43. Błysk i Grzmot – Część V – Grom // Rozdział VII

Doba to zaledwie dwadzieścia cztery godziny. Tylko tysiąc czterysta czterdzieści minut. Jedynie osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta sekund. Niby sporo czasu, ale i tak zawsze go brakuje. Chociaż byś się dwoił i troił, nie ma tyle, aby na wszystko wystarczyło. Zwłaszcza na omawianie planu naprawy świata. Być może nasze ustalenia były mrzonką. Zapewne niewiele uda się zrealizować, ale czy miałam coś do stracenia? Przecież oficjalnie nie żyłam.
     Niestety przegraliśmy walkę ze snem. Już około dwudziestej trzeciej ziewania były głośniejsze niż jakiekolwiek słowa padające z ust. Paula pościeliła nam w ich sypialni, natomiast sami zdecydowali się spać w salonie. Oponowaliśmy, że nie powinni oddawać swojego łóżka, ale byli nieugięci. Malwinka przebudziła się na mleko około dwudziestej trzydzieści, i gdy tylko Paulina odjęła smoczek od maleńkich usteczek, z powrotem wtuliła główkę w poduszkę, na powrót zasypiając twardym snem. Zupełnie nie zauważyła, iż stoję kilka metrów za mamusią. Było mi to nawet na rękę, bo padałam ze zmęczenia.
     Nie mogliśmy jednak odmówić gorącej kąpieli. Ku delikatnemu zdziwieniu Pauli i mocno rozbawionej minie Tomasza, weszliśmy oboje do łazienki. Tyle, że wcale nie chodziło o żadne amory. Wcisnęliśmy się razem pod zaparowany prysznic, wypucowaliśmy nawzajem do czystości i mocno wyszorowaliśmy plecy. Nie miałam siły robić prania, więc Paula zaproponowała, iż zajmiemy się tym rano. „Co bym dała, by znowu mieć pralkę automatyczną?”.
     Adam zasnął niemalże natychmiast. Jego ramiona tuliły opiekuńczo, dając złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie mogłam narzekać – miło było czuć się kochaną. Niestety wiedziałam, że bezpieczna wcale nie jestem. Uśmiercili mnie, ale nadal twardo poszukiwali. Pomimo zapewnień Pauli i Tomasza miałam świadomość, iż powinniśmy stąd jak najszybciej odejść. Nie tylko liczne kłopoty mogły być konsekwencjami za udzielenie nam pomocy. Blaskom groziła śmierć. Malwinka okazała się cała i zdrowa. Miała kochającą rodzinę, więc należałoby pozwolić im żyć bez mojego ciężaru...
     Z takimi właśnie myślami zapadłam w niespokojny sen. Obrazy z początku przyjemne, jak uśmiech śpiącej siostrzyczki, stawały się coraz to bardziej przerażające. Las. Mrok. Chłód i rozpacz. Ruiny, a w nich blondynka z zakrwawionymi włosami, podnosząca się z ziemi. Robaki wypływały z sinych ust, gdy mówiła: „To ty! Ty miałaś zginąć, nie ja! Ale nic straconego, nic straconego. Ha! Ha! Ha!”. – Śmiała się złowieszczo, coraz bardziej przypominając moją matkę. – „Złapią cię, są blisko, już was mają!”. Wyciągała ku mnie napuchnięte dłonie i próbowała pochwycić, a ja zapadałam się w stosie liści, coraz niżej, niżej i niżej, aż w końcu nie widziałam niczego poza ciemnością i słyszałam jedynie skrzypienie gałęzi. Wszystko było tak realne, że dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, iż miałam już otwarte oczy i patrzyłam ślepym wzrokiem na gałęzie drzew, które uderzały o szybę. W porywie impulsu wstałam i podeszłam do okna.
     Serce zabiło mocniej, gdy na skraju parku zobaczyłam szereg postaci ubranych na czarno. Jedna z nich wysunęła się naprzód i gestykulując wydawała jakieś polecenia. Moją pierwszą myślą była zdrada Tomka, ale od razu ją odrzuciłam. „Nie, niemożliwe. Musieli nas wyśledzić”. Nie było zatem czasu do stracenia.
