52. Błysk i Grzmot – Część VI – Burza // Rozdział VII

52
      
     Nerwy miałam napięte do granic wytrzymałości, podczas gdy dookoła rozległ się gorący aplauz. Cała grupa raźnie zaczęła wybierać broń. Patrzyłam to na nich, to na skrzynię i zupełnie nie wiedziałam, co robić. Przecież nie umiałam strzelać. Ledwo co szło mi rozstawianie wnyków. O namiocie nawet nie wspomnę.
   – Ty nie. – Usłyszałam nad sobą głos Tomka. – Robert będzie cię osłaniał.
     Spojrzałam na mojego pseudo ochroniarza i zdziwiona zauważyłam karabin w wielkiej dłoni.
   – Wiesz jak to obsługiwać? – spytałam nieprzekonana. – Niby skąd?
   – Nie bój się – pogłaskał broń, tak jakby była kotem – kiedyś byłem w wojsku. To tak jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina.
     Pokiwałam głową, nadal niepewna. Coś wciąż nie dawało mi spokoju.
   – A tamci z jadalni? Jak to możliwe, że jeszcze nas nie dopadli?
   – Daj spokój, Lilu – odparł Tomasz. – Jeden strażnik w tą, czy w tamtą, nie robi teraz różnicy. – Rozejrzał się i sprawdził uzbrojenie, po czym szybko krzyknął. – Oddział! Ruszamy!
     Pokierował nas w stronę pobliskich drzwi, kopnął w zamek, a gdy tylko skrzydło się uchyliło, wślizgnął ciało do środka. Podążyliśmy jego śladem. Korytarz zwężał się nieprzyjaźnie, jednak spokojnie mieścił mnie i Roberta na tej samej wysokości. Było trochę jak w tunelach tyle tylko, iż bardziej czysto.
   – Jak właściwie udało ci się przeżyć – szepnęłam do dryblasa. – Podobno dostałeś kulkę?
   – Nic z tych rzeczy – powiedział cicho. Najwyraźniej nie umiał szeptać. – Oberwałem, ale butelką w łeb. Gdy oddali strzał, osuwałem się właśnie na kratki z bułkami.
   – Adam wyrzucał sobie, że nie mógł ci pomóc. – Pokiwałam smutnie głową. – Ucieszy się, że żyjesz, gdy tylko…
     Nie zdążyłam dokończyć, ponieważ przed nami rozległy się strzały. Tomek krzyczał, byśmy rozstawili się pod ścianami. Strach spotęgował moją reakcję – wręcz rzuciłam się na bok, ciągnąc za sobą Roberta. Wpadliśmy jednak nie na ścianę, ale na drzwi, które z głuchym jękiem ustąpiły pod ciężarem dryblasa. Narobiliśmy hałasu, co nie miara. Kilka osób z korytarza rzuciło krótkie: „nic wam nie jest?”. Odkrzyknęłam zdawkowe: „jest ok”, gdy kaszląc podnosiliśmy się z podłogi. Warstewka kurzu pokrywała wszystko dookoła, ale bez wątpienia trafiliśmy do jakiegoś punktu kontrolnego. Sprzątaczka nie odwiedzała tego miejsca chyba od dnia jego powstania. Strzały rozchodziły się długimi seriami, lecz ja nie mogłam odwrócić wzroku od ekranów zamontowanych na ścianach małego pokoju.
   – Jasny gwint! – wyrwało mi się. – Kamery! Zapomnieliśmy o pieprzonych kamerach!
     Przeszukałam kieszenie spodni. Nadal miałam spray. Wstrząsnęłam nim i psiknęłam na ścianę. Działał. Spojrzałam raz jeszcze na monitory. Sala jadalna w hali – ciemno, korytarz pielęgniarza – ciemno, jadalnia „3O” – dwie łyżki od owsianki, chociaż nieco wygięte, wciąż spoczywały wetknięte za uchwyty…
   – Źle, źle, niedobrze – odparłam zdenerwowana. – Nie wysadzili drzwi. Być może coś innego, by nam przeszkodzić. Pewnie zawrócili i zamiast za nami, pobiegli inną drogą po wsparcie. Musimy... nie, ja muszę. Trzeba zatrzeć ślady, żeby nie wiedzieli, gdzie jesteśmy. Jak te chochle tam zostaną będą pewni, że pomaszerowaliśmy tutaj.
