ skąd! Jak gdyby nigdy nic, wyprostowała się i ponowiła prośbę o radę w sprawie „obecnego faceta”. Poradził więc, by po prostu wyznała mu prawdę, bądź czekała aż on sam postanowi zakończyć ów absurdalny związek.
- Dzięki, od razu mi ulżyło! – z powrotem zajęła miejsce, szeroko się przy tym uśmiechając – chyba sobie jednak zamówię jakąś kawkę. Możesz już iść, jak chcesz – spojrzała na towarzysza, szukając w torebce portfela.
- Właściwie… też się mogę napić – podrapał się w głowę – zostaw, ja stawiam.
    Słysząc ową propozycję początkowo się żachnęła, ale zaraz potem na nowo ubrała się w ten swój perlisty uśmiech, rada, że dotrzyma jej towarzystwa.
    Spędzili w owej „kafejce” tak dużo czasu, że wreszcie poczuli straszny głód. Gawędzili przy tym o muzyce i innych głupotach, gdy miły nastrój zakłóciła Kaisa. A właściwie telefon od niej. Była zaniepokojona, gdyż muzyk nie uprzedził jej o późnym powrocie do domu.
- Spotkałem… starą znajomą i zagadaliśmy się. Za niedługo będę, pa – rzucił do aparatu, bacznie lustrowany wzrokiem towarzyszki.
    Kaari nie czuła wyrzutów sumienia z powodu Kaisy, gdyż nie robili przecież niczego złego. Poza tym uszczknęła tylko troszkę z jego czasu – koleżanka miała go na co dzień.
- Powiesz jej kiedyś o nas? Że byliśmy… no wiesz – spytała zaciekawiona.
- Masz mi za złe, że nie przyznałem się jej do spotkania z tobą? Nie chcę, żeby była zazdrosna. Kobietki tak czasem mają – odrzekł na to.
- Dlatego się jej nie przyznałam do naszej znajomości.
- A przypadkiem nie dlatego, że jestem wmieszany w sprawę twojej siory? W końcu to takie dziwne zadawać się z kimś takim – trącił palcem pustą filiżankę.
- Nie tylko… byłam na ciebie zła i nie chciałam przyznawać się do czegoś takiego – przyznała, mrucząc niemrawo pod nosem, gdyż bała się jego reakcji.
- Ty? Na mnie? – rzeczywiście parsknął z niedowierzaniem. Oczywiście, to on rościł sobie jedyne prawo do gniewu.
- Za ten występ, tam w klubie. Ale spokojnie, rozumiem już, że ja pierwsza postąpiłam źle – popatrzyła pokornie.
    Całe to spotkanie wyglądało, jak jedna wielka kpina losu. Oto panna Venerinen otwarcie przyznawała się do błędu i była taka miła, przyjacielska… jak nigdy. Zapewne kierowała nią zazdrość o Kaisę, że on zdawał się być szczęśliwy w owym związku. No i znudzenie obecnym „amantem”, jak sama przyznała. Mimo wszystko postanowił piec dwie pieczenie na jednym ogniu – towarzystwo Kaari, by nakarmić sferę emocjonalną, Kaisa od pozostałych spraw. Pewnie wiele osób nazwałoby go „draniem”, ale nie potrafił inaczej, skoro była sama „podawała mu się na talerzu”?
    Jak tamtego wieczora po występie w „Tavastii”, tak i dzisiaj odprowadził pannę Venerinen na przystanek. Znowu usiadła przy oknie i pożegnała się, pomachawszy ręką. Szczerze się przy tym uśmiechała, gdyż cała ta rozmowa (choć trudna) wprawiła ją w dobry nastrój.
    Odpowiadał tym samym, lecz gdy tylko autobus zniknął mu z pola widzenia, spochmurniał i potrząsając głową na boki, wyjął z kieszeni telefon.

100%15
nutty25

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 5959 słów i 33014 znaków.

3 komentarze

 
  • xxxy

  • Beno1

    Kaari zachowuje się tragicznie, normalnie dziecko w ciele kobiety...

  • Wiktor

    Witaj. Może Tanja w jakiś sposób pomoże teściowej zbliżyć się do Aleksa. Cóż ta Kaari wyrabia?. Czekam na next. Ciekawe co im dalej wymyśliłaś. Pozdrawiam Wiktor