Love me like you do cz. 7

Tego dnia Tanja „poświęciła się” i poszła do pracy rano, po czym odpuściła połowę wykładów, by wrócić do domu i… ugotować zupę. Bardzo chciała pochwalić się przed Aleksim nabywanymi umiejętnościami kulinarnymi i jednocześnie zrobić mu niespodziankę, a, by tak było, ten musiał być nieobecny w domu. Z pracy miał wrócić dopiero za kilka godzin, więc stworzyło to doskonałą okazję.
    Gdy tak przyrządzała zupę warzywną z kawałkami ryby, wymyśliła sobie, że przydałby się jeszcze jakiś deser. Matka, tuż po ślubie, wręczyła jej notes z własnymi przepisami, toteż odszukała w nim ten na ciasto czekoladowe (tzw. „Murzynka”). Pani Krystyna przywiozła go z Polski – placek był przepyszny! Tyle, że ona jeszcze nigdy go nie piekła… Ale owa sztuka chyba nie jest wcale taka znowu trudna? Wystarczy po prostu postępować według wskazówek z przepisu i tyle.
    Tak więc podzieliła uwagę pomiędzy zupę, a przyrządzanie ciasta. Ależ „Aleks” będzie zdumiony! I oby zadowolony, bo o to jej właśnie chodzi: sprawić mu przyjemność, w ten sposób podziękować za całą jego cierpliwość. W końcu tak wiele owego przymiotu okazał jej jeszcze przed ślubem, a teraz, to już w ogóle była poezja! Nie mogła trafić na lepszego człowieka, po prostu nie mogła!
    Tak to krzątała się po kuchni, słuchając z laptopa swojej ulubionej muzyki, to nucąc i gawędząc z kotem, który oczywiście przeszkadzał jej w pracy, co rusz wpychając swój brązowy nos tam, gdzie był nieproszony.
    Tuż przed powrotem męża włożyła ciasto do piekarnika, zaś zupa była już jak najbardziej ugotowana. Z wielkiej satysfakcji aż klasnęła w ręce, pewna swego sukcesu, i właśnie wtedy w zamku dało się słyszeć zgrzyt przekręcanego klucza. Aleks pobiegł zobaczyć, któż to, i prawie został stratowany przez właścicielkę, która także pragnęła powitać przybyłego. Ledwo więc Aleksi przekroczył próg, a już się na nim „uwiesiła”.
- Jesteś w domu? Myślałem, że na uczelni… Coś pachnie – pociągnął nosem, od razu wspomniawszy na dzień, w którym żona spaliła łososia. Oby dzisiaj nie było powtórki z rozrywki…
- Deser – odrzekła z promiennym uśmiechem, pomagając mu rozebrać się z marynarki.
- Mamy jakieś święto, czy co? – obdarzył ją nieśmiałym grymasem, bowiem cały czas obawiał się złego zakończenia owej „sielanki”. A przynajmniej do tej pory dobre miało taki właśnie finał…
    Żona poprowadziła go za rękę do kuchni, po czym usadziła przy stole i kazała zamknąć oczy. Nic z tego nie rozumiał, ale posłusznie spełnił jej polecenie. Jednakże na plecach cały czas czuł nieprzyjemne ciarki. Znowu coś wymyśliła i tym samym za chwilę okaże się, że jej nie wyszło. Tak to będzie wielki płacz, oraz zgrzytanie zębami… Tylko tego mu brakuje po ciężkim dniu pracy…
    Nie to, żeby nie wierzył w jej możliwości. Po prostu… już się przyzwyczaił do takowych finałów jej „kulinarnych ekscesów”. Owszem, bardzo nie chciał, by ten śliczny uśmiech zniknął jej z twarzy, ale zdawało się, że inaczej być nie może… a przynajmniej na razie.  
    Tymczasem Tanja nałożyła zupy na talerz i przy okazji zajrzała do piekarnika, jak tam ciasto. Było podejrzanie niskie, ale może jeszcze zdąży urosnąć?
- Możesz otworzyć – poleciła uroczyście, gdy już postawiła przed mężem autorskie danie.
- Co to? – spojrzał w dół, wdychając przyjemny zapach potrawy.
- Zupa warzywna z dodatkiem ryby. Twoja ma… to znaczy pani Hanna taką gotuje – wyjaśniła, siadając obok, po czym zaczęła weń wpatrywać z nutką niepokoju. Była żądna opinii na temat swojego „dzieła”. Koniecznie dobrej.
- A skoro już o tym mowa. Wiesz, że masz przewagę nad innymi kobietami? – zaśmiał się, na co spytała „To znaczy?” – podobno faceci porównują kuchnię żon do tej swoich matek, a ona nigdy mi nie gotowała, więc możesz być spokojna. Za to w bidulu żarcie było średnie – puścił oczko, biorąc do ręki łyżkę.
- Ty i ten twój humor – parsknęła niemrawo, gdyż za bardzo była przejęta jego opinią. Śledziła każdy jego ruch, niczym w „slow-motion”, jakby chciała uchwycić najmniejszy grymas na jego twarzy. Gdyby tak, broń Boże, skrzywił się, to chyba by umarła!
    Z tego wszystkiego miał ochotę wybuchnąć śmiechem, lecz nie chciał robić jej przykrości. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, jakie to dla niej ważne. Nie rozumiał, co prawda, dlaczego udaną kuchnię stawiała sobie za punkt honoru, ale starał się to szanować. Posmakował wreszcie zupy i… od razu chwycił się za usta – Co? Ohydna?! – pisnęła spanikowana, prędko szukając w pamięci, co takiego zrobiła nie tak? – za dużo soli? Pieprzu? No mów coś! – jęknęła zniecierpliwiona, gdy nie zabierał dłoni od twarzy.
- Żartuję, bardzo dobra! – rzekł po chwili, ot tak wracając do jedzenia.
- Ty…! – zbiła go po ramieniu, na co bez skrępowania parsknął śmiechem – kłamiesz! Pewnie niedobra, ale nie chcesz mi zrobić przykrości – przyjęła zamkniętą postawę.
- Kiedy na serio! Więcej wiary w siebie, kochanie. A najlepiej, to sobie nałóż. Mam sam jeść? – posłał jej niewinny uśmiech. Zmierzyła go podejrzliwie, ale mimo to udała się po porcję dla siebie, bo przecież także była głodna.  
- Ty, rzeczywiście nie taka zła – odkryła zaraz potem, gdy już próbowała swojego „tworu”.
- A nie mówiłem? Twój pierwszy kulinarny sukces – zaśmiał się. Wyciągnęła ku niemu dłoń, toteż mocno ją za nią ścisnął. Uśmiechnęła się, pytając, niczym dziecko, czy cieszy się z jej postępów. Odrzekł, iż owszem, gdyż była szalenie urocza z tym swoim dziewczęcym wdziękiem.
    Niestety, była to cisza przed burzą… Po skończonym obiedzie Aleksi poszedł do pokoju, by dla relaksu „przejrzeć neta”, natomiast ona ponownie zajrzała do ciasta i jakże wielkie spotkało ją rozczarowanie: to w ogóle nie wyrosło. Jak było płaskie, niczym gruby, czekoladowy naleśnik, takim już zostało.
    Jęknąwszy do siebie zaczęła ponownie przetrząsać pamięć, a więc wyliczać na palcach dodane składniki, i oto dotarło doń, że pominęła… proszek do pieczenia. Tak, podstawowy składnik, bez którego chyba żaden wypiek nie mógł się obejść. Gdzie ona miała głowę…?! No jak? Przy „Aleksie”, który zachwalał ją, jaką to dobrą żoną nie jest, jak to go nie rozpieszcza…
    Bynajmniej nie wypowiedział tego na głos, a w jej bujnej wyobraźni, która „brutalnie” przesłoniła opakowanie z proszkiem do pieczenia.
    Uderzywszy się parokrotnie otwartą dłonią w czoło, wytargała „niewypał” z pieca i postawiwszy na blacie, zaczęła rozważać, co z nim teraz zrobić. Nie miała pojęcia, czy w ogóle jest jadalny? Matka zawsze piekła „doskonałe” ciasta, toteż nie pamiętała z dzieciństwa, by kazała im jeść „spłaszczony” placek. A jak się nim strują? Jutro czekają ich przecież obowiązki, no i nikt nie lubi skręcać się z powodu bólu żołądka.
    No ale, tak z drugiej strony, szkoda jej składników, jakie włożyła w ową „porażkę”. Gdyby zjedli placek, te przynajmniej by się nie zmarnowały…
