50. Błysk i Grzmot – Część VI – Burza // Rozdział V

50

     „Strach”. Dziwne słowo. Chociaż używałam go w ostatnim czasie nad wyraz często, za każdym razem czułam się inaczej. Nie ma chyba określenia, które w całości opisywałoby możliwe stany ludzkiego przerażenia. Tego wieczoru jednak, to nie strach był siłą napędową moich działań. Bo z lęku nigdy nie bierze się nic dobrego. On budzi tylko nienawiść, złość, rządzę zemsty lub pociąg do władzy. Ja zaś nie chciałam żadnej z tych rzeczy. Pragnęłam tylko świętego spokoju. Zwyczajności. Dnia codziennego, z wszystkimi jego troskami i zmartwieniami. Chciałam żyć i być wolna. Tak po prostu.
     Gdy więc kwadrans przed siódmą pojawiłam się z towarzyszami pod kuchnią piętnastej hali, doznałam swoistego uczucia zwanego „déja vu”. Czy śniłam o tym? Nie wiem. Czy myślałam? Na pewno. Paradoksem w tym wszystkim było, że miejsce na podwórzu kiedyś postrzegałam jako drogę ucieczki, a teraz wracałam tam, by w końcu przestać to robić. Tym razem przynajmniej nie byłam osamotniona.
    Paula powitała mnie wesołym westchnieniem i uściskiem:
   – Wyglądasz lepiej niż sądziłam. – Uśmiechnęła się lekko. Radość szybko przemieniła się jednak w zmartwienie, gdy zapytała:  
   – Czy z Malwinką wszystko w porządku?
   – Wyruszyli z Adamem kilka godzin temu – odparłam, kręcąc głową i uciekając przed jej wzrokiem. Dla mnie to też nie był łatwy temat. – Obie doskonale wiemy, że nikt lepiej się nią nie zaopiekuje.
   – Ale to i tak boli…
   – Wiem – pogładziłam ją po plecach – doskonale cię rozumiem.
     Nie miałyśmy więcej czasu do stracenia. Razem z Paulą, Edwardem i Andrzejem, po raz kolejny omówiliśmy plan i opisaliśmy wszystko reszcie. Kilkoro bezdomnych zaczęło się wyraźnie denerwować. Przypomniałam im, że celem jest uratowanie więźniów, a zwłaszcza wojskowych, po to by nas wsparli w walce. Pokiwali tylko głowami, powtarzając sobie po cichu: „oby uratować więźniów, oby uratować więźniów”. Najwyraźniej dodawało im to otuchy. Uśmiechnęłam się i również pokiwałam głową. Byli przerażeni, lecz nie znajdowałam w tym nic dziwnego. Ja też się denerwowałam, ale jako prowodyr całego zamieszania, musiałam nadrabiać miną.
     Czas pędził nieubłaganie. Podzieliliśmy się więc szybko ostatnimi wątpliwościami, uzupełniliśmy informacje i ruszyliśmy. Paula i Edek na przodzie, ja za nimi. Andrzej i pozostali zaraz za nami, jako osłona tyłów. Zanim wyszliśmy z kuchni, Paula wręczyła mi do ręki coś, co wyglądało jak maszynka do golenia, którą niegdyś używał mój tata. Spojrzałam na nią zdumiona:
   – A to co?
   – Paralizator. Wystarczy, że naciśniesz tutaj. – Wskazała na czerwony przycisk. – Przyłóż końcówkę do szyi napastnika, naciśnij i patrz jak upada.
   – A lina do czego?
   – Obwiąż się nią niczym paskiem. Przyda się, gdy trzeba będzie kogoś związać.
     Rozejrzałam się dookoła. Praktycznie każdy dostał od niej ten sam zestaw. Andrzej i Edek otrzymali dodatkowo wielkie chochle od owsianki – te same, którymi kiedyś mieszałyśmy w garnkach. Były ciężkie, stalowe i bez wątpienia zabójcze. Uśmiechnęłam się szeroko, gdy stwierdziłam, że trudne czasy wymagają nietypowych rozwiązań.
   – Masz jeszcze to. – Paula rzuciła mi mały czarny pojemnik. Tym razem wiedziałam, że to gaz pieprzowy. – Może to niewiele, ale zawsze więcej niż nic. Jeśli Tomaszowi i chłopakom uda się przejąć kontrolę i znaleźć broń, będziemy mieli wystarczającą przewagę.