     Odwróciłam się do skonsternowanego Roberta:
   – Idę tam. Muszę zamazać kamerę i wyjąć te cholerne łyżki.
   – Nie bądź głupia. – Zatrzymał mnie. – To zbyt ryzykowne.
   – Jestem mała, dość szybka i zwinna, obrócę w pół godziny.
   – Nie rób tego. – Uchwyt na ramieniu przybrał na sile. – Lepiej bym ja pobiegł.
   – Robercie – westchnęłam – po pierwsze puść, bo to boli, a po drugie zrozum, że nic tu po mnie. Nie mam broni i ledwo, co trzymam nerwy na wodzy. Ty chociaż coś wnosisz. Ja zawadzam. Słyszysz to? Strzelają, a ty stoisz bezczynnie. Jestem twoją kulą u nogi. Przynajmniej… przynajmniej się jakoś przydam.
     Widziałam, jak zaciska szczęki, a grdyka wędruje razem z przełykaną śliną w górę i w dół. W końcu rzekł:
   – Bądź szybka i wracaj tu biegiem. Jeśli coś ci się stanie, Adam mi nogi z dupy powyrywa.
     Nie czekając dłużej, wybiegłam z pomieszczenia. Przyjaciel pozostał w środku. Biegłam, biegłam, biegłam i biegłam. Nie wiem, jak szybko i ile w sumie kilometrów. Może dwa, a może trzy. Po drodze nic mnie nie zaalarmowało, ani nie przykuło wzroku. Chyba rzeczywiście prezydentowi zwrócili całą uwagę na zamieszki na Przedmieściach, ulicach i w domach. No bo kto, by odważył się atakować ich siedzibę?
     Gdy w końcu dopadłam drzwi jadalni, byłam cała zlana potem. Oddychając ciężko, jedną rękę oparłam na biodrze, drugą zaś sięgnęłam po spray. Psiknęłam kilka razy na kamerę i wyszarpnęłam łyżki z uchwytów. Schowałam je w kieszeni bluzy. Strażnik nadal leżał u progu. Odwiązałam więc linę i unieruchomiłam mu nadgarstki, a potem stopy. Węzły były mocne i nie miał najmniejszych szans się uwolnić. Adam mógłby spokojnie zapiać z zachwytu.
    W końcu wstałam, pochyliłam się i rozmasowałam uda oraz łydki. Musiałam wracać sprintem i nie chciałam, żeby złapał mnie skurcz. Niestety, gdy tylko wyprostowałam ciało, oczy ujrzały najgorszy z koszmarów.
    – Brawo, brawo, dziwko. – Radek był ubrany identycznie jak strażnik u stóp. Z tą różnicą, iż klaskał i szczerzył zęby w szatańskim uśmieszku. – Wzbudzasz mój nieustanny zachwyt.
    – Tak, tak – zawtórował mu Grzegorz, wyglądając na nieco zmęczonego. – Uciec, żeby zostać uznaną za zmarłą. Wrócić, tylko po to, by znów umrzeć – cmoknął z aprobatą. – Wprost wybornie.
     Przerażenie szybko ustąpiło miejsca determinacji. „Myśl” – nakazałam sobie. – „Nie zabiją cię od razu. Za bardzo są nakręceni. Jesteś jak zakazany owoc. Niedostępna, dzika. Tak. Tego chcą. To lubią. Drocz się. Pokaż pazurki. Zyskaj na czasie”.
   – Cóż za spotkanie?! – Zatrzepotałam rzęsami i uśmiechnęłam się ironicznie. – Tęskniliście?