    Po kilku minutach bezradnego prychania pod nosem… zadzwoniła do rodzicielki, gdyż nic lepszego nie przyszło jej do głowy. Gdy pani Krystyna wypytała już „jak tam leci?”, „czy są zdrowi?”, „dobrze im się układa?”, „kiedy mogą ich odwiedzić z tatą?”, a następnie z wielkim trudem powstrzymała wybuch śmiechu, iż córka pominęła tak ważny składnik, wreszcie przeszła do meritum. A więc: tak, owszem, popełniła niezłą gafę, ale każdemu może się zdarzyć. Ciasto jest jednak jak najbardziej do przełknięcia i szkoda byłoby go wyrzucać. O ile, rzecz jasna, na pewno dodała resztę produktów i nie mają nic przeciwko „gumowemu zakalcowi”…
    Gdy kobieta nareszcie skończyła „paplać”, stanęła nad wypiekiem, mierząc go z prawdziwą nienawiścią. Tak, identyczną, jaką obdarzyła niegdyś spalonego łososia.  Zaraz też w wielkiej złości zamachnęła nań nożem, by „wypatroszyć” jego cienkie wnętrze, oddać całą swoją…
- O, już się upiekło? – wtem do kuchni wszedł Aleksi, toteż porzuciła plany zemsty i zasłoniła placek własnym ciałem – co jest? Nie kroisz? – bąknął na ten widok, na co nerwowo potrząsnęła głową – znowu coś nawyrabiałaś, tak? – dodał, unosząc brew.
- Aleks?! – pisnęła urażona, ale zaraz też, bez zbędnych histerii odsunęła się, „prezentując” cienki wypiek.
- No ciasto, co niby z nim nie tak? – uniósł ramiona, najwidoczniej ani trochę nie znając się na cukiernictwie.
- Nie dodałam proszku do pieczenia – przyznała z niechęcią, przygotowana na kolejny wybuch śmiechu z jego strony, lecz najwidoczniej nie miał pojęcia, co w tym niby takiego złego?
- To co? – podszedł bliżej i urwał kawałeczek, lecz nim zawędrował nim do ust, chwyciła go za ramię, jakby ten zawierał jakąś truciznę, albo co?
- Ma zakalca i będzie strasznie gumowe! – zawołała przy tym, na co mąż „bezceremonialnie” łyknął „zakazany” okruszek, jakby chciał jej zrobić na złość – dobra, jak ci to nie przeszkadza? Ukroję ci – poddała się więc.
- Oj tam, bez przesady. Sam to zrobię – wywrócił oczami, ale wyrwała mu nóż z ręki.
- O nie, dzisiaj to ja wszystko robię. Ty siadaj i czekaj – wskazała mu to samo krzesło, co podczas obiadu.
- Zamieniłaś się w feministkę, czy kurę domową? – bąknął, posłusznie zajmując miejsce.
- Ja ci dam kurę! Po prostu tego dnia chcę ci się za wszystko odwdzięczyć – wyjaśniła, stawiając przed nim talerzyk z „niewydarzonym” wypiekiem. Od razu wbił weń pytający wzrok – za to, że mnie przez cały czas znosisz, tak długo czekałeś… Jesteś dla mnie taki dobry i wyrozumiały – kontynuowała, siadając mu na kolanach, po czym objęła za szyję.
- Jak nie ględzisz, to jest nawet znośnie – wzruszył ramionami.
- Jak cię zaraz trzepnę… - posłała mu ironiczny uśmiech – otwórz buzię – poleciła, karmiąc go kawałkiem ciasta. Zaraz też westchnęła, głaszcząc go po włosach, niczym kochający rodzic – jesteś szczęśliwy?
- Chcesz, żebym się udławił? – udał, że się krztusi, po czym objął ją w pasie – a to nie widać? Ale jak ty nie będziesz, to ja też nie.
- Przecież jestem, i to bardzo – przyjrzała mu się uważnie, jak zwykle gładząc po policzku – chciałabym, żeby tak było zawsze…
- No ja też, fajnie zastać obiad i zakalcowate ciasto. Ale na co dzień, jak się domyślam, będzie to chyba trudne do zrobienia? – odparł, również się w nią wpatrując.
- Ale nie żartuj, ja mówię poważnie – skwasiła się.
- Kiedy ja też. Dlaczego tak bardzo nie wierzysz, że będę cię kochać i za te kilka lat?
- A jakbym na przykład… urodziła dziecko i potem przez to zbrzydła, to wtedy też? – palnęła ni stąd ni zowąd.
- Jak to…? – przełknął ślinę – jesteś…?
- Nie – zaśmiała się – mówię tak hipotetycznie.
    Odetchnął z ulgą, gdyż na razie chyba nie był gotowy do roli ojca. O ile kiedykolwiek będzie. Ponieważ znała jego obawy w tejże kwestii, przez moment nawet pomyślał, że ów obiad i deser, to jej próba wyrobienia sobie gruntu, by przekazać mu ową wiadomość. Jakby w ten sposób chciała go wręcz… udobruchać. No, ale niby po co? Dlaczego miałby być zły o coś, do czego sam się przyczynił? Jest w końcu dorosły i wie, co robi. Co prawda, od dawna nie rozważali kwestii posiadania potomstwa, ale gdy takowe by się przydarzyło, musiałby się z tym oswoić. No, ale jeśli żona mówi, że rodzina, jak na razie, się nie powiększy, to może spać spokojnie.
- Czemu od razu zbrzydła? Macierzyństwo podobno dodaje kobiecie uroku – ciągnął więc, odgarniając jej włosy z czoła – wtedy to musiałbym kochać cię jeszcze bardziej, skoro łączyło by mnie z tobą dziecko?
    Uśmiechnęła się, słysząc takie zapewnienie, i jeszcze szczelniej zaplotła ramiona wokół jego szyi. Zaraz potem zmieniła temat:
- Wiesz, że ten zakalec, to z tego samego przepisu, co ci kiedyś przyniosłam do prokuratury? Tylko, że wtedy to mama go upiekła.
    Przez chwilę odszukiwał w pamięci owego zdarzenia, gdyż ta jego trochę szwankowała – nie tylko z uwagi na przebyty uraz. Jakoś tak, w przeciwieństwie do niej, nie potrafił rejestrować zdarzeń z okresu ich poznawania się z taką dokładnością, jak żona.  
- Kłamczucha. Myślałem, że ty – rzucił zaraz potem, gdy nareszcie zorientował się, o czym mowa.
- No co? Chciałam ci się przypodobać – parsknęła, przytykając nos do jego.
- Już wtedy? Czego to się człowiek dowiaduje po latach… Ale twoje też jest bardzo dobre, chociaż można się nim zadławić – odrzekł, całując ją.  
- Powiedzmy, że ci wierzę – mruknęła zadziornie i teraz to ona przejęła inicjatywę.
- Dzisiaj sąsiedzi ci nie przeszkadzają? – zauważył przebiegle. Zaśmiała się, po czym wstała i pociągnęła go za dłoń. Był ciekaw, dokąd zamierza go zaprowadzić. W końcu dzisiaj miała tyle pomysłów.  
    Za cel obrała sobie sypialnię. Tam usadziła go na łóżku, a następnie zaczęła rozpinać mu koszulę, obdarzając przy tym pocałunkami. Był szczerze zaskoczony jej zachowaniem, gdyż dotąd to on „przewodził” w owej „sferze”, zawsze dzierżąc inicjatywę. Ale kto powiedział, że mu się to nie podobało? Musiałby chyba być szalony.
    Gdy już rozpięła wszystkie guziki, pchnęła go lekko do tyłu i sama weszła na łóżko.
- Kocham cię, miśku – szepnęła, znowu go całując.
- A ja ciebie, bardzo – odrzekł, przewracając ją na plecy, po czym zaczął odwzajemniać się czułościami.
    Mimo że przeszłość nie raz wracała do niej w najmniej oczekiwanym momencie, nauczyła się mu ufać, oraz czerpać przyjemność z okazywanych jej uczuć. Starała się też dawać coś od siebie, by nie być samolubną. Zresztą miłość, jaka ją przepełniała, nie pozwalała „stać ot tak, z założonymi rękami”, a wręcz przymuszała ją, by odwdzięczać się tym samym. Tym bardziej, gdy słyszała odeń takie zapewnienia, jak to. Robiła wszystko, co mogła nawet, jeśli czasem było to na przekór jej samej. Wewnętrzny opór powoli jednak zanikał, choć nie mogła mieć stuprocentowej pewności, iż nie wróci kiedyś ze zdwojoną siłą. Dzisiaj, na szczęście, nie było go wcale.

