49. Błysk i Grzmot – Część VI – Burza // Rozdział IV

49

     Było mi zimno. Czułam chłód bijący od ziemi. Stopy skostniały i nie mogłam nimi poruszyć. Mroźne powietrze wypełniało płuca. Tylko ja i mój świszczący oddech. Poza tym… cisza. Długa i męcząca. A potem tupot stóp. Głosy. Zmartwione, przerażone i takie jakieś... puste. Dotyk szorstkich palców na czole. Kojący szept. Unoszenie. Kołysanie. Łomot serca przy moim policzku. Znajomy zapach...
   – A...A...Adam – zachrypiałam z zamkniętymi oczami – jaa... przepraszam, co tam się stało?
   – Cii... – szepnął, mocniej przytulając mnie do swojej piersi – nic nie mów. Potem – nabrał powietrza – potem ci wszystko powiem.
   – Dziękuję – odparłam i poprawiłam uścisk dłoni na męskiej szyi. Zabolało. Syknęłam, gdy przypomniałam sobie, że pokaleczyłam ręce o brudną i chropowatą podłogę. Rany były lepkie od osocza, ale już nie krwawiły. Spojrzałam na ręce i od samego widoku zrobiło mi się niedobrze. Żółć podeszła do gardła, więc szybko zaniechałam dalszej oceny ich stanu. Nadal nie czułam się komfortowo, ale ciało Adama działało jak termofor. Ciepło rozkosznie rozlewało się po mojej klatce piersiowej, a powieki same ciążyły. W końcu uchwyt zelżał i ręce opadły bezwiednie. Nadal w ramionach ukochanego, odpłynęłam w niebyt...
     Jakiś czas później obudził mnie, podstawiając pod nos kubek gorącego naparu z mięty. Poza tym, miał w dłoniach dwie bułki i dwa kawałki kiełbasy. Wręczył mi wszystko ze skinieniem głowy, dając znać bym zaczęła jeść. Sam zaś bez słowa uklęknął i zajął się masowaniem moich stóp. Krążenie wróciło już jakiś czas temu, niemniej dopiero pod wpływem silnych dłoni poczułam, że nogi znów działają prawidłowo. Chciałam zostawić mu drugą porcję posiłku jednak zganił mnie wzrokiem. Odmawiał sobie jedzenia i choć nie był to dobry pomysł, wiedziałam czemu to robił. Zmartwił się, iż zasłabłam i widział w tym swoją winę, myśląc że nie zadbał o mnie wystarczająco. Wcale tak nie uważałam, jednak patrząc na smutną twarz, nie trudno było odgadnąć, iż właśnie to go trapi.
   – Lepiej ci? – zapytał, podnosząc zbolały wzrok.
     Nie odpowiedziałam. Przytrzymałam spojrzenie i bez cienia uśmiechu wyciągnęłam owiniętą czystym kawałkiem T-shirtu dłoń.
    – Chodź tutaj – szepnęłam, gdy drgnął nerwowo na ten gest. – Nie gryzę.
     Głośno wypuścił powietrze. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że nie oddychał. Wydawał się teraz taki bezbronny. Szczupły, przystojny mężczyzna, o niewiarygodnie smutnych zielonych oczach. Dłonie opuścił na swoje kolana i trwał tak przez moment, niezdecydowany. Najwyraźniej jednak dotarło do niego, iż tak samo odezwałam się podczas naszej pierwszej wspólnej nocy. Zrozumiałam to, gdy lekko drgnęły mu usta. Po chwili pełnej wahania, podał dłoń i przysunął się bliżej. Milcząc oparł głowę w zgięciu mojej szyi.
     Przytuliłam go i czekałam. Po chwili mój kark zrosiły męskie łzy. Nie było ich wiele. Zburzyły jednak odrobinę mur, który nas ostatnio podzielił. Doceniałam, że nie wstydził się przy mnie płakać. Wiedział, iż nie będę oceniać. Byłam jego ukochaną. Tą na dobre i złe. Gładziłam go więc po plecach, a on przytulał się jak do ostatniej deski ratunku. Po chwili uchwyt zelżał, a oddech zaczął się uspokajać.
