45. Błysk i Grzmot – Część V – Grom // Rozdział IX

UWAGA! +18 (treści erotyczne)

***

     Pani Zofia patrzyła zszokowanym spojrzeniem, gdy ściszonym głosem opowiadałam o wszystkim, co odkryliśmy. Dryblas, który jak się dowiedzieliśmy, miał na imię Robert, wędrował w tę i z powrotem po całym węźle, rzucając niekiedy pomruki dezaprobaty. Po mojej tyradzie spuścił z tonu i łaskawie raczył nas wysłuchać. Reszta zaś, ponownie pogrążyła się we śnie, pozostawiając nowych przybyszy ze swoimi „przedstawicielami”. Okazało się, że staruszka miała tutaj ogromne poważanie. Niestety po zdiagnozowaniu nieuleczalnej choroby, niedługo po rozmowie w parku, władze cichaczem usunęły ją z hali. Wywieziona w nocy na obrzeża Stolicy, z ciepłym ubraniem i prowiantem na jeden dzień, usłyszała jedynie na pożegnanie, że taka „stara weteranka jakoś sobie poradzi”.
     Kobiecie udało się trafić aż tutaj, jednak bez opieki i wszystkich leków, z dnia na dzień podupadała na zdrowiu. Poruszanie było utrudnione, dlatego bezdomni wyciosali staruszce laski, aby wspierały ją przy chodzeniu. Kradli też leki, notorycznie obrabiając pielęgniarza. Z tego właśnie powodu Robert wyglądał, jakby ostatnio brał udział w bójce. Adam wprost nie mógł nadziwić się temu wszystkiemu. Nie rozumiał dlaczego bezdomni tak chętnie udzielali Zofii wsparcia. W końcu chyba nie wytrzymał i zapytał:
    – Jak to się stało, że sobie pomagacie? Jeszcze niedawno walczyliście niczym wygłodniałe psy.
     Robert i staruszka wymienili ukradkowe spojrzenia. Coś było na rzeczy.
    – Zakatowali moją dziewczynę – burknął po chwili dryblas. – Przedtem żyliśmy w spokoju, a tunele mieliśmy całe dla siebie. Oni jednak chcieli, byśmy zupełnie się nie wynurzali i nie pokazywali mieszkańcom hal. Wszystko byłoby okej, gdybyśmy nie musieli jeść. Żebranie odpadało, wyhodowanie czegokolwiek pod ziemią, również. Wychodziliśmy więc nocą, aby dobierać się do śmietników. Było ryzyko, ale zazwyczaj tylko nas przepędzali lub trochę obtłukli. Nic wielkiego. – Rozłożył ręce. – Byliśmy do tego przyzwyczajeni. Sytuacja się jednak zmieniła. Rany zadawali coraz dotkliwsze, a kary za złapanie surowsze. Pomimo to, głód zmuszał ludzi do ostateczności...
     Westchnął i w końcu stanął w miejscu. Włożył ręce do kieszeni znoszonych spodni i spojrzał na nas spode łba. Po raz pierwszy zauważyłam u niego ludzkie odruchy. Z obitej twarzy emanował smutek, pomieszany ze złością. Teraz już wiedziałam, że wygadując te wszystkie przykre rzeczy, szarpnęłam za wrażliwą strunę.
    – Mówiłem, by nie szła sama. – Pokręcił głową. – Wspieraliśmy się, jak to tylko było możliwe. Jednak mnie poprzedniego wieczoru poszczuli psami. Obgryzły nogawki i zorały nogę. Ledwo dałem radę wrócić do naszego tunelu. Opatrzyła mnie. Znalazła innych i mimo wzajemnej niechęci, jakimś cudem wybłagała opatrunki i leki, aby zatamować krwawienie i zdezynfekować rany. Nigdy nie bała się prosić. Mnie też kiedyś zapytała o coś do jedzenia. Tak właśnie się poznaliśmy. Była uparta, dziewczęca, młodsza ode mnie o siedem lat, ale tak samo waleczna i zdeterminowana. Nie miałem siły jej zatrzymać, a ona nie chciała słuchać żadnych próśb. „Musisz coś jeść” – rzuciła tylko i poszła w ciemną noc.
