4. Błysk i Grzmot – Część I – GRUZ // Rozdział III

Moje marzenie się nie spełniło. Obudziłam się i zostałam zmuszona do tego, by żyć dalej. Wszystkich nas ocalałych, przewieziono do Stolicy i ulokowano w zbudowanych naprędce, blaszanych halach. Spaliśmy łóżko obok łóżka. Kobiety i mężczyźni, oddzieleni od siebie jedynie skromnym, składanym przepierzeniem. Sanitariusze doglądali nas i przynosili jedzenie. Wielu ludzi nic nie mówiło, tak jak ja, ale z czasem zaczęło wychodzić z tak zwanego „szoku pourazowego”. Ktoś odnalazł przyjaciela, ktoś dalekiego krewnego, a ktoś inny nawet własnego psa, którego strażacy uratowali spod gruzowiska. Niestety, ja nie mogłam na to liczyć. Nie miałam nikogo poza rodzicami. Byłam jedynaczką, tak jak mama i tata. Wszyscy dziadkowie już nie żyli. Nie posiadałam przyjaciół, ani zwierzaka. Chociaż wokół mnie było około trzystu osób, nigdy nie czułam się tak bardzo samotna.

O ogromie katastrofy dowiedziałam się z wiadomości, nadawanych na sprowadzanych z zagranicy telewizorach. Nasze, były dostępne tylko w pojedynczych egzemplarzach, ponieważ większość fabryk i magazynów uległa całkowitemu zniszczeniu. Tak samo stacje telefonii komórkowej. Przyzwyczajeni niegdyś do smartfonów, korzystania z internetu i gier online, cofnęliśmy się o kilkanaście lat wstecz i musieliśmy nauczyć się żyć tak, jakby nigdy ich wcześniej nie było. Tym samym, zostaliśmy całkowicie odcięci od reszty świata. Władze zapowiadały odbudowę sieci, ale zaznaczały, że nie będzie to proces, przeprowadzony zbyt szybko. Mieli w końcu na głowie inne, bardziej istotne zagadnienia. Telefonia, internet czy telewizja, nie stanowiły priorytetu, gdyż w pierwszej kolejności trzeba było zadbać, o pozostałych przy życiu obywateli.

Niestety, nie było nas zbyt wielu. Jak przekazano w wiadomościach, wstrząs tektoniczny tak silnie oddziałował na nasz kraj, że populacja zmniejszyła się o sześćdziesiąt siedem procent. Ocalała głównie młodzież i dorośli do około trzydziestu kilku lat. Była jednak garstka osieroconych dzieci, które wraz z rodzinami z własnymi pociechami zajmowały odrębne hale. Przy rodzinach, sieroty i niemowlęta miały nie tylko lepszą opiekę sanitariuszek, ale też niekiedy dostęp do naturalnego pokarmu innych matek. Poza tym była również nieliczna grupa osób starszych, mieszkająca w zwykłych halach, ale pod stałym nadzorem lekarskim.  

Pozostali, czyli ja i mieszkańcy mojej oraz reszty hal, stanowiliśmy większość ocalałych. Służby medyczne, strażnicy i ratownicy tłumaczyli nam, że tak niewielka liczba uratowanych, wynikała ze słabego budownictwa. My młodsi, byliśmy szybsi i silniejsi, dlatego łatwiej było nam uciec, spod walących się budynków. W efekcie cały nasz naród zmieścił się na powierzchni Stolicy. Tysiące blaszanych hal i polowych łóżek. Ludzi, którzy stracili wszystko.
  
Około tygodnia po katastrofie rozpoczęły się pogrzeby. Nie wiem jak długo trwały, ale codziennie wiadomości ukazywały kolejne trumny i kolejne miejsca pochówku. Ceremonie pogrzebowe za ceremoniami. Okaleczone twarze odratowanych dzieci i dorosłych, opłakujących swoich bliskich. Raz, na ekranie ujrzałam pewną staruszkę i na jej widok serce mi zamarło. Stała nad trumnami swoich dzieci, wnucząt i prawnucząt. Nie muszę chyba opisywać jak wyglądała. Nie da się opowiedzieć jak ogromny ból zobaczyłam w jej oczach.
  