    Rozdział 6

    Od jakiegoś już czasu Helsinki zalewała wiosna. Drzewa i krzewy właściwie już przekwitły, leniwie szykując się na nadchodzące lato. Mieszkańcy ożywili się, radzi z powodu dłuższych dni, oraz coraz mocniej świecącego słońca. Pani Kietala była tym bardziej zadowolona, gdyż pierwszy rok studiów dobiegał końca i tym samym mogła w całej pełni (z drobną przerwą na pracę pod uniwersytetem, gdyż od tej wakacji nie było) poświęcić się prowadzeniu domu, a tym samym i, jak to zwała, rozpieszczaniu swego męża. Polubiła pieczenie i, choć nie próbowała jeszcze skomplikowanych wypieków, wychodziło jej to całkiem nieźle. Aleksi bardzo ją chwalił (w ogóle nie obawiając się, że od tych wszystkich deserów w końcu utyją), co tym bardziej dodawało jej skrzydeł.
    Ponadto przerwa w nauce oznaczała również tą… od Eina, który ostatnimi czasy nie szczędził sobie głupich uwag.
    Tego dnia słonce było niestety niewidoczne, a to dlatego, że niebo szczelnie przykrywały ołowiane chmury, z których padał rzęsisty deszcz. Ulice mieniły się więc od różnokolorowych parasoli, a nawierzchnia odbijała wznoszące się nad nią obiekty, oraz neonowe szyldy.
    Przez niemal cały dzień w pracy Kaari wpatrywała się w spływające po szybie krople. Pomimo tego, że ktoś znowu się nią zainteresował, i to na poważnie, nie potrafiła być szczęśliwa. Nie czuła tego podekscytowania, nie snuła marzeń o przyszłości, może ślubie, dzieciach?
    Wprost przeciwnie do Kaisy, która tylko co rusz patrzyła na zegarek, ile jeszcze zostało do przerwy. Do tego od czasu do czasu się uśmiechała i nuciła pod nosem kawałki „Bajek”. No tak, „sezonowa fanka”… Obserwując ją, panna Venerinen z trudem powstrzymywała się od jakiejś kąśliwej uwagi, gdyż trawiła ją zazdrość. Można by pokusić się o stwierdzenie, iż irracjonalna, bowiem ona też przecież kogoś miała, więc w czym rzecz?
    Nie, bo wszyscy wokoło zdawali się szczęśliwie zakochać – nawet Matti, „wieczny podrywacz”, podobno spotkał „tą jedyną”. A przynajmniej tak się zarzekał. Tylko ona była z Arvo, bo... musiała? Bo doskwierała jej samotność? A może po prostu już nie umiała się zaangażować?
- Myślisz, że z tym twoim, to coś poważnego? – zagaiła od niechcenia Kaisę, gdy odezwała się w niej nagła potrzeba zaaplikowania sobie kolejnej dawki bólu.
- Myślę, że tak – przytaknęła gorąco – na razie wpadam do niego, kiedy chcę, ale ostatnio zaczęłam rozważać, czy by nie zaproponować mu wspólnego mieszkania. Tylko nie wiem, czy u mnie, czy u niego? A ty jak myślisz?
    Nie no, teraz to sobie strzeliła w kolano. Jeśli tylko tam. Po co ona w ogóle poruszyła ów temat?! Myślała, że zaraz ją skręci. A więc, to tak: ewidentnie zawsze była tylko „obiektem do zdobycia”. Nie udało się, więc uderzył w łatwiejsze rejony. Nigdy nie myślał o niej poważnie, choć na weselu Tanji nawet napomknął o ślubie. W takim razie nie była też jedyną, której grał, zabierał na koncerty, do klubów, kina… Och, jakże jej tego brakowało! Nawet „głupiej” wycieczki za miasto. Tanja co dopiero jej opowiadała, jak to wybrali się z „Aleksem” w sobotę nad jezioro, zaraz za Helsinkami. Szwagier bowiem zobowiązał się pokazać siostrze wszystkie miejsca, w jakie jeździł, jako kawaler. Tam zrobili sobie piknik, wygłupiali się nad wodą udając, że zaraz jedno wrzuci do niej drugie… a ta była potwornie zimna! W niedzielę natomiast poszli na spacer po Uunisaari…
    Słuchając tego myślała, że szlag ją trafi! Arvo, póki co, nie miewał takowych pomysłów, to znów wieczorami musiał siedzieć z córką, więc długie wypady nie wchodziły w grę… no, chyba, że z małą, bo przecież nie mógł jej ciągle podrzucać do teściów, czy babci, ale Kaari jeszcze jej nie poznała, więc wspólna wycieczka na razie odpadała.
    Zaraz… a no właśnie: wczoraj napomknął coś o tym, że chciałby ją przedstawić tej swojej „księżniczce”, jak to uroczo nazywał pierworodną, więc może coś się wreszcie ruszy? Chociaż perspektywa owego spotkania tym mocniej spędzała jej sen z powiek.
    Kaisie odpowiedziała, że nie będzie się wypowiadać na temat wspólnego mieszkania, skoro nie ma pojęcia, jak prezentują się ich kąty, by je tym samym porównać i zrobić ewentualny rozrachunek. Młodsza koleżanka oczywiście chciała jej nakreślić ich obraz, lecz ta stwierdziła, że są w pracy i nie ma teraz czasu na takie „dyrdymały”.  
    Kaisa była zawiedziona taką ripostą, ale jak zwykle zrzuciła ją na karb niechęci Kaari wobec Jyrkiego. Wszak, przyjaźnił się z prześladowcą jej siostry. Sam zainteresowany nie miał zamiaru wyprowadzać jej z błędu, iż tak naprawdę chodzi o to, że panna Venerinen „bezczelnie go wykorzystała, a teraz się jeszcze boczy, jakby to on jej coś zrobił”. W rezultacie zaczęła już nawet rozważać zorganizowanie spotkania we czwórkę: ona, Jyrki, oraz Kaari z Arvo, by w ten sposób choć troszkę przekonać przyjaciółkę do muzyka. Bowiem ta myliła się co do niego i bynajmniej nie był żadnym przestępcą!  
    Ponieważ była w nim zakochana, pragnęła, by i inni odkryli jego „niewątpliwe zalety”.
    - Nigdzie dzisiaj nie pójdziemy po pracy. Muszę zostać po godzinach – wyznał Arvo, gdy w towarzystwie Kaari raczył się obiadem w bufecie. Nie wiedział tylko, czy jego słowa w ogóle do niej dotarły, gdyż sprawiała wrażenie nieobecnej duchem. Co rusz gdzieś tam wyglądała, jakby kogoś wypatrywała…
    A i owszem: zerkała na Jyrkiego, który raz po raz pojawiał się na sali i znikał. Jednakże w momentach, w których przemierzał pomieszczenie, spoglądał w ich stronę. Posyłała mu wówczas „miażdżące” spojrzenie, jakby w ten sposób chciała wyrazić swoją dezaprobatę, iż jemu powodzi się lepiej, aniżeli jej. Odpowiadał tym samym, co wprawiało ją w jeszcze gorszy humor – Na kogo tak patrzysz? – spytał wreszcie poirytowany towarzysz.
- Co…? Nie, na nic – odchrząknęła, wiercąc widelcem w wolnej przestrzeni pomiędzy pomidorem, a kawałkiem ryby. Arvo zmierzył ją podejrzliwie, ale mimo to zapytał, kiedy miałaby czas, by spotkać się z jego pociechą? – To może dzisiaj po pracy? Możemy pójść do ciebie i na przykład zjeść razem kolację – rzuciła od niechcenia.
- No przecież mówiłem, że zostaję po godzinach. Nie słuchasz mnie – odparł z wyrzutem, na co speszona spuściła wzrok – nie wiem, ile mi zejdzie… Może jutro? – dodał po chwili. W odpowiedzi pokiwała głową, gdyż tak naprawdę było jej wszystko jedno.