     A potem czekałem. Czekałem i czekałem. Jednak Madzia się nie pojawiała. Świtało już, a jej nadal nie było. Kuśtykałem z kąta w kąt i tłukłem zmartwiony o ściany. W końcu zacząłem wypytywać innych bezdomnych. Widzieli ją dnia poprzedniego, jak szukała leków, ale potem rozpłynęła się niczym we mgle. Nerwy mi całkiem puszczały. Noga bolała jak diabli, jednak nic nie mogło rozproszyć myśli o Magdzie. Martwiłem się, że doświadczyła czegoś strasznego. Oczyma wyobraźni widziałem, jak psy rozszarpują jej szyję. Rozważałem nawet wyjście w biały dzień, by jej poszukać, ale pozostali mnie zatrzymali. Nie wiem, czy tak naprawdę troszczyli się o nią, czy o własną kryjówkę, jednak i tak nie pozwolili mi wyjść...
     Ponownie zaczął chodzić po węźle. Chyba nie potrafił tak stać i opowiadać czegoś, co niewątpliwie sprawiło mu ból:
    – Znaleźliśmy Madzię dopiero wieczorem. Do dzisiaj nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło. Kobiece ciało leżało przy włazie i nosiło ślady ogromnej przemocy. Musiała być bita, gwałcona, twarz pocięto nożem i została skopana. Zmarła albo z wycieńczenia, albo od obrażeń wewnętrznych. Nie mam pojęcia, co dokładnie zrobili, ale mogę sobie to tylko wyobrazić – przerwał i mocno zacisnął szczękę. Moje serce było znieczulone przez własne doświadczenia, ale ten widok sprawił, że coś w środku drgnęło. Tak łatwo było złamać człowieka. Zniszczyć i zdeptać. Nawet takiego wielkiego faceta jak Robert.
   – Na jej podartej koszulce napisali krwią hasło: „Ta suka już więcej nie zapiszczy. Zdychajcie z głodu, brudasy!”. Nie muszę chyba mówić, iż ta wiadomość, z prędkością błyskawicy została przekazana każdemu w podziemiu. Wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Ludzie zaczęli jednoczyć siły. Przychodzili do mnie, pocieszali, pomagali, razem zaczęliśmy wyprawiać się po jedzenie i szczególną ochroną objęliśmy kobiety. Tak po prostu wyszło. – Przystanął i rozłożył ręce. – Jakoś sobie wszystko ułożyliśmy. A teraz – pokręcił głową – wchodzicie tutaj, jak do siebie, i to z historią tak nieprawdopodobną, że nie mam pojęcia, czy macie tylko wybujałą wyobraźnię, czy jednak jesteście chorzy umysłowo – mówiąc to rozejrzał się dookoła. – Czy wiecie, co pozostali zrobią, jeśli to nie będzie prawda? Co, jeżeli im o tym powiem i na próżno rozbudzę nadzieję? Przecież też mają rodziny. W halach i na cmentarzach. A teraz chcecie powiedzieć, iż umarli mogą żyć? Że w halach wyrządzana jest większa krzywda niż myśleliśmy? Iż katastrofa była jedną wielką ściemą? Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiecie?
     Zapadła niezręczna cisza. Chyba nadszedł czas, by wyjąć najgrubszą artylerię.
   – Czy uwierzą, jeśli nas poprzecie? Ty i pani Zofia?
   – Po prostu Zofia, kochanieńka. – Starsza pani odezwała się zmęczonym głosem. – Ja wam wierzę. Byłam tam, widziałam, że coś jest nie tak. Nie wiedziałam co, ale po waszej opowieści wszystko ułożyło się w spójną całość. – Uścisnęła moją dłoń. – Poprę was.
   – Dziękuję, Zofio – odparłam. – Ale czy reszta uwierzy wam?
   – Tak – rzekł Robert i przyjrzał mi się bacznie. Gdy już przestał być wrogi, jego twarz wyglądała młodziej i znacznie łagodniej. – Problem w tym, że ja jednak nie do końca wierzę. A nieprzekonany, nie będę w stanie przekabacić kogokolwiek innego.
   – Dobrze więc. – Podźwignęłam się z podłogi. Zdjęłam kurtkę i zaczęłam rozpinać spodnie. Adam zareagował natychmiast. Wstał i złapał za drobne dłonie, chcąc mnie powstrzymać.
   – Nie. Nie rób tego. Proszę – rzucił jednym tchem i spojrzał błagalnym wzrokiem. Wiedział, co chcę uczynić. Nie znajdowałam jednak innej możliwości.
   – Nie, Adamie. Tak trzeba. Wiem przecież, iż to nie moja wina. – Ścisnęłam męskie dłonie, dając do zrozumienia, że wszystko jest w porządku. – Pozwól mi. Nie mam się czego wstydzić.
   – Nie chcę byś znowu przez to przechodziła – szepnął wprost do ucha, tak by nikt inny go nie usłyszał. – Znajdziemy lepszy sposób, żeby to udowodnić.
     Po tych słowach, jakby trafiony piorunem, rzucił się do kurtki Pauliny i wyjął z kieszeni mój złożony na cztery dyplom, zabrany z plecaka, jeszcze pod śmietnikiem. Tak jak koszulkę, chwyciłam go w ostatniej chwili, wybiegając z mieszkania.
   – Spójrzcie na to – powiedział. – Przecież nic nie można było przywieźć do hal. Nie pozwolono wrócić ocalałym do domów. Lila znalazła go w grobie rodziców na parkingu szpitala, gdzie kiedyś było jej liceum. – Potrząsnął kartką. – Były tam tylko papiery, gruz, kawałki mebli i to. Żadnych kości ani ubrań. Nic więcej. Proszę! Musicie nam uwierzyć!
     Robert wziął do ręki dyplom i go obejrzał. Westchnął jednak po chwili, po czym powiedział:
   – To niczego nie dowodzi. Może być podrobiony. Nie mamy go z czym porównać. – Oddał kartkę z powrotem. – Serio, chciałbym wam uwierzyć, jednak nie mam zupełnie się na czym oprzeć.
     Adam zacisnął pięści. Był zły, bo nie mógł nic zrobić. To on wymyślił, by tu przyjść. Wiem, że gdyby przewidział taki rozwój wypadków, pewnie zrezygnowałby z planu. Ja jednak byłam zdeterminowana. Potrzebowaliśmy wsparcia i nie mieliśmy czasu na kręcenie nosem.
     Zdjęłam buty i sięgnęłam z powrotem do rozporka. Zsunęłam spodnie. Gęsia skórka pokryła nogi i uniosła włoski, które od czasu kąpieli u Pauli już zaczynały odrastać. Podeszłam w skarpetkach do małej metalowej skrzynki umieszczonej przy ścianie, tam gdzie obok siedziała Zofia i uniosłam nogę, opierając stopę o górną pokrywę.
     Robert patrzył na mnie nierozumiejącym spojrzeniem. Pociągnęłam za skórę na wewnętrznej części uda i naszym oczom ukazały się różowe blizny – pamiątki po rozporku Radka. Ale nie to miało przykuć uwagę dryblasa. Bardzo blisko linii majtek, znajdował się długi i drobny napis. O jego istnieniu nie miałam pojęcia do czasu prysznica u przyjaciółki. Czcionka była maleńka i niewyczuwalna pod dotykiem. Ani ja, ani Adam nie zauważyliśmy go w półmroku chatki i namiotu. Znajdował się na skórze tam, gdzie pod spodem biegło więzadło pachwinowe. Z daleka wyglądał jak brudna pociągła kreska, z bliska zaś dał się odczytać tylko, gdy druga osoba wiedziała gdzie szukać. To był tatuaż. Musieli mi go zrobić, kiedy straciłam przytomność podczas gwałtu. Szczęście w nieszczęściu, że Adam miał taki dobry wzrok. Nie muszę jednak opisywać, jak bardzo się wściekł, gdy tylko uświadomił sobie, na co właściwie patrzy.
   – Podejdź i sam zobacz – powiedziałam do Roberta. – Lepszego dowodu nie posiadam.
     Dryblas spojrzał niepewnie na mojego narzeczonego. Ten zaś, wyraźnie niezadowolony, skrzyżował ramiona na piersi i wysyczał przez zęby:
   – Nie waż się jej tknąć...
     Osiłek nieznacznie pokiwał głową. Podszedł do mnie i ukucnął na wysokości bioder. Słyszałam, jak Adam ze świstem wciąga powietrze. Dryblas przekrzywił głowę, zmrużył oczy i przeczytał napis. Potem zmarszczył czoło i spojrzał prosto w moje niebieskie oczy, zdumiony i wyraźnie pokonany.