     Radosław roześmiał się szaleńczo:
   – Jeszcze jak, kurwo! – Skoczył gwałtownie w moim kierunku, jednak gdy szybkim ruchem wyjęłam farbę i popsikałam mu nią po oczach, przystanął w pół drogi, z okropnym wrzaskiem. Zerwałam się do ucieczki, chociaż z góry wiedziałam, iż Grzesiek zagrodzi mi przejście. Złapał mnie za ramiona, podczas gdy Radosław wyrzucał z siebie stek wulgaryzmów.
   – No, no, no, nie tak prędko, mała. – Grzegorz wykręcił mi dłoń i z głośnym „aua” upuściłam spray na podłogę. Moje zwoje nerwowe pracowały na najwyższych obrotach: „osłaniaj brzuch, chroń dziecko” – powtarzały bezustannie. Zgięłam się zatem w pół, podkulając nogi pod siebie, a Grzesiek niezmordowanie ciągnął mnie po podłodze, w kierunku najbliższej sali wykładowej. – Tak pogrywasz, złotko? To teraz my sobie z tobą pofiglujemy. Radek, łajzo! – krzyknął. – Chodź tu i otwórz damie drzwi.
     Po chwili, trąc oczy, Radosław przyczłapał do nas. Leżałam zgięta w kłębek na podłodze. Mój niedoszły małżonek spojrzał na mnie z furią w stalowych tęczówkach, jednak ominął „zawalidrogę” i dopiero otwierając drzwi, syknął:
   – Zapłacisz za to, pierdolona szmato! Za siebie i tego, który nabił nam w lesie guzy.  
Odpokutujesz za wszystko!
     Grzesiek targnął mnie za włosy, zmuszając tym samym do wstania. Podnosiłam się, trzymając jedną dłonią podłogi, a drugą loków, tym samym próbując nieznacznie ulżyć sobie w bólu. Syczałam przez zęby, myśląc: „co tu robić?”. Gazu i farby już nie miałam, łyżki wypadły pod drzwiami. W spodniach ciążył jednak podłużny przedmiot. Włożyłam go tam, gdy psikałam farbą na kamerę. Właśnie tego potrzebowałam. Szybko sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam paralizator. Krok po kroku – czerwony przycisk, dłoń na mojej głowie i bach! Grzegorz zadygotał i zwolnił uchwyt. Chwilę po tym, rozległy się strzały. Ktoś wymierzył w pierś upadającego Grześka i posoka strumieniem trysnęła na moją twarz. To była tak zwana śmierć na miejscu...
     Instynktownie upadłam na ziemię i chociaż widok poszarpanej rany robił paskudne wrażenie, szybko przechyliłam wciąż ciepłe ciało Grzegorza, tak by mnie osłaniało. Nie wiem, co mną powodowało, ale adrenalina napędzała działania, jak u jakiegoś szaleńca. Nogi podkuliłam pod siebie, a dłonie kurczowo wczepiłam w górę męskiego munduru. Kule leciały teraz w kierunku otwartych drzwi. Rozszalały Radek strzelał na ślepo i niedługo ciało Grzegorza przebiło jeszcze kilka pocisków. Czułam, jak krew wsiąka w moje ubranie, jednak za nic nie mogłam opuścić tego miejsca. Jedyną drogą ucieczki była jadalnia, ale żeby tam dotrzeć musiałabym wstać. W obecnej sytuacji, gdy kule świszczały tak blisko głowy, nie miałam na to najmniejszych szans.
     W końcu jednak pistolet musiał ustąpić karabinowi. Człowiek ukryty za drzwiami innej sali, strzelił w jakiś metal i pocisk rykoszetem trafił w Radka. Pistolet oprawcy uderzył o podłogę i jeden głośny ryk rozdarł powietrze. To niestety oznaczało, że nadal żył.
    – Lilu, w nogi! – Przez krzyk przebił się znajomy głos Roberta. – Szybko!
     Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Zerwałam się i pędem popędziłam w jego kierunku. Gdy tylko minęłam drzwi do sali, gdzie leżał Radek, znowu rozległy się strzały, ale żadna z kul cudem mnie nie dosięgnęła. Zdążyłam tylko zerknąć na wściekłą maskę, malującą się na twarzy gwałciciela. Prawy bark krwawił paskudnie i ręka wisiała bezwładnie. Próbował więc lewą dłonią oddawać strzały, ale kiepsko mu to wychodziło. Chwilę później złapałam wyciągniętą zza drzwi dłoń Roberta i pognaliśmy przed siebie.
   – Wszystko okej? – rzucił, gdy tylko Radosław zniknął z pola widzenia. – Nic ci nie zrobili?
   – Nie zdążyli – odparłam, lekko się potykając o własne nogi. – Skąd wiedziałeś, że tam są?
   – Kamery. – Spojrzał na mnie w biegu. – Udało mi się przewinąć taśmę. Mówiliście, że słyszeliście wybuch. Po prostu zdjęli drzwi z zawiasów i gruchnęli nimi o podłogę. Następnie założyli je z powrotem, dla niepoznaki wsuwając łyżki w uchwyty. Czekali na ciebie. Myślę, że zauważyli twoją koleżankę i połączyli fakty, iż musisz z nią być.
   – Nie wierzę w ich intelekt – prychnęłam. – Zapewne widzieli mnie przez drzwi, jak podnosiłam łydki strażnika.
     Dobiegliśmy do holu z szatniami. Robert zatrzymał się, łapiąc pod bok i oparł rękę o ścianę.
   – Kolka? – spytałam, połykając szybko powietrze. – Skurcz?
   – Pewnie i to i to – odrzucił ze śmiechem. – Marny ze mnie biegacz.
   – Ale dobry przyjaciel. – Uśmiechnęłam się i poklepałam dryblasa po plecach. – Dzięki za uratowanie mi tyłka.
   – Jeszcze wiele przed nami – odparł, odwracając się do mnie przodem. – Walka przeniosła się kawałek dalej. Tomek ze swoimi rozwalił snajperów, ale wygląda na to, że zdążyli wykończyć załogę, którą nasi zostawili, by uwalniała więźniów. Andrzej, Edek i tych kilku osiłków, to na mój gust trochę za mało, by wszystkich ocalić.
   – Oby uwolnili jak najwięcej żołnierzy – bąknęłam szybko. – Bo jeśli nie, to może być nasza ostatnia pogawędka.
     Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Ciężko było godzić się z taką świadomością, ale oboje doskonale wiedzieliśmy, iż raczej cało z tego nie wyjdziemy.
   – On wie – Robert podszedł do mnie nieoczekiwanie – wie, że jesteś w ciąży. Mówił mi o tym. Powiedział, iż ryzykujesz wszystko, chociaż nie miał pewności, czy ty sama zdajesz sobie z tego sprawę.
     Drgnęłam. Dlaczego Adam zwierzył się ze swoich wątpliwości Robertowi, a nie mnie?
   – Marna ze mnie kłamczucha. – Kącik ust powędrował do góry. – Kiedy zauważyłeś?
   – Wiedziałem, że coś się dzieje i w końcu pękł. Powiedział, iż możesz nie być świadoma, bo jesteś zajęta przygotowaniami i w ogóle myślisz tylko o tym, by w końcu zrealizować plan. Ale co nieco zaobserwowałem. Jak dotykasz brzucha, gdy nie widzi i wymyślasz tysiąc wymówek, kiedy dopadają cię mdłości. Wydaję mi się, że on też to zauważył, ale nic nie mówiłem. Pytanie tylko, dlaczego pozwolił ci tu dzisiaj być?
   – Bo obiecał, iż nigdy nie będzie mnie ograniczał – westchnęłam. – Gdy myślał, że śpię powiedział mi, iż to moje ciało i mogę sama decydować o życiu dziecka. Dlatego właśnie teraz razem tu stoimy.