***

    Opuściła biurowiec w fatalnym nastroju. Kaisa „paplała, ile wlazło”, pchając się nań z tą swoją parasolką, jakby była głucha. Kiwała potakująco, choć nie bardzo wiedziała, o czym ta w ogóle mówi, gdyż nie miała ochoty jej słuchać. Na szczęście rozstały się dość szybko, bo Kaisa skręciła na przystanek tramwajowy. Kaari bardziej opłacało się jechać autobusem, więc stanęła na przejściu dla pieszych, które do takowego prowadziło.
    Ciężkie, deszczowe krople obijały się o jej nogi, powodując nieprzyjemne uczucie zimna. Do tego do wysokich, czarnych szpilek wlewała się jej woda, odbijająca od mokrego chodnika. Opatuliła się szczelniej apaszką i tym samym przysłoniła sobie parasolką widok na drugi pas jezdni. Tym pierwszym nic nie jechało, więc weszła na przejście… Nagle usłyszała straszny pisk opon. Coś uderzyło ją w bok, dzięki czemu znalazła się pod samochodem, który najechał jej na nogę. Przez ciało przeszedł tak straszny ból, że miała wrażenie, iż zaraz zemdleje! Zawyła bezsilnie, usiłując wyjąć kończynę z ciasnej pułapki, lecz ta była zaklinowana. Szok, jak i cierpienie sprawiły, że wybuchła rzewnym płaczem.
    Wokół już zaczęli zbierać się gapie, głośno komentując zajście. Ktoś już dzwonił na pogotowie. Z pojazdu wyskoczyła wystraszona kobieta w średnim wieku. Z tych wszystkich emocji aż cała drżała.
- Przepraszam, naprawdę! Musiałam się zagapić! Co się pani stało?! Słyszy mnie pani?! – dopytywała, nachylając się nad nią, choć miała wrażenie, że zaraz upadnie obok niej, zupełnie bez świadomości. Kaari nie była w stanie odpowiedzieć – nie pozwalał na to szok, jak i dokuczająca jej noga. Wreszcie narastający ból sprawił, że straciła przytomność i upadła na twardą, mokrą nawierzchnię.
    W przebłyskach podświadomości widziała sanitariusza, czy tam ratownika, jaki pochylał się nad nią, pytając, czy go słyszy. Miała wrażenie, że usta zaszyto jej niewidzialną nicią, a powieki przygniata ciężki głaz. W całym ciele czuła ten okropny ból, jakby zdeptało ją stado słoni.
    Dopiero, gdy w szpitalu podano jej środek przeciwbólowy, zaczęła kojarzyć to, co się wokół niej działo. Jakiś młody lekarz wyjaśnił jej, że potrącił ją samochód (tyle, to i ona wiedziała). Musieli zrobić jej badania, by wykluczyć inne urazy. Już teraz jednak pewnym było, że ma otwarte złamanie kości nogi. A dokładniej piszczeli. Na ową wiadomość ogarnęły ją tak silne mdłości, że miała wrażenie, iż zaraz zwymiotuje. To stąd, że wyobraźnia podsunęła jej najgorszy możliwy obraz: kość na wierzchu i mnóstwo krwi z przebitej skóry… a w środku… Aż się wzdrygnęła. Mimo wszystko korciło ją, by zerknąć na „zmasakrowaną” kończynę, która obecnie była unieruchomiona i przykryta kocem.  
    Na chęciach się jednak skończyło, gdyż przyszła pielęgniarka, by zabrać ją na prześwietlenie. Lekarze musieli wiedzieć, na ile poważne jest złamanie. W najgorszym wypadku skończy na stole operacyjnym, gdzie włożą jej w kość tytanową, czy tam stalową śrubę.
    Po dość długim czasie, gdy okazało się, iż na szczęście uraz nie jest zbyt skomplikowany, toteż po prostu złożono kość i włożono w gips, położono ją na oddział, w celu obserwacji. Poza nieszczęsnym złamaniem miała drobne otarcia na rękach i drugiej nodze, no i uderzyła się lekko w głowę, gdy upadła na twardy asfalt.  
    Kazała zawiadomić Tanję, gdyż ojciec miał problemy z sercem, a matka za bardzo panikowała. Tak więc młodsza siostra powinna ich wpierw „ułagodzić”, nim wpadną do sali z biadaniem na ustach, jakby co najmniej umarła.
    Takim to sposobem państwo Kietala spędzali wieczór w szpitalu, dotrzymując towarzystwa Kaari. Gdy z najdrobniejszymi szczegółami opowiedziała im to, co pamiętała, młodsza siostra wyszła na korytarz, by wreszcie zawiadomić matkę i brata. Panna Venerinen wysławiała się logicznie i była w jednym kawałku, więc z czystym sumieniem mogła ściągnąć tutaj bliskich.
    Aleksi wykorzystał ową okazję do tego, by poinstruować szwagierkę, co dalej w związku z jej wypadkiem. Czy dostanie odszkodowanie, itd. Nie był, co prawda, specjalistą w owej dziedzinie prawa, ale co nieco wiedział i w rezultacie rozgadał się na całego. O tak, jeśli chodziło o zawód, to zdecydowanie trafił w dziesiątkę – miał do tego prawdziwy ciąg… Słuchaczka była jednak tak bardzo „niewdzięczna”, że na koniec stwierdziła, iż jeśli sprawczyni zechce pójść na ugodę, to bardzo chętnie to zrobi. I tu dostarczyła mu kolejnych argumentów „za” i „przeciw”, dzięki czemu „paplał” aż do momentu, w którym do sali wpadli przejęci rodzice.
    Noc w szpitalu była straszna, a to za sprawą pacjentki z sąsiedniego łóżka – także miała wypadek samochodowy, ale o wiele cięższy, gdyż była pasażerką z przedniego siedzenia. Miała złamaną rękę i nogę, a także wstrząs mózgu. W środku nocy zaczęła dziwnie charczeć, jakby brakowało jej powietrza, co wyrwało Kaari ze snu. Zaczęło się zamieszanie, bieganie i szybka akcja ratunkowa, po czym wywieziono chorą z sali. W rezultacie panna Venerinen została w niej w pojedynkę, ale bynajmniej jej to nie przeszkadzało. I tak miała z kim rozmawiać. Co prawda, nie osobiście, ale przez telefon.