   – Myślałem, że już cię więcej nie zobaczę – wyszeptał, składając pocałunek za moim uchem. – Straciłem dzisiaj przyjaciela i sam ledwo uszedłem z życiem. – Podniósł głowę i z lekko opuchniętymi powiekami spojrzał mi w oczy. – Nic tak jednak nie zabolało, jak obraz twojego skulonego ciała, pokrytego szronem. – Uniósł moje dłonie i pocałował delikatnie opatrunki. – Nigdy nie zapomnę widoku krwi na twoich rękach, zimnych stóp i bladych policzków. Nikłego obłoczka pary wydobywającego się z ust. Nie wiem – urwał i pokręcił głową. – Nie mam pojęcia, jak sobie z tym wszystkim poradzić.
   – Musimy wierzyć – odparłam. – Nie jesteśmy sami. Mamy plan. Po prostu – język uwiązł mi w gardle, gdy powtórzyłam – musimy w nas wszystkich uwierzyć.
     Zamrugał z załzawionymi rzęsami i spuścił głowę do pocałunku. Jego wargi dotknęły moich i wtedy poczułam… iż jestem w domu. Przygarnął mocniej i nasze języki się spotkały. Powolny, słodki pocałunek ewoluował w jedną wielką falą pożądania. Miałam gdzieś, że jest środek dnia. Nie obchodziło mnie, iż zaraz za metalowymi skrzynkami krzątają się dorośli i dzieci. Nie chciałam być nigdzie indziej, czuć czegokolwiek innego, z kimś innym. Bez niego byłam tylko zniszczoną dziewczyną. Z Adamem stawałam się całością. Dorosłą kobietą. A niedługo… matką.
     Ta myśl ukłuła świadomość niczym nieznośna szpilka. Na całe szczęście, w tym samym momencie narzeczony odsunął się i ciężko dysząc, przyłożył głowę do mojego czoła. W zielonych oczach lśniło pożądanie.
   – Kocham cię – wyszeptał, niemal ocierając wargami o moje usta. – Obiecaj mi, że zrobisz wszystko, aby do mnie wrócić…
     Nie musiałam pytać, o czym tak naprawdę mówił. Było jasne, iż chodziło o mój udział w planie. Nie mogłam mu powiedzieć, że wiem o jego wszystkich domysłach i obawach. Pamiętając jednak, co wyszeptał tamtej nocy, mogłam mu obiecać coś więcej.
   – Jestem świadoma swojej kobiecości – odparłam, a oddech owionął spierzchnięte usta. – Wiem, jak moje ciało jest podatne na zranienie. Jestem krucha, ale nie można powiedzieć, że słaba. To ty dałeś mi siłę. Nie zmarnuję jej. Będę o siebie dbała. Starała się  – tutaj zrobiłam pauzę i pocałowałam go delikatnie, cały czas patrząc w oczy – dla nas. Chcę ich tylko pokierować. Stanę w tylnym rzędzie. Ustąpię miejsca. Pozwolę zbierać laury. Robert i Tomasz dadzą sobie radę beze mnie. Zapamiętaj to, proszę. – Ujęłam chłodne policzki obwiązanymi dłońmi. – Nie ma ważniejszej rzeczy od naszej spokojnej przyszłości. Wrócę do ciebie. Obiecuję. – Uśmiechnął się leciutko, jednak za moment usta stały się prostą linią. Pogładził mnie dłonią po plecach i wypuścił głośno powietrze:
   – Robert nie żyje. Rozstrzelali go dzisiaj rano…
     Moja twarz musiała przybrać wyraz skrajnego niedowierzania. Dotychczas mimo uszu puszczałam informacje o wydarzeniach z minionego poranka. Liczył się dla mnie tylko Adam. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę ze słów: „straciłem przyjaciela”. A więc to o Roberta właśnie chodziło. Tylko dlaczego? I co się właściwie stało?
     Adam ujął mnie za koniuszki palców, które nie były obwiązane T-shirtem i usiadł po turecku. W zamyśleniu kręcił przez chwilę kółka na opuszkach, by w końcu zacząć mówić:
   – Wybraliśmy się na tyły piekarni. Wiesz tej, z której zawsze przynosiłem ci te bułki z makiem. Byliśmy przekonani, że uszczuplamy zapasy w ilościach, których nie da się zauważyć. – Pokręcił głową. – Niestety to był błąd i miał katastrofalne skutki. Nie wiem od jak dawna wiedzieli, iż tam przychodzimy, ale mieli wystarczająco dużo czasu, żeby odgadnąć nasze zwyczaje. Zdawali sobie sprawę, którędy wchodzimy, z jakiego auta podkradamy i co dokładnie zwraca naszą uwagę. Weszliśmy więc, jak zawsze odginając siatkę, a Włodek został na straży przy płocie, aby szybko unieść druty, kiedy będziemy wracać. To on właśnie został najdotkliwiej zraniony i do teraz nie może wyjść z szoku…
   – To jego ciągnęliście w stronę tuneli? Słyszałam, jak ktoś szurał butami po ziemi.
