40. Błysk i Grzmot – Część V – Grom // Rozdział IV

Kolejne dni przepełniał deszcz i chłód. Zupełnie jakby pogoda chciała dać znać, że powrót do hal nie był dobrym pomysłem. Nienawidziłam tej ciągłej wilgoci. Kurtki chroniły nas od przemoknięcia w dzień, jednak samo rozstawianie namiotu jawiło się istną katorgą. Ziemia i trawa były mokre, a zbutwiałe liście wydzielały przykry zapach. Do tego nocą wszystko pokrywało się warstewką mrozu i zimno doskwierało do głębi. Nawet przytulanie niewiele już dawało. Wyczekiwaliśmy więc dotarcia do hal niczym wybawienia. Stolica obfitowała przecież w miejsca do noclegu. Co dziwne, nie myślałam o tym z odrazą, ani nie czułam się jak wyrzutek. Bo tak naprawdę nie byłam bezdomna. Miałam swoje miejsce na ziemi – tam w lesie. Chatka Adama stała się punktem odniesienia. Wybawieniem i azylem. Opoką. Jedyną pewną rzeczą, w całym tym przerażającym świecie.

Czwartego dnia zamajaczyły nam przed oczami mury, siatka i zadaszenie śmietnika piętnastej hali. Poczuliśmy zarówno strach, jak i ulgę. Zmierzchało już i było pewne, że niedługo zaczną się przygotowania do kolacji. Przy odrobinie szczęścia, mogliśmy niebawem spotkać Paulę. Nie miałam pojęcia, jak nas powita. Mogłam oczekiwać dosłownie wszystkiego. Kochałam ją na swój sposób, ale znałam też wady przyjaciółki. Bywała ciekawska i porywcza. Bałam się, iż nasze pojawienie wywoła u niej zdenerwowanie. Złość, albo na mnie, że uciekłam bez wyjaśnienia, albo na nas oboje, iż śmieliśmy tutaj wrócić i ściągać jej na głowę kłopoty. Nie wiedziałam, czy będzie chętna do rozmowy. Nie byłam też pewna, czy w ogóle zechce cokolwiek zrozumieć.

Adam zwinnie wdrapał się na daszek śmietnika. Następnie wyciągnął rękę i pomógł mi zrobić to samo. Ułożyliśmy ciała na plecach i czekaliśmy, wsłuchując we własne oddechy. Patrzyliśmy to na siebie, to na pociemniałe niebo. Dopiero, gdy odgłosy kuchennej krzątaniny zaczęły stawać się wyraźniejsze, zmieniliśmy pozycje, by będąc niezauważonymi, spokojnie zerkać w stronę małego podwórka.

Wielokrotnie podrygiwaliśmy, gdy drzwi się otwierały, ale ani razu nie była to Paulina. W końcu krzątanina ucichła i tym samym zyskaliśmy pewność, iż musiała być dzisiaj nieobecna. Nie wierzyłam, że przepracowując całą zmianę, ani razu nie musiałaby czegoś wyrzucić. Obowiązywała przecież nieopisana zasada: "Każdy sprząta po sobie".

Zmartwiliśmy się, gdy światło nad drzwiami zgasło. Oznaczało to jednoznacznie, że nikt nie został już w kuchni.

– I co teraz? – zapytałam smutno. – Może ma urlop?

– Prawdopodobnie – odparł Adam. – Albo jest chora lub nie pracuje już jako kucharka...

– Sama, by nie odeszła – powiedziałam, zbierając myśli. – Mam tylko nadzieję, iż nic jej nie jest.

– Nie zaczynaj, proszę. – Musnął lekko dłonią mój policzek. – Widzę, że się martwisz. To nic nie da. Musimy ją odszukać i sami sprawdzić, czy wszystko w porządku.

– Okej – odparłam. – Wiem gdzie mieszka. Zerknij w tamtą stronę. – Wskazałam na osiedle okalające park. – Ale jak się tam dostaniemy niezauważeni?

– Kotku... – zaczął i zrobił wymowną pauzę, zmuszając do spojrzenia w oczy. – Miałaś we mnie nie wątpić... Przecież mieszkałem tu przez jakiś czas. Znam każdą dziurę w tych ich cholernych zabezpieczeniach. No i całkiem nieźle wychodzi mi skradanie...

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i zrozumieniem. To fakt, potrafił poruszać się niemal bezszelestnie. Włożyliśmy zatem nasze plecaki w czarne worki na śmieci, które znaleźliśmy na podwórku. Następnie szczelnie obwiązaliśmy, żeby nie przemokły i ukryliśmy w ogromnej stercie liści pod murem. Mało prawdopodobne, by ktoś je tam znalazł. Najpotrzebniejsze rzeczy schowaliśmy natomiast do kieszeni. Adam ze zdziwieniem przyglądał się, gdy szyję obwiązywałam koronkową koszulką jak szalikiem.