    Rankiem rozpoczęła się owa litania: najpierw do firmy, by uprzedzić o swojej nieobecności w pracy. Potem do Kaisy, by się nie martwiła, dlaczego jej nie ma. Następnie do Arvo, z tych samych powodów, co u koleżanki. Ledwie wykonała owe połączenia, a zaczęła je z kolei odbierać: to Tanja pytała, jak minęła jej noc i obiecała, że przyjdzie po popołudniu, Matti dopytywał się, co się stało i jak się czuje. Matka uprzedzała, że wpadnie z ojcem w późniejszych godzinach. Nawet Enni przysłała sms’a z życzeniami. Było jej miło, że wszyscy się tak o nią troszczą, ale nie była pewna, czy aby zdążą odwiedzić ją jeszcze w szpitalu, gdyż nie sądziła, że długo zagrzeje tutaj miejsce. Choć, póki co, złamana noga była na wyciągu.
    Cóż z tego jednak, jeśli prędko ją stąd wypuszczą, skoro czekało ją kilka tygodni zwolnienia? Kompletnego nic nie robienia? Gdyby tak była możliwość wyjazdu gdzieś, niby to na wakacje, to pewnie… Tylko co by zwiedzała z tym gipsem? Sięgał przecież aż po udo, więc dodatkowo będzie musiała nauczyć się chodzić o kulach. Chyba się zanudzi na śmierć…  
    Po śniadaniu przyjęła pierwszego gościa: skruszoną sprawczynię jej potrącenia. Jak się okazało, miała na imię Paula i była gotowa ponieść konsekwencje swojego czynu – w chwili wypadku spoglądała na telefon, gdyż przyszedł doń sms, a czekała na ważną wiadomość.
    Słysząc takie wyjaśnienia, Kaari początkowo się zdenerwowała, gdyż oznaczało to, że gdyby nie chwila nieuwagi kobiety, wcale nie musiałaby tu teraz leżeć. Ton jej głosu był jednak taki ciepły, przebijał zeń szczery żal. Do tego kupiła jej drogie perfumy i butelkę wytrawnego wina. Wprawdzie wyglądało to na próbę przekupstwa (choć Paula zarzekała się, iż w ten sposób pragnie oczyścić sumienie), ale panna Venerinen nie miała ani siły, ani ochoty na zatargi. Zresztą kobieta nie należała chyba do tych „bezczelnych”, bo tacy to się raczej nie przyznają do błędu i za żadne skarby nie odwiedziliby poszkodowanego. Niech już policja, czy kto tam się tym zajmuje. W każdym razie ona nie będzie domagać się żadnej kary, czy też zadośćuczynienia (i tak dostanie coś z ubezpieczenia). Niech jej przykład będzie dla winowajczyni po prostu przestrogą. Choć i ona sama popełniła błąd, wchodząc na jezdnię bez uprzedniego upewnienia się, czy aby na pewno nie skończy pod kołami samochodu.
    Obie strony rozstały się więc w pokoju, choć rodzice zapewne będą mieli jej to za złe, zaś Aleksi najchętniej przeprowadziłby śledztwo, kto tak naprawdę zawinił…
    W porze obiadowej przyszła Tanja i oczywiście sprawiła jej niezłą reprymendę, że jest łatwowierna, dała się oszukać, itd., aż Kaari zaczęła żałować, iż znowu się jej z czegoś zwierzyła. Ostatnimi czasy „młoda” potrafiła ją jedynie krytykować…
    Z tego gadania pani Kietali zaschło w gardle, toteż poszła kupić sobie coś do picia w szpitalnym automacie z kawą i innymi napojami. W tym czasie Kaari postanowiła udać się do toalety, choć o kulach miało być to niełatwym zadaniem. Ale nie będzie załatwiać się do basenu – co to, to nie!
    Z trudem zdjęła ociężałą nogę z wyciągu i zasiadła na krawędzi łóżka, próbując dosięgnąć kule, które stały oparte o jego poręcz. Właśnie w tym momencie ktoś zapukał, po czym wyjrzał zza drzwi. Pomyślała, że ma omamy. To było przecież niemożliwe!
- Cześć – Jyrki obrzucił ją nieśmiałym spojrzeniem. Nic się jednak nie odezwała, jakby miała przed sobą zjawę – wszystko w porządku? – bąknął, nie doczekawszy się odpowiedzi.
- Co ty tu robisz? Jak…? Skąd wiesz? – wykrztusiła wreszcie.
- Kaisa mi powiedziała, że potrącił cię samochód, ale nie wiedziała, na ile to poważne – wyjaśnił, przy okazji… kłamiąc. Dziewczyna, owszem zwierzyła mu się, że Kaari miała wypadek, lecz z tego, co mówiła, to „tylko złamała nogę i czuje się już dobrze”. Nie uwierzył jednak owym zapewnieniom i chciał przekonać się na własne oczy. Panna Venerinen wykonała jednak tyle telefonów, że zapomniała już, co komu powiedziała, więc nie wykryła w tym żadnego „podstępu”.
- Jest z tobą? – kontynuowała wypytywanie.
- Kto? – obejrzał się za siebie.
- No Kaisa, nie?
- Przecież jest w pracy.
- A ty nie? – uniosła brwi.
    Przełknął ślinę. I co teraz? Nie powie jej przecież, że SPECJALNIE zwolnił się na godzinę tylko po to, by do niej przyjść! Nie po tym, co między nimi zaszło. Duma na to nie pozwalała!
- No… mam dzisiaj wolne – skłamał więc kolejny raz, udając wyluzowanego. Kaari nie potrafiła czytać w nim, jak Tanja w Aleksim, bądź był tak wiarygodny, że ponownie mu uwierzyła.
- W takim razie dziękuję, że się tutaj specjalnie fatygowałeś – rzekła speszona, uciekając gdzieś wzrokiem. Wszak, tak źle go traktowała, a ten znowu… chyba że tak po prostu lubił? Być poniżanym? Jakiś fetysz, czy co…?
- Bardzo złamana…? Znaczy, boli? – odchrząknął, równie zażenowany.
- No raczej – uniosła ramię – otwarte do tego, także długo mnie w pracy nie zobaczysz.
- Pewnie zostanie blizna, szkoda takiej ładnej nogi – wycelował palcem w gips, na co zmierzyła go bliżej nieokreślonym wzrokiem.  
- Oby niewielka – bąknęła zaraz potem, na co pokiwał głową.  
    Na moment zapadła niezręczna cisza. Spoglądali we wszystkie możliwe kierunki, tylko nie na siebie, aż wreszcie doszedł do wniosku, że chyba powinien już sobie pójść. I tak już wystarczająco się „zbłaźnił”!
- Będę szedł… potrzebujesz może czegoś? – zarzucił na koniec standardowym pytaniem.
- Nie… a właściwie tak. Możesz podać mi kule? Muszę iść do toalety – pokazała palcem potrzebną jej rzecz.
- To ja ci pomogę – podszedł bliżej, jakby dała mu w ten sposób jakieś przyzwolenie, i… wyciągnął ramiona.
- Hola, co ty wyprawiasz?! – zawołała zdziwiona.
- No zaniosę cię do kibla – próbował ją objąć.
- Złamałam tylko jedną nogę, umiem chodzić! – odgięła się do tyłu.
- A o kulasz potrafisz?
- Nie, ale i tak muszę się… Puszczaj! – pisnęła czując, że mimo wszystko dotyka ją w pasie.
- Dobra, niech ci będzie. W końcu zawsze się mnie brzydziłaś, jakbym jaką chorobę przenosił – burknął, poddając się.
    Zrobiło się jej głupio na taką uwagę, toteż wywróciła oczami i rozłożyła ramiona. Zupełnie, jak kiedyś, gdy to obraził się, że nie chce go pocałować – znowu się poddała. I tym razem był tak głupi, iż ponowił gest, miast ją tam zostawić i po prostu sobie pójść. Objęła go za szyję, zaś on z trudem poderwał ją z posłania, gdyż przez gips ważyła więcej, niż zwykle. Instruowała go przy tym, by uważał na obolałą nogę, przez co zestresował się jeszcze bardziej.
    Gdy już dotarli do celu, pojawił się nowy kłopot, bowiem… chciał z nią wejść do środka.
- Do drzwi, starczy! Będziesz mnie jeszcze na kiblu sadzał? – znowu zaczęła protestować.
- A czemu nie?
- No chyba zgłupiałeś?! Nie jestem małym dzieciaczkiem, którego trzeba sadzać na nocnik! Puść mnie już, bo…
    Nie zdążyła dokończyć, gdyż dobiegł ich dźwięk otwieranych drzwi – do pokoju wróciła Tanja, a żeby było zabawniej, wraz z nią przyszli rodzice. Widząc ją, obejmującą się z muzykiem, stanęli, niczym słupy soli. W ich oczach bowiem nie wyglądało to na próbę niesienia pomocy – ot zakochany facet dźwigał swoją ukochaną. Po co? Kto go tam wiedział? Najistotniejsze, że w ogóle tutaj był!
- Dzień dobry – bąknął zmieszany.
- No puść mnie! – pisnęła zażenowana. Policzki zaczęły ją piec, choć zazwyczaj nigdy się nie rumieniła. Jyrki spełnił jej rozkaz tak gwałtownie, że o mały włos, a przewróciłaby się – ale nie tak, zabijesz mnie! – warknęła, chwytając się ściany.
- Zrobiłaś sobie coś?! – zawołał spanikowany. Tanja parsknęła pod nosem. To było nawet… urocze?
- Nie, jest ok! Zaraz wracam! – syknęła zdenerwowana siostra, zatrzaskując się w toalecie. Zawstydzony były czym prędzej uciekł, bez słowa mijając zaskoczonych Venerinenów, oraz ich młodszą córkę – pomagał mi tylko dostać się do kibla – prychała zaraz potem Kaari, gdy już opuściła ciasny pokój.
- A jak teraz wrócisz? Ja cię tam nie zaniosę – ojciec zaparł się rękoma.
- Oj, bez przesady! Tanja, pomóż mi – kiwnęła na siostrę, która wzięła ją pod ramię.
- Jakiś czas temu mówiłaś, że z nim zerwałaś – zauważyła zniesmaczona Krystyna (można sobie tylko wyobrazić wyraz triumfu na jej twarzy, gdy to usłyszała. Wszak, wieszczyła jej to) – wróciliście do siebie?
- Nie! Tylko przyszedł mnie odwiedzić. To publiczny szpital, więc mu tego nie zabronię – burknęła, ostrożnie siadając na łóżku.
- Bo on by chciał się zejść, ale Kaari go nie chce – uszczypnęła Tanja, mierząc siostrę zadziornym spojrzeniem. Matka od razu pokręciła głową na boki, jakby muzyk był jakimś groźnym kryminalistą, z którym to związek był zakazany.
- Jasne! Ma dziewczynę! – syknęła zarumieniona Kaari.
- To co? Jaki problem ją rzucić, skoro dalej wzdycha za tobą? – naigrywała się dalej.
- Mamo, powiedz jej coś! – pisnęła, niczym dziecko, które to często zasłania się rodzicem.
- Może i jest w tym ziarenko prawdy? – Juha wzruszył ramionami, gdyż, jak wiadomo, uwielbiał drażnić się z córkami.
    Ta starsza miała ochotę rzucić w niego poduszką, ale jednocześnie takowe stwierdzenie bardzo jej schlebiło. Może i ze względów etycznych powinno ją zaniepokoić, bo to oznaczałoby, iż jej koleżanka tkwi w związku bez przyszłości, ale przecież nie zamierzała go jej odbić! Poza tym jego postawa jej zaimponowała – sam wyszedł z inicjatywą, by jej pomóc. Dziwnie jednak było znowu znaleźć się w jego ramionach. Od razu przypomniała się jej przeszłość i jej karygodny występek…  
    Ciekawe, że Tanja już nie patrzyła na nią wilkiem, jeśli o tą kwestię chodziło, a wręcz naigrywała się, jakby sama go jej podsuwała… Może przez wzgląd na jego przyjaźń z Aleksim? Co by to było, i tak rychło w czas, phe!