   – Tak. Nie był zdolny iść samodzielnie. Chcieliśmy się stamtąd wynieść czym prędzej. – Ponownie pokręcił głową. – A przecież wszystko zdawało się być tak, jak zawsze. Zanim wyruszyliśmy z kanału ułożyliśmy sobie plan. Robert miał kraść, ja zaś odbierać od niego część zapasów i przekazywać je Andrzejowi. Andrzej z kolei podawać całość Edkowi, a ten gromadzić towar w bezpiecznym miejscu za siatką. Potem wszyscy mieliśmy wrócić na miejsce i każdy miał wziąć ile da radę, by wrócić z prowiantem do tuneli. Tyle, że w połowie wszystko szlag trafił…
     Przerwał, rozmasowując ramię. Dopiero teraz zauważyłam, że bluza była rozdarta, a pod spodem widniał lekko zakrwawiony opatrunek. Musiał się zranić i sądząc po rozmiarze rozcięcia, bolało go jak diabli.
    – Twoja ręka. – Uniosłam dłoń i dotknęłam męskiego ramienia. – To coś poważnego? Odkaziłeś to? Opatrzyłeś poprawnie? Może trzeba się tym zająć? Pozwól, pomogę. – Zaczęłam wstawać, jednak uciszył mnie gestem dłoni:
   – Nie trzeba. Jest ok. Zofia wylała chyba z połowę butelki spirytusu. – Uśmiechnął się kwaśno. – Z pewnością jest dobrze odkażone. Boli, ale się zagoi. To nic w porównaniu z oparzeniami Włodka. Wiesz, to wszystko stało się tak nagle. Nie wiem, może pięć minut i było po wszystkim. Robert dał mi kolejną torbę bułek, poszedłem w kierunku zaplecza i przekazałem ją skrytemu w cieniu Andrzejowi. Wróciłem, i gdy byłem na wysokości kabiny kierowcy, zza plandeki usłyszałem podniesione głosy. Jeden należał do Roberta, drugi do jakiegoś strażnika. Obaj byli w środku, natomiast na wysokości tylnego wejścia, maszerował jeszcze jeden „trzyowiec”. Cień rzucany na asfalt wskazywał, że był uzbrojony po zęby. Szybko wczołgałem się pod wóz i skryłem w mroku. Zacząłem gorączkowo kalkulować, czy wrócić do chłopaków i kazać im zwiewać, czy też liczyć na to, iż sami zauważą, że coś się dzieje i wrócą do kanałów. Nie podejrzewałem jednak, iż każdy stwierdzi, że nie zostawi kumpli. Chociaż w tym zakresie nauki Roberta nie poszły w las. On sam nie dawał za wygraną, więc dlaczego my mieliśmy? Słyszałem, jak strażnicy wypytują go o pozostałych. Mówili, iż widzieli, jak przekazuje komuś pakunki. A Robert kłamał w żywe oczy, że jest sam, szybko biega i odkłada torby w bezpieczne miejsce. Z początku nie chcieli wierzyć, ale był tak przekonywujący, iż sam bym to kupił. W końcu strażnik zapytał drugiego, co mają robić, a tamten w mgnieniu oka wystrzelił. Tak po prostu. Bez słowa, zapowiedzi, czy zastanowienia. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, jak odwrócić ich uwagę. A oni tylko rechotali…
     Przerwał na moment, chwytając się za włosy. Okropnie było tego słuchać, ale najgorsza była świadomość, że mówił prawdę.
   – Byłem przerażony – wznowił relację. – Bałem się o swoje życie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Wiedziałem, iż wystarczyłby jeden fałszywy ruch i w ciągu dziesięciu sekund, a może i mniej, byłbym martwy. Z wolna zacząłem się wyczołgiwać spod naczepy. Zdążyłem jeszcze tylko usłyszeć, jak mówią coś w stylu: „no to rozpalmy tego grilla” i za mną rozległ się skowyt. Włączyli prąd i ogrodzenie poraziło Włodka, który jak się okazało pomimo namawiania chłopaków, stał po mojej stronie i unosił siatkę do góry, wyczekując aż wrócę. Gdy z przyczepy dochodził dalszy ryk śmiechu, ja już pędziłem jak wiatr w kierunku płotu. Chłopaki zastygli w szoku, podczas gdy Włodek konwulsyjnie drgał na ich oczach. Jak to dobrze, że kurtka od Tomka miała gumowe wstawki. Udało mi się odciągnąć Włodka od siatki i naciągnąć ją przez kurtkę na tyle, by chłopaki odebrali mężczyznę ode mnie. Jednak, gdy sam przechodziłem jeden z drutów zorał mi ramię i prąd kopnął mnie tak mocno, że poleciałem na dwa metry, na całe szczęście po właściwej stronie. Byłem lekko wstrząśnięty, ale szybko wstałem i zabrałem swój zapakowany już przez chłopaków plecak i torby. Oni zaś wzięli Włodka pod pachy i z plecakami ruszyli w stronę tuneli…
     Westchnął i podrapał się po karku. Bez zastanowienia pocierał palcami o moje. Jego wzrok spoczął na naszych dłoniach. Patrząc na nie, kontynuował:
   – Z początku wydawało się, że uszliśmy z życiem, bo tamtych zgubiła łatwowierność i pycha. Ale to nieprawda. Gdy odeszliśmy kawałek dalej, obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, jak na oświetlonym już parkingu stoi tych dwóch strażników. Nie byli jednak sami. Za ich plecami stało kolejnych dziesięciu, a może i więcej. Niemożliwe jest zatem, że nas nie zauważyli. Mogli wszystkich zabić po tysiąc razy. Byłem, jak na widelcu i chłopaki również…
     Podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. W zielonych tęczówkach czaił się strach oraz smutek. Mocniej uścisnął moje palce.
   – Chyba jednak wiem, dlaczego nic nie zrobili. W pierwszym odruchu pomyślałem, że chodziło o nauczkę, żebyśmy tam już więcej nie przychodzili. Ale potem zdałem sobie sprawę, że przede wszystkim mieliśmy ich zaprowadzić do kryjówki i jestem święcie przekonany, iż tej nocy będą chcieli nas wszystkich wytłuc. Uzmysłowiłem sobie to jednak za późno, gdy już wróciliśmy do tuneli. Nie mogliśmy marnować czasu. Pozostaje tylko pytanie…
   – Jak szybko możemy uderzyć jako pierwsi? – dokończyłam za niego.
   – Właśnie. – Uśmiechnął się lekko. – Zgodnie z ustaleniami wczoraj rozpoczęły się pierwsze ataki na Przedmieściach. Nie zdążymy uprzedzić naszych ludzi o zmianie daty, jednak mam nadzieję, że wystarczająco odwrócą uwagę władz. Rano, po tym jak cię tu przyniosłem, wysłałem zupełnie nieużywanym kanałem posłańca do Tomka i Pauli. Nie zgadniesz, kto zgłosił się na ochotnika...
   – Tylko, nie mów, że Zofia! – pisnęłam. – To dla niej zbyt ryzykowne!
   – Nie – uspokoił mnie. – Zofia przygotowuje rodziny na przenosiny do lasu za Stolicą. Mają wyruszyć około pierwszej po południu, aby być poza kanałami około dwudziestej. Angelika, nasza ochotniczka zadająca miliony pytań na pierwszym spotkaniu, na pewno ją pamiętasz – mrugnął do mnie – ustaliła z naszymi przyjaciółmi, iż atak rozpoczniemy dzisiaj o siódmej wieczorem.
   – Ale rodziny mogą być wtedy jeszcze w kanałach – zmartwiłam się. – Nie moglibyśmy zacząć o ósmej?
   – Nie. O siódmej następuje zmiana warty w halach. Tomasz postarał się, aby na jego zmianie byli tylko sprzymierzeńcy. Paula z pracownikami wyda o szóstej kolację i spokojnie koło siódmej wpuści naszych przez kuchnię. A dla rodzin lepiej, jak pozostaną w ruchu. Będzie im cieplej i zajmą się szukaniem noclegu, podczas gdy my będziemy już walczyć.
   – My? Ale przecież miałeś zająć się Malwinką?