   – Chyba nie sądzisz, że sama to sobie wytatuowałam? – Uniosłam brew. – Nie nazwałabym siebie niewolnicą, nie nadałabym numeru i nie przypisałabym mojemu gwałcicielowi aktu własności nade mną...
     Tatuaż widziałam tylko przez chwilę, gdy manewrując lusterkiem Pauliny przyglądałam się sobie z rosnącym przerażeniem. Ten moment wystarczył jednak, by wypalić słowa na zawsze w pamięci. Mogłam z zamkniętymi oczami wyrecytować, co głosił: „Ta niewolnica, Lilianna Błysk, o numerze 4042, jest własnością pana Radosława Syk, zarejestrowanego w Organizacji Ochrony Obywateli pod indeksem 1089. Akt własności: 147”. Pod spodem zaś dopisano kursywą: „W przypadku nieposłuszeństwa, oddać właścicielowi lub niezwłocznie zabić”.
     Bez słowa opuściłam nogę i wróciłam na poprzednie miejsce. Ubrałam się szybko i przeczesałam włosy dłońmi. Robert w tym czasie, kręcąc głową z niedowierzaniem, usiadł na skrzynce obok Zofii, która znużona, usnęła kilka minut po swojej ostatniej wypowiedzi.
     Gdy się odwróciłam i pochwyciłam jego wzrok, niemal natychmiast go spuścił.
   – Te blizny – zaczął. – To on ci to zrobił? Ten cały Syk?
     Pokiwałam głową i odparłam:
   – Tak. Jak się zapewne domyślasz, pioruńsko bolało. Zwłaszcza dziewicę.
     Nie wiedziałam dlaczego byłam taka zimna. Zdawało się, że czerpię przyjemność z ukazywania światu, co mnie spotkało. Chciałam ukarać Roberta, iż mi nie wierzył. Pragnęłam, by czuł się podle. Wiem, że to irracjonalne, gdyż nic złego nie zrobił, jednak cała moja postawa była złośliwa i wredna. Pragnęłam go upodlić, że negował przemoc, jakiej dopuszczały się władze. Za to, iż był naiwny. W duszy jednak wiedziałam, że tak naprawdę karałam samą siebie. Kiedyś byłam przecież bardziej łatwowierna niż on.
   – Wierzę wam – odparł w końcu. – Nie wiem jednak, jak mam przekazać tę informację innym, by nie wywoływać paniki. To ludzie wolni. Będą chcieli wracać do swych rodzin, bronić ich i nie mogę nikogo zatrzymać. Nie wiem, czy dam radę temu zapobiec.
   – Podziel więc wszystkich na dwie grupy – podpowiedziałam. – Zanim cokolwiek powiesz, sprawdź ilu ma rodziny tutaj, a ilu jest przyjezdnych. Wtedy wyślij tych drugich do Przedmieści i miast głównych, aby ustawili się w najwyższej gotowości i znaleźli kryjówki. Niech bronią krewnych tylko w ostateczności.
   – Zdajesz sobie sprawę, że każdy ostateczność będzie postrzegał nieco inaczej? – Robert był sceptyczny. – Zdradzą swoją obecność prędzej czy później.
   – Muszą być świadomi, iż mogą zginąć. Zarówno oni, jak i ich bliscy. To nie jest żadna zabawa w kotka i myszkę. Tutaj naprawdę chodzi o walkę na śmierć i życie...
   – Przykro jest przyznać, ale to właśnie rozproszenie może najbardziej pomóc. – Adam zabrał w końcu głos. – Jeśli władze dowiedzą się o przecieku w Przedmieściach, wyślą tam część swoich oddziałów. Tym samym osłabią siły pozostawione w Stolicy.
     Robert wyraźnie zastanawiał się nad tymi słowami.
   – To ma sens, ale będą musieli być bardzo ostrożni. Żadni z nich przecież wojownicy – zaśmiał się i podrapał po brodzie. – A co z tymi tutaj? Macie jakiś plan?  
   Spojrzeliśmy po sobie z Adamem.