     Szybko podbiegłam do łóżka i szarpnęłam Adama za ramię. Otworzył oczy, nic nie rozumiejąc:
   – Co się dzieje?
   – Wstawaj prędko. Pod blokiem jest całe stado strażników. Musimy uciekać. Mamy jakieś pięć minut.
     Zerwał się na równe nogi i zaczął pędem ubierać. Zrobiłam to samo. Chwilę później budziliśmy już Paulę i Tomasza. Działali instynktownie. Paulina wysłała nas do kuchni, byśmy zgarnęli cokolwiek do jedzenia, podczas gdy ona poleciała spakować świeżą bieliznę i jakieś ciuchy na przebranie. Swoje rzeczy musieliśmy zostawić u nich. Przyjaciółka jedynie szybko zalała wszystko wybielaczem, aby straciło kolor. Tomasz zaś w tym samym czasie zbierał pościel z salonu i maskował wszelkie ślady naszego pobytu.
   – Na dole jest czujnik ruchu z kamerą! – Uderzył się rozłożoną dłonią w czoło. – Kurwa mać! Kompletnie o tym zapomniałem. Tylko jego nie dałem rady rozbroić! – zaklął, wrzucając kołdrę i poduszki do szafy. – Musieli was zauważyć. Być może już w halach się zorientowali. Wiedzą więc, iż jesteście razem. Bądźcie ostrożni. Nam nic nie udowodnią. Będą chcieli cokolwiek wybadać, ale nie mogą przyznać, że żyjesz – mówiąc to spojrzał mi w oczy. – Zgodnie z planem więcej się z wami nie skontaktujemy. Nie możemy ryzykować. Pamiętajcie. Za miesiąc o dwudziestej pierwszej piętnaście. Paula ogarnie kamery w piętnastce. Róbcie swoje. Unikajcie wszelkiego, co elektroniczne. Obserwują każdy ruch.
     Nie wiem jak nam się udało, ale dwie minuty później schodziliśmy już do piwnicy, ubrani w pożyczone ciuchy. Adam niósł także plecak Tomka, wypchany jedzeniem, odzieżą, kocem i ręcznikami. Na całe szczęście daliśmy radę skryć się na piwnicznych schodach. Ucieczka przez nie była jedyną szansą. Strażnik z dołu nadal gestykulował i wydawał rozkazy. Modliłam się, by po zakończeniu odprawy wszedł z resztą na górę, ale tego nie zrobił. Został sam na parterze i stojąc do nas plecami, pilnował drzwi wejściowych. Nie sprawdził jednak piwnicy. Wstrzymywaliśmy oddech, obserwując gościa przez szparę. Nie było innej drogi. Spanikowana spojrzałam na Adama. On w tym czasie chwycił łopatę do odśnieżania, którą znalazł przy ścianie.
   – Powalę go, a potem będziemy biec ile sił w nogach – wyszeptał prosto w moje ucho. – Podążaj za mną, trzymaj się blisko murów i nie wahaj ani chwili. Znam okrężną drogę, ale nie jest łatwa do przebycia.
     Pokiwałam głową, zbyt przerażona, by odpowiedzieć. Prawdę mówiąc taplałabym się teraz po uszy w błocie, byleby wybrnąć z tej sytuacji.
   – Idę – szepnął i pocałował mnie nerwowo w spierzchnięte usta.
     Obserwowałam jak cicho podchodzi do drzwi. Pole manewru było niewielkie, jednak zanim skrzydło się całkiem otworzyło, wziął zamach i zdzielił mężczyznę po karku. Ten zaś jęknął, zachwiał się, ale nie upadł, gdyż Adam złapał go i po cichu opuścił na podłogę.
   – Teraz. – Machnął ręką. – Lecimy.
     A więc biegłam. Strach gnał mnie do przodu i popychał jak kamień wystrzelony z procy. Wiatr świszczał w uszach, gdy pędziliśmy obrzeżami chodników, raz po raz oglądając za siebie. Nie wyglądało, by nas gonili, ale wcześniej też myślałam, iż nie ma nigdzie ochrony, kamer czy zabezpieczeń. Tomasz rozwiał wszelkie wątpliwości. Najprawdopodobniej wiedzieli, że byliśmy w szpitalu i odkopywaliśmy groby, zdawali sobie też sprawę, iż odwiedziliśmy wille i mamy świadomość, co tak naprawdę się wydarzyło. Jedynie o czym nie mieli pojęcia, to miejsce położenia chatki. Tylko dlaczego pozwolili wszystko odkryć? Jakim cudem już wcześniej nas nie odstrzelili? A może pomyśleli, że nie warto szukać zbiegów na ślepo i postanowili dopaść uciekinierów na własnym terenie? Pewnie liczyli, iż uda się to dzisiejszej nocy. Niedoczekanie...
     Adam biegł wytrwale, ale mnie już powoli zaczynała łapać kolka. Widząc, że zostawałam w tyle, nieco zwolnił, niemniej nadal kontynuował morderczy bieg. Ze wszystkich sił walczyłam, by nie paść plackiem na chodniku, chociaż aktualnie było to nawet kuszące. Czułam się tak, jakbym zaraz miała wypluć płuca.
   – Tędy – rzucił i skręcił w jakąś boczną alejkę. Zdezorientowana obserwowałam, jak pędzimy ślepą uliczką.
   – Ale stąd nie ma wyjścia – wyplułam, zgięta w pół, gdy przystanęliśmy na końcu drogi zwieńczonej betonowym murem. – Co teraz?
   – Zejdziemy na dół – odparł zdyszany i jak gdyby nigdy nic, podniósł znalezionym kawałkiem metalowego pręta pokrywę włazu od kanału.
     „Czyli będę brodziła w szambie”. – Pomyślałam i chcąc nie chcąc weszłam pierwsza do tunelu. Mieszanina zapachów od razu uderzyła mnie po nozdrzach. Nie okazało się jednak jakoś tragicznie. Poniżej było wąsko, ale spokojnie na zgiętych nogach mogliśmy posuwać się do przodu. Za mną Adam odrzucił pręt z powrotem w krzaki i dokładnie zasunął pokrywę. Poczekałam aż skończy, po czym zadałam to samo pytanie:
   – Co teraz?
   – Musimy iść na północny zachód. Tym sposobem powinniśmy ominąć hale i główne osiedla mieszkaniowe. Wyjdziemy zdecydowanie bliżej chaty, jednak znacznie dalej od piętnastki.
   – A co z bagażami?
     Adam uśmiechnął się kwaśno:
   – Chyba należy je spisać na straty. Skoro nas wyśledzili, wiedzą że zostawiliśmy ekwipunek gdzieś niedaleko śmietnika. Na pewno dokładnie przeczesali cały teren.
     Instynktownie szczelniej obwiązałam szyję koszulką, którą złapałam w locie, wybiegając z mieszkania. Była ostatnią rzeczą, jaka pozostała po rodzicach i jedyną moją własną. Nawet buty, choć o jeden rozmiar za małe, otrzymałam od Pauliny. Przyglądałam się obuwiu zrezygnowana:  
   – Cóż. – Przysunęłam się bliżej ściany, robiąc Adamowi przejście. – Prowadź.
     Myślałam, że pójdzie przodem, jednak przystanął obok i podniósł delikatnie moją głowę za podbródek, tak bym musiała spojrzeć mu w oczy:
   – Uratowałaś nam dzisiaj życie, wiesz o tym?
   – Nie ja. – Uśmiechnęłam się smutno. – To moja mama. Przyśniła mi się razem z tą nieżywą blondynką. Wysłała ostrzeżenie. Wstałam w ostatniej chwili.
   – Przypomnisz, jak miała na imię?
   – Kto? – zdziwiłam się. – Ta blondynka czy moja mama?
   – Twoja mama, rzecz jasna.
   – Małgorzata i... Róża.
   – Dopilnuj bym zaniósł na jej grób bukiet najwspanialszych róż, jakie tylko uda mi się znaleźć. Jestem tej kobiecie ogromnie wdzięczny.
     Uśmiechnęłam się szerzej, kiedy kontynuował:
   – Urodziła wspaniałe córki. Mam nadzieję, że jedna z nich zgodzi się w przyszłości zostać moją żoną.
     Prychnęłam śmiechem, podczas gdy łzy wzruszenia napłynęły mi do oczu.
   – Uważaj, bo będę trzymać cię za słowo i wyczekiwać, aż o to zapytasz.
     Roześmiał się i przygarnął moje ramiona do siebie.
   – Więc odpowiesz „tak”?
     Nadzieja w jego głosie pomieszana z nutką lęku była rozbrajająca. A więc bał się o tym rozmawiać, tak samo jak ja. Wątpił czy go chcę. Najchętniej pacnęłabym chłopaka po głowie.
   – Nie dowiesz się, jeśli nie zapytasz – odparłam wymijająco.
     Rozejrzał się dookoła. Wewnątrz panował półmrok, rozświetlony jedynie małymi lampkami sygnalizacyjnymi.
   – To chyba nie jest najlepsze miejsce. – Roześmiał się nerwowo. – No i nie mam dla ciebie pierścionka.
     Pozostawiłam ostatnie zdanie bez odpowiedzi. Chciałam go odrobinę podręczyć. W końcu sam zaczął niewygodny temat. Strach opuścił mnie już całkowicie. Przecież niemalże rozpłynęliśmy się w powietrzu. Kto zechciałby tutaj szukać? Wiem, że to był zły moment. Dopiero co uciekaliśmy na złamanie karku. Ale czy nie takie właśnie chwile uświadamiały ludziom, jak kruche stawało się ich życie? Dzień jutrzejszy mógł nigdy nie nadejść. Nic nie było pewne. Pozostawało tylko tu i teraz…
   – Każda chwila może być naszą ostatnią – odparłam, świdrując spojrzeniem jego zielone oczy. – Skąd wiesz, że jutro będzie czekała nas jakakolwiek inna sceneria?
     Na moment wstrzymał oddech. A potem wyrzucił z siebie wszystko:
   – Z tobą nawet śmierć mi nie straszna. Nadajesz sens całemu nędznemu życiu. Bez ciebie nie istnieję. Nie chce żyć bez dotyku, słów, myśli, spojrzeń, zapachu i uśmiechu, którymi mnie obdarzasz. Lilianno Błysk – podniósł drobną dłoń do góry, ucałował i potarł serdeczny palec – czy zechcesz ofiarować mi serce i zostać moją żoną?
     Roześmiałam się całą sobą:
   – Chciałabym wykrzyczeć odpowiedź, ale nie byłby to najlepszy pomysł – powiedziałam, po czym przygarnęłam głowę ukochanego do swojej twarzy. Potem zaś zmysłowym szeptem rzekłam wprost do ucha. – Tak. Zostanę twoją żoną i oddam ci serce. Chociaż właściwie, już je masz.
    Przytulił mnie mocno i pocałował w usta tak, że zawirowało w głowie. Pachniał szamponem i mydłem oraz miętową pastą do zębów. Miał zimny nos, tak jak i ja, jednakże atmosfera miedzy nami wyraźnie podskoczyła o kilka stopni. Gdy zakończyliśmy pocałunek, w spojrzeniach nadal błąkała się żądza. To niesamowite, jak potrafiliśmy na siebie działać. Usta mnie piekły, a skóra ponad nimi mrowiła od szorstkiego zarostu. Mogę się założyć, że wyglądałam na nieco skołowaną.
   – Cóż – szelmowski uśmiech wykwitł na ustach narzeczonego – no to lepiej w końcu nas poprowadzę...
     Wziął mnie za rękę i ruszyliśmy przed siebie tunelem. Pomimo różnych przeciwności, wciąż byliśmy razem.  
     Miałam nadzieję, że potrwa to jednak dłużej niż tylko do jutra.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2304 słów i 13335 znaków, zaktualizowała 20 sty o 18:45. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo. Świetny odcinek.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, dzięki :)