– Nie mogę jej tutaj zostawić – wyjaśniłam.

– Przecież nic nie mówię. – Uśmiechnął się pokrzepiająco i chwycił mnie za ramię. – Gotowa?

– Tak, chodźmy.

Znowu gładko wskoczył na daszek i pomógł mi wejść. Podszedł powoli do krawędzi i cicho zsunął się na dół. Wyciągnął ręce do góry, dając znak do skoku. Złapał mnie i postawił na betonie. Mieliśmy już przechodzić pod podwiniętą przez niego siatką, prowadzącą na ulicę, aby wmieszać się w tłum przechodniów, kiedy wpadałam na pewien pomysł. Szarpnęłam Adama za rękaw:

– Moment. Chcę coś sprawdzić.

Odwrócił się i spojrzał wyczekująco. Podeszłam do drzwi i pociągnęłam za klamkę. "Zamknięte – pomyślałam – ale sądząc po szczękaniu zamka, tylko na zapadkę". Uniosłam dłoń do góry i wyjęłam z włosów zabłąkaną spinkę. Wpadła mi do ręki, gdy wyciągałam rzeczy z plecaka i machinalnie spięłam nią grzywkę. Pomajstrowałam chwilę w zamku. Nie znałam się na tym kompletnie, więc Adam podszedł i sprawnie poradził sobie z otwarciem. Przy okazji objaśnił mi, jak należy to robić. Drzwi lekko skrzypnęły i uchyliły się do środka. Zapach jedzenia uderzył nas po nozdrzach. Pokręciłam głową z pogardą:

– Niczego się nie nauczyli.

– Najwyraźniej.

Weszliśmy, pozostawiając drzwi otwarte. Nie zapalaliśmy światła. Trzeba było zadbać o pozory. Już nawet nie chciało mi się śmiać, że to wszystko było zbyt proste, a oni tak naiwni. Naiwność i agresja. Mieszanka, nad którą mieliśmy przewagę. Naiwność nieodparcie łączyła się z głupotą. Ja za swoją lekkomyślność zapłaciłam bardzo wysoką cenę. Miałam nadzieję, że zdołam odpłacić im pięknym za nadobne.  

Wiedzieliśmy, iż nie możemy spowodować zbyt dużego ubytku w zapasach, ale byliśmy tak głodni, że niemal natychmiast rzuciliśmy się na jedzenie. Chleb, mleko, owoce, sery, wędlina – wszystko pachniało tak zachęcająco, iż nie sposób było nad sobą zapanować. Gdy najedliśmy się już do syta, odłożyliśmy, co zostało na swoje miejsce.

Na wszelki wypadek, nieco zapasów zawinęliśmy w folię aluminiową i schowaliśmy w naszych bluzach kangurkach. Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle, będziemy mieli kolejną taką okazję.

Najedzona i szczęśliwa, z rozrzewnieniem spojrzałam w kierunku miejsca, w którym jeszcze niedawno, razem z Pauliną przygotowywałyśmy codzienne porcje owsianki. Tęskniłam za tym. Za spokojem, chwilami z przyjaciółką, pracą na rzecz innych. Wszystko jednak zostało mi odebrane i bezpowrotnie przeminęło. To była ogromna strata i ubolewałam nad tym każdego dnia.

Dotknęłam dłonią blatu i chochli, którą kiedyś dzierżyłam w dłoni. Wydawała się jakaś dziwnie ciężka i zimna. Ze smutkiem pojęłam, że już nie należę do tego świata. Te przyrządy przestały mnie słuchać. Garnki, palniki i sztućce, tak naprawdę nigdy nie były moje. Chociaż kiedyś je za takie uważałam. Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, musiałam przyznać, iż całe życie spędzone tutaj, również nie należało do mnie. Nigdy nie byłam kimś ważnym. Nie stanowiłam członka prawdziwego społeczeństwa. Okazałam się jedynie prosiakiem prowadzonym na rzeź...

Ze wstrętem odrzuciłam łyżkę na leżącą ścierkę. Mimo swojego wzburzenia zachowałam resztkę rozsądku i nie narobiłam hałasu. Bez słowa wyszłam na dwór. Zebrało mi się na mdłości. Nie wiedziałam tylko, czy ze względu na obżarstwo, czy obecną sytuację.  

Dopiero, gdy zimne powietrze owiało twarz, uświadomiłam sobie, że płaczę. "Jak to się stało? Kiedy? Czemu? Przecież obiecałam, iż z tym skończę. Że już nigdy więcej im na to nie pozwolę". A jednak… Znowu mnie upokorzyli.