   – Mamy plan, ale on się, co chwilę zmienia – rzekł mój narzeczony. – Po pierwsze mieliśmy zdobyć sprzymierzeńców i myślę, że na dzień dzisiejszy zrealizowaliśmy wszystko w stu procentach. Jeśli mam być jednak szczery – tutaj uśmiechnął się sennie – to mówiąc za nas dwoje, padamy z nóg. Musieliśmy uciekać z mieszkania naszej przyjaciółki, bo zrobili nalot. Gdyby nie Lilianna, bylibyśmy już uwięzieni lub martwi. – Przygarnął mnie do siebie i pocałował we włosy. Gest był czuły, niemniej wiedziałam, że chciał jasno podkreślić, iż jestem jego kobietą. – Mieliśmy wracać do naszej kryjówki, ale po namyśle uważam, że im dalej od Stolicy, tym gorzej. Jeśli mamy współpracować, musimy być na miejscu. Zatem – wolną ręką zrobił łuk nad pomieszczeniem i śpiącymi ludźmi – czy możemy się do was przyłączyć?
     Twarz Roberta chyba po raz pierwszy rozjaśnił uśmiech.
     – Jesteśmy jak jedna wielka rodzina. W każdym węźle mam rzeszę znajomych. Zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale wszyscy traktują mnie niczym jakiegoś wodza, czy coś w tym rodzaju. „Panie kierowniku”, wołają, gdy tylko zawitam. Możecie zostać. Źle was z początku oceniłem. Myślałem, że chcecie nas przepędzić. Co prawda nie sądziłem, że przekażecie tak straszliwe informacje i wplączecie bezdomnych w przewrót, jednak, jeśli ma być lepiej zarówno nam, jak i ludziom na górze, to chyba warto zaryzykować. Życie, które teraz wiedziemy to jakaś cholerna wegetacja. Kiedyś mogliśmy wychodzić na zewnątrz, korzystać z powietrza i stawów, a teraz... – przerwał i pokręcił głową. – Nie. Nie wybrałem tego losu. Straciłem pracę, potem mieszkanie, wylądowałem tutaj i odebrano mi ukochaną. Innych pozbawiono rodzin i domów, przywieziono tutaj, robiąc czystkę na Przedmieściach, a potem, gdy nikt tego nie widział, bezceremonialnie wyrzucono na bruk. Taka selekcja w selekcji. Chodźcie – Machnął ręką. – Pokażę wam, gdzie możecie przekimać. Jutro będziemy dalej omawiać strategię.
     Nie wiem ile czasu trwało zanim się położyliśmy. Wraz z plecakami straciliśmy namiot, śpiwór i karimatę, więc jedynym, co nas mogło ogrzać, był cienki polarowy koc, spakowany pospiesznie przez Paulinę. Robert przyniósł kawałek płyty pilśniowej, toteż rozłożyliśmy na niej, dodatkowo ofiarowane przez Paulę ręczniki, aby choć trochę było wygodniej, po czym z głowami na pożyczonym plecaku, przykryci kocem i kurtkami wtuliliśmy się w swoje ramiona. Adam spoglądał z rozbawieniem w sennych oczach:
   – Ładnie to rozegrałaś – powiedział. – Najpierw gościa opieprzyłaś, potem zdobyłaś szacunek, rozebrałaś się dla niego, a na koniec owinęłaś wokół palca, podając na tacy plan działania. – Pocałował mnie w czoło. – Zadziwiasz mnie, kochanie. A myślałem, że tylko ja reaguje tak silnie na twoje działania. Normalnie zaczynam być zazdrosny.
   – Nie bądź głupi. – Uśmiechnęłam się szeroko. – Tylko ciebie pragnę…
     A potem go pocałowałam. Wyrwało mu się ciche westchnienie, gdy ciepły język otarł o męskie zęby. Wpuścił mnie głębiej do swoich ust i delikatnie ugryzł. Gorąco wielką falą zaczęło rozpływać się po ciele. Serce biło coraz szybciej. Delikatność ustąpiła miejsce gwałtownej pasji. Na całe szczęście leżeliśmy schowani za kilka dziwnych metalowych skrzynek i spoza nich wystawały jedynie nasze stopy, bo widok ten stanowczo nie nadawał się do oglądania przez innych. Jego ręce dotarły pod moją bluzkę, pogładziły brzuch i spoczęły na staniku. Ujął piersi i potarł brodawki, na co zareagowałam przerwaniem pocałunku i wygięciem pleców w łuk. Widząc to zaczął obsypywać całusami szyję. Z trudem panowałam nad własnym oddechem. Nie chciałam nikogo obudzić, co wcale nie było łatwe, zważywszy na fakt, iż zanurkował pod koc i podciągnął moją bluzkę, by rozchylić miseczki biustonosza. Najpierw lizał sutki, a potem język zaczął sunąć w dół, zostawiając gorący i mokry ślad na brzuchu. Dotarłszy do rozporka, nie rozpiął go dłońmi, ale złapał za zamek zębami i powoli rozsuwał. Gdy skończył, tylko odrobinę zsunął jeansy z pośladków i ud, po czym przez figi zaczął pieścić ustami. Koronkowe majtki Pauli w połączeniu z jego śliną i językiem sprawiły, że po kilku minutach byłam spełniona.