   – Właśnie to robię – odparł ze wzruszeniem malującym się pod powiekami. Wstał i podszedł do małego rożka umieszczonego dotychczas poza zasięgiem wzroku. Podniósł zawiniątko i oczom ukazała się burza marchewkowych loczków. Malwinka spała, zwinięta niczym naleśnik w kremowym kocyku. Adam delikatnie mi ją podał. Kruszynka uśmiechnęła się przez sen i lekko zaśliniła. Otarłam usteczka opatrunkiem i przytuliłam maleństwo do serca.
   – A więc to już się dzieje – stwierdziłam, a strach, smutek, przerażenie i miłość mieszały jednocześnie wszystkie zmysły. Podniosłam wzrok na klęczącego obok Adama. – Kiedy wyruszasz?
     Podniósł dłoń i pogładził mój policzek. Ucałował skroń. Ze wzruszenia zaczęło brakować mi powietrza, a łzy zamazały cały widok. Starłam je szybko rękawem.
   – Pójdziemy, gdy tylko uznasz, że jesteś już gotowa. Prychnęłam na wpół rozbawiona na wpół smutna:
   – Nigdy nie będę. Ale jeśli mam się przygotować i pokierować grupą, musicie już iść. Najważniejsze byście byli bezpieczni.
     Pokiwał głową i wziął głęboki wdech. Ucałowałam Malwinkę w czółko i podałam ją Adamowi. Wziął zawiniątko i nachylił się, by pocałować moje usta. To był krótki, lekki całus i przypominał muśnięcie piórkiem. Wiedziałam, że nie ma właściwych słów, aby pożegnać ukochanych, których mogłam już nigdy nie zobaczyć. „Żegnaj” brzmiałoby ostatecznie, „do widzenia” dawałoby złudną nadzieję.
     Patrzyłam rozdarta, jak narzeczony ubiera się i umieszcza rożek w specjalnym nosidełku na klatce piersiowej. Dla kogoś innego mógłby wyglądać śmiesznie, ale dla mnie był bardziej męski niż kiedykolwiek. Loki Malwinki schował pod ciepłą czapeczką. „Byłby wspaniałym ojcem”. – Pomyślałam i instynktownie dotknęłam brzucha. Gdy już uporał się z plecakiem, podszedł do mnie i położył dłoń na mojej. Ucałował włosy, po czym odsunął się i spojrzał mi w oczy:
   – Jesteś gotowa, skarbie? – zapytał ponownie, a czułość w zielonych oczach mieszała się z determinacją. – Masz wszystko? Dasz sobie radę?
   – Mam was. Bezpiecznych. To dla mnie wszystko. – Uśmiechnęłam się smutno. – Idźcie już i pamiętajcie, że was bardzo mocno kocham.
   – My ciebie też – odparł i opuścił dłoń. – Lilianno? Czy mogę cię o coś zapytać?
     Przez myśl przebiegło mi, że rzuci coś o dziecku, jednak w tej chwili, w tej sekundzie byłam gotowa wyznać mu całą prawdę.
   – Wal śmiało – wyparowałam naraz pewna siebie. – Pytaj o wszystko, co chcesz.
     Roześmiał się i odwrócił na pięcie:
   – Nie… – rzucił przez ramię – mamy czas. Później pogadamy. A ty, maleńka, pospiesz się, bo w chatce będzie czekała kąpiel. – Odchylił głowę i posłał całusa w powietrzu. – I my, oczywiście.
     Uśmiechnęłam się i łzy z powrotem napłynęły do oczu. Nie oczekiwał odpowiedzi. Poszedł przed siebie i nie spojrzał już więcej. Dał mi jednak do zrozumienia, że będzie czekał i liczył na mój powrót. Krople spłynęły po policzkach, jednak tym razem ich nie wytarłam. To żaden wstyd się bać. To nie błąd mieć wątpliwości. Nie jest hańbą się wahać. To wszystko oznacza być człowiekiem. Śmiać się i płakać. Czuć, smakować i kochać. Bo o to właśnie w życiu chodzi.
     Dzisiaj postaram się sprawić, by z tego świata zniknęli ludzie bez serca. Właśnie tego dnia, a nie za dwa tygodnie, zacznie się walka. Jednak tym razem, to dobro nie będzie miało litości nad złem.
     „Tak”. – Zakładając kurtkę i sznurując buty złożyłam sobie przysięgę. – „Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by przywrócić sprawiedliwość”.
     Bo po prostu na to zasługujemy...

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 3281 słów i 18537 znaków, zaktualizowała 22 mar o 0:10. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap :) dziękuję