     Zdałam sobie sprawę, że Paulina świetnie sprawdza się w roli przywódcy. Mąż dobrze ją wyszkolił. Była silna, rzeczowa i rozsądna. Takiego głosu warto było posłuchać.
     Punkt siódma staliśmy już w pełni gotowości. Praktycznie każdy ubrany był w ciemne barwy. Wiadomo, że kolory różniły się, ale jako bezdomni nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru. Jedyną jasną plamą na czarnym tle była Paulina, czyli nasza „dymna zasłona”. Musiałam przyznać, że lina bez problemu wkomponowała się w kuchenny mundurek. Paralizator wystawał nieco z bocznej kieszeni, ale jak przystało na perfekcyjną kucharkę, potrafiła go wyjąć z prędkością błyskawicy. Nawet jeśli ktoś coś zauważy, nim zdąży zareagować, będzie już spał. Gaz dzierżyła w lewej dłoni. Umiała posługiwać się obydwoma rękami bez najmniejszego problemu, podczas gdy ja z miną maniaka skrywałam sprzęt w prawej ręce. Mój gaz spoczywał w kieszeni bluzy kangurki. Chciałam mieć szybki dostęp.
     Paulina jako pierwsza weszła do sali jadalnej. My zaś zostaliśmy w kuchni, czekając cierpliwie na przyjaciółkę. Przez małe okrągłe okienko obserwowałam jej sprężysty, niczym nieskrępowany chód. Jak gdyby nigdy nic, zgarnęła kilka okruszków i zrzuciła je na talerze, które niewychowani halowicze pozostawili w kątach sali. Podeszła do drzwi wejściowych i zamknęła je na zasuwę, a potem na kłódkę. Zgasiła światło. Pomieszczenie wypełnił półmrok, jednak dostrzegłam, że schyliła się i zza skarpetki wyciągnęła inny pojemnik, którym potrząsnęła i psiknęła zawartością na coś ponad górną framugą. Następnie biegiem wróciła do nas:
   – Jazda! – rzuciła, gdy tylko dopadła drzwi – musimy szybko dostać się do pielęgniarza.
     Wybiegliśmy za nią bez słowa. Biały hol nie był daleko. Pamiętałam go aż nazbyt dobrze. W międzyczasie Paula podała mi puszkę, która okazała się farbą w sprayu.
   – Naprzeciwko drzwi – szepnęła, patrząc szeroko otwartymi oczyma. – Sama. Zrób to, stojąc z boku. Mają niski kąt widzenia. Małe błyszczące szkiełko. Jak pinezka. Psiknij, gdy zapukam trzy razy.
     Pokiwałam na znak zrozumienia. Zaczekaliśmy w mroku, podczas gdy Paulina pomaszerowała powoli do drzwi, teatralnie trzymając się za czoło. Zadzwoniła dzwonkiem. Po chwili skrzydło się uchyliło i ze środka dobiegł nieznajomy męski głos:
   – Tak, pani Paulino? Źle się pani czuje?
   – Głowa – syknęła. – Zgasiłam światło. Potknęłam się i uderzyłam o kant stołu. Aua! Jak boli. – Wchodząc do środka dodała kilka jęków, a potem drzwi się zamknęły.
     Następnym, co usłyszałam był łomot czegoś ciężkiego o ziemię. A później dotarły do mnie trzy krótkie puknięcia.
   – Zostańcie na miejscu – przekazałam grupie i przyklejona do ściany zaczęłam sunąć w kierunku kamery. Była niemal niewidoczna, jednak opis Pauli wystarczył, by ją namierzyć. Wstrząsnęłam dwa razy sprayem, uniosłam go i psiknęłam, zamazując cały widok. Chwilkę później Paulina uchyliła skrzydło.
   – Wchodźcie.
     Gestem przywołałam resztę. Przytrzymałam drzwi i zaczekałam, by wszyscy weszli do środka. Pokój niewiele się zmienił od mojej ostatniej wizyty. Brakowało tylko oślizgłego strażnika. Pielęgniarz o oprószonych siwizną włosach leżał na podłodze. Chłopaki szybko związali mu nogi i ręce i niczym nic nie ważącą kukłę zaczęli dźwigać ku szafie.