     Gdy skończył, wynurzył się z wilgotnymi wargami. Pocałowałam go i poczułam własny smak. Pobudziło mnie to jeszcze bardziej, jednak szybko podciągnął jeansy i je zapiął. Jęknęłam cicho, pełna dezaprobaty:
   – To my nie będziemy?
   – Nie – szepnął. – Tylko ty zasłużyłaś. Mi wystarczy, że będę mógł cię tulić do snu.
     Mówiąc to przekręcił się na bok i przygarnął moje ciało do siebie. Wtuliłam twarz w męską szyję. Pachniał wodą po goleniu Tomasza i mydłem. Serce zadrżało na myśl, że tak mocno się do tego przyzwyczaiłam. Był dla mnie jak powietrze. Całkowicie niezbędny do prawidłowego funkcjonowania.
     Musiałam przyznać, iż bardzo się o nas bałam. Zwłaszcza o Adama. Nie mogłam go stracić. Nie chciałam, by ktoś go zranił. Nie wolno było pozwolić, żeby mi go odebrano. Dlatego właśnie musieliśmy wygrać w naszej walce. Wiedziałam jednak, że powinnam być silna również dla Malwinki. A także dla starych i nowych przyjaciół. Musiałam tym wszystkim ludziom dać szansę na lepsze życie. Byłam za to odpowiedzialna. Ja. Nikt inny. Bo to ja miałam świadomość, jak to jest być zranioną. Sponiewieraną. Zdeptaną. Ponieważ znałam ból straty i wiedziałam, jak ciężko walczy się o życie. „Tak”. – Postanowiłam po raz pierwszy. – „Jutro zaczniemy realizować nasz plan”. „Tak”. – Umocniłam się w przekonaniu. – „Będziemy silni oraz konsekwentni. I nawet jeśli zginę… to przynajmniej formalności pogrzebowe będą już załatwione. Ale się nie poddam. Nigdy”.
     Adam powoli zaczął zapadać w sen. Spojrzałam na długie rzęsy i nie bacząc, czy go obudzę, przejechałam po nich opuszkami palców. Zmarszczył śmiesznie nos, jednak nie otworzył oczu. Uśmiechnęłam się zauroczona. Kochałam tego mężczyznę. Naprawdę kochałam. Chyba nigdy tak mocno nie odczuwałam miłości, jak tej nocy. Pod moimi dłońmi biło męskie serce. Szybciej niż normalnie. Domyślałam się dlaczego – bo byłam obok.
   – Nadal się mnie boisz? – zapytałam cicho. Wiedziałam, że jest na pograniczu jawy i snu. Liczyłam na to, iż jednak odpowie.
   – Jak diabli – wyszeptał i uśmiechnął się nieznacznie, wzmacniając uścisk na plecach. Przysunęłam się bliżej tak, że moje czoło dotykało jego ust. Prawie niezauważalnie złożył na nim delikatny pocałunek. – Moja – wymruczał głosem zachrypniętym od oparów snu. Był to tak seksowny ton, iż niemal rozpłynęłam się od samego dźwięku.
   – Twoja – potwierdziłam, wielbiąc każdą z wypowiadanych liter – Tylko twoja.
     Usnęliśmy wtuleni, tak blisko siebie, że niemal oddychaliśmy tym samym powietrzem. Miłość była wszystkim, co mieliśmy i w tamtej chwili nie potrzebowaliśmy niczego więcej.
     „Wystarczy jedynie przeżyć miesiąc i kilka dni” – powtarzałam sobie w duchu. – „Tylko tyle”.
     Aż tyle...

***KONIEC CZĘŚCI V***

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 3697 słów i 21511 znaków, zaktualizowała 3 lut o 21:21. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, dziękuję:)