Pogrzeby były masowe, umarłych z każdego przedmieścia zwożono do głównego miasta i tam grzebano ze zmarłymi z innych przedmieści. Któregoś dnia wezwano i mnie. W naszym przedmieściu ocalałam ja i jedynie czterdzieści dwie inne osoby. Zawieźli więc nas do naszego miasta głównego, na cmentarz stworzony na parkingu mojej szkoły średniej. Nie pozwolili nikomu obejrzeć ciał. Trumny były zabite gwoździami. Mogliśmy tylko bezradnie opłakiwać naszych bliskich i patrzeć jak ich trumny spoczywają w dołach, które zasypują małe koparki. Stałam tam i z niedowierzaniem patrzyłam na powalone domy i częściowo zniszczony budynek szkoły. W dzień, to wszystko wyglądało jeszcze gorzej. Budziło tragiczne wspomnienia.
  
Nie mogliśmy również zostać zawiezieni, by zobaczyć nasze działki, ponieważ władze oszczędzały paliwo i nie chciały byśmy popadli w ponowne otępienie. Pozostało mi więc tylko stać i przyglądać się trumnom oraz ocalałym ludziom. Okropnie czuje się człowiek, który w takiej chwili nie ma nikogo, kto mógłby go przytulić i pocieszyć.
  
Rodziców pożegnałam w głębi swojego serca. Chciałam pamiętać ich żywych i cieszyłam się, że trumny zamknięto na głucho. Wystarczająco bolesna była konieczność powiedzenia strażnikom formułki: „W moim domu, pod numerem pięćdziesiąt sześć, na ulicy dwunastej Czwartego Przedmieścia, miasta Ósmego, mieszkała Lilianna Błysk wraz z rodzicami Małgorzatą i Tomaszem, którzy oboje zginęli na skutek trzęsienia ziemi”. Bez tego, nie zidentyfikowali by ciał. Jednak samo przyznanie się przed sobą, że straciło się rodziców, działało jak sól sypana na ledwie zasklepioną ranę.
  
Dopiero w drodze powrotnej z pogrzebu, zaczęłam uważniej przyglądać się współtowarzyszom. Wszyscy byli starsi i poza mną oraz dziewczyną o imieniu Paulina, młodszą ode mnie o rok, nie dostrzegłam żadnego nastolatka. Nie znałam jej, chociaż widziałam ją kilka razy w szkole. Również straciła wszystkich bliskich. Była jednak „zdrowsza” niż ja. Szybciej się otrząsnęła. Już po kilku tygodniach postanowiła podjąć pracę, do której namawiały nas władze. Chcieli jak najszybciej odbudować nasz kraj, bali się ataków z zewnątrz i utraty odrębności. Co jakiś czas ponawiały się lekkie wstrząsy sejsmiczne, zatem nie sądziłam, by ktokolwiek zechciał nas najechać w trosce o własne życie, ale rozumiałam ich obawy. Nie po to nasi dziadkowie walczyli o autonomię. Wiedziałam, że nie będą mi już długo pozwalali przesiadywać na łóżku i patrzeć tępo przed siebie.
  
Wtedy w drodze powrotnej, Paulina zaczęła mnie zagadywać. Nie byłam dobrym kompanem do rozmowy, ale się nie zniechęcała. Słuchałam jak opowiadała o swojej pracy w kuchni, jak zachwycała się niesieniem pomocy i nagle… zapragnęłam tego wszystkiego o czym mówiła. Chciałam być jak ona. Silna, dobra, a nie tylko twarda i brnąca do celu. Chciałam pomagać. W końcu zapomnieć o sobie i zrobić coś dla innych.
  