   – To drzwi – rzuciłyśmy z Paulą równocześnie. Spojrzałyśmy na siebie, słabo się uśmiechając.
   – Szafa jest tutaj. – Paulina wskazała na wnękę po swojej lewej stronie. – Ale nie wrzucajcie go do niej. To dobry człowiek. Ma w kitlu liścik z wyjaśnieniami ode mnie. Zanieście poczciwinę do łazienki.  
   – Wskazała Edkowi drzwi za szafą. – To tam.
   – Poczciwina? Liścik? – wyrwało mi się bez zastanowienia.  
   – Jak dobry może być ktoś, kto pozwala ludziom na to, co z nami wyczyniali?
   – Tak samo dobry jak i my. – Spojrzała gniewnie. – Jego żonę gwałcili grupowo przez trzy noce zanim powiedzieli mu czego chcą. Zgodził się na układ, by ją uratować, jednak nigdy się nie pozbierała. Do dzisiaj jest odizolowana w skrzydle szpitalnym. Zwariowała i nigdy nie będzie już sobą.
     Zamilkłam tak szybko, jak się odezwałam. Nie wiem skąd to wiedziała, ale mogłam się domyślać, że Tomek jej wszystko powiedział. Moje milczenie spowodowało, że jej zapalczywość zelżała, jednak nadal buzowała ze złości:
   – Zatrzaśnij te cholerne drzwi! – rzuciła w końcu, odwracając się w kierunku niby-szafy. Posłusznie zamknęłam skrzydło, podczas gdy kontynuowała. – Tutaj nie ma kamer, zaczną się dopiero w pokojach z łóżkami i w łazienkach na dole. Jeśli nie będziemy tam zaglądać, nie ma potrzeby nic zamazywać.
     Po tych słowach szarpnęła ukrytymi drzwiami i odsunęła zasuwę. Ona i Edek ruszyli jako pierwsi. Potem grupa. Ja i Andrzej na końcu:
   – Hej – szepnął – Nie martw się. Każdemu czasami puszczają nerwy. Zwłaszcza w takiej chwili, jak ta.
     Pokiwałam głową, nawet na niego nie zerkając. Wiedziałam o tym aż nazbyt dobrze. Lepiej niż pozostali zdawałam sobie sprawę czym jest gwałt, jak wygląda pokój z łóżkami i co się działo w łazience. Dla nich to tylko coś dziwnego. Chora nowość. Dla mnie i Pauliny stanowiło część życia. Choćbyśmy wydrapywały wspomnienia pazurami, to blizny i tak pozostaną. Głęboko ukryte, ale jednak...
     Wyszliśmy na wąski korytarzyk i prawie zemdlałam na sam widok. Pokoje nie były już czyste. Stały się odwrotnością bieli. Wypełniały je plamy i kałuże krwi. Rozpryski znajdowały się w wielu kątach pomieszczeń. Duże i małe. Krople i prawdziwe fontanny. Kajdany zaś pordzewiały. Na kafelkach widniały ślady dłoni i bosych stóp. Wymiociny pokrywały znaczną część podłogi, zwłaszcza przy łóżkach. Smród, jaki wydobywał się z każdego pomieszczenia niemalże zwalał z nóg. Drzwi do pokojów pozostawiono uchylone. Kamery musiały nagrywać centralną część, więc zerkając do środka nie musieliśmy się bać, że zostaniemy zarejestrowani. Materace ktoś podarł i poplamił. Wszędzie tylko krew i żółte ślady potu. Zapewne też i sperma. To już nie były pomieszczenia do gwałtów. Zbyt wiele posoki wsiąknęło w posłania. Patrzyliśmy na sale śmierci...  
     Przeszliśmy obok w głuchym milczeniu. Odruchowo zaczęłam oddychać przez usta. Angelika chyba jednak o tym zapomniała, bo po kilku krokach niemalże zwymiotowała na własne buty. Dziwne, że zbuntowana siedemnastolatka, która lubiła ćpać i chlać do upadłego, tak mało była odporna. Na całe szczęście w porę odgarnęłam jej kruczoczarne włosy. Nie miała zbyt wiele w żołądku, więc po chwili tylko suche torsje wstrząsały jej ciałem. Paula w międzyczasie sprawdzała zejście do podziemi, które znajdowało się na końcu korytarza, zaraz obok nieznanej mi łazienki. Pewnie była jakąś „zapasową”. Gdy Angela w końcu doprowadziła się do stanu używalności, Paulina przywołała nas do siebie.
   – Jest podejrzanie cicho – szepnęła. – Albo Tomek i przeciwnicy „3O” obezwładnili strażników, albo to zasadzka. Trzymajcie gaz i paralizatory w gotowości.
     Potrząsnęłam głową, chcąc opanować nerwy. Paula poszła przodem, tuż za nią Edek i ja. Angelika natomiast, jak przylepiona, podążała za mną krok w krok. Za nią zaś bezszelestnie stąpał Andrzej. Reszta grupy chowała się za jego plecami. Zeszliśmy zakratowanym pomostem na niższą kondygnację. Zielonkawe żarówki wysyłały słabe smugi światła i sprawiały, że twarze wyglądały nienaturalnie blado. Ściany zabarwiono szarą błyszczącą farbą, która gdzieniegdzie zaczynała się łuszczyć razem z tynkiem, odkrywając kawałki czerwonej cegły. Wzdłuż korytarza biegły rzędy sal. Byliśmy jednak zbyt przerażeni, by do nich zaglądać.
    – Gdzie do diabła jest Tomasz? – szepnęła do mnie Paula, gdy zbliżałyśmy się wzdłuż ściany do najbliższego rozwidlenia. – Powinien już tutaj być. Miał przyjść na swoją zmianę i z własnym oddziałem obezwładnić zmienników, pokierować załogę w kierunku składu broni i wrócić po nas. Razem mieliśmy się udać do więzienia. Kurde – syknęła – nie wiem co dalej robić.
    – Którędy do szatni? – zapytałam cicho. Reszta grupy została przy pomoście, kryjąc ciała w mroku. Andrzej stał przy nich, rozglądając się dookoła. Edward powoli sunął w naszą stronę.
   – To jest szatnia – westchnęła. – Nie widzę żadnych śladów walki. Coś stanowczo jest nie tak. Do tego ta cisza…
   – Skoro tu są przebieralnie – zaczął Edek – w pokojach może się roić od strażników. To może być zasadzka. Musimy je sprawdzić.
   – A jeśli tylko na to czekają? – zapytała naraz przerażona Paulina. Z jej twarzy zniknął jakikolwiek cień pewności siebie. – Rozstrzelają nas w mgnieniu oka…
   – Cóż – rzekłam. – Efekt będzie ten sam. Przynajmniej będziemy mieli szybką śmierć…
     Podeszłam do najbliższego z pokojów i szarpnęłam za klamkę. Zamknięte. Podbiegłam do drugiego. Nic. Paula powtórzyła to samo na trzecich, a Edek na czwartych drzwiach. Wszystkie pokoje zamknięto, ale gdy szarpnęliśmy za klamki, z wewnątrz zaczęły docierać niezrozumiałe piski.
   – Ma ktoś latarkę? – rzuciłam.
     Paula i Edward pokiwali przecząco. Andrzej, który najwyraźniej usłyszał moje słowa, zaczął wypytywać resztę grupy. Z tyłu wyskoczył młody chłopak, na moje oko piętnastoletni. Widziałam go wcześniej na zajęciach ze sztuki przetrwania:
    – Ja mam – rzekł dumnie, gdy do mnie podbiegł – trochę stara, ale ma świeże baterie.
   – Dzięki – odpowiedziałam, jednak nie wzięłam jej od niego.  
   – Piotr, dobrze pamiętam?
   – Tak. – Nawet w tym chorobliwym świetle widać było, jak na jego twarz wystąpiły rumieńce. Pokiwałam głową i wskazałam na wywietrzniki w dolnej części drzwi. – Poświeć przez nie, proszę.
     Ukucnęliśmy. Piotrek świecił przez kratki, ja zaś przyłożyłam policzek do zimnego betonu i mrużąc jedno oko, zajrzałam do środka.
     Jeszcze nigdy nie byłam jednocześnie tak zaskoczona i tak zadowolona z tego, co zobaczyłam.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2461 słów i 14020 znaków, zaktualizowała 22 mar o 0:17. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo.
    Świetnie napisane.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, bardzo dziękuję:)