   – Nie chcę być niemiły, Lilu, ale jesteś głupia, myśląc że poświęcając się dla sprawy zyskasz uznanie. Może i byłaś pomysłodawcą i siłą napędową tego wszystkiego, jednak  
teraz powinnaś stanąć na uboczu.
   – I jak by to wyglądało? – odpysknęłam, chociaż wiedziałam, iż nie powinnam się obrażać za męskie słowa. Były szczere. – Namawiam ludzi do buntu, a potem sama kulę się w kącie? Byłoby to trochę, takie – szukałam odpowiedniego słowa – fałszywe, nie sądzisz?
   – Moim zdaniem, w tej chwili powinnaś wrócić do kuchni – odparł szybko. – Pokazałaś się, podburzyłaś tłum i na tym należy poprzestać. Sama powiedziałaś, że nic tu po tobie. Wróć do niego i pomyśl o rodzinie. Chyba to jest teraz najważniejsze, prawda?
     W hebanowych oczach zalśniły łzy i wiedziałam, że przypomniał sobie o ukochanej. Było mi strasznie głupio, ale… po prostu nie potrafiłam odpuścić. Nie umiałam po zrobieniu kroku do przodu, wykonać dwóch kroków w tył. „Jesteś twarda, Lilu, brniesz do celu” – huczało mi w głowie. Dlaczego ojciec nie dodał wtedy: „nawet, gdy oznacza to twoją śmierć”?
    Minuty mijały, Robert czekał na moją reakcję, a ja i tak z góry wiedziałam, iż pójdę do tego cholernego więzienia. Taka już byłam. Może Bóg mi wybaczy mój upór.
    Naraz do uszu dotarł tupot stóp ze wschodu. To niewątpliwie Radek próbował nas dogonić. On też nie odpuszczał, to czemu ja miałam być gorsza?
   – Masz rację – odpowiedziałam Robertowi – Jestem głupia.
     Pobiegłam w kierunku więzienia, nie odwracając się i nie czekając na niego. Słyszałam, jak zaklął pod nosem, ale mnie nie zatrzymał. Szybko zrównaliśmy bieg i bez słowa pędziliśmy obok siebie. Mijaliśmy korytarze, jedne po drugich. Miałam głęboką nadzieję, że gdy Radek dotrze do więzienia, ktoś z naszych strzeli mu prosto w czoło. Gdybym tylko umiała, sama bym to zrobiła.
     Wpadliśmy w wir walki szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Strzelanina trwała już na  
dobre. Daliśmy radę osłonić ciała jakimś wielkim metalowym kontenerem na śmieci. Robert radził sobie całkiem nieźle ze swoim karabinem, podczas gdy ja zastanawiałam się, jak mogę pomóc. W końcu, nie mogąc znieść tej bezczynności krzyknęłam do towarzysza:
   – Dasz radę przesunąć kontener bliżej schodów?
    Spojrzał na mnie oszołomiony. Krew ściekała po jego policzku – widocznie kula o włos minęła czaszkę.
   – Dam, ale po co? – przekrzykiwał wszechogarniający harmider.
   – Chcę iść na górę pomóc uwalniać więźniów.
   – Naprawdę życie ci niemiłe?
   – Miłe, jednak nie mogę tutaj tak się chować. Pomożesz mi, czy nie?
     Zrobił wściekłą minę, ale pchnął śmietnik na kółkach w stronę schodów, skutecznie ograniczając możliwość postrzału. Nie tracąc ani minuty dłużej, złapałam nieogoloną twarz w dłonie, ucałowałam przyjaciela w czoło i bez słowa wbiegłam na górę.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2795 słów i 15888 znaków, zaktualizowała 27 mar o 22:49. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo. Kolejny świetny rozdział.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, jak zawsze ogromnie dziękuję za wytrwałość i czytanie :)