***

    Wraz z końcem maja do Finlandii napłynęła niespodziewana fala upałów. Tanja i Aleksi udawali się więc nad wodę, to na plażę. Ta robiła przy tym zdjęcia, co rusz uciekając przed mężem, który próbował wrzucić ją do wody, ilekroć pstryknęła mu fotkę z zaskoczenia. Ni w ząb nie mogła pojąć dlaczego tak nie lubił się fotografować?!
    Kilka razy nawet udało im się wybrać na wycieczkę w „ulubionym” składzie, to jest ona, „Aleks”, Matti i jego dziewczyna Ida, Enni z Laurim oczywiście, oraz samotna Tahti. Tylko jej, Kaari, zabrakło, gdyż nie chciała ich opóźniać, więc została w domu, choć bardzo nalegali. Wieczorem, gdy, co rusz otrzymywała od nich zdjęcia z wypadów, łkała żałośnie, bijąc się po twardym gipsie.
    Młodsza siostra starała się często ją odwiedzać, gdyż teoretycznie miała teraz więcej czasu, ale i tak bywała krótko, bo musiała zrobić obiad dla „Aleksa” (a przynajmniej miała nadzieję, że takowy jej wyjdzie), to posprzątać, zrobić zakupy, iść do pracy… W rezultacie jej wizyty były długie tylko wtedy, gdy towarzyszył jej Aleksi.
    Na szczęście pomiędzy nim, a teściową nawet się ułożyło (nie miała innego wyjścia widząc, że młodsza córka jest szczęśliwa), dzięki czemu nie miał oporów, by do nich zachodzić. Co do Hanny, to u niej bywał już zdecydowanie rzadziej po tym incydencie z Kalle, ale do niej samej nie miał nic. Tanji udało się go nawet przekonać, że powinni raz na jakiś czas zaprosić ją z mężem do siebie. Tak więc państwo Lehtinen gościli u nich w pewną czerwcową niedzielę.
    Synowa przygotowała zupę warzywną z kawałkami ryby, po czym z niekłamaną dumą postawiła talerz przed teściową. Wszak wiedziała, że to jej popisowe danie. Aleksi cieszył się z tej pewności siebie, bowiem niejedna na jej miejscu nie odważyłaby się na taki krok, jak stanięcie w kulinarne szranki z matką męża. Ale może to stąd, że ta go nie wychowywała i sam zasugerował żonie, iż „mamusia” nie ma z nią żadnych szans?
    Co prawda, kilka godzin wcześniej Tanja biadoliła, że potrawa na pewno jej nie wyjdzie. Hanna orzeknie, że jej nie smakuje, itd. Podśmiewał się za jej plecami, wspominając czasy, gdy to on „zdawał egzamin przydatności” przed jej rodzicami. Początkowo mu przecież nie ufali, a potem nawet skreślili, lecz przy swojej „słodkiej żonie”, która była mu tak bardzo oddana, puścił im wszystko w niepamięć – łącznie z jej własnymi przewinieniami.
    Czuł, że sprawdza się, jako mąż. Ona z kolei powoli rozwijała skrzydła w dziedzinach, w których początkowo w ogóle jej nie szło, przez co zaczęła wierzyć, że nareszcie jest dla niego dobrą żoną.
    Hanna była zadowolona po owej wizycie, gdyż dostrzegła wyraźne starania synowej. Ponadto dbała o dom i darzyła jej syna miłością, a przecież tego potrzebował najbardziej. Najważniejsze jednak, że ułożyło im się również w relacjach intymnych, bo tego Lehtinen obawiała się chyba najmocniej. Na szczęście ich związek, póki co, nie okazał się katastrofą, jak to z początku przewidywała.

***

    Oprócz Tanji i Aleksego próg domostwa państwa Venerinen przekraczał także… Arvo. Bardzo chciał widywać Kaari, a skoro ciężko było jej co rusz schodzić z góry, odwiedzał ją w domu, to znów zabierał na lody, czy do Esplanadi, bądź parku Sibeliusa.
    Tak więc została zmuszona przedstawić go rodzicom, choć nie czuła takiej konieczności. Całe szczęście, że miała nogę w gipsie, bo, kto wie, co w przeciwnym razie mogłoby mu jeszcze przyjść do głowy…  
    Rodzice byli nim zachwyceni, i to pomimo „balastu” w postaci córki. Pewnie dlatego, że miał już swoje lata i poważne podejście do życia. A, co najważniejsze, nic wspólnego z szalonym muzykiem-gwałcicielem… O tak, Jyrkiemu nie potrafili zapomnieć tamtego wieczora, gdy to zostawił Tanję na pastwę losu. Tłumaczenia Kaari, że ponieważ była dziewczyną wokalisty, to mógł uważać, iż po prostu chcą zostać sam na sam, na nic się zdawały – „widział, że tamten był pijany i miał nie po kolei, to mógł to przewidzieć!”. On także się upił – „a to żałosny alkoholik! I ona spotykała się z kimś takim?!”. Arvo natomiast pił niewiele, a więc miał duży plus – znaczy się u pani Krystyny, bo jeśli o Juhę chodziło, to ubolewał nad tym, że nie może już popijać tyle samo, co przed chorobą. A przynajmniej żona mu tego zabraniała.
    Tak więc nowy chłopak Kaari został już niemalże przyjęty do rodziny. Tyle, że jej samej ciężko było przekonać się do myśli, iż dokonała właściwego wyboru. Może to stąd, że nie odpowiadała na jego gesty z właściwą sobie przyjemnością i utęsknieniem? Arvo bowiem ośmielił się doń i teraz już nie muskał jej ust, niczym speszony nastolatek, a wpijał się w nie z prawdziwą pasją. Co więcej, nawet nie przeszkadzało mu, że sympatia nie odpowiada z taką samą namiętnością. Często kładł jej dłoń w talii, nawet usiłując „zjechać nią” trochę niżej, toteż przenosiła ją wyżej. Wiele razy też odwracała się, przez co trafiał w policzek, miast usta, ale nigdy nie wydało mu się to podejrzane. Jakby był ślepy, bądź… tak bardzo pewny siebie. A może po prostu ubóstwiał ją tak bardzo, że nie wyobrażał sobie, iż mógłby ją stracić?  
    Ciekawe tylko, dlaczego Jyrki, w takim razie, tak bardzo domagał się wzajemności? A jeśli on naprawdę ją kochał i pragnął tego samego od niej, a Arvo jest nią jedynie zauroczony, a więc i nie zauważa niedogodności, byleby tylko mieć przy boku piękną kobietę? I tylko kobietę, gdyż takiej mu po prostu bardzo brakowało?
    Z tego wszystkiego zapragnęła nie pozbywać się uciążliwego gipsu, jeśli po jego zdjęciu mężczyzna miałby naciskać nań, by weszli w kolejny „etap” ich znajomości…
    W tym samym czasie Jyrki postanowił całkowicie zakończyć współpracę z Tuomasem, oraz Samu, w rezultacie czego „Fairy Tales” zniknęli na zawsze. Wziął sobie jednak do serca słowa Kaari i postanowił poszukać gdzie indziej – w Suomi roiło się przecież od początkujących artystów (głównie rockowych), którzy poszukiwali uzdolnionych muzycznie do swych składów. Pomoc doświadczonego basisty na pewno będzie mile widziana. Nie, nie miał zamiaru robić kariery, a po prostu grać dla przyjemności i przy okazji pomagać młodym wybić się. Dlatego ogłosił się w Internecie, jako „basista na zastępstwo” dla tych, którzy mają występ, lecz z jakiegoś powodu brakuje im dodatkowej gitary. Nie pogardziłby też, gdyby do współpracy zaprosił go jakiś początkujący „band”. Ale, kto wie? Może jeszcze wszystko było przed nim?

1 451 czyt.
100%84
nutty25

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 7967 słów i 44322 znaków.

4 komentarze

 
  • Wiktor

    Wiktor · 6 sty 2017 · 211927137

    Witaj!. Przepraszam że mnie ostatnio nie było w komentarzach, ale czytałem pierwszą część przygód. Tak mnie ta historia  wciągnęła, że nie mogłem przestać czytać. Historia napisana płynnie, wciąga czytelnika, nie nudzi. Po przeczytaniu jednej części ma się ochotę na następną.  
    Dlaczego tylko wcześniej nie trafiłem na Twoje opowiadania.  
    Dziękuję bardzo że piszesz. Czekam na następną część. Pozdrawiam Wiktor

  • Beno1

    Beno1 · 6 sty 2017 · 202077553

  • Lil

    Lil · 6 sty 2017 · 193893592

    Lubię kaari i jyrkiego.

  • DemonicEagle

    DemonicEagle · 5 sty 2017

    Bardzo przyjemnie czyta się kolejne rozdziały tego opowiadania