Z czasem udało się jej wyciągnąć ode mnie informację, że całkiem nieźle radzę sobie w kuchni. Przez całą drogę opowiadałyśmy sobie o potrawach jakie lubimy oraz zastanawiałyśmy się, czy w dobie kryzysu, gdzie prawie wszystko sprowadza się z zagranicy, można by było je przygotować. Paulina ze smutkiem potwierdziła, że różnorodność potraw była niezwykle ograniczona, niemniej czasem pozwalali jej upiec ciasteczka. Pamiętam, że strasznie mnie to wtedy ucieszyło i powiedziałam tylko:
  
– Może jednak nie wszystko jest stracone, może uda się nam znowu normalnie żyć.
  
Spojrzała prosto w moje oczy i uśmiechnęła się delikatnie:
  
– A może chciałabyś pracować ze mną w kuchni? – zapytała bez zbędnych ceregieli. – Każda hala ma taką i w każdej potrzeba rąk do pracy. W naszej jest tylko dwanaście osób. A w hali około trzystu. Każdy z nich powoli otrząsa się ze straty. Zaczynają pracować w różnych miejscach, jedni budują, inni sadzą, jeszcze inni pielęgnują chorych. Wszyscy potrzebują pożywienia, a gotowanie dla takiej liczby ludzi, jest nie lada wyzwaniem. Wiem, że nadal jest ci bardzo ciężko, że nie umiesz jeszcze normalnie funkcjonować, ale uwierz mi, to naprawdę pomaga. Ja też bałam się odejść od łóżka, ale teraz mam świadomość, że gdybym się czymś nie zajęła, to chyba bym zwariowała.
  
– Lubię gotować – odpowiedziałam jej. – Masz rację. Dzięki temu powinnam jakoś zapomnieć o swoich troskach. Miło z twojej strony, że chcesz mi pomóc – uśmiechnęłam się, ściskając jej dłoń. Decyzja została już podjęta. – Jeśli nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, to z chęcią będę pracować z tobą w kuchni...
  
Od tej pory wszystko się zmieniło. Zaczęłam mówić. Skończyłam z wpatrywaniem się w jeden punkt. Słyszałam dźwięki i odczuwałam zapachy, a obrazy przed oczami przestały wyglądać jak pokaz slajdów. Paula bardzo mi pomogła. Stała się moją pierwszą w życiu bratnią duszą. Przyjaciółką. Wiem, że rodzice bardzo by się z tego ucieszyli. Ja też się cieszę. To dzięki niej, jestem teraz w stanie opowiedzieć sobie samej o katastrofie i przyjąć do świadomości fakty takie jakimi są. Chociażby w myślach:
  
– Nazywam się Lilianna Błysk. Mam dziewiętnaście lat. Nie mam domu i nie mam rodziny. Mieszkam w hali piętnastej wraz z trzystoma innymi osobami. Pracuję jako kucharka. Codziennie budzę się rano tylko po to, by nakarmić głodnych towarzyszy. Po trzęsieniu ziemi, z całego naszego narodu ocalała nas jedynie garstka. Powinnam czuć się szczęściarą. Nadal mam dar ofiarowany mi przez rodziców. Żyję...
  
Otarłam łzy rękawem szlafroka. Nie był mój. Został mi tylko udostępniony. Jak większość rzeczy, które trzymałam w zamykanej szafce pod łóżkiem. Mało kto miał tutaj coś swojego. Ja jednak, należałam do tych nielicznych wyjątków. Została mi przecież pamiątka po mamie i tacie. Koszulka skrywana pod poduszką przypominała mi o domu. Miałam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży. Że wspólnymi siłami uda się nam odbudować nasz kraj. Że damy sobie jakoś radę.
  
Niemniej nie tylko z nadziei czerpałam swoją siłę. To bliskość drugiej osoby dodawała mi otuchy. Pomimo, że nadal skryta i nieśmiała w kontaktach z innymi ludźmi, nie brałam udziału w większości rozmów współmieszkańców, coś się we mnie jednak zmieniło. Miałam przy sobie tę jedną, wyjątkową osobę, przed którą w końcu się otworzyłam. Upragnioną przyjaciółkę. Dziewczynę, która mnie wspierała, która mnie rozbawiała i która cieszyła się na mój widok. To dzięki Paulinie potrafiłam znowu się uśmiechać. Uwielbiałam ją za to, że przy mnie była. Za to, że dała mi siłę, której sama nie potrafiłabym z siebie wykrzesać.
  
– Właśnie tak. – Pogodziłam się z moimi myślami. Trochę czasu zajęło mi dojście do tego etapu, ale w końcu do niego dotarłam. A naprawdę długo ze sobą walczyłam. Ktoś mógłby powiedzieć, że to i tak nastąpiło dość szybko. Nie umiem tego należycie ocenić. W końcu, każdy z nas inaczej zareagował na traumatyczne wydarzenia. Otrząśnięcie się zajęło mi cały poprzedni rok i kilka mrocznych miesięcy. Czy to było długo, czy krótko? Nie wiem. Wiem jednak, że muszę doliczyć do tego połowę tej gwieździstej nocy. Nocy, w której postanowiłam, że na dobre powrócę do świata ludzi żywych. Nocy, pełnej moich łez i cudzych snów. Nocy, wypełnionej pochrapywaniem...
  
Rozejrzałam się dookoła zdziwiona, że dopiero teraz to do mnie dotarło. Większość osób twardo już spała. Raz na jakiś czas mignęła mi tylko sylwetka strażnika, pilnującego porządku w naszej hali. Kątem oka spostrzegłam, jak kilka rzędów dalej, Paula przekręca się na prawy bok. Spała jak przysłowiowy suseł. Wiedziałam, że powinnam teraz robić to samo. Rano trzeba będzie przecież wstać i ugotować owsiankę dla tych wszystkich głodomorów. "Może tym razem będzie można dodać jakiś inny owoc niż jabłka?" – Rozmyślałam, kierując się z parapetu w stronę łóżka. Jak byłam mała, mama robiła mi owsiankę z brzoskwiniami. Była pyszna. Jedyna w swoim rodzaju. Wyjątkowa. Tak samo jak moja matka…
  
Wsunęłam się pod kołdrę i zasnęłam ze wspomnieniem smaku tamtych poranków. Teraz już miałam po co budzić się każdego dnia.
  
Zyskałam w końcu jakiś cel i niesamowicie mnie to cieszyło.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i dramaty, użyła 2132 słów i 12095 znaków, zaktualizowała 18 sie 2020. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AnonimS

    Dziewczyna zaczyna funkcjonować w nowej rzeczywistości. Pozdrawiam

  • Kocwiaczek

    @AnonimS zgadza się, wielkiego wyjścia nie ma :/

  • agnes1709

    Trochę takie... postapokaliptyczne, takie odnoszę wrażenie, czytając. Ale to bardzo na plus. Nie muszę chyba mówić, że łapę zostawiam? :P:D

  • Kocwiaczek

    @agnes1709 takie niestety być musiało :) podałam jak najwięcej szczegółów, aby czytelnik mógł się "wczuć" w sytuację Lilianny i jej otoczenie. Ale spokojnie, niebawem pojawi się mniej szczegółów, a wkroczy "akcja" :D A za łapkę bardzo dziękuję:)

  • agnes1709

    @Kocwiaczek Szczegóły muszą być, sama tak piszę. Wtedy jest przejrzyście. Ale mam i niechlubny (chyba) rekord, w jednym opku dzień ciągnie się przez... 15 części. Tu raczej przesadziłam :lol2: Fakt, pisane z dwóch perspektyw, ale mimo wszystko:smh:

  • Kocwiaczek

    @agnes1709 to trochę jak "cudzoziemka":) mi by chyba zebrało pomysłów jak taki dzień urozmaicić :D

  • agnes1709

    @Kocwiaczek Bohaterka miała pomysły, więc mi pomogła. Tylko niezbyt mądre, niestety :D

  • shakadap

    Brawo. Dobrze napisane, a historia wciąga.
    Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap ślicznie dziękuję za pozytywny odbiór i odwiedziny:) również pozdrawiam!