Zła na samą siebie ukucnęłam, opierając o mur budynku i głowę przyłożyłam do siatki. Trzęsłam się na wpół z zimna, na wpół z bezradności. Byłam taka głupia. Totalnie bezsilna. Wściekle zaczęłam uderzać potylicą o druty. Raz po raz wytykałam samej sobie: Głupia! Głupia! Głupia! No po prostu kompletna idiotka!

Naraz usłyszałam szczęknięcie zapadki i kroki. Chwilę później pojawił się Adam i szybko włożył dłoń pomiędzy moje włosy, a siatkę. Spojrzał zszokowany, wyraźnie nie rozumiejąc tego wybuchu. Zaskoczony uniósł brwi, gdy tylko zauważył smugi po łzach na policzkach:  

– Lilu… co się dzieje?

– Nic – niemal na niego warknęłam – masz po prostu kretynkę za dziewczynę. Myślałam... – jęknęłam i zaczęłam wycierać rękawami oczy – myślałam, że jestem twarda, ale najwyraźniej jeszcze nie dostatecznie.

– Hej! – Włożył ręce pod pachy i postawił mnie na nogi. – Spójrz mi w oczy.

Zrezygnowana rzuciłam niechętne spojrzenie. Z determinacją jaką tylko u niego widziałam, podtrzymał mój wzrok.

– Jesteś twarda, ale nie z marmuru – powiedział, wolno wypowiadając słowa. – A to oznacza, że mam do czynienia z człowiekiem. Masz uczucia. Nie możesz mi przecież powiedzieć, że to coś złego.

– Sama nie wiem. – Wzruszyłam ramionami. – Czasami chciałabym już nic nie czuć.

– Nawet tego? – zapytał na jednym wydechu i nim zdążyłam zareagować jego usta były już na moich. Całował najpierw delikatnie, a potem rozchylił wargi. Czułam smak jogurtu truskawkowego, który przed chwilą wypił. Mój język zaczął odpowiadać i dopraszać się o więcej. Ręce niecierpliwie tarmosiły męskie włosy. Niemal potrafiłam namacać pożądanie, które coraz bardziej narastało. Wiedziałam, że on też to czuł. Moje dłonie dotknęły suwaka jego kurtki. A wtedy… się odsunął. Zrobił krok do tyłu i spojrzał oczami pełnymi żądzy. Jego zaciśnięte dłonie sztywno spoczywały po bokach. Wiedziałam więc, że walczy ze sobą, by mnie nie dotknąć.

– Widzisz, co wyprawiasz? Czy zdajesz sobie sprawę, jak na mnie działasz? – zapytał pomiędzy oddechami, a para buchała mu z ust. – Powiedz, kogo masz przed sobą?

– Ciebie – odparłam bez zastanowienia. – Z tym błyskiem w oczach, rozkosznego, ciepłego, znajomego, pełnego pasji. – Pokręciłam głową. – Po prostu mojego Adama.

– A ja widzę kobietę, która jest wulkanem. Namiętności, seksapilu, siły, energii, życia – uśmiechnął się, widząc moją niepewną minę – tak, życia, Lilianno.

– To dzięki tobie. Tylko i wyłącznie – odparłam i poczułam, jak rumieniec wypełza na policzki. – Jedynie przy moim chłopaku taka jestem.

Podszedł bliżej i założył rudy kosmyk za lewe ucho. Odsunął burzę włosów i ucałował miejsce, którym tak uparcie waliłam w druty.

– Czy zatem warto jest się tak czuć? – szepnął wprost do ucha.

Uśmiechnęłam się, gdy zrozumiałam, co chciał mi przekazać.

– Tak. Miło być przez ciebie kochaną.

– A więc skoro już to sobie wyjaśniliśmy, pora ruszać. – Cmoknął chłodny policzek i odchylił siatkę do góry.  

– Panie mają pierwszeństwo.

Rozbawiona podniosłam oczy ku niebu i chwilę później byłam już za płotem. Adam, jak zawsze podążył za mną.  

Ruszyliśmy w chłodną noc.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1972 słów i 11260 znaków, zaktualizowała 29 gru 2020. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo, świetny odcinek.
    Czekam na dalszy ciąg.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, ślicznie dziękuję. Będzie, już niebawem :)

  • Wili

    Jak dla mnie za mało ;P Więcej Więcej :D

  • Kocwiaczek

    @Wili, kurczę, przecież to i tak długie jest:D spokojnie, zostało tylko niecałe... 20 rozdziałów :rolleyes:

  • Wili

    @Kocwiaczek Dobrej Historii zawsze jest za mało :D

  • Kocwiaczek

    @Wili  :redface: